A właśnie, miałem napisać o Melikagabeku. No to piszę. Cytuję z książki profesora Ryszarda Kantora „Obyczaje pradziadów”: Pod koniec XIX wieku pojawił się na Polesiu tajemniczy Chaldejczyk o nazwisku Melikagabek: „był średniego wzrostu, o śniadej cerze, kruczych hebanowych włosach” Opowiada o nim Antoni Kieniewicz, ojciec Stefana, nieżyjącego już wybitnego historyka. Ów egzotyczny przybysz – jak pisze Kieniewicz: „Twierdził, że jest chrześcijaninem, duchownym, więcej zbliżonym do katolicyzmu, że władze duchowne wydelegowały go do zbierania funduszów na cele misyjne w Chaldei.”Chaldejczyk przesiadywał miesiącami w gościnnych dworach, niekiedy też handlował końmi- arabami, które ponoć przywoził prosto ze swojej ojczyzny – Persji.
Odwiedził również rodową siedzibę Kieniewiczów -Dereszewicze. „Władał on dobrze językiem rosyjskim” – wspomina pamiętnikarz – „rozumiał, co się do niego mówi po polsku. Za pierwszym razem spędził u nas kilka tygodni. Ubiór jego był zbliżony do ubioru , jaki nosili księża katoliccy za granicą, czyli długi surdut z koloratką sztywną. Przy sobie miał gruby jak gdyby brewiarz. Może czytał z niego, raczej szeptał, prawdopodobnie modlitwy. Czcionki w brewiarzu przypominały całkowicie pismo żydowskie. Dziwiło nas niepomiernie, że nigdy nie poszedł z nami w niedzielę do kaplicy na pacierze”. (…)
„W czasie pierwszego jego pobytu moi rodzice byli za granicą” – relacjonuje Antoni Kieniewicz – „Na wyjezdnym ojciec rzekł do mnie: „Masz pilnować porządku w domu, a zwłaszcza gospodarki, dojeżdżaj do folwarków i przypominaj ekonomom, by starannie oprawiali kartofle”(…)Pewnego razu zaproponowałem Chaldejczykowi, by ze mną pojechał do Łopczy (…) Skwar był niesamowity od kilku tygodni. Słońce prażyło bez przerwy. Ani kropli deszczu. Roślinność wysychała w oczach. W drodze zacząłem się użalać, że to klęska prawdziwa, z powodu takiej suszy wszystko przepadnie i głodować będziemy. Rozczulił się na te słowa Chaldejczyk, zwraca się do mnie: „Nie martw się dziecko moje, ja się pomodlę i Bóg ześle deszcz.” Otworzył swój brewiarz i poszeptał coś niecoś. I stał się cud. W drodze powrotnej już zaczęły padać z nieba rzadkie krople, a potem jak lunął deszcz, tak lał bez przerwy dzień i noc całe trzy tygodnie. Kopy żyta na polu pozieleniały. Jednym słowem, klęska na całego. Chaldejczyk wyjechał na początku pory dżdżystej, żegnając się z nami , uradowany, powiada do mnie: „A widzisz, jak dobry Bóg wysłuchał mojej modlitwy, dalej będę się modlił o deszcz tak bardzo na wasze urodzaje potrzebny”.











