Waldemar Łysiak – "Karawana literatury"

łysiak

I dalej nadrabianie zaległości. Tę książkę powinienem przeczytać już dawno. Jeśli nie parę lat temu,kiedy została wydana ( bo i niby z jakiej paki, skoro od lat nie czytam Łysiaka), to przynajmniej rok temu, kiedy dowiedziałem się, że jestem w niej dwa razy cytowany. W końcu nie tak często się zdarza, że takiego publicystę z piątej ligi cytuje autor pierwszoligowy. Prawdę mówiąc mnie się to w wersji książkowej zdarzyło tylko ten jeden raz. 

Książka jest jedną wielką krytyką polskiej literatury, której stan jest tu przedstawiony jako katastrofalny. Łysiak stosuje tu sprytny zabieg. Niby sam nie krytykuje, a tylko cytuje dziesiątki różnych krytyków. Książka jest bowiem w zasadzie kompilacją cytatów z : polskiej prasy, wierszy Mariana Hemara i scholiów Nicolasa Gomeza Davili. Z tej kompilacji wynika, że jedynym dobrym pisarzem we współczesnej Polsce jest… Waldemar Łysiak. No może niezły był też Andrzej Żuławski ze swoim „Nocnikiem”, który w czasie wydania „Karawany”  żył jeszcze. Ale reszta to dno. Za granicą zresztą nie jest lepiej.

Łysiak starannie dobranymi cytatami dowodzi, że wiele rzeczy zrobił jako jedyny, te które inni też zrobili on zrobił jako pierwszy, a te, które inni zrobili pierwsi, on zrobił najlepiej. Przypomina pod tym względem Coryllusa – nadętego bubka będącego idolem części prawicy. Jest jednak jedna różnica – Łysiak ma solidny wkład w polską kulturę (gdyby nie był pieniaczem, wkład ten byłby większy), a Coryllus ma wkład zbliżony do mojego, czyli na razie homeopatyczny. 

20/52

Elżbieta Cherezińska – "Gra w kości"

gra

Kolejna pozycja w ramach nadrabiania ewidentnych zaległości Elżbieta Cherezińska to chyba najważniejsza obecnie w Polsce  autorka powieści historycznych. Wielu ją chwali, wielu krytykuje, ja dotąd zdania nie miałem, bo nie czytałem.

Bo przeczytaniu „Gry w kości” mogę już coś powiedzieć. Jest to powieść poprawna zarówno faktograficznie, jak i literacko. I tyle. Aż tyle i tylko tyle. Jedynym co ją odróżnia od powieści Kraszewskiego, Przyborowskiego, czy Strumskiego są liczne sceny erotyczne. I to jest problem. Gdyby tych scen nie było, nadawałaby się na lekturę edukacyjną dla młodzieży. Ale skoro są, to się nie nadaje.

A skoro tak, to pozostaje jej tylko funkcja rozrywkowa. Jest to powieść prosta- romanus simplex, co przy tematyce historycznej jest nieco zaskakujące. 

19/52


Yann Martel – "Ja"

Martel

To jedna z najdziwniejszych książek, jakie w życiu czytałem. Wszystko jest niej nietypowe.Począwszy od formy. Składa się z dwóch rozdziałów, z których pierwszy ciągnie się przez prawie 350 stron, a drugi liczy ledwie cztery linijki. Polskiemu czytelnikowi kojarzy się to nieodparcie z powieścią Jerzego Andrzejewskiego „Bramy raju”, która składa się z dwóch zdań, pierwszego ciągnącego się przez stron bodaj sto trzydzieści i drugiego, brzmiącego „i szli całą noc”. Martel raczej ani tej powieści, ani samego Andrzejewskiego prawie na pewno nie znał. Skąd to wnoszę? Stąd, że w pewnym miejscu książki pojawia się lista pisarzy z całego świata,a jedynym związanym z Polską jest na niej Conrad. 

„Ja” ma formę fikcyjnej autobiografii. Skąd wiem, że fikcyjnej? Bo raczej nie jest możliwe, by autor, czy ktokolwiek z żyjących zmienił się samoistnie z mężczyzny w kobietę, a po paru latach z powrotem. I to jest chyba główna dziwność tej książki, która sprawia, że wryje się ona w pamięć czytelnika. Jest tu sporo seksu i niemało wzmianek o religii. Zaskakujące jest to drugie, bo pierwszosobowy/a bohater/ka deklaruje się jako osoba stuprocentowo areligijna.

Głównie jest to jednak, mimo pozorów bardzo głęboka książka o ludzkiej tożsamości. Waham się, czy w swojej klasyfikacji zaliczyć ją do powieści pogłębionych (romanus semicompositus), czy do  powieścioesejów (romanus compositus).Chyba jednak umieszczę ją w tej ostatniej grupie, mimo, że obszernych wstawek eseistycznych trudno tam się doszukać. Ale ukryty esej esejem być nie przestaje.

Jeszcze jeden aspekt chciałbym poruszyć. Zastanawia mnie, ile czaszek dałoby tej książce rodzeństwo Salwowskich z serwisu kulturadobra,pl, gdyby zajmowało się literaturą, a nie filmem. Skojarzenie nie jest przypadkowe. Być może bym tej książki nie kupił (za dwa złote w Carrefourze) i nie przeczytał, gdyby nie Salwowscy. Otóż parę dni wcześniej przeczytałem na ich stronie recenzję filmu „Życie Pi” opartego na innej książce tego autora. Dostał dwie czaszki i określenie „wyraźnie zły”. Myślę, że „Ja” dostałoby tych czaszek więcej. A to naprawdę dobra książka jest.

18/52

Thomas Arnold – "Tetragon"

To już powinienem zrobić dawno. Skoro Arnolda Płaczka, piszącego jako Thomas Arnold, znam osobiście, skoro z  nim pracowałem, to powinienem znać też jego książki. W końcu więc się za to zabrałem i udałem się do biblioteki. Mieli kilka jego książek, na chybił trafił wybrałem „Tetragona”.

To klasyczny kryminał z akcją osadzoną we współczesnych Stanach. Główny wątek, to zbrodnicza działalność satanistycznej sekty. Czuć wyraźną inspirację „Klubem Dumas” Artura Pereza-Revertego, oraz kilkoma polskimi kryminałami z „Głową Minotaura” na czele.

Napisane sensownie, znacznie lepiej niż u Mroza, jednym słowem broni się. Z drugiej strony, dupy nie urywa. Głębi żadnej tu nie widzę. W klasyfikacji, którą ostatnio staram się wypracować jest to czysta powieść (romanus simplex), a  nie powieść pogłębiona (romanus semicompositus), czy powieścioesej (romanus compositus). Do historii literatury więc nie przejdzie, ale do przeczytania jest jak najbardziej godna polecenia. Bo to, że powieść jest prosta, nie musi być wadą. Często jest nawet zaletą. 

Jedną z przyczyn mojego opóźnienia w lekturze książek Arnolda jest to, że niezbyt lubię amerykańskie realia w powieściach polskich pisarzy, podobnie jak nie lubię, gdy polscy piosenkarze śpiewają po angielsku. Owszem, zdaję sobie sprawę, że pisanie w realiach amerykańskich jest sposobem na uniwersalizację polskiej literatury, którą to zresztą uniwersalizację z uporem postuluję. Tyle że jest to droga na skróty. Książki Wiesława Myśliwskiego, choć umieszczone w realiach polskich,  są o wiele bardziej uniwersalne  niż wszystkie polskie powieści umieszczone w realiach amerykańskich razem wzięte. 

Uznawałem więc, że lepiej, gdy pisarz, zwłaszcza zaś autor powieści kryminalnych, umieszcza akcję w miejscu, które dobrze zna, na ulicach, po których chodził, etc. Po lekturze kilku książek Mroza uznałem jednak, że niekoniecznie to działa. A jako, że Arnoldowi lepiej wychodzi pisanie o Ameryce, niźli Mrozowi o Polsce, to niechże sobie pisze o Ameryce. 

17/52

Marcin Król – "Wielcy władcy"

król

„Wielcy władcy” Marcina Króla to książka co najmniej z dwóch powodów niestandardowa. Pierwszy powód to niezbyt adekwatny tytuł. Dzieło składa się z biografij czterech ludzi, których nie da się w sensie dosłownym nazwać władcami, bo żaden z nich nie był monarchą, a tylko jeden z tej czwórki był głową państwa republikańskiego. Ludźmi tymi byli Richelieu, Bismarck, Churchill i de Gaulle. Wszyscy są w tej książce przedstawieni jako postacie pozytywne i to jest właśnie drugim przejawem jej niestandardowości.  Rzadko się bowiem zdarza, aby ktoś w Polsce chwalił Bismarcka, zwłaszcza w książce przeznaczonej dla masowego odbiorcy, a ta właśnie taka jest, bo nie jest pracą naukową, a esejem, mimo że jej autor jest profesorem politologii. Oczywiście, są oni przedstawieni pozytywnie, nie w kategoriach etycznych, a politycznych. Bo zdaniem autora ci czterej byli jedynymi w dotychczasowych dziejach świata naprawdę wybitnymi politykami. W końcowej części książki omówiono poglądy na politykę i moralność prezentowane przez Machiavellego, Hobbesa, Clausewitza, Webera, Schmitta i Morgenthaua.

16/52

Divo Barsotti "Misterium chrystianizmu"

Barsotti

Zawsze w Wielkim Poście czytam jakąś książkę religijną. Wielki Post już dawno minął, a omówienia takowej książki na moim blogu brak. Przyczyny są dwie. Pierwsza jest taka, że choć lekturę tego rodzaju książki zacząłem w pierwszej połowie Wielkiego Postu, to nie zdążyłem jej przeczytać przed Wielkanocą. Nie była to bowiem lekka lektura. I tu jest ta druga przyczyna. Skoro czytanie przychodziło z trudnością, to i pisanie recenzji nie mogło być łatwe.

To, że „Misterium Chrystianizmu” jest książką trudną, nie oznacza bycia książką złą. Wręcz przeciwnie, to bardzo dobra, chyba najlepsza, jaką przeczytałem w tym temacie. Jest to systematyczny wykład chrześcijańskiej (a ściśle katolickiej) teologii mistycznej  w ujęciu historii biblijnej i roku liturgicznego. Autor dobitnie wykazuje kompletność mistyki katolickiej i niekompletność mistyk naturalnych, żydowskiej, muzułmańskiej, a nawet prawosławnej. Szczególnie surowo odnosi się do antymistycznie nastawionego protestantyzmu. Zdaje się pozostawać w nurcie mistyki niemieckiej (choć jest Włochem). Wielokrotnie cytuje bezpośrednio i pośrednio nie tylko Pismo Święte (mocno dowartościowuje Stary Testament) oraz Ojców i Doktorów Kościoła ale także  Eckharta, Suzona i Silesiusa. Co ciekawe, nie znalazłem żadnych cytatów z Taulera, choć właśnie jego Kazania mi ta książka bardzo przypomina,tak tematyką, jak i stylem. Tyle tylko, że Barsotti jest o wiele bardziej systematyczny.

Warto zwrócić uwagę, że ks. Divo Barsotti, obecnie będący kandydatem na ołtarze, napisał tę książkę jako młody człowiek. W tym kontekście jest to dzieło zaskakująco dojrzałe. Szkoda tylko, że w Polsce od dawna nie jest wznawiane. Korzystałem z wydania z lat sześćdziesiątych, które niekiedy da się dostać w antykwariatach. Namawiam niniejszym Księgarnię Świętego Wojciecha na wznowienie tej świetnej książki. 


15/52

Jerzy Pietrkiewicz "Zdobycz i wierność"

 zdobycz i wierność

Rzadko się zdarza, że recenzuję nowości, a jeszcze rzadziej (w zasadzie po raz pierwszy wystąpił taki przypadek), że recenzuję nowości napisane przed sześcioma dziesiątkami lat? Paradoks? Owszem, ale wynikający z zawiłości ludzkich, a osobliwie polskich losów. Przypominam, że Pietrkiewicz, który jako poeta zadebiutował jeszcze w przedwojennej Polsce, w czasie wojny znalazł się w Wielkiej Brytanii i tam pozostał, odtąd tworząc poezję po polsku, a prozę po angielsku. Dzięki konsekwencji w tym wyborze w pełni przynależy do obydwu literatur. Stał się drugim po Conradzie polskim mistrzem angielskiego pióra.

Napisana w 1955 powieść „Loot and loyalty” została właśnie wydana w Polsce, w przekładzie Jacka Dehnela jako „Zdobycz i wierność”. Najlepszą recenzję tej książki dał sam tłumacz w posłowiu do niej, pozwolę więc sobie zacytować jego słowa: To, że mamy do czynienia z późnym przykładem powieści historycznej w typie sienkiewiczowskim, widać na pierwszy rzut oka. Jest wszystko, co trzeba: czasy panów szlachty, Kresy, ważne wydarzenia, makaronizmy, mieszanka etniczna i religijna; galeria oryginalnych postaci, raz wzniosłych, raz śmiesznych; kontusze, kirysy i kolasy. Słowem, jak mawiano złośliwie o Matejce: „polska szkoła historyczna Pancerz i łupież”. Tymczasem lektura bardzo prędko pokazuje, że to tylko pozór. Pietrkiewicz – przed wojną, jako młody chłopak, autor nadętego peanu na cześć Dmowskiego – napisał bowiem rzecz na wskroś nowoczesną, antybohaterską, idącą pod włos narodowych mitów. Sienkiewiczowski pastisz jest tylko kostiumem, spod którego wygląda wiek dwudziesty.

 14/52

Festiwal antynaukowej hucpy w Rybniku

W kategorii „Festiwale” opisuję z reguły wydarzenia pozytywne, które darzę sympatią, które mnie cieszą. W niektórych z nich uczestniczę, w innych chcę uczestniczyć, acz nie pozwalają mi okoliczności, jeszcze inne mniej mnie interesują, ale i tak mnie cieszą.

Dziś muszę opisać imprezę, która w ogóle mnie nie cieszy, do której nie mam ani grama sympatii, imprezę szkodliwą, która w ogóle nie powinna się odbyć. Wstyd mi za moje miasto, że takie kufno ma miejsce w najszacowniejszej rybnickiej placówce kultury – Teatrze Ziemi Rybnickiej. 

Główną gwiazdą imprezy, ukrywającej się pod zwodniczym mianem „Festiwalu Kultury Zdrowia” jest król szarlatanów Jerzy Zięba, który w rujnowaniu zdrowia Polaków dorównał już osławionemu Janowi Kwaśniewskiemu, a jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. 

Kilka dni temu obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Jacka Kaczmarskiego, jednego z największych polskich poetów wszech czasów. Przypominam, że Mistrz mógł jeszcze żyć i pisać, gdyby go nie wykończył szarlatan podobny występującym na jutrzejszym”festiwalu”.

Jesus Christ Superstar" jako przejaw kulturowego chrześcijaństwa

JCS

Faceebook mi przypomniał, że dwa lata temu grupa jakichś narwańców oprotestowalała wystawienie rockopery „Jesus Christ Superstar” w ramach obchodów 1050 lecia chrztu Polski. W związku z tym pozwalam sobie przypomnieć, co wtedy napisałem.

Za głupotę uważam walkę chrześcijan z kulturowym chrześcijaństwem. Musical o Chrystusie, nawet, gdy nie do końca odzwierciedla dogmaty wiary oceniam pozytywnie i pochwalam jego rozpowszechnianie. Nie wiem, jakie intencje mieli autorzy tego dzieła. Może faktycznie widzieli w Chrystusie tylko człowieka, swoistego hippisowskiego guru. A jednak to dzieło raczej buduje wiarę w Chrystusa niż ja burzy, przyciąga do Niego, a nie oddala. Dzieje się tak, gdyż Duch wieje kędy chce. Nie pierwszy to taki przypadek w historii. W XIX wieku Ernest Renan napisał z pozycji antychrześcijańskich „Żywot Jezusa”. A jednak lektura tego dzieła była dla wielu intelektualistów XIX i XX wieku elementem, często nawet początkiem drogi nawrócenia do Chrystusa. I tak właśnie jest i z tym musicalem. Ci co do Kościoła nie chodzą i literatury religijnej nie czytają, mogą dzięki jego obejrzeniu poczuć jakąś nic więzi z Chrystusem. Może ona będzie i wątła, ale nawet wątła nić nie pozostanie bez pożytku.

Zwalczając chrześcijaństwo kulturowe, którego przejawem jest ta rockopera, podcinamy gałąź, na której siedzimy. Bez chrześcijaństwa kulturowego nie będzie również chrześcijaństwa religijnego i duchowego. Łaska buduje nie tylko na naturze, ale też na kulturze.

Do napisania tych słów zainspirował mnie ówczesny wpis Krusejdera i dyskusja wokół niego.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij