Wianki Rybnik

 wianki

Wszystkich miłośników dawnych i nowych sobótkowych tradycji zapraszamy na niezwykły wieczór zabaw, tańców i wicia wianków.

Sobótka odbędzie się przy TĘŻNI solankowej w Rybniku w dzielnicy Paruszowiec – Piaski.
WSTĘP WOLNY!
Projekt dofinansowany przez Urząd Miasta Rybnik

W ramach Nocy Świętojańskiej – Nocy Kupały odbędą się :
– Warsztaty dla rodzin „Robótki-Sobótki” – plecenie wianków z żywych kwiatów i tworzenie ciekawych konstrukcji,
– Korowód Wiankowy do którego zapraszamy w folkowych – ludowych strojach śląskich i nie tylko,
– Sobótkowe Tańce i hulańce, podczas których zatańczą, zagrają i zaśpiewają:

Zespół Krzikopa – „tradycyjna muzyka górnego Śląska” rodzi zwykle mało skojarzeń . Krzikopa to zmienia, wydobywając z tradycyjnych „śpiywek” ich naturalne piękno i pompując w nie ogromną dawkę energii, nowych brzmień i rytmów. Krzikopa tworzy tak, jak to od najstarszych czasów robili ludowi muzykanci: ma być miło dla ucha, a i potańcować przy tym idzie. Tworząc muzykę dbamy, aby trafiała nie tylko w gusta muzyczne, ale i taneczne. Połączenie polki z elektro i kubańskim clave, śląskiego walczyka z motywami bałkańskimi i heavy metalem, oberka z rytmem DnB dla Krzikopy są dziwne jedynie na papierze.
Zespół brał udział w wielu konkursach i festiwalach gdzie wielokrotnie zdobywał uznanie jurorów i publiczności.

Formacja Zawiało , która zrodziła się z zamiłowania do muzyki etnicznej i historii Słowian, szczególnie do pieśni tradycyjnych Ziem Karpackich i Bałkanów oraz polskiej muzyki i poezji dwudziestolecia międzywojennego, a także pieśni Romów. Muzyka Zawiało to dźwięki aranżowane przez wszystkich członków zespołu, nasycone głębokimi emocjami. „Niesamowity głos wokalistki i ogromna świadomość muzyczna zespołu Zawiało na niejednej twarzy wymalowały podziw” (Sari – Twinpigs). Podczas koncertów muzycy tworzą barwny klimat, który staje się ważnym punktem, granej przez nich muzyki. „Swoją muzyką potrafią zachwycić nie tylko miłośników folku, ale także słuchaczy gustujących w zupełnie innych klimatach” (rasm). Zawiało świetnie wpasowuje się w duże i małe sceny, a także jest doskonałym ubarwieniem imprez plenerowych. Zawiało wystąpiło na wielu scenach Polski południowej i Niemiec wschodnich. Formacja „ZAWIAŁO” powstała w 2009r.

Studio Tańca VIVERO wywodzi się z Małego Teatru Tańca założonego w Rybnickim Centrum Kultury w 2003 roku, przez siostry Ewę i Izabelę Barską. Z roku na rok zespół sukcesywnie się rozrastał i rozwijał. Obecnie VIVERO skupia ponad 150 tancerzy w wieku od 4 do 45 lat, na różnych poziomach zaawansowania. W pierwszych latach działalności Studio skupiało się głównie na realizacji spektakli i fabularyzowanych widowisk tanecznych, oraz okazyjnym udziałem w wojewódzkich i ogólnopolskich festiwalach tanecznych. Od 2012 roku Vivero jest zrzeszone w Polskim Związku Tańca Freestyle, który z kolei jest zrzeszony w International Dance Organization i od tej pory Jego działalność przebiega na dwóch polach, które umownie można nazwać „Artystycznym” i „Sportowym”. Działalność stricte artystyczna ST Vivero przejawia się głównie w realizowanych regularnie widowiskach tanecznych i przedsięwzięciach kulturalno-artystycznych:

Instytut Społeczny Silesia przy współpracy ze Stowarzyszeniem Artystycznym Uwagi wARTe, Magiczną Silesią i Portem Sztuki.

https://www.facebook.com/events/206506749955030/

Ewa Lando – "Wszyscy się czegoś bali. Fobie, lęki i kompleksy wielkich Polek i Polaków"

lando

Kolejna książka z biedronkowych łowów, nabyta za pięć złotych bez grosza, która okazała się naprawdę dobra, bez wątpienia warta zakupu i przeczytania.

Składa się z licznych, ale krótkich esejów odnoszących się do biografij wielkich Polaków, przedewszystkiem twórców kultury, ale tez pojedynczych polityków. Co ciekawe nie ma w tym zbiorze sportowców ani duchownych. Każda notka zawiera co prawda podstawowe informacje na temat życia i twórczości danej postaci, ale skupia się na psychice bohaterów: tytułowych fobiach, ale też psychozach i niegroźnych dziwactwach. Autorka programowo pomija uzależnienia, które są już dobrze opisane przez innych autorów.

Mimo, ze tematyka dość ponura, książkę czyta się zaskakująco lekko. Pojawia się nawet pokusa traktowania tych opowieści jako anegdot. My wszak patrzymy na to z boku, dla nast. te fobie, które dla bohaterów były problemami, są niestety raczej ciekawostkami, dodającymi często kolorytu omawianym postaciom.

 

32/52

* * * * *

Józef Hen – "Najpiękniejsze lata"

hen

Książka składa się ze wspomnień pisarza z czasów jego młodości, głównie z tułaczki po Związku Sowieckim. A miał Hen tę tułaczkę bardzo urozmaiconą: praca fizyczna w różnych przedsiębiorstwach, nauka w szkołach pedagogicznych ukraińskiej i uzbeckiej, służba wojskowa w Armii Czerwonej (w tym w roboczym batalionie) i u berlingowców. Opowieść ciekawa, przeplatana obserwacjami antropologicznymi i rozważaniami literackimi. Te ostatnie oczywiście są dla mnie najciekawsze, bo głównie dla takich rzeczy czytam wspomnienia i autobiografie rozmaitych literatów.

W książce pojawia się rusycystka z ukraińskiej szkoły pedagogicznej, która była początkowo niechętna wobec Hena, ale zmieniła zdanie o nim, po przeczytaniu jego referatu o literaturze. Ja zmieniłem po tej książce zdanie o Henie, bo po „Ja, Michał z Montaigne” niezbyt go lubiłem.

31/52

* * * * *

Wariacje tischnerowskie

wariacje

Telewizja publiczna leci na pysk, to wiadomo. Wiadomości już się oglądać nie da, bo ociekają propagandą gorzej niż komunistyczny „Dziennik”, a „Teleekspres” też nie lepszy. Nie jest jednak bynajmniej tak, że wszystko w kurskiej tv jest totalnie złe, lub przynajmniej gorsze niż u poprzedników. 

Nie najgorzej jest w dziedzinie kultury wysokiej i niszowej (bo popkultura w TVP leży i kwiczy, vide ostatnie straszliwie żałosne Opole). Tu można wspomnieć o „Dzikiej Muzyce” i o Teatrze Telewizji. Ten ostatni jest co prawda nadal zdominowany przez historyczne gnioty oparte na archiwach IPN, niewiele mające wspólnego z teatrem, od czasu do czasu zdarzają się jednak wartościowe spektakle. 

Należy do nich inscenizacja „Wariacje Tischnerowskie” oparta na „Historii filozofii po góralsku” Józefa Tischnera oraz”Wieści ze słuchanicy” Józefa Tischnera i Wandy Czubernatowej. Przedstawienie dostarcza dużą dawkę mądrości, humoru i folkloru. Świetnie się tego słucha. I może w tym jest problem. Inscenizacja jest zbyt statyczna wizualnie. Aktorzy,  w większości bardzo dobrzy, nie mieli możliwości większego wykazania się. Równie dobrze to przedstawienie mogło pójść w teatrze radiowym, a odbiorca niczego by nie stracił. Nie jest to zarzut, bo spektakl oceniam dobrze, ale uwaga.

Nowość książkowa przed ponad półwieczem napisana

zdobycz

O Jerzym Pietrkiewiczu pisałem już na łamach „Najwyższego Czasu!” i swojego bloga w roku 2008, rok po jego śmierci. Teraz pojawia się okazja, aby kolejny raz o nim napisać, z racji ukazania się polskiego przekładu jednej z jego powieści. Przekładu, który ma szansę zdobyć w kraju popularność większą, niż jakakolwiek wcześniej wydana książka tego emigracyjnego twórcy.

 

Rzadko się zdarza, że recenzuję nowości, a jeszcze rzadziej (w zasadzie po raz pierwszy wystąpił taki przypadek), że recenzuję nowości napisane przed sześcioma dziesiątkami lat? Paradoks? Owszem, ale wynikający z zawiłości ludzkich, a osobliwie polskich losów. Przypominam, że Pietrkiewicz, który jako poeta zadebiutował jeszcze w przedwojennej Polsce, w czasie wojny znalazł się w Wielkiej Brytanii i tam pozostał, odtąd tworząc poezję po polsku, a prozę po angielsku. Dzięki konsekwencji w tym wyborze w pełni przynależy do obydwu literatur. Stał się drugim po Conradzie polskim mistrzem angielskiego pióra.

 

Napisana w 1955 powieść „Loot and loyalty” została właśnie wydana w Polsce, w przekładzie Jacka Dehnela jako „Zdobycz i wierność”. Najlepszą recenzję tej książki dał sam tłumacz w posłowiu do niej, pozwolę więc sobie zacytować jego słowa: To, że mamy do czynienia z późnym przykładem powieści historycznej w typie sienkiewiczowskim, widać na pierwszy rzut oka. Jest wszystko, co trzeba: czasy panów szlachty, Kresy, ważne wydarzenia, makaronizmy, mieszanka etniczna i religijna; galeria oryginalnych postaci, raz wzniosłych, raz śmiesznych; kontusze, kirysy i kolasy. Słowem, jak mawiano złośliwie o Matejce: „polska szkoła historyczna <>”. Tymczasem lektura bardzo prędko pokazuje, że to tylko pozór. Pietrkiewicz – przed wojną, jako młody chłopak, autor nadętego peanu na cześć Dmowskiego – napisał bowiem rzecz na wskroś nowoczesną, antybohaterską, idącą pod włos narodowych mitów. Sienkiewiczowski pastisz jest tylko kostiumem, spod którego wygląda wiek dwudziesty.

 

 

Słowa te zaskakująco współgrają z tym co ja sam dziesięć lat temu pisałem o innej powieści tego samego autora:

Bodaj najważniejszym dziełem Pietrkiewicza jest powieść „Isolation” (Odosobnienie) z 1959 roku. W powieści tej autor nie tylko umiejętnie łączy wątki romansowe i szpiegowskie, ale także prowadzi poważne rozważania dotyczące natury ludzkiej. Książka jest nasycona licznymi nawiązaniami do literatury polskiej, zwłaszcza do Sienkiewicza i Reymonta, a także do polskiego życia literackiego okresu międzywojennego Jeden z bohaterów bardzo przypomina Gałczyńskiego, takiego, jakim go opisał Miłosz w Zniewolonym Umyśle. Można więc powiedzieć, ze jest to powieść, jak na lata pięćdziesiąte dosyć nowoczesna. Przypomina bowiem dzieła, jakie w literaturze światowej pojawiły się masowo w dwóch następnych dekadach. Oczywiście, przesadą byłoby nazywać Pietrkiewicza pisarzem postmodernistycznym, ale na pewno warto odnotować jego nowatorstwo.

 

Kolejnym paradoksem jest to, że powieść autora emigracyjnego, prawicowego i antykomunistycznego przełożył i promuje literat zdecydowanie lewicowy. Dowodzi to faktu powszechnie znanego, że dobra literatura wznosi się ponad podziały polityczne i mądry człowiek nie odrzuca dzieł napisanych przez autorów spoza swojego obozu. Kto zaś takowe odrzuca, ten sam się skazuje na intelektualne kalectwo, znacząco zubożając swój potencjał kulturowy. Czytajmy więc nie tylko swoich, ale i tych z innych bajek. Do dobrej literatury pisanej przez lewicowców, czy członków PZPR warto podchodzić z taką otwartością, z jaką lewicowiec Dehnel podszedł do powieści antykomunisty Pietrkiewicza.

Chwała mu za to, bo daje to sporą szansę, że twórczość tego emigracyjnego pisarza wreszcie przebije się do szerszej świadomości Polaków. Jego książki są bowiem w Polsce dość regularnie wydawane już od drugiej połowy lat osiemdziesiątych,a mimo to pozostają nieznane szerszemu gronu czytelników. Jako ostatni z paradoksów warto odnotować, że, co przyznaje w cytowanym już posłowiu, do ubiegłego roku nie znał jej także sam Jacek Dehnel.

Po pierwszym sezonie "Korony królów"

 korona

Już parę tygodni temu skończył się pierwszy sezon „Korony królów”, więc pora na małe podsumowania. Ogólnie w serialu tym jest za mało książąt, rycerzy i polityki, a za dużo romansów. Zupełnie ahistoryczne są też zbyt skromne orszaki. Szczególnie kuriozalne są w początkowych odcinkach podróże książąt kujawskich jedynie we własnym towarzystwie, bez dworzan, czy rycerzy. O błędach religijnych, czy kulinarnych napisano już dosyć, nie ma co się powtarzać. Błędy w rodzaju zbyt późnego uśmiercenia księcia Przemysła sieradzkiego ( w rzeczywistości zmarł przed procesem warszawskim, a nie po nim) i zbyt wczesnego księżnej Eufemii (zginęła po mężu, a nie przed nim) są już drobne na tle wyżej wymienionych, ale też nie powinny mieć miejsca. W epoce Wikipedii trudno zrozumieć, skąd się biorą. 

Olga Tokarczuk – "Podróż Ludzi Księgi"

tokarczuk

Nie pisałem nic po otrzymaniu przez „Biegunów” Olgi Tokarczuk Nagrody Bookera, bo, wstyd się przyznać, tej akurat książki nie czytałem. Udałem się więc do biblioteki celem nadrobienia zaległości. Niestety, w naszej osiedlowej wypożyczalni „Biegunów” nie było. Było kilka innych książek i wybrałem spośród nich tę jedną, której tytuł nic mi nie mówił. 

„Podróż Ludzi Księgi” to powieść wybitnie uniwersalna. To rzadkość w polskiej literaturze. Książki polskich pisarzy są zazwyczaj mocno naznaczone polskością. Jest to pochodna zagmatwanych losów polskiego narodu, zwłaszcza okresu zaborów. Niewątpliwie odbija się to ujemnie na światowej recepcji naszej literatury. Ta powieść taka nie jest. Jest uniwersalna, a przy tem tak wzniosła, że ma rangę mitu. I to mitu ogólnoludzkiego. Księga, która daje życie, ale i niesie śmierć – to naprawdę mit wielkiej wagi. 

Przypomina „Podróż na Wschód” Hessego, ale jest pozbawiona hessiańskiego bajkowego optymizmu. Przywodzi tu też na myśl „Kocią kołyskę” Vonneguta, bo aż kipi od bokononizmu. Hybryda Hesego i Vonneguta, to naprawdę świetne połączenie. A jeszcze widać tu wyraźną inspirację książkami Marguerite Yourcenar.

W moim prywatnym czytorysie tegorocznym książka ta wpisuje się w dwie serie: „1600” i „mistycyzm”. Przy okazji jest to chyba najważniejsza z książek przeczytanych przeze mnie w tym roku. 

Jeszcze uwaga o pisowni tytułu. Najczęściej jest on zapisywany „Podróż ludzi Księgi”. W wydaniu, które czytałem, był on zapisany samymi wielkimi literami, co uznałem za otwarcie możliwości różnego odczytania. Ja przyjąłem zapis „Podróż Ludzi Księgi”, gdyż „Ludzie Księgi” są dla mnie nazwą własną występującego w powieści zakonu. A więc to trochę tak jak by była „Podróż Zakonu Kaznodziejskiego”, czy „Podróż Stronnictwa Demokratycznego”

30/52

* * * * * * 

 

 

Gadające psy trzymają się mocno.

wyszczekani

Choć w jednej ze scen filmu „Wyszczekani” pada zdanie, że nie robi się już filmów z gadającymi psami, to jest to zdanie przekorne, gdyż sam ten film jest dowodem, że się robi. 

Sam film ma charakter komediowej parodii filmów i seriali o psach policyjnych. Mocno przypomina dylogię „Psy i koty”, z której czerpie całymi garściami rozmaite inspiracje. Jednocześnie jest satyrą na wystawy psów, zwłaszcza te egzotyczne. Teoretycznie porusza też temat przemytu zwierząt egzotycznych, ale robi to w stopniu  marginalnym. 

Ogólnie taki sympatyczny misz-masz, fajny głównie dla dzieci, ale dla dorosłych też strawny. 

Uwolnijcie nas stąd. O duszach czyśćcowych z Marią Simmą rozmawia Nicky Eltz

simma

Z tą książką mam pewien problem. Mam go zresztą również z samą Marią Simmą. Z jednej strony nie potrafię zanegować jej kontaktu z duszami czyśćcowymi. Nie potrafię i nie chcę. Jestem przekonany, że jej doświadczenia były prawdziwe i pożyteczne. Podziwiam i popieram jej pracę na rzecz upowszechnienia modlitwy za dusze w czyśćcu.

Z drugiej strony nie podoba mi się wiele szczegółów, dotyczących aniołów (wpływy Opus Angelorum do którego Simma należała), czarownic, ekumenizmu i innych. Ocierają się one o herezję i fałszywe proroctwa. Jest bowiem oczywiste, że książkę religijną, katolicką, jako katolik oceniam z katolickiego punktu widzenia. A tu mam zastrzeżenia. Zachęcam więc do ostrożności w lekturze i recepcji tej książki.

29/52

* * *

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij