o. Bartłomiej Kucharski OCD – "Kobiety Bożego Miłosierdzia"

 

To, że jak już pisałem, zawsze czytam jakąś książkę religijną w Wielkim Poście, nie oznacza, że w innych okresach takowych nie czytuję. Wręcz przeciwnie, czasem po jednej przychodzą następne. „Misterium Chrystianizmu” wywołało we mnie chęć przeczytania trzech kolejnych książek o podobnej tematyce, które przedtem przeczytałem tylko częściowo.  Na razie jednak te trzy książki  muszą poczekać na swoją kolej,  bo najpierw przeczytałem inną książkę religijną, która akurat wpadła mi w ręce.

Szkieletem książki karmelity bosego Bartłomieja Kucharskiego „Kobiety Bożego Miłosierdzia” są życiorysy siedmiu katolickich mistyczek  bł. Julianny z Norwich, św. Marii Małgorzaty Alacoque, św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, św. Faustyny Kowalskiej, Marty Robin, Adrienne von Speyer i Kunegundy Siwiec, które łączy to, że wszystkie głosiły naukę o Miłosierdziu Bożym.

Książka łączy elementy biografii, refleksji teologicznej, antologii poezji i praktycznej szkoły modlitwy. Ukazuje prawdę, że nauka o Miłosierdziu Bożym nie jest nowinką wprowadzoną przez świętą Faustynę, ale elementem odwiecznej doktryny katolickiej. Przy okazji wiąże też tę naukę z tradycją karmelitańską (pisząc o szerzej na razie nieznanej tercjarce karmelitańskiej Kunegundzie Siwiec oraz przypominając o wpływie jaki Św. Teresa Mniejsza wywarła na Św. Faustynę Kowalską i Martę Robin), dzięki czemu dyskretnie umacnia pozycję swojego zakonu. Pozycja wyróżnia się pozytywnie na tle popularnej literatury dewocyjnej dotyczącej kultu Miłosierdzia Bożego, ukazując go na wyjątkowo szerokim tle.

23/52

Rowling J.K., Tiffany John, Thorne Jack – "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

potter

Sztuka teatralna „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” jest raczej luźno związana z cyklem potterowskim. Nie czuje się tu ducha powieści o młodym czarodzieju. Widać tu za to wyraźnie zupełnie inną inspirację, która dla nastoletnich potteromaniaków może być niezauważalna, za to starsi czytelnicy powinni ją bez trudu wychwycić. 

Poruszona jest tu bowiem tematyka znana miłośnikom literatury już od mniej więcej stu lat z powieści Herberta George’a Wellsa „Wehikuł Czasu”, a następnie z setek innych powieści i opowiadań z gatunku science fiction. Sztuka opowiada o problemach z hipotetycznymi podróżami w czasie polegających na modyfikacji teraźniejszości przez podróżników w przeszłość. 

Rzecz bardzo fajna i dająca do myślenia, nie jestem jednak pewien, czy odpowiednia dla dzieci i młodzieży.

 

22/52

Ken Follet – "Słup ognia"

 

Ken Follet należy od moich najulubieńszych pisarzy. Dawałem temu wyraz wielokrotnie. Szczególnie lubię jego powieści sensacyjne z wątkiem historycznym. Jest to jedyny pisarz, którego powieści o II wojnie światowej mi się podobają. Lubię też jednak i te książki, w których zagłębia się w dalszą przeszłość. Niedawno pisałem tu o „Uciekinierze”. Teraz wchodzę jeszcze głębiej w przeszłość.

Wspomniałem już jakiś czas temu, że ostatnio czytam takie książki, które da się połączyć w grupy mające jakieś wspólne cechy. Jedną z nich był szereg powieści i esejów opowiadających o okresie wokół 1500 roku. Ostatnio, od powieści „Zdobycz i wierność” przeniosłem się do roku około  1600. „Słup ognia” łączy te dwie grupy, gdyż jego akcja rozgrywa się w latach 1558-1620 w Anglii, Francji, Hiszpanii, Niderlandach i Szkocji.

Powieść, będąca trzecią częścią trylogii zaczynającej się od „Filarów ziemi” mówi głównie o relacjach, często krwawych, między katolicyzmem a protestantyzmem w ówczesnej Europie Zachodniej. Jak to zwykle u Folleta bywa w książce jest dużo seksu, polityki i ekonomii. Oczywiście, również jak zwykle u Folleta, poziom literacki jest wysoki, a akcja wciągająca. 

Jest jeszcze coś, na co przy tej książce zwróciłem uwagę. Follet pisze książki stałą metodą, pojawiają się u niego stałe motywy, to da się zauważyć. Elementem tej metody jest dobór bohaterów. Gdy jego powieść umieszczona jest w rzeczywistości historycznej, główny bohater jest zazwyczaj drugoplanowym bohaterem historii rzeczywistej. Nie jest zwykłym szaraczkiem jak dobry wojak Szwejk, nie jest też jednak królem, premierem, czy generałem. Może być postacią historyczną, albo fikcyjną, to już nie ma większego znaczenia. Tak jest też w „Słupie ognia”, gdzie główny bohater jest członkiem zespołu doradców królowej Elżbiety i jej następców. Królowie i książęta pojawiają się tu jako postacie epizodyczne. Ten pomysł na bohatera powieści historycznej wprowadził w życie jako pierwszy chyba Aleksander Dumas w „Trzech muszkieterach”. Potem z powodzeniem stosował go między innymi Henryk Sienkiewicz tak w trylogii, jak w „Quo vadis”. Ten sam pomysł jest też wykorzystany we wspomnianej wyżej „Zdobyczy i wierności” Pietrkiewicza.  I w tych powieściach Folleta, których akcja dzieje się w przeszłości. 

21/52

Eurowizja po półfinale

 

Pierwszego półfinału nie oglądałem. Jestem rybniczaninem, więc wygrała u mnie „Diagnoza”, choć nie jest to dobry serial. Oglądałem za to półfinał drugi. Występ reprezentantów Polski uważam za fatalny. Podobały mi się za to występy Serbów i Gruzinów. Śpiewali w swoich językach, nawiązywali to tradycji muzycznych swoich krajów (ten gruziński śpiew męski na trzy głosy), a jednocześnie było to nowoczesne i mogło się spodobać. Szkoda, że Gruzini odpadli,cieszę się, że Serbowie przeszli do finału. 

Mikołaj Ligęza z "Korony królów" i "Ślązak wspomnienia godny" z XIX wieku

 

Ten fragment serialu skojarzył mi się z fragmentem życiorysu pewnego śląskiego kapłana, księdza Szymona Perzycha: 

Kilka lat wcześniej, gdy ów autor książek religijnych był komorantem w Piekarach, pojawił się raptem w Rybniku, gdzie wprawdzie ożywił życie karczemne i uliczne, ale naraził się opinii publicznej do tego stopnia, że magistrat w trosce o moralność i religijność społeczności rybnickiej wystosował 10 grudnia 1859 r. list do ks. kanonika i książęco-biskupiego komisarza, Franciszka Heidego w Raciborzu, w którym m.in. czytamy: „Suspendowany ksiądz, były dyrektor seminarium i proboszcz Szymon Perzich, osiadł tu od dłuższego czasu bez policyjnego zameldowania. Tenże prowadzi karygodne życie, gdyż codziennie odwiedza najpospolitsze szynki, wraca do domu w całkiem nieprzytomnym stanie i nierzadko musi być wyciągany z rynsztoków. W szynkach obcuje wyłącznie z prostacką warstwą społeczną. Przedmiotem jego rozmów jest religia, przy czym grubiańsko profanuje święte instytucje Kościoła katolickiego. Często widzi się go zataczającego się na publicznych ulicach w kompletnym stroju księdza. Podczas wielomiesięcznego pobytu tutaj jeszcze nie był na nabożeństwie. To karygodne prowadzenie się niepoprawnego Perzicha przynosi hańbę i gniew katolickiego stanu kapłańskiego oraz świętej religii. Aby temu przeciwdziałać, byłoby bardzo celowe umieszczenie owego Perzicha w jakimkolwiek zakładzie. Dlatego uprasza- my Waszą Przewielebność bardzo uniżenie o łaskawe skierowanie wymienionego Perzicha do jakiegoś zakładu poprawczego oraz jednoczesne powiadomienie nas,jakie właściwe środki zostaną zastosowane wobec Perzicha, celem przeszkodzenia mu w złym prowadzeniu się. Dość niechętnie przyjęlibyśmy kroki, aby wymienionego Perzicha uznać za pijaczynę szynkowego, ponieważ mniemamy, iż przez to zostałby obrażony katolicki stan kapłański”

Cały życiorys można znaleźć w artykule ks. Henryka Olszara Proboszczowie parafii św. Anioła Stróża w Gorzycach Śląskich. Przyczynek do dziejów Kościoła katowickiego. O owym księdza Perzychu zapewne jeszcze napiszę coś więcej, bo jego postać bardzo mnie interesuje. Na razie jestem na etapie poszukiwania jego książek. 

Waldemar Łysiak – "Karawana literatury"

łysiak

I dalej nadrabianie zaległości. Tę książkę powinienem przeczytać już dawno. Jeśli nie parę lat temu,kiedy została wydana ( bo i niby z jakiej paki, skoro od lat nie czytam Łysiaka), to przynajmniej rok temu, kiedy dowiedziałem się, że jestem w niej dwa razy cytowany. W końcu nie tak często się zdarza, że takiego publicystę z piątej ligi cytuje autor pierwszoligowy. Prawdę mówiąc mnie się to w wersji książkowej zdarzyło tylko ten jeden raz. 

Książka jest jedną wielką krytyką polskiej literatury, której stan jest tu przedstawiony jako katastrofalny. Łysiak stosuje tu sprytny zabieg. Niby sam nie krytykuje, a tylko cytuje dziesiątki różnych krytyków. Książka jest bowiem w zasadzie kompilacją cytatów z : polskiej prasy, wierszy Mariana Hemara i scholiów Nicolasa Gomeza Davili. Z tej kompilacji wynika, że jedynym dobrym pisarzem we współczesnej Polsce jest… Waldemar Łysiak. No może niezły był też Andrzej Żuławski ze swoim „Nocnikiem”, który w czasie wydania „Karawany”  żył jeszcze. Ale reszta to dno. Za granicą zresztą nie jest lepiej.

Łysiak starannie dobranymi cytatami dowodzi, że wiele rzeczy zrobił jako jedyny, te które inni też zrobili on zrobił jako pierwszy, a te, które inni zrobili pierwsi, on zrobił najlepiej. Przypomina pod tym względem Coryllusa – nadętego bubka będącego idolem części prawicy. Jest jednak jedna różnica – Łysiak ma solidny wkład w polską kulturę (gdyby nie był pieniaczem, wkład ten byłby większy), a Coryllus ma wkład zbliżony do mojego, czyli na razie homeopatyczny. 

20/52

Elżbieta Cherezińska – "Gra w kości"

gra

Kolejna pozycja w ramach nadrabiania ewidentnych zaległości Elżbieta Cherezińska to chyba najważniejsza obecnie w Polsce  autorka powieści historycznych. Wielu ją chwali, wielu krytykuje, ja dotąd zdania nie miałem, bo nie czytałem.

Bo przeczytaniu „Gry w kości” mogę już coś powiedzieć. Jest to powieść poprawna zarówno faktograficznie, jak i literacko. I tyle. Aż tyle i tylko tyle. Jedynym co ją odróżnia od powieści Kraszewskiego, Przyborowskiego, czy Strumskiego są liczne sceny erotyczne. I to jest problem. Gdyby tych scen nie było, nadawałaby się na lekturę edukacyjną dla młodzieży. Ale skoro są, to się nie nadaje.

A skoro tak, to pozostaje jej tylko funkcja rozrywkowa. Jest to powieść prosta- romanus simplex, co przy tematyce historycznej jest nieco zaskakujące. 

19/52


Yann Martel – "Ja"

Martel

To jedna z najdziwniejszych książek, jakie w życiu czytałem. Wszystko jest niej nietypowe.Począwszy od formy. Składa się z dwóch rozdziałów, z których pierwszy ciągnie się przez prawie 350 stron, a drugi liczy ledwie cztery linijki. Polskiemu czytelnikowi kojarzy się to nieodparcie z powieścią Jerzego Andrzejewskiego „Bramy raju”, która składa się z dwóch zdań, pierwszego ciągnącego się przez stron bodaj sto trzydzieści i drugiego, brzmiącego „i szli całą noc”. Martel raczej ani tej powieści, ani samego Andrzejewskiego prawie na pewno nie znał. Skąd to wnoszę? Stąd, że w pewnym miejscu książki pojawia się lista pisarzy z całego świata,a jedynym związanym z Polską jest na niej Conrad. 

„Ja” ma formę fikcyjnej autobiografii. Skąd wiem, że fikcyjnej? Bo raczej nie jest możliwe, by autor, czy ktokolwiek z żyjących zmienił się samoistnie z mężczyzny w kobietę, a po paru latach z powrotem. I to jest chyba główna dziwność tej książki, która sprawia, że wryje się ona w pamięć czytelnika. Jest tu sporo seksu i niemało wzmianek o religii. Zaskakujące jest to drugie, bo pierwszosobowy/a bohater/ka deklaruje się jako osoba stuprocentowo areligijna.

Głównie jest to jednak, mimo pozorów bardzo głęboka książka o ludzkiej tożsamości. Waham się, czy w swojej klasyfikacji zaliczyć ją do powieści pogłębionych (romanus semicompositus), czy do  powieścioesejów (romanus compositus).Chyba jednak umieszczę ją w tej ostatniej grupie, mimo, że obszernych wstawek eseistycznych trudno tam się doszukać. Ale ukryty esej esejem być nie przestaje.

Jeszcze jeden aspekt chciałbym poruszyć. Zastanawia mnie, ile czaszek dałoby tej książce rodzeństwo Salwowskich z serwisu kulturadobra,pl, gdyby zajmowało się literaturą, a nie filmem. Skojarzenie nie jest przypadkowe. Być może bym tej książki nie kupił (za dwa złote w Carrefourze) i nie przeczytał, gdyby nie Salwowscy. Otóż parę dni wcześniej przeczytałem na ich stronie recenzję filmu „Życie Pi” opartego na innej książce tego autora. Dostał dwie czaszki i określenie „wyraźnie zły”. Myślę, że „Ja” dostałoby tych czaszek więcej. A to naprawdę dobra książka jest.

18/52

Thomas Arnold – "Tetragon"

To już powinienem zrobić dawno. Skoro Arnolda Płaczka, piszącego jako Thomas Arnold, znam osobiście, skoro z  nim pracowałem, to powinienem znać też jego książki. W końcu więc się za to zabrałem i udałem się do biblioteki. Mieli kilka jego książek, na chybił trafił wybrałem „Tetragona”.

To klasyczny kryminał z akcją osadzoną we współczesnych Stanach. Główny wątek, to zbrodnicza działalność satanistycznej sekty. Czuć wyraźną inspirację „Klubem Dumas” Artura Pereza-Revertego, oraz kilkoma polskimi kryminałami z „Głową Minotaura” na czele.

Napisane sensownie, znacznie lepiej niż u Mroza, jednym słowem broni się. Z drugiej strony, dupy nie urywa. Głębi żadnej tu nie widzę. W klasyfikacji, którą ostatnio staram się wypracować jest to czysta powieść (romanus simplex), a  nie powieść pogłębiona (romanus semicompositus), czy powieścioesej (romanus compositus). Do historii literatury więc nie przejdzie, ale do przeczytania jest jak najbardziej godna polecenia. Bo to, że powieść jest prosta, nie musi być wadą. Często jest nawet zaletą. 

Jedną z przyczyn mojego opóźnienia w lekturze książek Arnolda jest to, że niezbyt lubię amerykańskie realia w powieściach polskich pisarzy, podobnie jak nie lubię, gdy polscy piosenkarze śpiewają po angielsku. Owszem, zdaję sobie sprawę, że pisanie w realiach amerykańskich jest sposobem na uniwersalizację polskiej literatury, którą to zresztą uniwersalizację z uporem postuluję. Tyle że jest to droga na skróty. Książki Wiesława Myśliwskiego, choć umieszczone w realiach polskich,  są o wiele bardziej uniwersalne  niż wszystkie polskie powieści umieszczone w realiach amerykańskich razem wzięte. 

Uznawałem więc, że lepiej, gdy pisarz, zwłaszcza zaś autor powieści kryminalnych, umieszcza akcję w miejscu, które dobrze zna, na ulicach, po których chodził, etc. Po lekturze kilku książek Mroza uznałem jednak, że niekoniecznie to działa. A jako, że Arnoldowi lepiej wychodzi pisanie o Ameryce, niźli Mrozowi o Polsce, to niechże sobie pisze o Ameryce. 

17/52

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij