Latające marchewki

 

Obiecałem, że zrobię wpis o latających marchewkach jeśli któryś mój wpis uzyska ponad 50 udostępnień na Facebooku. Jako, że już dwa wpisy osiągnęły ten poziom, muszę w końcu o nich napisać.

Mogę to zrobić na różne sposoby. Mógłbym napisać o nich wprost, ale nie miałoby to większego sensu, chyba że zrobiłbym to wierszem, a akurat mi się nie chce. 

Mógłbym napisać o książce S. A. Cornella i Johna Jonesa „Flying carrots”, ale musiałbym ją najpierw przeczytać, a są dwie przeszkody. Po pierwsze jest tylko po angielsku, po drugie można ją kupić tylko za granicą. Obydwie przeszkody są do pokonania, ale nie bardzo mi się chce. 

Pozostaje mi udostępnić powyższy filmik. Miłego oglądania.

Koszmar stuwiekowego lasu

 

Widziałem dziś nowy zwiastun filmu „Krzysiu, gdzie jesteś?”. Ze smutkiem zauważyłem, że i w tym filmie używać się będzie językowego potworka w postaci wyrażenia „stuwiekowy las”. To bardzo złe tłumaczenie, a właściwie tłumoczenie, czy też tłumaczenie-wypaczenie. 

W oryginale jest Stuakrowy Las (Hundred Acre Wood). Jako że akr nie jest w Polsce mocno rozpoznawalną jednostką powierzchni, warto nieco odejść od dosłowności przekładu. Ale tylko nieco. Ja optuję za Stumorgowym Lasem, bo to dość wiernie oddaje oryginalną wielkość. Akr ma 40 arów, morga 56, więc nie różnią się tak bardzo. „Stumilowy Las” Ireny Tuwim też ujdzie, chociaż sugeruje obszar znacznie większy, ale przynajmniej daje się jakoś odnieść do powierzchni. 

„Stuwiekowy Las” do powierzchni odnieść się żadną miarą nie daje. Oznacza las stary, a nie wielki. Jest to ogromne i ordynarne fałszerstwo. Jest to większy gwałt na Misiu Puchatku, niż osławiona Fredzia Phi-Phi. Autorowi tego wyrażenia powinno się wyrwać język i uciąć piszącą rękę, a miejsca po usuniętych narządach posypać mieszaniną soli i pieprzu. Fałszowanie Puchatka powinno bowiem być karane co najmniej tak surowo jak fałszowanie pieniędzy.

Grupa udostępniania ankiet naukowych

W styczniu pisałem o moich zamierzeniach internetowych na ten rok i celach z nimi związanych. Pierwszy cel udało mi się już zrealizować. Niniejszy blog wszedł do pierwszej setki rankingu bloxa i nawet ociera się o pierwszą pięćdziesiątkę. Jest więc dobrze i o blog mogę już być w miarę spokojny.

Drugie przedsięwzięcie z szansami na sukces to facebookowa „Grupa udostępniania ankiet naukowych” pomyślana głównie jako dzieło pomocy dla studentów. Grupa działa sprawnie, wpisy są regularne, ale nadal ma nieco za mało członków, aby mogła być dla tych studentów naprawdę pomocną. Cel na ten rok to trzystu członków. W chwili, gdy piszę te słowa jest ich 253. Trzy setki są praktycznie w zasięgu ręki, a w zasadzie rąk. Waszych rąk, drodzy czytelnicy i Waszych klawiatur. 

Zdaję sobie sprawę, że i trzystu członków to mało. Nie wystarczy to, do skompletowania grona respondentów jakiejkolwiek poważnej ankiety. Zakładam bowiem, że przeciętnie co dziesiąty członek grupy udziela odpowiedzi na daną ankietę, bo nie wszyscy są w każdej grupie docelowej, nie wszyscy też mają czas i chęci na wypełnianie każdej ankiety.

Ale też nie o to chodzi, by dało się zgromadzić kompletne grono respondentów dzięki tej grupie. Gdyby tak się dało, wypaczałoby wyniki ankiet. Ale sądzę, że to niebezpieczeństwo będzie grozić dopiero wtedy, gdy grupa będzie bardzo duża, mniej więcej wtedy, gdy przekroczy pułap  dziesięciu tysięcy członków. A to jej jeszcze chyba przez wiele lat nie grozi.

Jonathan Carroll – "Kąpiąc lwa"

carroll

Książki Jonathana Carrolla chętnie czytałem w czasach studenckich, czyli jakieś 20 lat temu. Była wtedy na nie moda, a i mnie bardzo się podówczas podobała taka fantastyka zakręcona, trudna do przypisania do jakiegokolwiek ścisłego gatunku, bo ani to fantasy, ani SF, ani realizm magiczny, fantastyka na pewno, ale bliżej dookreślić tej literatury nie potrafię. 

„Kąpiąc lwa” jest powieścią w typowym dla Carrolla stylu, mnie jednak uparcie kojarzyła się z kreskówką Ben10. Mechanicy z powieści zdają się być wzorowani na hydraulikach z serialu. A jako, że serial jest starszy… Nie ma oczywiście nic złego w inspiracji, ale ja bym ją bardziej ukrył, nazywając mechaników np. specami, czy ekspertami. Poza tem książka jest nieco chaotyczna, co nie dziwi, skoro opowiada o chaosie, a raczej o Chaosie. Do mnie przemówiła średnio. Daję czwórkę. 

28/52

* * * *


Thomas Arnold -"33 dni prawdy"

arnold

Kolejna książka mojego znajomego Thomasa Arnolda. Mam zamiar przeczytać wszystkie dostępne w osiedlowej bibliotece.

Książka zaczęła się schematycznie – solidny kryminał z solidną intryga. Planowałem dać cztery gwiazdki, bo nie widziałem błysku. Ujrzałem go dopiero w zaskakującym zakończeniu. Dlatego daję gwiazdek pięć. Warto się nie zniechęcać i czytać do końca. 

A wcześniej chciałem dać czwórkę z racji nieco za dużej liczby trupów. Mimo dokładnych analiz nie udało mi się jednak znaleźć ani jednego morderstwa, z którego można by zrezygnować bez szkody dla akcji. A więc ich ilość jest wbrew pozorom OK.

27/52

* * * * *

Jerzy Rawicz – "Doktor Łokietek i Tata Tasiemka"

 

Kupiłem tę książkę pod wpływem lektury „Króla” Szczepana Twardocha. Po pierwsze chciałem poznać prawdziwe losy postaci będących pierwowzorami drugoplanowych bohaterów. Po drugie, zetknąłem się w sieci z absurdalnymi oskarżeniami, że „Król” jest plagiatem książki Rawicza i postanowiłem to sprawdzić.

Z tym plagiatem to oczywista bujda. Obydwie książki mają po ponad czterysta stron. Wspólna jest w nich jedna, dwustronicowa scena. Opisy tej sceny w obydwu książkach różnią się nie tylko użytymi słowami, ale i przebiegiem przedstawionego wydarzenia. Nawet gdyby obydwie książki składały się tyl;ko z tej jednej sceny, nie byłby to plagiat. Autor tego zarzutu czytał co najwyżej jedną z tych książek. A może żadnej. 

No to teraz skupimy się na samej książce. Szczerze mówiąc, nie zachwyciła mnie. Owszem, zawiera sporo wiedzy o międzywojniu i to jest bardzo cenne. Odnoszę wrażenie, że była ona inspiracją dla większości „historyków tabloidowych” piszących o międzywojniu dla Bellony. Sama jednak tabloidowa nie jest. Jest rzetelna, wyważona, dobrze uźródłowiona, ma nawet solidny indeks postaci.

Tyle, że jest nie na temat. Doktorowi Łokietkowi poświęcone jest jakieś 10% książki, a Tacie Tasiemce 5%. Reszta jest o PPSie, dawnej Frakcji Rewolucyjnej, sanacji, mordach i pobiciach politycznych i wielu innych sprawach luźno związanych z rzekomo głównymi bohaterami. Do tego język zawiera sporo wtrętów z peerelowskiej nowomowy, np. liczne uwagi o „wstecznictwie”. Gloryfikowana jest tu KPP, demonizowany jest Piłsudski. Książka wydana po raz pierwszy w 1968 była po prostu elementem komunistycznej propagandy. Dlatego daję książce czwórkę. Mógłbym nawet dać mniej, ze względu na jej propagandową wymowę, uważam jednak, że uważnemu, krytycznemu czytelnikowi jej lektura może przynieść pożytek, bo jest tu zawartych mnóstwo cennych informacji, choć zmanipulowanych. Uważam, że warto, by tę książkę przeczytali wszyscy, którzy interesują się międzywojenną Polską i coś już o niej wiedzą. Tym, którzy interesują się bardziej twórczością Twardocha i jej tłem, wiele ona nie da.

26/52

* * * *

Philip Gooden – "Kres królów"

szekspir

Kolejna pozycja z cyklu ca 1600. Niestety Philip Gooden albo nie znał złotej zasady kreowania bohaterów powieści historycznych, o której pisałem w jednym z poprzednich wpisów, albo znając nie stosował. Dlatego też głównym bohaterem uczynił człowieka o pozycji społecznej nieco niższej niżby z tej zasady wynikało. Ale tylko nieco. Dlatego powieść nie jest bardzo zła, ale też nie jest bardzo dobra.

Inne elementy złotej zasady są tu zachowane. Pierwszoplanowe i drugoplanowe postacie historii są tu postaciami epizodycznymi (Elżbieta I, Cecil) lub drugoplanowymi (Szekspir) jest też ciekawa intryga, wartościowe rozważanie o oryginalności i plagiacie w literaturze oraz dobrze oddany klimat epoki. Brakuje jednak tego błysku, który mógłby czytelnika porwać, dlatego daję tylko cztery gwiazdki.

25/52

* * * *

Jarosław Abramow-Newerly – "W cieniu paryskiej Kultury"

 

Od tego wpisu będę oceniał przeczytane książki. Skala szkolna od 1-6, wyrażona gwiazdkami. Nie będę jedynie oceniał uznanych pozycyj należących do klasyki literatury, bo nie czuję się na siłach takiej oceny dokonywać. Jednak znakomitą większość książek oceniać będę. Okazja po temu jest taka,że akurat trafiła mi się książka rewelacyjna, mogę więc zacząć od sześciu gwiazdek, co bardzo mi się podoba. Lubię bowiem dawać dobre oceny. 

Książka Jarosława Abramowa-Newerlego  – „W cieniu paryskiej Kultury” to zbiór wspomnień z lat 1957-1979 dotyczących pracy pisarskiej autora i jego kontaktów ze środowiskiem paryskiej „Kultury” oraz z rzeszą rozmaitego autoramentu twórców, tak krajowych, jak i zagranicznych.

Siłą tej książki jest doskonała równowaga między śmiechem a powagą. Jest w niej wiele dowcipów, anegdot, ale i wiele wspomnień smutnych. Bo smutne były opisywane przez autora czasy, choć i śmieszne zarazem. Przy tem jest to skarbnica wiedzy nie tylko o paryskiej „Kulturze”, ale i opolskiej kulturze XX wieku. Może ktoś się ze mnie śmiać, że się nie znam (owszem, wytykano mi już nazbyt śmiałe porównania), ale książka ta przypomina mi w dużej mierze wspomnieniowe felietony Janusza Głowackiego. Jest od nich jednak bardziej spójna, bardziej uporządkowana, chociaż i książki Głowackiego są kopalnią wiedzy na wspomniany temat. Lubię jakoś ostatnio czytać takie wspomnieniowo-autobiograficzne, ale osadzone w szerszym tle historii kultury, książki pisarzy i innych twórców.  

24/52

* * * * * *

Katolickie świry – damskie spodnie

 

Katolickie świry to katolicy, najczęściej księża,wypisujący lub wygadujący totalne bzdury szkodzące Kościołowi. Antyteiści i antyklerykałowie wykorzystują wypowiedzi katolickich świrów do ośmieszenia Kościoła. Dlatego trzeba bronić Kościoła, walcząc z katolickimi świrami. Jako że żyjemy w dobie przekazu wideo, skupię się na świrach nagrywających filmiki., świrom piszącym dając na razie spokój.

Temat noszenia spodni przez kobiety pojawia się od czasu do czasu w kazaniach tak protestanckich, jak prawosławnych, czy katolickich, a wśród katolików zarówno u charyzmatyków, jak i u tradycjonalistów. Szuria nie zna granic. Wszyscy ci kaznodzieje powołują się na werset starotestamentalny z Księgi Powtórzonego Prawa (Deuteronomium.Piąta Mojżeszowa) rozdział dwudziesty drugi, wiersz piąty: „Niech nie bierze niewiasta na się szat męskich, ani niech się nie obłóczy mąż w szatę niewieścią; albowiem jest obrzydliwością Panu, Bogu twemu, kto by to czynił.”

Ostatnio kazaniem opartym na tym wersecie popisał się ksiądz Paweł Murziński, niegdyś wykładowca seminaryjny, dziś kapelan hospicyjny, gromiąc kobiety noszące spodnie. Zapomniał o dwóch rzeczach. Pierwsza: przepisy Prawa Mojżeszowego nie obowiązują chrześcijan, o ile nie zostały wprost lub nie wprost powtórzone w Nowym Testamencie. Po drugie,ten werset nie dotyczy większości kobiet noszących spodnie. Kobiety zazwyczaj nie noszą męskich spodni. One noszą damskie spodnie. Podobnie jak ksiądz chodzący w sutannie nie nosi damskiej sukienki. 

Katolickie świry – tatuaże

 

Katolickie świry to katolicy, najczęściej księża,wypisujący lub wygadujący totalne bzdury szkodzące Kościołowi. Antyteiści i antyklerykałowie wykorzystują wypowiedzi katolickich świrów do ośmieszenia Kościoła. Dlatego trzeba bronić Kościoła, walcząc z katolickimi świrami. Jako że żyjemy w dobie przekazu wideo, skupię się na świrach nagrywających filmiki.

Pseudokatolickie brednie o demonicznym charakterze tatuaży omawiałem już w tekście „Papież o tatuażach”. Teraz muszę do tematu wrócić, bo w dyskursie pojawiły się nowe tezy. Ks. Rafał Jarosiewicz w nagraniu na YouTube zaatakował wszystkie tatuaże z chrześcijańskimi włącznie, zarzucając im demoniczny charakter i wywoływanie niepłodności. Oparł się tu na heretyckiej teorii „furtek” dla diabła. Ta wypowiedź jest podwójnie szkodliwa. Po pierwsze głupi ludzie pod jej wpływem zaczną traktować tatuaże jako metodę antykoncepcji. Będzie to oczywiście metoda bardzo zawodna. Po drugie wypowiedź ta uderza w pobożny zwyczaj tatuaży chrześcijańskich.

 Rozsądek nakazuje przyjąć zasadę, że nie może być z gruntu zła ani moralnie, ani tym bardziej duchowo praktyka, będąca utrwalonym, niepamiętnym zwyczajem w prawowiernych środowiskach chrześcijańskich. Skoro więc mamy przynajmniej dwa przypadki wielowiekowej praktyki chrześcijańskich tatuaży: u prawosławnych głównie Koptów w Afryce i na Bliskim Wschodzie oraz u katolickich Chorwatów w Bośni i Hercegowinie, to tatuaże o chrześcijańskim przesłaniu nie mogą być z gruntu złe, a tym bardziej demoniczne, tym bardziej, że w obydwu przypadkach tatuaże te były heroicznym świadectwem wiary chrześcijańskiej w obliczu prześladowań i niekiedy ich noszenie prowadziło do męczeństwa. Toteż atakowanie takich tatuaży jest pluciem na groby świętych męczenników.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij