Wariacje tischnerowskie

wariacje

Telewizja publiczna leci na pysk, to wiadomo. Wiadomości już się oglądać nie da, bo ociekają propagandą gorzej niż komunistyczny „Dziennik”, a „Teleekspres” też nie lepszy. Nie jest jednak bynajmniej tak, że wszystko w kurskiej tv jest totalnie złe, lub przynajmniej gorsze niż u poprzedników. 

Nie najgorzej jest w dziedzinie kultury wysokiej i niszowej (bo popkultura w TVP leży i kwiczy, vide ostatnie straszliwie żałosne Opole). Tu można wspomnieć o „Dzikiej Muzyce” i o Teatrze Telewizji. Ten ostatni jest co prawda nadal zdominowany przez historyczne gnioty oparte na archiwach IPN, niewiele mające wspólnego z teatrem, od czasu do czasu zdarzają się jednak wartościowe spektakle. 

Należy do nich inscenizacja „Wariacje Tischnerowskie” oparta na „Historii filozofii po góralsku” Józefa Tischnera oraz”Wieści ze słuchanicy” Józefa Tischnera i Wandy Czubernatowej. Przedstawienie dostarcza dużą dawkę mądrości, humoru i folkloru. Świetnie się tego słucha. I może w tym jest problem. Inscenizacja jest zbyt statyczna wizualnie. Aktorzy,  w większości bardzo dobrzy, nie mieli możliwości większego wykazania się. Równie dobrze to przedstawienie mogło pójść w teatrze radiowym, a odbiorca niczego by nie stracił. Nie jest to zarzut, bo spektakl oceniam dobrze, ale uwaga.

Nowość książkowa przed ponad półwieczem napisana

zdobycz

O Jerzym Pietrkiewiczu pisałem już na łamach „Najwyższego Czasu!” i swojego bloga w roku 2008, rok po jego śmierci. Teraz pojawia się okazja, aby kolejny raz o nim napisać, z racji ukazania się polskiego przekładu jednej z jego powieści. Przekładu, który ma szansę zdobyć w kraju popularność większą, niż jakakolwiek wcześniej wydana książka tego emigracyjnego twórcy.

 

Rzadko się zdarza, że recenzuję nowości, a jeszcze rzadziej (w zasadzie po raz pierwszy wystąpił taki przypadek), że recenzuję nowości napisane przed sześcioma dziesiątkami lat? Paradoks? Owszem, ale wynikający z zawiłości ludzkich, a osobliwie polskich losów. Przypominam, że Pietrkiewicz, który jako poeta zadebiutował jeszcze w przedwojennej Polsce, w czasie wojny znalazł się w Wielkiej Brytanii i tam pozostał, odtąd tworząc poezję po polsku, a prozę po angielsku. Dzięki konsekwencji w tym wyborze w pełni przynależy do obydwu literatur. Stał się drugim po Conradzie polskim mistrzem angielskiego pióra.

 

Napisana w 1955 powieść „Loot and loyalty” została właśnie wydana w Polsce, w przekładzie Jacka Dehnela jako „Zdobycz i wierność”. Najlepszą recenzję tej książki dał sam tłumacz w posłowiu do niej, pozwolę więc sobie zacytować jego słowa: To, że mamy do czynienia z późnym przykładem powieści historycznej w typie sienkiewiczowskim, widać na pierwszy rzut oka. Jest wszystko, co trzeba: czasy panów szlachty, Kresy, ważne wydarzenia, makaronizmy, mieszanka etniczna i religijna; galeria oryginalnych postaci, raz wzniosłych, raz śmiesznych; kontusze, kirysy i kolasy. Słowem, jak mawiano złośliwie o Matejce: „polska szkoła historyczna <>”. Tymczasem lektura bardzo prędko pokazuje, że to tylko pozór. Pietrkiewicz – przed wojną, jako młody chłopak, autor nadętego peanu na cześć Dmowskiego – napisał bowiem rzecz na wskroś nowoczesną, antybohaterską, idącą pod włos narodowych mitów. Sienkiewiczowski pastisz jest tylko kostiumem, spod którego wygląda wiek dwudziesty.

 

 

Słowa te zaskakująco współgrają z tym co ja sam dziesięć lat temu pisałem o innej powieści tego samego autora:

Bodaj najważniejszym dziełem Pietrkiewicza jest powieść „Isolation” (Odosobnienie) z 1959 roku. W powieści tej autor nie tylko umiejętnie łączy wątki romansowe i szpiegowskie, ale także prowadzi poważne rozważania dotyczące natury ludzkiej. Książka jest nasycona licznymi nawiązaniami do literatury polskiej, zwłaszcza do Sienkiewicza i Reymonta, a także do polskiego życia literackiego okresu międzywojennego Jeden z bohaterów bardzo przypomina Gałczyńskiego, takiego, jakim go opisał Miłosz w Zniewolonym Umyśle. Można więc powiedzieć, ze jest to powieść, jak na lata pięćdziesiąte dosyć nowoczesna. Przypomina bowiem dzieła, jakie w literaturze światowej pojawiły się masowo w dwóch następnych dekadach. Oczywiście, przesadą byłoby nazywać Pietrkiewicza pisarzem postmodernistycznym, ale na pewno warto odnotować jego nowatorstwo.

 

Kolejnym paradoksem jest to, że powieść autora emigracyjnego, prawicowego i antykomunistycznego przełożył i promuje literat zdecydowanie lewicowy. Dowodzi to faktu powszechnie znanego, że dobra literatura wznosi się ponad podziały polityczne i mądry człowiek nie odrzuca dzieł napisanych przez autorów spoza swojego obozu. Kto zaś takowe odrzuca, ten sam się skazuje na intelektualne kalectwo, znacząco zubożając swój potencjał kulturowy. Czytajmy więc nie tylko swoich, ale i tych z innych bajek. Do dobrej literatury pisanej przez lewicowców, czy członków PZPR warto podchodzić z taką otwartością, z jaką lewicowiec Dehnel podszedł do powieści antykomunisty Pietrkiewicza.

Chwała mu za to, bo daje to sporą szansę, że twórczość tego emigracyjnego pisarza wreszcie przebije się do szerszej świadomości Polaków. Jego książki są bowiem w Polsce dość regularnie wydawane już od drugiej połowy lat osiemdziesiątych,a mimo to pozostają nieznane szerszemu gronu czytelników. Jako ostatni z paradoksów warto odnotować, że, co przyznaje w cytowanym już posłowiu, do ubiegłego roku nie znał jej także sam Jacek Dehnel.

Po pierwszym sezonie "Korony królów"

 korona

Już parę tygodni temu skończył się pierwszy sezon „Korony królów”, więc pora na małe podsumowania. Ogólnie w serialu tym jest za mało książąt, rycerzy i polityki, a za dużo romansów. Zupełnie ahistoryczne są też zbyt skromne orszaki. Szczególnie kuriozalne są w początkowych odcinkach podróże książąt kujawskich jedynie we własnym towarzystwie, bez dworzan, czy rycerzy. O błędach religijnych, czy kulinarnych napisano już dosyć, nie ma co się powtarzać. Błędy w rodzaju zbyt późnego uśmiercenia księcia Przemysła sieradzkiego ( w rzeczywistości zmarł przed procesem warszawskim, a nie po nim) i zbyt wczesnego księżnej Eufemii (zginęła po mężu, a nie przed nim) są już drobne na tle wyżej wymienionych, ale też nie powinny mieć miejsca. W epoce Wikipedii trudno zrozumieć, skąd się biorą. 

Olga Tokarczuk – "Podróż Ludzi Księgi"

tokarczuk

Nie pisałem nic po otrzymaniu przez „Biegunów” Olgi Tokarczuk Nagrody Bookera, bo, wstyd się przyznać, tej akurat książki nie czytałem. Udałem się więc do biblioteki celem nadrobienia zaległości. Niestety, w naszej osiedlowej wypożyczalni „Biegunów” nie było. Było kilka innych książek i wybrałem spośród nich tę jedną, której tytuł nic mi nie mówił. 

„Podróż Ludzi Księgi” to powieść wybitnie uniwersalna. To rzadkość w polskiej literaturze. Książki polskich pisarzy są zazwyczaj mocno naznaczone polskością. Jest to pochodna zagmatwanych losów polskiego narodu, zwłaszcza okresu zaborów. Niewątpliwie odbija się to ujemnie na światowej recepcji naszej literatury. Ta powieść taka nie jest. Jest uniwersalna, a przy tem tak wzniosła, że ma rangę mitu. I to mitu ogólnoludzkiego. Księga, która daje życie, ale i niesie śmierć – to naprawdę mit wielkiej wagi. 

Przypomina „Podróż na Wschód” Hessego, ale jest pozbawiona hessiańskiego bajkowego optymizmu. Przywodzi tu też na myśl „Kocią kołyskę” Vonneguta, bo aż kipi od bokononizmu. Hybryda Hesego i Vonneguta, to naprawdę świetne połączenie. A jeszcze widać tu wyraźną inspirację książkami Marguerite Yourcenar.

W moim prywatnym czytorysie tegorocznym książka ta wpisuje się w dwie serie: „1600” i „mistycyzm”. Przy okazji jest to chyba najważniejsza z książek przeczytanych przeze mnie w tym roku. 

Jeszcze uwaga o pisowni tytułu. Najczęściej jest on zapisywany „Podróż ludzi Księgi”. W wydaniu, które czytałem, był on zapisany samymi wielkimi literami, co uznałem za otwarcie możliwości różnego odczytania. Ja przyjąłem zapis „Podróż Ludzi Księgi”, gdyż „Ludzie Księgi” są dla mnie nazwą własną występującego w powieści zakonu. A więc to trochę tak jak by była „Podróż Zakonu Kaznodziejskiego”, czy „Podróż Stronnictwa Demokratycznego”

30/52

* * * * * * 

 

 

Gadające psy trzymają się mocno.

wyszczekani

Choć w jednej ze scen filmu „Wyszczekani” pada zdanie, że nie robi się już filmów z gadającymi psami, to jest to zdanie przekorne, gdyż sam ten film jest dowodem, że się robi. 

Sam film ma charakter komediowej parodii filmów i seriali o psach policyjnych. Mocno przypomina dylogię „Psy i koty”, z której czerpie całymi garściami rozmaite inspiracje. Jednocześnie jest satyrą na wystawy psów, zwłaszcza te egzotyczne. Teoretycznie porusza też temat przemytu zwierząt egzotycznych, ale robi to w stopniu  marginalnym. 

Ogólnie taki sympatyczny misz-masz, fajny głównie dla dzieci, ale dla dorosłych też strawny. 

Uwolnijcie nas stąd. O duszach czyśćcowych z Marią Simmą rozmawia Nicky Eltz

simma

Z tą książką mam pewien problem. Mam go zresztą również z samą Marią Simmą. Z jednej strony nie potrafię zanegować jej kontaktu z duszami czyśćcowymi. Nie potrafię i nie chcę. Jestem przekonany, że jej doświadczenia były prawdziwe i pożyteczne. Podziwiam i popieram jej pracę na rzecz upowszechnienia modlitwy za dusze w czyśćcu.

Z drugiej strony nie podoba mi się wiele szczegółów, dotyczących aniołów (wpływy Opus Angelorum do którego Simma należała), czarownic, ekumenizmu i innych. Ocierają się one o herezję i fałszywe proroctwa. Jest bowiem oczywiste, że książkę religijną, katolicką, jako katolik oceniam z katolickiego punktu widzenia. A tu mam zastrzeżenia. Zachęcam więc do ostrożności w lekturze i recepcji tej książki.

29/52

* * *

Latające marchewki

 

Obiecałem, że zrobię wpis o latających marchewkach jeśli któryś mój wpis uzyska ponad 50 udostępnień na Facebooku. Jako, że już dwa wpisy osiągnęły ten poziom, muszę w końcu o nich napisać.

Mogę to zrobić na różne sposoby. Mógłbym napisać o nich wprost, ale nie miałoby to większego sensu, chyba że zrobiłbym to wierszem, a akurat mi się nie chce. 

Mógłbym napisać o książce S. A. Cornella i Johna Jonesa „Flying carrots”, ale musiałbym ją najpierw przeczytać, a są dwie przeszkody. Po pierwsze jest tylko po angielsku, po drugie można ją kupić tylko za granicą. Obydwie przeszkody są do pokonania, ale nie bardzo mi się chce. 

Pozostaje mi udostępnić powyższy filmik. Miłego oglądania.

Koszmar stuwiekowego lasu

 

Widziałem dziś nowy zwiastun filmu „Krzysiu, gdzie jesteś?”. Ze smutkiem zauważyłem, że i w tym filmie używać się będzie językowego potworka w postaci wyrażenia „stuwiekowy las”. To bardzo złe tłumaczenie, a właściwie tłumoczenie, czy też tłumaczenie-wypaczenie. 

W oryginale jest Stuakrowy Las (Hundred Acre Wood). Jako że akr nie jest w Polsce mocno rozpoznawalną jednostką powierzchni, warto nieco odejść od dosłowności przekładu. Ale tylko nieco. Ja optuję za Stumorgowym Lasem, bo to dość wiernie oddaje oryginalną wielkość. Akr ma 40 arów, morga 56, więc nie różnią się tak bardzo. „Stumilowy Las” Ireny Tuwim też ujdzie, chociaż sugeruje obszar znacznie większy, ale przynajmniej daje się jakoś odnieść do powierzchni. 

„Stuwiekowy Las” do powierzchni odnieść się żadną miarą nie daje. Oznacza las stary, a nie wielki. Jest to ogromne i ordynarne fałszerstwo. Jest to większy gwałt na Misiu Puchatku, niż osławiona Fredzia Phi-Phi. Autorowi tego wyrażenia powinno się wyrwać język i uciąć piszącą rękę, a miejsca po usuniętych narządach posypać mieszaniną soli i pieprzu. Fałszowanie Puchatka powinno bowiem być karane co najmniej tak surowo jak fałszowanie pieniędzy.

Grupa udostępniania ankiet naukowych

W styczniu pisałem o moich zamierzeniach internetowych na ten rok i celach z nimi związanych. Pierwszy cel udało mi się już zrealizować. Niniejszy blog wszedł do pierwszej setki rankingu bloxa i nawet ociera się o pierwszą pięćdziesiątkę. Jest więc dobrze i o blog mogę już być w miarę spokojny.

Drugie przedsięwzięcie z szansami na sukces to facebookowa „Grupa udostępniania ankiet naukowych” pomyślana głównie jako dzieło pomocy dla studentów. Grupa działa sprawnie, wpisy są regularne, ale nadal ma nieco za mało członków, aby mogła być dla tych studentów naprawdę pomocną. Cel na ten rok to trzystu członków. W chwili, gdy piszę te słowa jest ich 253. Trzy setki są praktycznie w zasięgu ręki, a w zasadzie rąk. Waszych rąk, drodzy czytelnicy i Waszych klawiatur. 

Zdaję sobie sprawę, że i trzystu członków to mało. Nie wystarczy to, do skompletowania grona respondentów jakiejkolwiek poważnej ankiety. Zakładam bowiem, że przeciętnie co dziesiąty członek grupy udziela odpowiedzi na daną ankietę, bo nie wszyscy są w każdej grupie docelowej, nie wszyscy też mają czas i chęci na wypełnianie każdej ankiety.

Ale też nie o to chodzi, by dało się zgromadzić kompletne grono respondentów dzięki tej grupie. Gdyby tak się dało, wypaczałoby wyniki ankiet. Ale sądzę, że to niebezpieczeństwo będzie grozić dopiero wtedy, gdy grupa będzie bardzo duża, mniej więcej wtedy, gdy przekroczy pułap  dziesięciu tysięcy członków. A to jej jeszcze chyba przez wiele lat nie grozi.

Jonathan Carroll – "Kąpiąc lwa"

carroll

Książki Jonathana Carrolla chętnie czytałem w czasach studenckich, czyli jakieś 20 lat temu. Była wtedy na nie moda, a i mnie bardzo się podówczas podobała taka fantastyka zakręcona, trudna do przypisania do jakiegokolwiek ścisłego gatunku, bo ani to fantasy, ani SF, ani realizm magiczny, fantastyka na pewno, ale bliżej dookreślić tej literatury nie potrafię. 

„Kąpiąc lwa” jest powieścią w typowym dla Carrolla stylu, mnie jednak uparcie kojarzyła się z kreskówką Ben10. Mechanicy z powieści zdają się być wzorowani na hydraulikach z serialu. A jako, że serial jest starszy… Nie ma oczywiście nic złego w inspiracji, ale ja bym ją bardziej ukrył, nazywając mechaników np. specami, czy ekspertami. Poza tem książka jest nieco chaotyczna, co nie dziwi, skoro opowiada o chaosie, a raczej o Chaosie. Do mnie przemówiła średnio. Daję czwórkę. 

28/52

* * * *


Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij