Do Popielca jeszcze parę dni, a w sklepach już pojawiają się akcenty wielkanocne.Oto przykłady z Lidla z 17 lutego. Stanowczo za wcześnie. Plusem w tym minusie jest wyraźna reprezentacja elementów wybitnie chrześcijańskich (baranki, osobliwie z chorągwią). Będę to zjawisko obserwować dalej.
W książce Innocentego Libury „Poprzez dwudziestolecie” znalazłem wzmiankę o ciekawej formie modlitwy, której uczył studentów ksiądz Kazimierz Lutosławski, brat Wincentego i stryj Witolda: Szczególnie jednak zachęcam was do praktykowania modlitwy percepcyjnej, czyli biernej. Polega ona na łączeniu się z Bogiem bez pośrednictwa słów, na ufnym poddaniu się działaniu łaski. Wystarczy klęknąć przed tabernakulum czy stanąć przed wizerunkiem Ukrzyżowanego i w milczącym skupieniu trwać najpierw dwie, trzy minuty, potem dłużej – do dziesięciu. Nie jest to wcale trudne, a daje – przekonacie się sami – nieocenione korzyści. Trzeba tylko wyłączyć się od spraw i kłopotów bieżących, a z wiarą i miłością poddać się ufnie Chrystusowi… On zna dobrze nasze potrzeby i pragnienia, nasze błędy i niedostatki. Bardzo wam tę formę modlitwy zalecam, moi kochani.
Internet nie wyrzuca nic sensownego na hasło „modlitwa percepcyjna”, a na hasło „modlitwa bierna” teksty o kontemplacji biernej, czyli wlanej, a to stanowczo nie ten etap życia modlitwy. Mnie osobiście, z racji tej pierwszej nazwy, a i tego lakonicznego opisu, kojarzy się z medytacją mindfulness, definiowaną przez polską Wikipedię jako proces psychologiczny koncentrowania uwagi na wewnętrznych i zewnętrznych bodźcach występujących w danej chwili. Po raz kolejny okazuje się, że pod względem metod, różnice między mistyką chrześcijańską, a mistykami azjatyckimi są niewielkie. A jednak różnica jest zasadnicza. W mistyce chrześcijańskiej to Bóg udziela się człowiekowi, a nie człowiek wspina się do Boga. Fundamentalnymi cechami mistyki katolickiej są, jak pisze ksiądz Stanisław Urbański: chrystocentryzm, oddanie się Bogu, prymat istnienia nad działaniem, doświadczenie autentycznej duchowej radości, wypływającej z przeżywania Bożej obecności. Dlatego ksiądz Lutosławski zaleca tę modlitwę odprawiać przed tabernakulum czy (…) przed wizerunkiem Ukrzyżowanego. Nie dlatego, by tabernakulum, czy krzyż warunkowały Bożą obecność (Bóg wszak jest wszędzie obecny), ale dlatego, że pomagają nam sobie tę Obecność uzmysłowić.
Lubię autobiografie. Najczęściej wybieram autobiografie literatów, ale nierzadko sięgam też po autobiografie muzyków. Dlatego wygrzebałem z marketowego kosza książkę Helene Grimaud. Jest to pozycja zaskakująca. Najczęściej autobiografie muzyków traktują o trzech rzeczach: o muzyce, o ludziach poznanych dzięki muzyce i o miejscach odwiedzonych dzięki muzyce. Ta jest inna. Mówi również o trzech rzeczach: o muzyce, o zwierzętach, głównie wilkach i o uchowości. Wstawki o zwierzętach mają charakter eseju i mogły by być osobną książką. Duchowość natomiast przenika całość tej opowieści. Co ciekawe jest to to duchowość indywidualnie wypracowana przez artystkę, ale na fundamentach mistycyzmu chrześcijańskiego, katolickiego głównie. Uwważam, że jest to najlepsza książka, którą przeczyałem nie tylko w tym roku, bo to nietrudne, skoro jest dopiero luty, ale także w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. A najlepsza jest właśnie dzięki swojemu mistycyzmowi.
Obejrzałem ostatnio w TV film „Dziewczyna w czerwonej pelerynie”. Nie zamierzam go jednak recenzować, streszczać, czy szeroko omawiać, a tylko podzielić się pewną refleksją.
Jednym z bohaterów tego filmu jest ojciec Salomon, łowca wilkołaków. Walczy on od lat ze złem, z prawdziwym złem, nie urojonym, i wielkim złem, nie wyolbrzymionym. Wilkołak, którego ów duchowny ściga, jest realnym i poważnym zagrożeniem dla ludzi. To istotne. Mimo więc tego, że misja Salomona jest w istocie dobra, sprawia ona, że Salomon staje się człowiekiem złym. Na drodze do pokonania wilkołaka zabija i każe zabijać ludzi, nierzadko zupełnie niewinnych, jak upośledzony chłopak, czy miejscowy kapłan. Tego nie da się usprawiedliwić walką ze złem.
A więc walka ze złem, nie tylko urojonym, ale także prawddziwym i groźnym, jest niebezpieczna. Nie tylko dla tego, że można przegrać, ale także dlatego, że łatwo można się upodobnić do tego, z czym się walczy. Widzimy to na przykładzie licznych działaczy religijnych, czy politycznych. Jeśli swoją ziałalność postrzegają jako walkę (e.g. z szatanem, faszyzmem, czy komunizmem), w większości przypadków sami przesiąkają złem i stają się niebezpieczni dla otoczenia. Mnie też to grozi. Jeśli moją polemikę z fundamentalizmami wszelkiego rodzaju zacznę postrzegać jako walkę z fundamentelizmem, sam mogę stać się fundamentalistą. Fundamentalistą antyfundamentalistycznym. Oby mnie Bóg ochronił od tego.
Jak się tego ustrzec? Nie walczyć. Walkę traktować jako ostateczność. Myśleć o swoim życiu i swoim posłaniu nie jak o walce, ale jak o rozwoju, o wzroście. Być jak drzewo.
Ojciec Werner Velten SVD zmarł w Boże Narodzenie, 25 grudnia 2022 roku. W ostatnich dniach był coraz bardziej zmęczony i coraz częściej spał, aż w końcu zasnął spokojnie i teraz Bóg zabrał go do grona zmartwychwstałych. Tak zakończył długie życie w wieku prawie 96 lat w Wendelinusheim w St. Wendel.
Ks. Werner Velten SVD urodził się 1 stycznia 1927 r. w Opolu na Górnym Śląsku (dziś województwo opolskie) jako drugie dziecko i został ochrzczony 16 stycznia 1927 r. w kościele parafialnym św. Piotra i Pawła. Rodzina Veltenów miała pięcioro dzieci. Ojciec Artur Velten był pracownikiem kolei. Matka Margarete (z domu Schölzel) wychowała czterech chłopców i jedną dziewczynkę.
Werner mógł uczęszczać do gimnazjum w Gliwicach, ale jako uczeń został powołany do służby wojskowej jako pomocnik przeciwlotniczy. Gdy wojna była już w końcowej fazie, został żołnierzem niemieckiego Wehrmachtu artylerii przeciwlotniczej w Weimarze. Później został skierowany do ostatecznej bitwy o Berlin. 2 maja 1945 chciał uciec na linie amerykańskie, ale 5 maja został schwytany przez Armię Czerwoną. 11.5. był wtedy w stanie uciec i szukał swojej rodziny w Bawarii. W końcu odnalazł matkę i braci niedaleko Ingostadt. Tam po raz pierwszy zetknął się ze Steyler Missionsgesellschaft. Do św. Augustyna przybył 21 listopada 45 roku i już kilka dni później rozpoczął nowicjat. O tym czasie pisze: „Mówię to z wdzięcznością, że spędziłem lata w St. Augustyn, uważam to za prawdziwy dar. Stałem się – nie potrafię tego inaczej ująć – bardzo fundamentalnie świadomy tego, że wszystko, co planuję i robię w życiu, jest związane z Bogiem. Bóg jest zawsze i wszędzie z wami; i nic się bez Niego nie dzieje, nawet jeśli my, ludzie, nie zwracamy uwagi na to współdziałanie Boga… Uważam za wspaniały dar naturalne lgnięcie do Boga i możliwość bycia blisko Niego każdego dnia, gdziekolwiek i jakkolwiek. Uświadomiłem sobie, że ta wiedza musi prowadzić mnie do kształtowania przyszłego życia we wszystkim zgodnie z wolą Bożą. – Na innej stronie jest napisane, że łatwiej to powiedzieć niż zrobić. i nic się bez Niego nie dzieje, nawet jeśli my, ludzie, nie zwracamy uwagi na to współdziałanie Boga… Uważam za wspaniały dar naturalne lgnięcie do Boga i możliwość bycia blisko Niego każdego dnia, gdziekolwiek i jakkolwiek. Uświadomiłam sobie, że ta wiedza musi prowadzić mnie do kształtowania przyszłego życia we wszystkim zgodnie z wolą Bożą. – Na innej stronie jest napisane, że łatwiej to powiedzieć niż zrobić. i nic się bez Niego nie dzieje, nawet jeśli my, ludzie, nie zwracamy uwagi na to współdziałanie Boga… Uważam za wspaniały dar naturalne lgnięcie do Boga i możliwość bycia blisko Niego każdego dnia, gdziekolwiek i jakkolwiek. Uświadomiłam sobie, że ta wiedza musi prowadzić mnie do kształtowania przyszłego życia we wszystkim zgodnie z wolą Bożą. – Na innej stronie jest napisane, że łatwiej to powiedzieć niż zrobić.
26 sierpnia 1951 przyjął święcenia kapłańskie w parafii św. Augustyna. Wstąpił na uczelnię, by studiować język niemiecki i historię w Bonn. W tym samym czasie prowadził katechezy dla braci w Steyl. Od 1961 roku rozpoczął nauczanie w St. Xaver, Bad Driburg. W latach 1968-1974 był rektorem w parafii św. Ksawerego. 1 czerwca 1974 został przeniesiony do St. Arnold (Neuenkirchen), gdzie wykładał w AJG.
Tam też P. Velten miał wątpliwości co do sensu swojej pracy, tym bardziej, że werbiści od wielu lat walczą i spierają się o to, jak szkoły powinny dalej funkcjonować i czy w ramach zadań werbistów jest prowadzenie internatów i szkół w Niemczech, zwłaszcza dlatego, że wiązała się z tym nadzieja na uzyskanie licznego narybku dla SVD.
„We wszystkich rozdziałach i we wszystkich fundamentalnych debatach zawsze wracałem do tego jednego problemu: … Jaką pracę może wykonywać członek SVD w Niemczech”. SVD przygnębił go wówczas.
„Kiedy 25 lat temu zostałem wyświęcony, radość oczekiwania była przeogromna… potem zaczęło się umieranie… We wspólnotach trwa żmudne zadanie odbudowy wspólnot, które ze względu na wiek i różne nastawienie do siebie trudno scalić życie. życie duchowe? …”
W końcu dochodzi do wniosku, że „misja jest tam, gdzie Bóg opuszcza swoją drabinę” (19 maja 1976).
Od 1977 do 1992 pracował jako dyrektor. Poza pracą pedagogiczną wykorzystywał swój czas na rekolekcje. Następnie został mianowany rektorem St. Arnold. Od sierpnia 1998 objął posługę duszpasterza domowego w Kneippianum w Bad Wörishofen.
Po tej działalności przeniósł się do domu spokojnej starości niedaleko Regensburga i ostatecznie znalazł swój ostatni dom w Wendelinusheim w czerwcu 2022 roku, gdzie otaczano go troskliwą opieką i opieką do ostatniej godziny.
W niedatowanym wykładzie „Życie na starość” znalazł wiele powodów do radości w wierze: „Pokój i pokój trzeba też zasiać we własnym sercu, aby się doskonaliły w wieczności Bożej. Nie wolno nam tracić z oczu wielkiego celu życia, jakim jest pokój Boży.” Tą radością i satysfakcją promieniował również tutaj w domu, dzięki czemu mógł spokojnie zasnąć i obudzić się w królestwie Bożym jako odnowiona osoba .
Pragniemy z wdzięcznością wspominać naszego zmarłego brata (Ko 416).
Pogrzeb odbył się w środę 28 grudnia 2022 r. o godzinie 14:30 w Missionshauskirche w St. Wendel.
Niech Pan da mu wieczny odpoczynek. A światłość wiekuista niechaj mu świeci.
O jego śmierci dowiedziałem się opiero dzisiaj. Od 1999 jestem posiadaczem łacińskiego brewiarza z 1960 roku, którego pierwszym właścicielem był ojciec Velten. Ja otrzymałem go z księgozbioru po zmarłym kapłanie diecezji katowickiej. Zapewne ten kapłąn otrzymał go wiele lat wcześniej od ojca Veltena. Zapewne ów utrzymywał kontekt ze śląskimi krajanami.
Od prawie ćwierć wieku ten brewiarz służy mi do modlitwy i pracy twórczej. Wielokrotnie go cytowałem na tym blogu. Od dekady, co kilka miesięcy sprawdzałem w internecie informacje na temat ojca Veltena. Czytałem o jego jubileuszach i wystąpieniach. Dziś przeczytałem o jego śmierci. Zmarł w Uroczystość Bożego Narodzenia. Może to coś znaczy…
Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei. Requiescat in pace. Amen.
Przeczytałem już kilka lat temu dwie książki brytyjskiego noblisty z 2017, teraz czas na kolejne. Ta jest solidna, ale bez błysku. Historia wziętego detektywa, który próbuje znaleźć rozwiązanie zagadki zniknięćia swoich rodziców.
Podpisuję się pod tym filmem, może trochę na wyrost, bo tych seriali nie oglądałem w całości. Szczególnie uderzyły mnie te słowa: Działanie Jezusa, jego obecność, wcale nie następuje, jak się nam wydaje, po nawróceniu, takim czymś, nie, że tu jesteśmy jakoś tam beznadziejni ale w pewnym momencie się nawrócimy i wtedy Jezus jest z nami obecnie. Bzdura. W sensie, jest z nami obecny caly czas, przed tym nawróceniem też. Cały czas jest tuż obok, patrzy, wspiera, opiekuje się. Nie opuszcza ani na krok. Te dwa seriale i Msze w grze są dla Samołyka pomocą w rozwoju duchowym. Dla mnie też. Tu się z Tomaszem Samołykiem w pełni zgadzam. Zachęcam do obejrzenia całego nagrania.
Teraz czas na moje dopowiedzenie. Zarzuty wobec serialu Chosen, z jakimi się spotykam w internecie, są dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, zarzuca się temu serialowi, że nie jest wierny tekstowi Ewangelii. Że są w nim słowa, zdarzenia i osoby w Ewangelii niewystępujące. Dawid Mysior oszacował, że jest tych treści 80%. Może i tak. Nie widzę w tym nic złego. W każdym serialu, czy filmie o Jezusie Chrystusie są i muszą być dodatkowe słowa, zdarzenia, a nawet postacie. Inaczej nie dałoby się tych dzieł stworzyć. To nie są ekranizacje Ewangelii. Ewangelii nie da się dosłownie zekranizować, przenieść na ekran jeden do jednego. Tego by się nie dało oglądać, głównie ze względu na dziury fabularne. Ewangelie nie są dokładnymi relacjami z życia Chrystusa. 99% procent wydarzeń z Jego życia pomijają, a te, które opisują, przedstawiają skrótowo, z pominięciem szczegółów nieistotnych teologicznie. Scenarzysta musi to częściowo uzupełnić, aby obraz był strawny dla widza. Wcześniej robili to powieściopisarze. Filmy i seriale o tematyce biblijnej są niejako następcami i uzupełnieniem powieści na tematy biblijne, takich jak Ben Hur, Quo vadis, czy Szata. Nikt rozsądny nie wymaga od tych powieści, by były słowo w słowo zgodne z Ewangelią. To się nie da. Nie byłyby wtedy powieściami, ale kopią Ewangelii. Nie spełniły by swoich celów, a te widzę dwa główne. Po pierwsze, przyciagają one do historii o Chrystusie takich ludzi, którzy po Ewangelię na tym etapie swojego życia by nie sięgnęli. Po lekturze powieści, czy obejrzeniu filmu być może sięgną. Po drugie, tym którzy Ewangelię znają, powieść, czy serial mogą znacząco poszerzyć kontekst. A to też jest droga do umocnienia wiary. Tak więc treści niebiblijne w takich powieściach i serialach być muszą. Byle tylko nie były z Biblią sprzeczne. A w serialu Chosen sprzeczne nie są.
Drugi zarzut, podnoszony zarówno przez pana Mysiora i innych fundamentalistów katolickich, jak też z drugiej strony przez fundamentalistów protestanckich, to szeroki ekumenizm tego filmu. Wśród twórców są katolicy, protestanci i mormoni. W tym też nie widzę nic złego. Gdyby chodziło o traktat teologiczny, można by mieć wątpliwości, czy tak odległe światopoglądy religijne dadzą się pogodzić. Ale przy tworzeniu dzieła sztuki, w tym także religijnej, nie jest to przeszkodą. Lewis Wallace był protestantem, a Henryk Sienkiewicz katolikiem, a mimo to Ben Hur i Quo vadis są inspirującymi lekturami duchowymi dla chrześcijan różnych wyznań. Nie tylko protestanci, ale także katolicy zachwycają się Mszami i Pasjami protestanta Bacha. Na polu kultury religijnej jest miejsce na współpracę chrześcijan różnych wyznań.
W ostatnim czasie bardzo wyraźnie widać, że fundamentaliści zarówno katoliccy, jak i protetestanccy bardzo negatywnie podchodzą do dzieł chrześcijańskiej kultury, takich jak seriale, filmy, powieści, czy gry. Jeśli odrzucają The Chosen, Msze w Robloksie, koncerty muzyki sakralnej w kościołach, to co ich powstrzyma przed odrzuceniem religijnych powieści Clive’a Staplesa Lewisa, Luisa de Wohla, Francois Mauriaca, Jana Dobraczyńskiego, Romana Brandstaettera i innych wybitnych twórców chrześcijańskich? A jeśli to wszystko odrzucimy, pozbawimy się potężnego narzędzia pomocnego w ewangelizacji i rozwoju duchowym. Łaska buduje na kulturze.
Pierwsza powieść Michela Houellebecqa. Jego typowy bohater nie jest tu jeszcze w pełni ukształtowany, ale jest wyraźnie zarysowany. Sporo odniesień do klasyki literatury.
Mój osobisty ranking powieści Houellebecqa wygląda obecnie tak: 1. Cząstki elementarne, 2. Mapa i terytorium, 3. Platforma, 4. Poszerzenie pola walki, 5. Serotonina, 6. Uległość.