Szczepan Twardoch – "Ballada o pewnej panience"

ballada

Zbiór opowiadań Twardocha lokujący się na pograniczu literatury głównego nurtu z jednej strony, a fantasy i horroru z drugiej. Niektóre z nich lokują się w charakterystycznych dla tego pisarza klimatach śląskich, inne są bardziej uniwersalne. Jedne są równie mroczne jak jego powieści, inne są poważne, ale pozbawione grozy. W niektórych czuć powiew „Dracha”, w innych „Króla”. We wszystkich jednak mocno czuć Twardocha. We wszystkich, nawet tych nie mrocznych, sporo śmierci i strachu. Erotyki teń niemało, choć chyba mniej wulgarnej niż w „Królu”. Warte przeczytania, zwłaszcza, gdy się lubi tego pisarza. 

48/52

* * * * *

Pierwsza rocznica istnienia "Grupy udostępniania ankiet naukowych"

Dokładnie rok temu założyłem na facebooku „Grupę udostępniania ankiet naukowych”. Od tego czasu pojawiły się na niej dziesiątki wpisów i setki komentarzy. Mam nadzieję, że pomogła wielu ludziom, szczególnie studentom, ale też uczniom i młodym naukowcom, w zgromadzeniu materiału do badań. Dziękuję wszystkim aktywnym uczestnikom grupy. 

Nadal jednak jest za mała, by dobrze spełniać swoją rolę. Ma obecnie 294 członków, a chciałbym by jeszcze w tym roku miała trzystu, a w kolejnych latach nadal systematycznie rosła. marzy mi się tysiąc członków za kilka lat. Wtedy będziemy naprawdę dobrze działać i zapewnić badaczom reprezentatywne grono ankietowanych. 

Zachęcam więc do wstępowania do grupy i rozpowszechniania informacji o niej.

Wałęsa wychodzi z kościoła

 

Długo się zastanawiałem, czy wpis ten umieścić na blogu kulturowym, czy politycznym. Zdecydowałem się na ten pierwszy, bo zarówno wydarzenie, jak i zjawisko, przynależą do świata religii, a nie polityki. 

W czasie Mszy w kościele św. Brygidy w Gdańsku odprawionej z okazji kolejnej rocznicy porozumień sierpniowych przemówienie wygłosił JE Andrzej Duda, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej etc. Zanim jeszcze zaczął mówić świątynię, zapewne na znak protestu, opuścił JE Lech Wałęsa, były Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej etc. 

Prawicowy internet huczy od oburzenia na prezydenta Wałęsę: „Jak on mógł wyjść z kościoła w czasie Mszy”. Ja natomiast oburzam się na prezydenta Dudę: Jak on mógł przemawiać w czasie Mszy?! Człek świecki, nawet prezydent, w czasie Mszy przemawiać nie może. Wszelkie przemówienia świeckich, mające charakter religijny, np. Świadectwa, powinny mieć miejsce po liturgii, albo przed nią. Świeckich zaś przemówień, a takie było to prezydenckie, w ogóle w świątyni wygłaszać nie należy. Jak się prezydent bardzo upiera, by wystąpić w czasie Mszy, to może Lekcję przeczytać, albo wezwania modlitwy wiernych. Swoich przemyśleń politycznych, choćby najwznioślejszych,  w czasie Mszy wygłaszać mu nie wolno. Jeśli, chce kazania głosić, to niech diakonem zostanie, droga wolna. A w obecnej sytuacji, to przemówienie było poważnym nadużyciem liturgicznym. 

Dlatego słusznie JE Lech Wałęsa z kościoła wyszedł. Ja też bym wyszedł. A po przemówieniu bym wrócił. Tym więc bym się odróżnił od byłego prezydenta, który nie wrócił. 

Anna Brzezińska – "Córki Wawelu"

Wawel

Po tej książce wiele się spodziewałem i niestety trochę się na niej zawiodłem. Może nie bardzo, ale trochę na pewno. Męczyłem się z nią od początku stycznia do końca sierpnia. Nie dlatego, żeby to była zła książka, przeciwnie, jest dobra, ale nieco ciężka. Nie nudna, nie trudna, ale właśnie ciężka. Ciężka, przyciężkawa, ociężała. Za dużo stron, za mało werwy. 

Fabularyzowany esej jest obiecującym gatunkiem, rzadko na razie przez autorów książek wykorzystywanym. W zasadzie przed „Córkami Wawelu” czytałem tylko dwie pozycje tego rodzaju: „Szarą Eminencję” Aldousa Huxleya i „Ja, Michał z Montaigne” Józefa Hena. Przyznaję, że obydwie były od „Córek Wawelu lepsze. Huxley o wiele, Hen troszeczkę. 

Na okładce książka jest porównywana do esejów Pawła Jasienicy, ale te, choć niefabularyzowane, były jednak lżejsze i dynamiczniejsze. Więcej barwnych, pełnokrwistych postaci, więcej wydarzeń, więcej dynamiki.

W związku z tym mogę z czystym sumieniem polecić „Córki Wawelu” miłośnikom historii dawnej Polski. Nie mogę jej natomiast polecić miłośnikom literatury, czy po prostu czytania. 

Tą książką chyba kończę tegoroczny cykl 1500. Wątpię, bym do grudnia przeczytał jeszcze jakieś książki traktujące o tej epoce. Oczywiście w kolejnych latach do tej tematyki powrócę. 

* * * *

47/52

 

Halleluyah Cohena na deptaku w Rowach

Tegorocznym hitem ulicznego grania na deptaku w Rowach było „Halleluyah” Leonarda Cohena. Miałem je okazje usłyszeć w ciągu dziesięciu dni w czterech różnych wersjach na trzech różnych instrumentach. Jestem przekonany, że do takiej scenerii dużo bardziej ten utwór pasuje, niż do wnętrz kościołów, gdzie też jest ostatnio często grywany, zwłaszcza na ślubach. Świątyniom zostawmy muzykę ściśle religijną i ściśle sakralną, a tę, której sacrum jest bardziej dyskretne, ogólnikowe, pielęgnujmy w przestrzeniach świeckich.

Czemu tudzież wadzi Dudzie?

Narodowe czytanie dzieł wielkiej polskiej literatury to już uznana tradycja. W tym roku padło na „Przedwiośnie” Żeromskiego. Pewnie bym o tym nie pisał, bo nie lubię ani tej książki, ani jej autora, ale sytuacja się zmieniła, gdy dowiedziałem się, że oficjalnie czytana będzie mocno uwspółcześniona wersja powieści. A uwspółcześnionych wersyj książek nie lubię jeszcze bardziej. 

Mam w swej biblioteczce uwspółcześnioną „Rodzinną Europę”, którą czytałem z niedosytem, bo u Miłosza starannie dozowane archaizmy są jednym z wyznaczników stylu. Mam też uwspółcześniony „Komizm” Bystronia, którego nie przeczytałem w ogóle, bo uwspółcześniony to już nie Bystroń. Mam w końcu dwa wydania Biblii księdza Wujka, jedno transkrybowane z oryginału, drugie uwspółcześnione w Międzywojniu. Różnica jak między niebem a ziemią. 

W „Przedwiośniu” do narodowego czytania uwspółcześnienie miało polegać na usunięciu słowa „tudzież” i powtórzonych epitetów, podobno na życzenie JE Andrzeja Dudy. Okazało się, że zmiany poszły dalej i usunięto 30% tekstu powieści. większość krytyków skupia się na tej skali, ale ja wyrażam swoją dezaprobatę dla jakiegokolwiek uwspółcześniania. Usunięcie „tudzież” i powtórzeń już wystarczająco psuje styl, by nie uznawać tej wersji za dzieło Żeromskiego. Bo dzieło, to nie tylko treść, ale i forma. A formę w tym przypadku zniszczono. 

Yann Martel – "Beatrycze i Wergili"

Martel

Yann Martel jest dla mnie literackim odkryciem roku. Jest to w sumie pisarz w Polsce umiarkowanie znany, jego powieści lądują w marketowych koszach z tanią książką, a moim zdaniem należy on do najciekawszych anglojęzyczych autorów średniego pokolenia – takich, którzy są już bardzo dojrzali literacko, ale jeszcze mogą mocno namieszać w światowej literaturze.

Oczywiście, prawie wszyscy znają film „Życie Pi”, ale mało kto wie, że powstał na podstawie książki, jeszcze mniej tę książkę czytało, a już tylko naprawdę nieliczni znają inne dzieła jej autora. A szkoda, bo są to książki naprawdę niebanalne i, nie waham się tego napisać, wybitne.

Każda z nich jest też zupełnie inna. „Ja”, to fikcyjna autobiografia, przepełniona treściami erotycznymi i światopoglądowymi. W „Beatrycze i Wergilim” praktycznie nie ma seksu, ani religii, jest sporo wątków autobiograficznych, czy też pseudoautobiograficznych, ale ujętych nietypowo, w trzeciej osobie.

Powieść z elementami eseju (są w niej zresztą rozważania o powieściach i esejach i ich wzajemnym stosunku) aluzyjnie pisze o Holokauście, porównując go z zagładą całych gatunków zwierząt. Jest tu trochę przemocy i sporo informacji o taksydermii, co przywodzi na myśl „Biegunów” z ich plastynatami i preparatami. 

* * * * *

46/52

Richard Overy – "1939. Nad przepaścią"

1939

Ta mała książeczka może znacznie poszerzyć wiedzę przeciętnego Polaka o dyplomatycznych kulisach wybuchu II wojny światowej. Autor ukazuje mam działania rządów Francji i Wielkiej Brytanii oraz różnych rządowych i prywatnych mediatorów. Wahania, próby rozmów z Niemcami, w końcu decyzja o wypowiedzeniu Niemcom wojny. Kluczowe jest zdanie kończące książkę: 

„Bez względu na te ciągłe odwołania do honoru prawda o wojnie 1939 była taka, że nie chodziło w niej o wyzwolenie Polski spod okrutnej okupacji, lecz o uchronienie Wielkiej Brytanii i Francji przed groźbą rozpadu świata – ich świata”.

Interesujące są też uwagi językowe – autor zauważa, że Brytyjczycy woleli mówić i pisać o nazistach, zaś Francuzi o Niemcach: „Po wybuchu wojny rząd francuski poprosił swego brytyjskiego sojusznika, by w dyskusji o celach wojny nie odróżniał tak mocno „nazistów” od „Niemców”,  gdyż we Francji to wojna z Niemcami, trzecia w ciągu siedemdziesięciu lat, buduje waleczność narodu”. To zdanie mówi trzy rzeczy: że ta kontrowersja językowa nie jest bynajmniej nowa, że Brytyjczycy, a szerzej Anglosasi mają we współczesnym świecie dużo więcej do powiedzenia, niż Francuzi i dlaczego części Polaków tak zależy na podkreślaniu roli Niemców, a nie nazistów w tych wydarzeniach. Narracja kładąca nacisk na Niemców w miejscu nazistów pozwala budować uproszczoną wizję odwiecznego konfliktu polsko-niemieckiego.

* * * * *

45/52

Ornaty z Polski na Światowe Spotkanie Rodzin

 ornaty

Kilka dni temu w internecie rozgorzała dyskusja na temat ornatów wyprodukowanych w Polsce na Światowe Spotkanie Rodzin. Wielu katolików, nie tylko zresztą tradycjonalistów, krytykuje te szaty, ja jednak chcę ich bronić, a nawet je chwalić.

Po pierwsze, wyglądają na wykonane z naturalnych materiałów, co bardzo cieszy w obecnym zalewie plastikowej tandety. Każdy naturalny, czy to wełniany, czy lniany, czy nawet bawełniany ornat, należy chwalić, zwłaszcza, że spotkanie się skończy, a setki ornatów pozostaną i będą służyć kapłanom przez lata.

Po drugie, wykorzystany na nich symbol stylizowanego triskelionu jest zakorzeniony w zachodnim, zwłaszcza zaś celtyckim katolicyzmie jako symbol Trójcy Świętej. Na zarzuty, że symbol ten nie jest rozpoznawalny poza kręgiem celtyckim, odpowiem, że wręcz przeciwnie, jest to symbol rozpowszechniony w całym zachodnim Kościele, o czym świadczy np. fasada kościoła Świętego Krzyża w Żywcu. 

żywiec

Po trzecie, kolory tych ornatów są najwyraźniej liturgiczne, wbrew niektórym opiniom. Na zdjęciu widzimy ornaty biały i zielony. Dziwi jedynie różowa dalmatyka, wszak do trzeciej niedzieli adwentu jeszcze daleko.

Po czwarte, owszem odnoszą się również do symboliki tęczy,, ale w jej tradycyjnie katolickim ujęciu trójbarwnej, też między innymi odnoszącej się do Trójcy Świętej. Odsyłam do mojego artykułu sprzed kilku lat: Czy tęcza na Placu Zbawiciela jest symbolem biblijnym?

Po piąte, jak dla mnie są zwyczajnie ładne, ale to już kwestia gustu. 

Akurat prawda o Trójcy Świętej jest obecnie słabo prezentowana we Mszy Świętej. Zniknęło wiele modlitw trynitarnych, zniknęło potrójne Kyrie, zniknęła Prefacja o Trójcy Świętej w niedziele zwykłe. Należy więc się cieszyć, że choćby te ornaty przypomną o Trójcy w czasie Mszy.

Paulina Świst – "Komisarz"

komisarz

Po kilku książkach niezmiernie poważnych, trzech tomach esejów i autobiografii naukowca, przyszedł czas na przeczytanie i omówienie jakiegoś lekkiego czytadła.

Znowu się tak zdarzyło, że zaczynam serię od drugiego tomu i nie mam z tym problemu, co więcej, dostrzegam w takim sposobie czytania wiele zalet. Warto też pamiętać, ile problemów narobił Szwejk dostarczając panom oficerom drugi tom „Grzechów ojców” zamiast pierwszego.

„Komisarz” Pauliny Świst, kimkolwiek ona jest, to powieść erotyczna, z lekka zabarwiona wątkiem sensacyjnym raczej niż kryminalnym. Czyta się to łatwo, ale nie za bardzo jest po co. Po pierwszy i kolejne tomy raczej już więc nie sięgnę. Poziom literacki wyższy niż u Mroza, co nie dziwi, bo nawet książka telefoniczna ma poziom wyższy niż powieści Mroza, ale niższy niż u Bondy, czyli nadal bardzo niski. 

Zaskakuje więc doskonała znajomość topografii Gliwic i okolic. W połączeniu z niskim poziomem literackim czyni to raczej niemożliwą wersję oficjalną, jakoby autorka była z Wrocławia. Tak marnie piszący ludzie nie robią dobrego researchu. Powraca więc pytanie, kto się ukrywa za pseudonimem. Na pewno nie Mróz, bo u niego topografia leży, research nie istnieje, a poza tym nie pochodzi z okolic Gliwic, ani tam nie mieszka. Znam co prawda jednego polskiego pisarza, który bardzo dobrze zna te okolice, ale nie za bardzo wierzę, że mógłby napisać coś tak słabego. No chyba, że celowo i dlatego pod pseudonimem. No dobrze, zaryzykujmy. Stawiam tezę, że Pauliną Świst jest …. Szczepan Twardoch.

44/52

* * 

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij