Marcin Wroński już w cyklu o komisarzu Maciejewskim udowodnił, że zna się na tematyce religijnej i potrafi o niej pisać. „Portret wisielca” był powieścią, w której pod warstwą kryminalną ukrywała się głęboka spekulacja religijna dotycząca relacji między chrześcijaństwem a kabałą.
„Officium secretum” jest inne. Tu wątek religijny ma charakter dominujący, a przynajmniej sprawiający wrażenie domminującego, bo z czasem dryfuje ku wątkowi poltycznemu, który zdaje się być sensem tej książki. Jest to bowiem wielopłaszczyznowa opowieść o zdradzie, prowokacji i agenturze. Wiele rzeczy nie jest takimi, jakimi się na pozór być wydają.
Na uroczysku Buk, w podrybnickich Rudach, znajduje się ciekawy obiekt, zwany Górą Wiktorii. Więcej dowiedzieć się o tej górze można z tego artykułu. Zacytuję kluczowy fragment: Góra upamiętnia wizytę w dobrach księcia raciborskiego księżnej Wiktorii, późniejszej cesarzowej Niemiec. Prawdopodobnie góra pamięta czasy cysterskie. Nazywano ją Galgenberg, czyli Golgota. Być może w okresie Wielkiego Postu odbywały się tu cysterskie obrzędy, m.in. drogi krzyżowe. Niewykluczone, że było to szczególne miejsce odosobnienia i skupienia. Latem 1866 r., na polecenie księcia raciborskiego Wiktora I, zwieziono tu kamienie. Związane to było z zapowiadaną wizytą pruskiej następczyni tronu. Księżna Wiktoria, córka królowej Anglii Wiktorii i księcia saskiego Alberta, miała wówczas 26 lat. Od sześ-ciu lat była żoną Fryderyka, pruskiego następcy tronu, od 1888 r. cesarza Fryderyka III Wilhelma. Rok 1866 był dla niej tyle szczególny, co i tragiczny. Wraz z mężem, wskutek przywiązania do ideałów demokracji i liberalizmu, popadła w niełaski teścia, wówczas jeszcze króla Wilhelma I, tradycjonalisty, zwolennika silnych rządów, które w Prusach wcielał w życie osławiony kanclerz Otto von Bismarck. Była nielubiana przez reakcyjne pruskie junkierstwo. Przez biografów określana jako inteligenta i oczytana. Prawdziwie zakochana we Fryderyku, co na królewskich dworach w całej Europie było ewenementem. 3 lipca 1866 r. Prusacy pokonali pod Sadową Austriaków, zyskując hegemonię wśród państw niemieckich. Król Wilhelm i żelazny kanclerz triumfowali. Wcześniej, bo 18 kwietnia, zmarł dwuletni książę Zygmunt, trzeci syn Wiktorii i Fryderyka. Księżna przyjechała do Rud 19 października 1866 r. Na pewno była pogrążona w smutku po śmierci syna. Wypoczynek w Rudach miał jej pomóc zapomnieć o tragicznym wydarzeniu. Z pewnością spacerowała po parku przypałacowym i uroczysku, gdzie książęta raciborscy organizowali pikniki. 27 października na wzgórzu pokrytym już kamieniami posadziła lipę. Drzewo to rośnie do dziś. Wokół niego ułożony jest krąg kamieni. Na jednym z nich znajduje się pamiątkowa inskrypcja. Czy dawna Golgota była wyrazem hołdu dla księcia Zygmunta? Niewykluczone.
W minionym miesiącu, przy okazji występów Marcina Zielińskiego w Sanoku, na nowo rozgorzał spór o miejsce ruchu charyzmatycznego w Kościele katolickim. Marcin Zieliński jest chyba najsłynniejszym z polskich liderów tego ruchu. Niedawno prowadził spotkanie ewangelizacyjne we wspomnianym Sanoku. Przed spotkaniem i w jego trakcie odbyły się protesty katolików uznających charyzmatyzm za herezję i zagrożenie.
W sumie to nic nowego, bo charyzmatycy mają w Kościele zarówno zwolenników, jak i przeciwników, często zażartych. Szczególnie wielu ma tych ostatnich tenże Marcin Zieliński, któremu zarzuca się zbyt bliskie kontakty z trzeciofalowym ruchem Toronto Blessing, nawet przez zielonoświątkowców uważanym za heretycki. Do pewnego stopnia jest to więc krytyka uzasadniona, wtedy, gdy skupia się na krytyce zdarzających się w ruchu charyzmatycznym odstępstw od form i treści prawowiernego kultu Ducha Świętego. Ja osobiście też mam spory dystans do charyzmatyków, nie chadzam na ich spotkania, nie słucham ich nauk, nie stosuję ich praktyk, uważam jednak, że niektórym katolikom ruch charyzmatyczny jest potrzebny, należy go więc skatolicyzować, ująć w ramy prawowierniści i w takiej formie kultywować.
Niestety niektórzy krytycy ruchu charyzmatycznego nie ograniczają się do krytyki nadużyć, ale wylewają dziecko z kąpielą i odrzucają cały kult Ducha Świętego, również ten katolicki, funkcjonujący w Kościele Wschodu i Zachodu nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat. Piszą, jak widać na powyższym memie: Zanoszenie modlitw bezpośrednio do Ducha Św., próśb o Jego zstąpienie, napełnienie i działanie, jest pierwszą oznaką mistyfikacyjnego zwiedzenia przez fałszywego ducha, który „przybrał postać anioła światłości”. Pismo Św., nie dostarcza ani jednego przykładu modlitwy błagalnej, wielbiącej, wywyższającej czy dziękczynnej, kierowanej bezpośrednio do Ducha Świętego. Dlatego szatan wkroczył na ten zakazany teren, aby zwodzić chrześcijan!
W ten sposób nominalnie katoliccy antycharyzmatycy, paradoksalnie opierając się, jak widać, na protestanckiej zasadzie sola scriptura, odrzucają znaczną część katolickiej doktryny, liturgii i duchowości, w tym takie skarby jak starodawne pieśni Veni Creator Spiritus, Veni Sancte Spiritus, czy Królu Niebieski, co sprawia, że są dalsi od Tradycji katolickiej niż atakowany przez nich Marcin Zieliński.
Co jakiś czas ktoś pisze lub mówi, że dzisiejsze dzieciaki porzuciły ruchowe zabawy na dworze na rzecz komputerów, smartfonów i tabletów. Jest to jednak tylko fałszywa generalizacja. Swoją drogą, wszystkie generalizacje są fałszywe i warto o tym pamiętać.
Jak widać z powyższego obrazka, dzieci nadal potrafią zorganizować sobie wyrafinowane zabawy ruchowe na świeżym powietrzu. Warto też zauważyć, że plakat powyższy, jak na pisany dziecięcą ręką (a jest to raczej pewne), zawiera stosunkowo niewiele błędów w pisowni. Bo „punktą” zamiast „punktom” zdarza się pisać niestety także wykształconym dorosłym (sam dostałem kilka mejli z tym błędem od ludzi z wyższym wykształceniem).
Inna sprawa, że przedstawione w ogłoszeniu zasady „hulajnogowego żużla” nie trzymają się kupy, innymi słowy wykluczają się wzajemnie. Zostały dość wybiórczo przekopiowane z zasad żużla i nieco bezmyślnie przeniesione w realia dziecięce. Jestem jednak przekonany, że to doświadczenie pomoże autorom pomysłu w przyszłości tworzyć kolejne, już bardziej spójne koncepcje.
Z Janem Wierusz Kowalskim mam kłopot. Nie wiem, jak go całościowo ocenić. Z jednej strony to apostata, który nie tylko opuścił, ale i zdradził wspólnoty mi drogie: zakon benedyktyński i Kościół katolicki. Był też nie tylko tajnym współpracownikiem, ale i etatowym pracownikiem komunistycznej Służby Bezpieczeńtstwa. Z drugiej jednak strony był autorem bardzo dobrych książek z zakresu historii Kościoła i religii i to w czasach, gdy takich pozycyj było bardzo niewiele. Jest on doskonałym przykładem tego, że trzeba odzielać życiorysy autorów od ich twórczości.
Niewielką objętościowo książeczkę Dramat i kult wypatrzyłem w urokliwym antykwariacie na jednej z bocznych uliczek Sosnowca, miasta do którego mam stosunek równie skomplikowany jak do Wierusz Kowalskiego. Lektura okazala się tak wciągająca, że prawie całą pochłonąłem w pociągu z Sosnowca do Rybnika. Jest o esej o związkach między religią i sztuką teatralną na przykładzie różnych religij historycznych i współczesnych. Choć jest to pozycja napisana przez ateistę, dla ateistów i z ateistycznych pozycyj, to paradoksalnie może pomóc wierzącym w rozwijaniu dojrzałej wiary. Ja osobiście spodziewam się odnieść z tej lektury korzyść zarówno na polu duchowym jak naukowym.
Sosnowiec zasadniczo nie posiada rynku. Wiem oczywiście o rynku w Modrzejowie, nawet o nim pisałem, ale trudno go uznać za rynek adekwatny dla dwustutysięcznego miasta. Wiem też, że rolę rynku częściowo spełnia Plac Stulecia zwany popularnie Patelnią, ale z racji kształtu i nasycenia ruchem mechanicznym, spełnia ją właśnie tylko częściowo. Natura jednak próżni nie znosi i rolę rozproszonego rynku zaczęły spełniać liczne sosnowieckie podwórka przy dziewiętnastowiecznych ulicach w centrum. Jest to zjawisko stosunkowo nowe, nie obserwowałem go, gdy ćwierć wieku temu studiowałem w tym mieście. Powyżej migawki z kilku podwórek, poniżej jedno konkretne podwórko.
Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Sosnowcu to kościół, z którym byłem związany w młodości. W czasie moich studiów farmaceutycznych chodziłem tam na Msze, choć miałem inny bliżej, ale wolałem chodzić do starego kościołą ozdobionego pracami czołowych młodopolskich artystów niż do nowego nie ozdobionego prawie niczym.
Obecnie katedra została wzbogacona o kilkoro artystycznych drzwi, z których jedne na pewno, a mniemam że wszystkie, wyszły spod ręki profesora Czeslawa Dźwigaja, najsłynniejszego polskiego rzeźbiarza religijnego. Te nowe drzwi nieco kontrastują, z dwoma sztukami drzwi staryc, co zaprezentowałem w pierwszej galerii.
Lat temu kilka wygrzebałem kilka książek spośród najrzadziej przeglądanej części mojego księgozbioru z zamiarem ich przeczytania. Idzie mi to dość opornie. Awantury arabski sa chyba drugą, czy trzecią. Książkę tę czytałem już w młodości, ale teraz zupełnie inaczej ją odbieram. Jest to coś w rodzaju peysmistycznej kontynuacji baśni tysiąca i jednej nocy. Książka ta jest przepełniona satyrą ocierającą się o cynizm. Pesymizm jej dotyczy przede wszystkim kondycji moralnej człowieka. Ludzie są tu bowiem przedstawieni z jak najgoszej strony. Oto próbka, a zarazem podsumowanie całości: Powiedziałem wam wszystko, co było i czego nie było, bo nie na to dał Allach mowę swemu słudze, aby ten mówił prawdę. On ją bowiem zawsze rozezna, a więcej go nic nie obchodzi.