Odkąd Inpost zintensyfikował działania zmierzające do egzekwowania zastrzeżenia wyłączności słowa paczkomat do ich urządzenia Paczkomat®, do których to działań należy wezwanie do zaprzestania odmiany tego słowa w korepondencji biznesowej, pojawia się pytanie, jak nazywać automaty paczkowe innych firm, skoro nie można już ich nazywać paczkomatami.
Można oczywiście mówić i pisać po prostu „automat paczkowy”, ale język ma tendencję do zastępowania wyrażeń kilkuwyrazowych pojedynczymi wyrazami. Dlatego ja chciałbym niniejszym zaproponować słowo paczkator, które z jednej strony jest na tyle podobne do słowa paczkomat, że jest automatycznie zrozumiałe, a z drugiej jest na tyle od niego różne, by nie można go było posądzić o plagiat.
Jednocześnie paczkator nawiązuje do postaci doktora Heinza Dundersztyca (oryg. Doofenshmirtza) z animowanego serialu „Fineasz i Ferb” i jego licznych inatorów. Ja uwielbiam takie zapożyczenia kulturowe.
Mam na swoim blogu kilka wpisów, w których kojarzę znane filmy ze znanymi książkami, pozornie w ogóle z tymi filmami nie związanymi. I tak Konklawe Christopha Schrewego powiązałem z Jesienią Średniowiecza Johana Huizingi, a Córkę d’Artagnana Bertranda Taverniera z Imieniem róży Umberta Eco.
W tym kontekście chyba nikogo nie zdziwi, że w Locie Roberta Zemeckisa dopatrzyłem się wyraźnych inspiracyj Zbrodnią i karą Fiodora Dostojewskiego. Whitaker jest tu Raskolnikowem, Nicole Sonią, a działącz zwiąkowy Razumichinem. Główny bohater jest zdegenerowany, ale przeżywa nawrócenie pod wpływem kobiety (której zresztą również sam udziela konkretnej pomocy), doznaje przemiany i pokutuje w więzieniu. Co więcej, również w fazie degeneracji pozostaje wielkim człowiekiem. Doprawdy Raskolnikow naszych czasów.
Tematy, wątki i motywy krążą w literaturze, filmie i sztukach pokrewnych nieustannie. Te same są wykorzystywane dziesiątki i setki razy. Na tym polega obieg kulturowy. Tu się rzadko wymyśla coś zupełnie nowego.
To w zasadzie nie książka, tylko cykl wykładów spisany z nagrań. Jednak z racji rozmiarów i formy, w jakiej się z ta treścią zapoznałem, zaliczam ją do książek. Autor jest fundamentalistą biblijnym, który w tych wykładach tropi elementy okultyzmu we współczesnym chrześcijaństwie. A okultyzm rozumie bardzo szeroko. W zasadzie jakikolwiek mistycyzm jest dla niego okultyzmem. Mówił tak: W okultyzmie istnieją trzy główne techniki. To, co nazywamy mentalną alchemią, a chemicy starali się odkryć metodę zamiany zwykłych metali na szlachetne. Alchemia mentalna jest czymś jeszcze potężniejszym. Możecie stwarzać własne wszechświaty w waszych umysłach, jeśli tylko wiecie, jak się do tego zabrać. Mamy trzy techniki. Myślenie i pozytywne myślenie. Mówienie, czyli mantrowanie, aż się stanie i najpotężniejsza z pośród technik okultystycznych, czyli wizualizacja. Tymczasem rozmyślanie, powtarzanie formuł modlitewnych i wizualizacja są też podstawowymi praktykami chrześcijańskiej, a zwłaszcza katolickiej mistyki. Nic więc dziwnego, że był on totalnym wrogiem Kościoła katollickiego. Dużo dziwniejsze jest to, że fundamentaliści katoliccy przejmują jego poglądy i podpisaliby się pod znakomitą większością tych wykładów. Gdy z nimi dyskutuję, często czytam u nich te same sformułowania, co u Hunta. To niesamowite, jak fundamentalizm katolicki jest przesiąknięty antykatolicyzmem. Dobrze by było, aby tacy ludzie przeczytali wykłady Hunta. Gdy zobaczą ile zaczerpnęli od wroga Kościoła katolickiego, może się opamiętają.
W najnowszym trailerze gry Diablo IV przedstawiono malarstwo Adama Millera w konwencji łączącej barokową sztukę sakralną i tematykę gry. Trailer nagrano w zdesakrowanej jezuickiej kaplicy w Cambrai we Francji pełniącej obecnie rolę galerii sztuki. Jak napisał jeden z kometatorów na fejsbukowej grupie poświęconej historii sztuki: Niesamowite, jak wyższy jest poziom tych malowideł od większości tego, co umieszcza się obecnie w kościołach pod pozorem „sztuki sakralnej” lub – tym gorsza – „rekonstrukcji”. Ten zwiastun jest niewątpliwie przykładem udanego połączenoa sztuki dawnej i popkultury. Jeśi już trzeba gdzieniegdzie zamieniać kościoły w galerie sztuki (nad czym boleję), to niech wiszą w nich takie obrazy.
Od dawna drażni mnie pewien błąd językowy, dosyć popularny wśród młodych kobiet, również tych z wyższym wykształceniem. Otóż, zapewne z nadgorliwości, by uniknąć kojarzonego z nieuctwem pisania „om” zamiast „ą”, osoby te popadają w błąd odwrotny, a więc piszą „ą” zamiast „om” w celowniku liczby mnogiej rodzaju niemęskoosobowego, zwłaszcza tych rzeczowników, które w liczbie pojedynczej są rodzaju żeńskiego.
O ile mnie pamięć nie myli, z błędem tym stykam się gdzieś od roku 2010. Teraz jednak natknąłem się na tekst z 1970 roku, zawierający ów błąd. Jest to notatka milicyjna dotycząca sprawy księdza pedofila Józefa Loranca. Pojawia się w niej wzmianka, że ksiądz Loranc „postara się to wszystko zainteresowanym matką wyjaśnić”. Przyznaję, że ten błąd znacznie bardziej przystoi milicjantom, niż wykształconym kobietom,
Ponad 10 lat temu pojawiła się w sieci krótka animacja Bartosza Walaszka o koniu Rafale, w której główny bohater dowiaduje się, że Darth Vader jest jego matką i ma dupę zamiast twarzy.
A parę dni temu, szukając ilustracji do ewangelicznej sceny Kuszenia Chrystusa znalazłem miniaturę, zapewne francuską i średniowieczną, na której diabeł ma twarz zamiast dupy i zresztą nie tylko zamiast dupy. Ot taka ciekawostka.
O Miłosierdziu i Sprawiedliwości Boga ciągle sie dyskutuje w kręgacg religijnych.I dobrze, że się dyskutuje. Cieszyć się należy, że ludziom zależy na takich dyskusjach, bo znaczy to, że pragną oni pogłębiać swoją wiarę. Ciekawe stanowisko w tej dyskusji można znaleźć w Zbrodni i karze Fiodora ostojewskiego, a konkretnie w historii Siemiona Zacharycza Marmieładowa, którego można nazwać pobożnym pijakiem. Jego pijaństwo rzuca się w oczy, jego pobożność jest można by rzec, nienachalna. A jednak to ona triumfuje. Warto zapoznać się z dwoma krótki fragmentami tej powieści, a jeżeli się ją zna, to sobie je przypomnieć. Cytuję tu za dostępnym w domenie publicznej wydaniem z 1928 roku, w którym Marmieładow jest Marmeladowem, a Sonia Zosią, ale wymowa tekstu zostaje zachowana.
Najpierw mowa Marmieładowa o Miłosierdziu Bożym: Za co mnie żałować? Mnie ukrzyżować trzeba, przybić do krzyża, a nie żałować. Ah przybij, sędzio, przybij, ale, przybiwszy, żałuj. I wtedy sam przyjdę do ciebie na przybicie, albowiem nie wesołości szukam, lecz smutków i łez!… Czy ty sądzisz, kupcze, że ten sznaps twój poszedł mi na zdrowie? Goryczy, smutków szukałem jeno na dnie flaszki, smutków i łez, i znalazłem je; a pożałuje nas Ten, który wszystkich pożałował i który wszystkich i wszystko ogarnął, On Jedyny, On Sędzia! Przyjdzie w on czas i zapyta: „Gdzie córa, co dla złej macochy — suchotnicy i dla dzieci maleńkich, cudzych dzieci się poświęciła? Gdzie córa, co ojca swego, zbytecznego pijanicę, nie lękając się jego zezwierzęcenia, pożałowała?“ I rzeknie: „Przybywaj! Przebaczyłem ci raz… Raz ci przebaczyłem… Odpuszczam ci i teraz twe mnogie winy, albowiem ukochałaś wiele…“ I przebaczy mojej Zosi, przebaczy, o, ja wiem, że przebaczy… Jam to przeczuł dawniej, kiedym był u niej, w mojem sercu! I wszystkich osądzi i przebaczy, i dobrych i złych, i najmędrszych i głupich… A gdy już skończy ze wszystkiem, wtedy zawoła i do nas: „Przybądźcie i wy! Przybądźcie, pijani, słabi, nędzni!“ I my pójdziemy, bez wstydu, i staniemy. A On zawoła: „Świnie jesteście! Na obraz i podobieństwa zwierza; atoli przybądźcie i wy!“ I oburzą się najmędrsi i oburzą się mądrzy. „Panie! Dlaczego ich przyjmujesz?“ A on odrzecze: „Dlatego ich przyjmuję, najmędrsi, dlatego ich przyjmuję, rozumni, że żaden z nich nie uważał się za godnego tej łaski“… I poda nam swoje dłonie i my upadniem… i zapłaczem… i pojmiemy wszystko! Wtedy wszystko pojmiemy! i wszyscy zrozumieją… I moja małżonka zrozumie… Panie! Bądź Królestwo Twoje!
Następnie opis śmierci Marmieładowa: Marmeladow poznał ją. — Księdza! — wyszeptał ochrypłym głosem. Katarzyna odeszła do okna, przycisnęła czoło do ramy okiennej i westchnęła w rozpaczy. — O przeklęte życie! — Księdza! — wymówił konający po chwili milczenia. — Poszli-i-i! — krzyknęła nań żona; on posłuchał i zamilkł. Nieśmiałym smutnym wzrokiem szukał jej: ona znowu wróciła doń i stanęła przy wezgłowiu. Trochę się uspokoił, ale nie na długo. Wkrótce oczy jego zatrzymały się na małej Lidzie (jego faworytce), drżącej w kącie, jak w febrze, i patrzącej nań swym zdziwionym, dziecinnie przejmującym wzrokiem. — A… a… — wskazywał na nią z niepokojem. Chciał coś powiedzieć! — Co ci tam znowu? — krzyknęła Katarzyna. — Bosa! Ona bosa! — szeptał, błędnemi oczyma pokazując na bose nóżki dziewczynki. — Milcz! — z rozdrażnieniem krzyknęła Katarzyna — sam wiesz, dlaczego ona bosa! — Dzięki Bogu, doktór! — zawołał ucieszony Raskolnikow. Wszedł doktór, skrupulanty staruszek, niemiec, rozglądający się z niedowierzaniem; zbliżył się do chorego, wziął za puls, uważnie obejrzał głowę i przy pomocy Katarzyny odpiął całą zbroczoną we krwi koszulę i obnażył piersi chorego. Całe piersi były poszarpane, zmięte, zmiażdżone; kilka żeber z prawej strony złamanych. Z lewej, na samem sercu, była złowroga, duża, żółto-czarna plama, straszny cios kopyta. Doktór zachmurzył czoło. Policjant opowiedział mu, że chorego porwało koło powozu i ciągnęło kręcąc nim, z jakie trzydzieści kroków po bruku. — Dziwne, że przyszedł do przytomności — szepnął pocichu doktór do Raskolnikowa. — Cóż pan na to? — zapytał ten ostatni. — Zaraz umrze. — Miałożby nie być żadnej nadziei? — Najmniejszej! Ostatnie chwile… Przytem głowa zraniona jest bardzo niebezpiecznie… Hm. Możnaby wprawdzie krew puścić… ale… to będzie bez skutku. Za pięć lub dziesięć minut umrze niezawodnie. — To już niech pan lepiej puści krew. — Ha, dobrze… Ale uprzedzam pana, że to zupełnie zbyteczne. W tej chwili dały się słyszeć nowe kroki, tłum w sieni rozsunął się, na progu ukazał się ksiądz z olejami świętemi, siwy staruszek. Chodził po niego policjant, jeszcze z ulicy. Doktór ustąpił mu zaraz miejsca i zamienił z nim znaczące spojrzenie. Raskolnikow uprosił lekarza, ażeby się zatrzymał choć chwilkę. Ten wzruszył ramionami i został. Wszyscy odstąpili. Spowiedź trwała niedługo. Wątpliwe, czy konający co rozumiał; wymawiać zaś mógł tylko urywane, niejasne dźwięki. Katarzyna wzięła Lidzię, zdjęła z krzesła chłopca, i odszedłszy w kąt do pieca, uklęknęła, a dzieciom kazała klęknąć przed sobą. Dziewczynka tylko drżała; chłopczyk zaś, klęcząc na gołych kolankach, skwapliwie podnosił rączkę, żegnał się pełnym krzyżem i kłaniał się do ziemi, uderzając czołem, co widocznie sprawiało mu szczególne zadowolenie. Pani Katarzyna zagryzała wargi i powstrzymywała łzy; i ona także się modliła, od czasu do czasu poprawiając koszulkę na dziecku, i zdążywszy narzucić na zbyt obnażone ramiona dziewczynki chusteczkę, którą wyjęła z komody, nie wstając i modląc się. Tymczasem drzwi od wewnętrznych pokojów zaczęli znowu otwierać ciekawi. W sieni zaś coraz więcej przybywało widzów; byli to lokatorzy ze wszystkich schodów, którzy nie przestępowali zresztą progu izby. Jeden tylko ogarek oświetlał całą scenę. W tej chwili z sieni, przez tłum, szybko przedarła się Polcia, która chodziła po siostrę. Weszła, ledwie dysząc z prędkiego biegu, zdjęła z siebie chustkę, odszukała oczami matkę, podeszła do niej i rzekła: „idzie! spotkałam ją na ulicy!“ Matka kazała jej uklęknąć przy sobie. Przez tłum powoli i nieśmiało przecisnęła się dziewczyna, i dziwnem było jej nagłe pojawienie się w tej izbie, pośród łachmanów, śmierci i rozpaczy. Ona była także w łachmanach; ubiór miała na sobie groszowy, ale ozdobiony po ulicznemu, jak kazał gust i prawidła, urobione w jej światku, w celu olśnienia i hańby. Zosia stanęła w sieni, na samym progu, ale nie przechodziła za próg i patrzyła jakby pomieszana, nie pojmując, zda się, niczego, zapomniawszy i o swej kupionej z czwartych rąk, jedwabnej, nieprzyzwoitej tutaj, jasnej sukni z olbrzymim i śmiesznym ogonem, i o ogromnej krynolinie, zagradzającej całe drzwi i o jasnych trzewikach, i o parasolce, zbytecznej w nocy, ale którą wzięła ze sobą, i o śmiesznym słomianym okrągłym kapelusiku z jaskrawem ognistej barwy piórem. Z pod tego łobuzersko włożonego na bakier kapelusza, wyglądała blada i przerażona twarzyczka, z otwartemi ustami i nieruchomemi ze zgrozy oczyma. Zosia była niskiego wzrostu, lat osiemnastu, szczuplutka, ale dość przystojna blondynka, z niezwykle pięknemi niebieskiemu oczyma. Uważnie patrzała ona na pościel, na księdza: i ona ledwie oddychała z prędkiego chodu. Nareszcie szmer jakiś i słowa w tłumie widocznie doleciały do niej. Zlękła się, przestąpiła o krok za próg i stanęła w izbie, ale znowu przy samych drzwiach. Spowiedź i komunja skończyły się. Pani Katarzyna znowu podeszła do łoża śmierci. Ksiądz odstąpił i, odchodząc, zwrócił się ze słowami pociechy do żony konającego. — A gdzie ja to podzieję? — oschle i z rozdrażnieniem przerwała suchotnica, wskazując na dzieci. — Bóg jest miłosierny; ufaj w łaskę Najwyższego — zaczął ksiądz. — E-ech! Miłosierny, ale nie dla nas. — To grzech, grzech, moja pani — zauważył ksiądz, kręcąc głową. — A to nie grzech? — zawołała kobieta, wskazując na konającego. — Może ci, którzy stali się mimowolną przyczyną, zechcą wynagrodzić panią, choćby na punkcie straty dochodów… — Nie rozumiesz mnie pan! — niecierpliwie zawołała pani Katarzyna, machnąwszy ręką. — Bo i za co tu wynagradzać? Wszak on sam pijany podlazł pod konie! Jakich dochodów, on nietylko nie miał dochodów, ale męczył nas. Wszak ten pijanica wszystko przepijał! Nas okradał i do szynku nosił, ich i moje życie zwichnął w szynku! I dzięki Bogu, że umiera! Mniej zachodów! — Należałoby przebaczyć w ostatniej godzinie, bo to grzech, wielki grzech, moja pani, takie uczucia… Katarzyna krzątała się przy chorym, podawała mu pić, obcierała pot i krew z głowy, poprawiała poduszki i rozmawiała z księdzem, czasami tylko, w trakcie roboty zwracając się doń. Ale nagle wpadła nań prawie z wściekłością. — Ech księżulku! Frazesy, same frazesy! Przebaczyć! O przyszedłby dziś pijany, gdyby go nie rozjechano, koszula na nim jedna, cała znoszona, w łachmanach, runąłby chrapać, a jabym do świtu pluskała się w wodzie, prałabym szmaty jego i dzieci, a potem wysuszyłabym je za oknem, a skoro świt, wzięłabym się do cerowania, taka to moja noc!… Więc, co tu mówić o przebaczeniu! I tak już przebaczyłam! Głęboki, straszny kaszel przerwał jej słowa. Plunęła w chustkę i pokazała ją księdzu, z bólem przytrzymując drugą ręką piersi. Chustka była cała we krwi… Ksiądz spuścił głowę i nic nie odrzekł. Marmeladow był w ostatniej agonji; nie spuszczał on oczu z twarzy żony, która znowu pochyliła się nad nim. Ciągle chciał coś mówić; zaczął już nawet, z wysiłkiem mieląc językiem i niewyraźnie szepcząc jakieś wyrazy, ale żona, zrozumiawszy, że chce ją prosić o przebaczenie, krzyknęła nań rozkazująco: — Milcz! Nie trzeba!… Wiem, co chcesz powiedzieć!… I chory zamilkł, ale w tejże chwili jego błędny wzrok spoczął na drzwiach, i zobaczył Zosię. Do tej chwili nie spostrzegł jej: stała w kącie i w cieniu. — Kto to? Kto to? — wymówił nagle ochrypłym urywanym głosem, pełen przerażenia, z trwogą wskazując na drzwi, gdzie stała córka i usiłując podnieść się. — Leż! Leż! — krzyknęła Katarzyna. Ale on z nadludzkim wysiłkiem zdołał wesprzeć się na łokciu. Dziko i nieruchomie wpatrywał się przez jakiś czas w córkę, jakby jej nie poznawał. Bo też nigdy jeszcze nie widział jej w takim kostjumie. Nagle poznał ją, poniżoną, wzgardzoną, wystrojoną i zawstydzoną, bojaźliwie oczekującą swojej kolei, dla pożegnania się z konającym ojcem. Okropna boleść wyryła się na jego twarzy. — Zosiu! Córko! Przebacz! — krzyknął i chciał wyciągnąć ku niej rękę, ale, straciwszy równowagę, obsunął się i runął z kanapy, prosto twarzą na ziemię; rzucono się, aby go podnieść, położono go, ale już konał. Zosia słabo krzyknęła, podbiegła, objęła go i tak zamarła w tem objęciu. Skonał w jej rękach.
Marmieładow wierzył w Miłosierdzie Boże i Miłosierdzia Bożego dostąpił. Zmarł opatrzony świętymi sakramentami. Ja ogólnie lubię pobożnych pijaków. Znałem kilku takich. Wszyscy oni już nie żyją. Zmarli pojednani z Bogiem. Jestem przekonany, że dostąpili zbawienia. Nie namawiam nikogo do pijaństwa, chcę jednak wskazać na rzecz oczywistą, a nieraz podważaną, a mianowicie to, że grzesznicy są bliżej Królestwa Niebieskiego niż ci, którzy mają się za sprawiedliwych, bo wiodą życie w miarę cnotliwe. Musimy pamiętać, że w gruncie rzeczy wszzyscy jesteśmy takimi samymi grzesznikami. Naśladujmy wiarę Marmieładowa, niekoniecznie jego pijaństwo.
Kilka dni temu, dzięki fejsbukowej stronie Tajne Stowarzyszenie Jawnych Przeciwników Barokizowania Budowli Gotyckich natrafiłem na arcyciekawe nagrania pana Jacka Skrzypczaka, który wykonuje utwory świętej Hildegardy von Bingen na saksofonie. Jest to bardzo dobry pomysł, aby muzykę zasadniczo wokalną przetransponować na instrumenty dęte i nadać jej nowy wymiar, poszerzając spektrum jej odbioru. Wszystkich zachęcam do wysłuchania tych dwóch niedługich nagrań i przede wszystkim do subskrybowania kanału twórcy, bo to szokujące, że kanał z tak wspaniałą muzyką ma tak mało subskrybcji (w chwili, gdy to piszę, jest ich 93).
Niedawno pisałem o śmierci ojca Wernera Veltena, niemieckiego werbisty, po którym mam łaciński brewiarz. Teraz czas na kilka krótkich refleksji.
Ojciec Velten był podwójnym rówieśnikiem papieża Benedykta XVI urodził się kilka miesięcy przed nim, a zmarł kilka dni przed nim.
Był też Ślązakiem, urodził się w Opolu, uczył się w gimnazjum w Gliwicach, rzut beretem od mojego Rybnika.
Szczególnie wymowna jest jednak jego śmierć w Boże Narodzenie. Dla mnie szczególnie uderzające jest, że akurat w to Boże Narodzenie, w czasie którego wiele rzeczy (program telewizyjny o kolędach Skaldów, książka o Mistrzu Eckharcie) przypominało mi o mistycznej koncepcji narodzenia Chrystusa w ludzkiej duszy, która jest mi szczególnie bliska i którą pięknie wykłada Jan Tauler w swoim bożonarodzeniowym kazaniu. Jestem przekonany, że w duszy ojca Wernera Chrystus znalazł mieszkanie godne i wygodne.
W brewiarzu znalazłem kilka obrazków. Można z nich wnosić, że werbista był miłośnikiem dawnej sztuki sakralnej.