Abstynencja w sierpniu – parę cytatów

1004093_671049376256214_644161071_n

W sierpniu, jak co roku, z uporem godnym lepszej sprawy, polscy biskupi ogłaszają miesiąc abstynencji. Niezbyt to katolicka praktyka, dlatego za profesorem Jackiem Bartyzelem powtarzam:

„Święty Arnulfie z Metzu, patronie piwowarów, sprawco cudownego rozmnożenia piwa, do twojego wstawiennictwa uciekamy się w obronie przed kalwińską herezją abstynencji naszego Epidiaskopu!”

Propagatorzy sierpniowej abstynencji, twierdzą, że jest to post. Tym gorzej! Wszak w każdym sierpniu są przynajmniej cztery niedziele (w tym roku nawet pięć), a „Kto pości w niedzielę, ten grzeszy” jak naucza św. Cezary z Arles w swej regule dla mnichów.

Jeśli jakiś biskup, prezbiter lub diakon nie spożywa w dni świąteczne mięsa lub wina, niech zostanie pozbawiony, jako „mający przypieczone sumienie” i stanie się przyczyną zgorszenia dla wielu. Konstytucje Apostolskie VIII.47.53

Konstytucje Apostolskie o heretykach: Przyświecał im wszystkim jeden bezbożny cel: bluźnierstwo przeciwko wszechmogącemu Bogu, głoszenie, że jest On niepoznawalny, że nie jest Ojcem Chrystusa ani Stwórcą świata, lecz jest niewysłowiony, niewypowiedziany, bezimienny, że urodził się sam z siebie, że nie należy korzystać z Prawa i proroków, że nie istnieje opatrzność, że nie należy wierzyć w zmartwychwstanie, że nie będzie sądu ani zapłaty, że nie istnieje dusza nieśmiertelna, że nie należy cieszyć się tylko przyjemnością że można przyjmować każdą religię bez różnicy. Jedni bowiem twierdzą, że istnieje wielu bogów, inni, że trzej bez początku, inni, że dwaj niezrodzeni, jeszcze inni, że istnieje nieskończona mnogość eonów. Jedni propagują bezżenność oraz każą powstrzymywać się od mięsa i wina, twierdzą, że wstrętne jest małżeństwo, płodzenie dzieci i spożywanie pokarmów; idzie im o to, aby niektórzy pozornie szacowni ludzie [okazując im swe uznanie] sprawili, iżby ich niegodziwy pogląd uznano za godny wiary. Konstytucje Apostolskie VI.10.1-21

I na koniec Doktor Anielski: Kto się do tego stopnia powstrzymuje od wina, że przez to wyrządza szkodę swej naturze, nie jest wolny od winy – św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, II- II, q.150, a.1, ad 1.

Memy pochodzą ze strony Katolickie Memy.

Żeńskie formy rzeczowników

Parę dni temu lubiany przeze mnie pastor Paweł Bartosik napisał na facebooku:

Feministka Manuela Gretkowska ogłasza: „Jestem wroginią pisowskiego narodu”.

„Greenpeace Polska” na Twitterze oznajmia, że „w Międzyzdrojach trwa odprawa nurkiń i nurków przed akcją sprzątania dna Bałtyku”.

Wroginie, nurkinie (to jakieś nowe stworzenie w Bałtyku?)… Dlaczego nie nurczynek? Nurkowczyń? Jak można tak kpić z kobiet?

Cały wpis tutaj, bo znowu nie potrafię go wkleić do posta.

Skrytykował tym samym tworzenie żeńskich form męskich rzeczowników opisujących ludzi. Pozwolę sobie w tej materii się z nim nie zgodzić. Żeńskie formy tak, czy siak będą się pojawiały, bo język ewoluuje i podlega wpływom tendencyj społecznych. Warto by pojawiały się dobre, a nie złe. Nurkini i wrogini lepiej brzmią niż nurka i wrożka albo wroga.

Po pierwsze nie myli się z przypadkami zależnymi form męskich, zdrobnieniami, czy nazwami części garderoby (marynarka, pilotka).

Po drugie, jest zakorzeniona w  polskiej tradycji językowej (bogini, władczyni, radczyni).

Po trzecie brzmi poważnie, a nie śmiesznie, czy ośmieszająco. Porównajmy sobie z innymi popularnymi propozycjami:

psycholożka – psychologa – psychologini

ministerka -ministra- ministrzyni

Po czwarte, rozstrzygnie się wreszcie spór, czy kobieta-sędzia to sędzia, czy sędzina. Nie sędzia, nie sędzina, a sędzini. Obydwie stare formy grzeszyły wieloznacznością, ta zaś jest jednoznaczna.

I na koniec trochę anegdotycznie. W rusińskiej piosence „Hołub na czereszni” mamy taki fragment:

Czerez worożeńkił
Ne możu tia wziaty.
Czereż worożeńkił
I czereż worohił
Ne możu perejty
Do tebe dorohy

A ja sobie te worożeńki właśnie jako wroginie tłumaczę i to od dawna, odkąd zacząłem piosenki tłumaczyć. Z powodu wrogiń i wrogów nie mogę przejść…

Marysieńka Sobieska – Tadeusz Żeleński- Boy

20190729_125853

Długo nie wytrwałem przy powieściach i po dwóch sztukach takowych wróciłem do mojej ulubionej ostatnio eseistyki. Tym razem padło na esej historyczny, dość stary, bo przedwojenny, osadzony w moich ulubionych klimatach biograficznych.

„Marysieńka Sobieska” Tadeusza Boya-Żeleńskiego szczegółowo opisuje życiorys głównej bohaterki na tle życiorysów jej mężów (zwłaszcza oczywiście drugiego), innych krewnych i powinowatych oraz historii Polski i Francji. Właśnie z racji tego szerokiego tła kategoryzuję tę książkę jako esej biograficzny, a nie biografię w sensie ścisłym.

Jest to kawał dobrej literatury, do pracy autora zastrzeżeń nie mam żadnych. Mam natomiast takowe do anonimowego przypisywacza. Ówże w przypisach swoich ciągle wytyka Boyowi błędy, tak rzeczywiste jak urojone. Na przykład „prostuje” miejsce azylu Jana Kazimierza z Głogowa na Głogówek nie wiedząc zapewne, że ta ostatnia nazwa utrwaliła się po II wojnie światowej, wcześniej zaś zwano to miasto Głogowem Górnym lub Głogowem Małym. Zarzuca też błąd Boyowi, gdy ten o elektorze z 1683 pisze jako o lenniku polskim, zapominając wyraźnie o Lęborku i Bytowie. To popsucie książki przez zadufanego w sobie przepisywacza sprawia, że pięciu gwiazdek dać nie mogę.

Kiedyś odrzucałem twórczość Boya ze względu na jego wybory ideologiczne. Dziś już nie odrzucam. Nie wiem, czy złagodniałem, czy po prostu rozwinęło się moje oddzielanie twórcy od twórczości. Tak , tytułem, dygresji. Parę dni temu zmarł dość znany pisarz, który kiedyś był stalinowskim prokuratorem wojskowym i był jako taki zamieszany w mordy sądowe. Jego twórczość nadal odrzucam, ale nie dlatego, że był stalinowcem, ale dlatego, że był marnym pisarzem (choć jedną książkę podobno miał dobrą, ale tej akurat nie czytałem)

27/2019

* * * *

 

 

Matka Boska Pogorzelska

570187_tkbm_img_5947_83

Niedawno pisałem o Matce Boskiej Tęczochowskiej, teraz wypada mi napisać o kolejnym postmodernistycznym wizerunku Maryi. Niektóre środowiska katolickie i prawicowe grzmią o profanacji polegającej na ustawieniu na warszawskiej Pradze instalacji artystycznej stylizowanej na maryjną kapliczkę. Przykładem tego grzmienia jest ten film.

Rzetelną relację z tego wydarzenia artystycznego znajdziemy za to w „Gościu Niedzielnym„. Zachęcam do przeczytania całego artykułu, zacytuję zaś z niego tylko kilka zdań mówiących o intencjach autorki: Maryjna figura ma dla artystki duże znaczenie – podczas pożaru domu ochroniła życie jego mieszkańców. – Dlatego w gablocie razem z Maryją jest zapalniczka i węgiel. Można powiedzieć, że jest to Matka Boża „Pogorzelska” – mówi Sz. Gotowski. Symboliczne są także przedmioty otaczające „kapliczkę”, m.in. książki, narzędzia, części od rowerów, ekoleogiczne muchomory zrobione z połówek cytryn. – Rzeczy na instalację przynieśli sami mieszkańcy. Chcieliśmy tym gestem pokazać, że Maryja opiekuje się każdym ich mieszkańcem, niezależnie od statusu społecznego – mówi koordynator.

Trzeba wiele złej woli, by doszukać się w tych słowach intencji profanacji. Musimy zaakceptować różne modele przeżywania religijności, bo katolicyzm jest bardzo różnorodny. Bardzo inspirujące są dla mnie w tej kwestii słowa siostry Małgorzaty Borkowskiej OSBTo odkrycie u „innych” dobrej woli i wielkiej nieraz świętości prowadzi nie tylko do pozbycia się przekonania o własnym na nią monopolu, ale także do poczucia głębokiej wspólnoty, lepiej może powiedzieć: do jej odkrycia. Trzeba się nauczyć odkrywać dobro w tych, którzy wyglądają inaczej, mówią inaczej, w pewnych sprawach nawet myślą inaczej, a jednak to dobro w nich jest. W naszych czasach nie można już bytować w izolacji, więc to jest problem nie tylko ekumeniczny, ale w ogóle ogólnoludzki; dotyczy także stosunków wewnątrz samego Kościoła katolickiego, a nawet wewnątrz wspólnoty. Bo jest w człowieku ta odruchowa tendencja, żeby swoje uważać za normalne, a wszystko „obce” za dziwactwo, albo wręcz zło. Póki małe dziecko uważa, że „prawdziwe” potrawy to takie, jakie mama gotuje, a „prawdziwe” melodie kolęd, to takie, jakie się w jego parafii śpiewa – to jeszcze pół biedy. Gorzej, kiedy człowiek dorosły, a już nie daj Boże duchowny, trwa w niekwestionowanym przekonaniu, że „prawdziwy” katolicyzm to tylko taki zespół praktyk, zwyczajów i znaków, jak w jego parafii. I potem mamy księży, którzy jadą duszpasterzować we Francji czy w Niemczech z intencją nauczenia tamtejszych marnych katolików „prawdziwego” katolicyzmu, mianowicie polskiego, ze wszystkimi szczegółami, włącznie do najdrobniejszych gestów liturgicznych, choćby one tam były rozumiane całkiem inaczej. Jeżeli trafią wśród swoich wiernych na takich, którzy uważają, że „prawdziwy” katolicyzm to tylko niemiecki albo francuski – a takich tam także nie brak – to wart pałac Paca, a Pac pałaca. Ale niewiele sobie wzajemnie dadzą..

Jeżeli za profanację uznamy Matkę Boską Pogorzelską, to  przędzej czy później przyjdzie kolej i na tę etiopską ikonę:

maryyass

czy taki afrykański obraz:

3925392d2811cb24dce1b4b56f44502b

Leopold Tyrmand – Wędrówki i myśli porucznika Stukułki

20190720_170917

I kolejna powieść, tym razem, dla odmiany, poważniejsza i również dla odmiany, polskiego autora. Gdy zamawiałem tę książkę, oczekiwałem czegoś w rodzaju polskiego Szwejka. I rzeczywiście jest to troszeczkę to, ale tylko troszeczkę.

Więcej jest tu z „Paragrafu 22”, ale też nie tyle, by tę powieść „polskim Paragrafem 22” nazywać. Pewnym jest, że ani Tyrmand nie wzorował się na Hellerze (pisał przed nim), ani Heller na Tyrmandzie (dzieło tego ostatniego było wydane wiele lat po napisaniu). Zapewne obydwaj inspirowali się Haszkiem i niezależnie od siebie w roli żołnierza-pacyfisty postanowili obsadzić oficera.

Powieść Tyrmanda jest nieukończona i moim zdaniem taką powinna już pozostać. Fabuła, dzięki przeskokom czasowym, jest jako tako zamknięta (wiemy, że Stukułka wojnę przeżył). Dokończyć dzieło mógłby ktoś, kto był blisko pierwotnego autora. Szwejka dokończył Waniek, który był przyjacielem Haszka, a i tak widać zmianę stylu. Ludzie, którzy mogli być Wańkami dla Tyrmanda, już od dawna nie żyją.

26/52

* * * * *

Jacek Dehnel podważa istnienie św. Karola Lwangi i towarzyszy

Opisując białostocki Marsz Równości czołowy polski pisarz Jacek Dehnel napisał między innymi tak: Mijamy katedrę – na schodach tłum przeciwników, J. szedł bliżej i słyszał stamtąd opowieść tej treści: że w Kongu żył okrutny pogański król, który gwałcił swoich paziów, sodomizował ich w najlepsze, ale oni się nawrócili, poczuli, że to złe, odmawiali mu, a wtedy on ich poćwiartował. Ktoś to wymyślił, ktoś to uszył, ten mariaż rasizmu, ksenofobii z homofobią, żeby mieć pełne combo.

Pełny wpis tutaj:

( nie wiem dlaczego wywala mi osadzenie posta Dehnela)

Nie, proszę Pana, nikt tego nie wymyślił, ani nie uszył. To prawdziwa historia świętego Karola Lwangi i jego towarzyszy, z tą jedynie różnicą, że zdarzyła się w Ugandzie, a nie w Kongo. Nie ma w niej krzty rasizmu, ksenofobii, czy homofobii, bo prawda nie jest rasistowska, ksenofobiczna, czy homofobiczna. Święty Karol Lwanga jest czczony nie tylko przez katolików, ale też anglikanów i protestantów, gdyż okrutny i lubieżny król Mwanga mordował chrześcijan różnych wyznań.

Nie widzę natomiast sensu rozgłaszania tej historii z katedry podczas Marszu Równości, nie ma ona bowiem nic wspólnego ze współczesnym ruchem LGBT. Król Mwanga nie był LGBT, on był po prostu degeneratem, jak wielu kacyków różnych krajów, czasów i orientacyj.

Czarna lista – Frederick Forsyth

239959-352x500

No i wracam po dłuższej przerwie do beletrystyki, tej bowiem nie należy zaniedbywać, jeśli się czytania nie myli z uczeniem się. Zaczynam dosyć lekko, od  w miarę nowej, ale w klasycznym stylu napisanej powieści sensacyjnej jednego z mistrzów gatunku – Fredericka Forsytha.

Jest to, jak już rzekłem klasyczna powieść sensacyjna. Są w niej CIA, MOSAD i SIS, jest supertajna agenda amerykańska, są wrogowie, główny bohater jest, zgodnie z zasadami gatunku, pułkownikiem (książki o generałach i szeregowcach z reguły nie bywają udane). Są też wątki charakterystyczne dla Forsytha, np. sekretarki współpracujące ze szpiegami. Nie ma, rzecz znamienna wątków romansowych i erotycznych.

Książka solidna, ale dość przewidywalna. Daleko jej do „Akt ODESSY” i „Dnia Szakala”. Niektóre wątki ocierające się o rzeczywistość uproszczone i naciągane: dotyczy głównie islamu i środkowego wschodu. Zdecydowanie lepiej pisanie o tych sprawach wychodzi Folletowi.

25/52

* * * *

Tomasz Sikorski – Herezjarcha Andrzej Huszno(1892-1939)życie – działalność – poglądy

20190718_120319

Po szeregu esejów czas na przeczytanie książki ściśle naukowej. Tym razem padło na naukową biografię, a jak już czytelnicy mojego bloga wiedzą, biografie czytać lubię. Również postać bohatera tej książki była mi bliska od dawna, bo od czasów moich pierwszych studiów. Odbywałem je w Sosnowcu, a ksiądz Huszno działał w sąsiedniej Dąbrowie. Przeczytałem o nim w przedwojennej „Encyklopedii wjerzeń” ministra Piekarskiego. Później próbowałem zdobyć o nim jakieś informacje na miejscu, ale bez skutku. Po kilkunastu latach udało mi się znaleźć w internecie tekst o jego nawróceniu przed śmiercią. I tyle o nim wiedziałem dotąd. Nie przypuszczałem, że jest możliwym znalezienie o nim tylu informacyj, by napisać książkę biograficzną. A jednak Tomaszowi Sikorskiemu się to udało.

Pierwsza część książki przedstawia szczegółową biografię niepokornego kapłana naświetlając dokładnie okoliczności jego opuszczenia Kościoła rzymskiego a także późniejszego doń powrotu oraz stosunek Huszny do wyznań nierzymskich, w szczególności prawosławnych, mariawitów i hodurowców.

Jeszcze bardziej interesująca jest druga część książki, którą stanowi wybór pism jej bohatera. Na ich podstawie można podjąć się próby opisu jego systemu religijnego, dającego się ująć trojako. Po pierwsze jako intelektualnie wzbogacony towianizm. Huszno wielokrotnie powołuje się na Towiańskiego, stawiając mesjanizm polski w centrum swej doktryny religijnej. Jest przy tem od Mistrza Koła znacznie inteligentniejszy, ten ostatni był bowiem zdaniem znawców „z wykształcenia nieukiem, z przyrodzenia zaś durniem”. Po drugie jako uproszczony perennializm, Huszno bowiem z lubością sprowadza wszystkie religie do wspólnego mianownika argumentując paralelizmami między słowami słowiańskimi,germańskimi, łacińskimi, hebrajskimi i sanskryckimi. Rzecz znamienna, wywody jego wykazują, że spośród języków starożytnych biegle zna łacinę, liznął nieco hebrajskiego i sanskrytu, zapewne z opracowań niż z regularnej nauki, nic natomiast nie wskazuje na jakąkolwiek, elementarną chociaż znajomość starożytnej greki. Nigdy w tych swoich analizach nie używa słów greckich, nigdy też nie cytuje, ani nawet nie wspomina żadnych greckich autorów, czy to chrześcijańskich, czy też pogańskich. Po trzecie w końcu jako swoistą teologię wyzwolenia. Hiszno do tego stopnia stara się wykazać tożsamość doktryny chrześcijańskiej i socjalistycznej, że neguje istnienie diabła jako głównego wroga ludzkości, obsadzając w tej roli kapitalistów.

24/52

* * * * *

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij