Niedawno miałem sen na temat Czeskosłowackiego Kościoła Husyckiego. Rzadko miewam tak wyraziste sny, a jeszcze rzadziej je rano tak dobrze pamiętam. Otóż w tym śnie byłem na liturgii husyckiej w jednej z kilku ostrawskich świątyń tego wyznania, niestety nie pamiętam, w której dokładnie.Liturgię sprawowała młoda fararzka. Na Słowa Ustanowienia klęczałem, jak wszyscy w świątyni. Po liturgii fararzka podeszła do mnie i pyta mnie, czemu klęczałem, skoro jestem katolikiem, czyżbym uznawał ważność husyckiego Przeistoczenia. Ja na to, że zasadniczo nie uznaję, bo nie mają ważnej sukcesji apostolskiej, a jedynie wielce wątpliwą sukcesję, prezbiterską, ale wolę klęczeć, bo a nuż by się okazało, że to jednak jest ważne. I teraz zaczyna się najciekawsze. Ona na to: -Oprócz sukcesji prezbiterskiej mamy też ważną sukcesję apostolską przez drugiego patriarchę Gustava Adolfa Procházkę. Ja na to: -Wiem, że patriarcha Gustav Adolf Procházka przyjął ważne święcenia biskupie w Liberalnym Kościele Katolickim, ale po tych święceniach został odsunięty od konsekracji biskupich w Waszym Kościele i ta linia sukcesyjna wygasła wraz z jego śmiercią. A ona na to: -Oficjalnie tak było, ale po cichu wszyscy ówcześni biskupi przyjęli od niego konsekrację i odtąd mamy ważną sukcesję.
O swastyce tropiciele „zagrożeń duchowych” piszą tak: SWASTYKA (ZŁAMANY KRZYŻ). Symbol mający pochodzenie starożytne. Występował w Indiach i u Celtów – jako znak słońca i ognia. Później przedstawiał cztery wiatry, cztery pory roku i cztery kierunki świata. Obecnie ramiona tego „złamanego krzyża” zostały przesunięte w przeciwnym kierunku, by przedstawić elementy lub siły zwracające się przeciwko naturze i harmonii. Symbol ten jest używany przez grupy neonazistowskie i okultystyczne.
A jednak …
Choć swastyka jest przede wszystkim w niektórych kulturach symbolem pogańskim (głównie dźinijskim, ale także buddyjskim i hinduistycznym), a w innych całkowicie świeckim, miała jednak w historii znaczenie jako symbol chrześcijański, a w stopniu minimalnym funkcjonuje w tym znaczeniu do tej pory. Niepodpisany autor hasła „swastyka” w pewuenowskiej encyklopedii „Religia” pisze lakonicznie: W pierwszych wiekach chrześcijaństwa swastyka była jednym z jego symboli. Biedermann napomyka jedynie tyle: Sekty gnostyckie schyłku starożytności posługiwały się swastyką złożoną z nóg ugiętych w przyklęku jako znakiem tajemnym. Nieco więcej szczegółów podaje Forstner: W ornamentyce kościelnej w epoce dominującego stylu romańskiego, w którym zastaje się jeszcze stare figury magiczne, traktowano swastykę jako znak chroniący przed szatanem. Baldock i Lurker o swastyce nie wspominają w ogóle. Niekiedy można znaleźć swastykę jako ornament, zaczerpnięty zdaje się ze sztuki ludowej, jeszcze w dziewiętnastowiecznych wystrojach kościołów. Z takim przypadkiem mamy do czynienia w bazylice Świętej Trójcy w Krakowie, która, choć gotycka, wyposażenie ma neogotyckie. W tym konkretnym miejscu motyw ten mógł być zapożyczony z Podhala, gdzie swastyka była do 1939 popularnym motywem zdobniczym znanym jako „krzyżyk niespodziany”. Symbol ten ma charakter solarny, jest więc otwarty na chrześcijańska interpretację, jednak obecnie, wskutek jego totalnego zawłaszczenia przez niemiecki nazizm (swastyka jest w tej chwili powszechnie kojarzona z tą ideologią, o jej dźinijskim znaczeniu mało kto słyszał, a co dopiero o chrześcijańskim) nie widzę możliwości rozwijania jego zastosowania jako symbolu chrześcijańskiego. Obrona chrześcijańsko rozumianej swastyki musi się ograniczyć do zachowywania jej w tych przedstawieniach, w których jest obecna od wieków.
Dwa tygodnie temu spędziłem kwadrans w Karwinie. A właściwie na galerii karwińskiego Tesco. Wydałem niecałe dwieście koron. W trafice kupiłem tabakę i „Rytmus života”, w księgarni książkę z wyprzedaży, a w sklepie z winami wino z promocji.
„Rytmus života” to czeski odpowiednik „Życia na gorąco”. Jest jednak kilka różnic. Główna to podejście do spraw ducha. W polskim wydaniu nie są w ogóle poruszane, a w czeskim, w tym jednym numerze znalazłem dwa duże teksty w duchu New Age i dwa inne w duchu kulturowego chrześcijaństwa. Doskonale koresponduje to z tezami mojego starego tekstu o czeskiej religijności.
„Vedlejší pokoje” Radovana Menšíka to powieść postmodernistyczna, zdaje się utrzymana w klimatach kunderowskich. Piszę „zdaje się, bo choć chcę tę książkę przeczytać, to zapewne długo mi to zajmie, gdyż słabo znam czeski.
„MODRÝ PORTUGAL ” to odmiana wina popularna na Morawach, w Austrii, na Słowacji i we wschodnich Węgrzech. Mnie smakuje, choć daleko mu do ulubionej mojej odmiany z owych stron – świętowawrzynieckiego.
Gdy się ma w domu dorastające dzieci, ma się sporo okazyj do czytania młodzieżowej literatury. Ja często z onych okazyj korzystam. Cykl o Ani powoli czytam tom po tomie. Akurat doszedłem do tomu czwartego. Jest on podobny do dwu poprzednich – sporo tu historyj obyczajowych, ślubów i pogrzebów. Jest też nowy element – genealogie i dzieje rodzin. Ania jest starsza, ma wyższe stanowisko, akcja dzieje się w innej miejscowości, ale to niewielkie zmiany. Niczym więc ta książka nie zaskakuje.
Kolejny powrót do książek czytanych w młodości. W prozie Turgieniewa zaczytywałem się w liceum. Wracam do niego po wielu latach przerwy. O ile „Opowieści tajemnicze” mnie zawiodły, o tyle „Ojcowie i dzieci” są dla mnie nadal bardzo satysfakcjonującą lekturą. Doskonały obraz Rosji w połowie XIX stulecia i trafne ostrzeżenie przed scjentyzmem. Polecam wszystkim, którzy interesują się Rosją, XIX wiekiem i klasyczną powieścią.
„Madonna del Covid” – historia ikony wyrzeźbionej w marmurze. Dziewica przedstawiona przez mistrza Andreę Dentoniego nosi maskę
Carrara. Płaskorzeźba przedstawiająca twarz Dziewicy zakrytą maską to „Madonna del covid”, pierwsza święta ikona inspirowana pandemią, stworzona przez mistrza Angelo Dentoniego z „Atelier Carrara”. „Mój mistrz – mówi jego wychowanek rzeźbiarz Andrea Lugarini, który opublikował zdjęcie w mediach społecznościowych – jest jednym z niewielu prawdziwych rzeźbiarzy pozostałych w wiosce, mistrzem. Naszą Madonnę od koronawirusa wykonał na płycie o grubości 3 centymetrów. Jest to głowa podobna do przedstawianych w sztuce nagrobnej. Praca nad dziełem, od narysowania ołówkiem szkicu do wykonania tradycyjną techniką rzeźbiarską (za pomocą młotka) płaskorzeźby o głębokości półtora centymetra zajmuje Dentoniemu dwie, trzy godziny. Jestem prawie pewien, że to pierwsza tego rodzaju praca”. Jak zrodziła się inspiracja do stworzenia tak wyjątkowej ikony? „My, rzeźbiarze z atelier, rozmawialiśmy o pandemii – wyjaśnia Andrea – niemal żartobliwie wzywając „Madonnę od kowidu”. W naszej pracy zdarza się, że wykonujemy wiele obrazów Madonny wyrzeźbionych w marmurze; w naszym kraju i poza nim jest w rzeczywistości mnóstwo różnych przedstawień Maryi, różniących się nazwą, funkcją, wyglądem. Można powiedzieć, że każdy kraj ma swoją Madonnę: od Lourdes z różami na nogach po czarną z Loreto. Są Madonny praktycznie od wszystkiego: dlaczego nie miałoby być Madonny od kowidu? Aby reprezentować przesłanie nadziei, obraz ochronny i pomyślny ”. W związku z tym warto się zastanowić, jaką rolę może spełnić ten nowy wizerunek Matki Bożej. „Mógłbym go oddać ks. Raffaello Piagentiniemu, proboszczowi katedry w Carrara – sugeruje Lugarini – aby ją poświęcić, by nas strzegła. Dałem mu już prezent w postaci mojego przedstawienia marmurowej katedry. Myślałem też o zrobieniu wersji w formie posągu. Dalsze dostosowywanie obrazu: każda Madonna różni się od innych ubraniami, płaszczem, symbolami. (…)” Andrea jest pasjonatem historii i opowieści, a także sztuki sakralnej i świeckiej. Z tego powodu poświęca się realizacji filmu dokumentalnego o historii Carrary we współpracy ze swoim kuzynem inżynierem Mirco Lugarinim.
* * *
Niektórzy się oburzają, ja się nie oburzam, podobnie jak nie oburzałem się Matką Boską Tęczochowską, czy Matką Boską Pogorzelską. Powstawanie takich wizerunków to naturalna kolej rzeczy. Prędzej, czy później powstać musiały. Nie ma w tym nic złego.
Nie dziwi mnie fakt, że podobne przedstawienia pojawiają się głownie we Włoszech. Po pierwsze w tym kraju epidemia wywarła wyjątkowo znaczący wpływ na życie społeczne, dokonując w nim wręcz rewolucji. Po drugie, Włochy są od wieków krainą wyjątkowo rozwiniętych sztuk plastycznych i eksperymentów z nowymi stylami i motywami, często szokującymi, zarówno w sztuce wysokiej, jak i w popkulturze. O tej drugiej już kiedyś wspominałem. Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby w słonecznej Italii „Madonny del Covid” zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu.
Z panią Dorotą Frączek zetknąłem się na fejsbukowej grupie „Religia Katolicka”. Imponowała tam wielka wiedzą, ale zrażała rozmówców arogancką postawą. Postanowiłem zapoznać się bliżej z jej twórczością i nabyłem na allegro jej książkę.
Jest to naprawdę dobra książka. Można by jej postawić kilka drobnych zarzutów, ale na tyle, drobnych, że naprawdę nie ma sensu tego robić. Książka w zwięzły sposób wyjaśnia ofiarny charakter Mszy Świętej. Zagłębia się w zagadnienie uobecnienia Ofiary Krzyżowej. Zwraca uwagę na wiele aspektów często pomijanych:
-relację Ofiary Nowego Przymierza do ofiar Starego Przymierza
-uobecnienie nie tylko Śmierci, ale Życia i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa
-rolę Ducha Świętego w Misterium Eucharystycznym.
Zacytuję krótki fragment tej książki moim zdaniem doskonale oddający ideę ofiarnego charakteru Mszy Świętej:
Również ofiara krzyżowa dokonana przez Boga posiada swoją bezwymiarowość czasową (stąd między innymi wynika jej uniwersalizm), dlatego dotyczy wszystkich ludzi – i tych żyjących przed ofiarą i tych żyjących po niej. Dlatego ofiara mszy świętej jest wciąż tą samą ofiarą, którą złożył Chrystus na Krzyżu. W płaszczyźnie historycznej ofiara dokonała się raz i już się nie powtórzy. Pismo wyraża to formułą „raz jeden na zawsze” (ephapax; hapax; por np. Hbr 9,12; 10,10). Natomiast w płaszczyźnie pozawymiarowej wciąż dokonuje się (a nie powtarza) ta sama ofiara.
Jest to książeczka na tyle wartościowa, że można ją polecić do czytania wszystkim katolikom. Niestety, niewielu ją przeczyta, bo jest trudno dostępna.
TRÓJKĄT. Może mieć różną wielkość – jest rysowany na ziemi, w tym miejscu, w którym podczas magicznych rytuałów ma pojawić się demon.
A jednak…..
Trójkąt należy do ważnych symboli chrześcijańskich. Wskazuje bowiem na jedna z najważniejszych prawd chrześcijańskiej wiary – Trójcę Przenajświętszą. Oddajmy głos fachowcom. Najpierw siostra Forstner: Trójkąt, w przeciwieństwie do czworokąta odznaczającego się spokojem, wywołuje wrażenie życia i ruchu. W starożytności był symbolem światła, dlatego lampy i lichtarze najczęściej miały trzy nóżki albo wisiały na trzech łańcuszkach. Trójkąt równoboczny, którego linie stanowią jedność trzech takich samych wielkości, stał się symbolem trój-jedynego Boga. Ponieważ w trójkącie tym każdy bok jest elementem pośredniczącym i jednoczącym dla dwóch pozostałych, owa troistość ukazuje się jako jedność.Uwydatnia się to jeszcze bardziej, jeśli trójkąt ten opisuje koło. Uwzględniwszy wspomniane wyżej pojęcia światła i życia, uzyskuje się bardzo głęboki sens tego symbolu. W sporadycznych tylko przypadkach ryto trójkąt na starochrześcijańskich kamieniach grobowych. Przez długi czas uchodził uwadze archeologów, częściowo z powodu tej rzadkości, częściowo zaś dlatego, że jako manichejski symbol Trójcy Świętej był prze Kościół odrzucany. Dopiero De Rossi zwrócił uwagę na ortodoksyjne inskrypcje nagrobne odkryte w Afryce Północnej i ozdobione Trójkątem. Ten sławny badacz wykazał, że te nagrobki pochodzą z okresu Wandalów i stanowią wyznanie wiary w Trójcę Świętą odrzucana przez ariańskich najeźdźców. Według świadectwa św. Zenona z Werony w pierwszych wiekach chrześcijaństwa wręczano neofitom medale albo enkolpiony z wyrytym trójkątem. Znak ten miał przypominać chrześcijanom, że zostali ochrzczeni w imię Trójcy Przenajświętszej. Trójkąty takie, niezależnie od formy, zawsze są połączone albo z monogramem Chrystusa, albo z alfą i omegą, być może w nawiązaniu do słów z Listu do Kolosan „W nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo” (2,9). Od średniowiecza trójkąt, jako symbol Trójcy Świętej, bywał niekiedy otaczany wieńcem promieni podobnych do słońca, najczęściej jednak występował w powiązaniu z innymi symbolami (ręki Bożej, oka opatrzności Bożej, gołębicy – symbol Ducha Świętego, tetragramu). Wierzchołek powinien zawsze wznosić się ku górze, aby ten symbol chrześcijański odróżniał się od znaku wolnomularzy, trójkąta o wierzchołku skierowanym w dół i wyrażającym w ten sposób wrogą postawę tej sekty wobec Boga. John Baldock pisze lakonicznie: trójkąt (3) = Trójca Św.. Biedermann pisze o różnych znaczeniach trójkąta, wymienia też chrześcijańskie, pisząc w skrócie to samo co Forstner i dodając: W sztuce Zachodu kompozycje złożone z trójkątów stosowane były często w architekturze i w malarstwie, szczególnie w przedstawieniach o tematyce związanej z Trójcą Świętą. Lurker o trójkącie nic nie wspomina.
Ważne są dwie rzeczy. Po pierwsze trójkąt jest zarówno samodzielnym symbolem Trójcy Świętej, jak też bazą wyjściową do innych symboli trynitarnych: trójłucza, triquetry, triskelionu, czy Oka Opatrzności. Symbole te omawiam osobno. W zasadzie każde przedstawienie graficzne dające się opisać trójkątem skierowanym ku górze, może być traktowane jako symbol Trójcy Świętej. Po drugie symbol trójkąta często jest „wzmacniany” innymi symbolami chrześcijskimi: okiem, ręką, krzyżem, literami hebrajskimi czy greckimi, promieniami słonecznymi, czy choćby oknem (często w małych kaplicach). Okno łączy się ściśle z symbolika światła, jak pisze Baldock. A cytowana wyżej Forstner wskazuje: Uwzględniwszy wspomniane wyżej pojęcia światła i życia, uzyskuje się bardzo głęboki sens tego symbolu. Często więc rangę symboliczną mają rzeczy z pozoru banalne, na które na co dzień nie zwracamy uwagi. Wróćmy jednak do owego „wzmacniania” symbolu. Jest to bardzo charakterystyczne dla symboliki chrześcijańskiej zjawisko. Wspominałem o nim już przy krzyżu Ankh. Gdy jakiś symbol jest graficznie prosty, a co za tem idzie wieloznaczny, można go silniej ukierunkować na znaczenie chrześcijańskie poprzez powiązanie z innym chrześcijańskim symbolem. Postępowanie takie może być dobrą metodą na chrystianizację takich symboli, które na razie chrześcijańskie nie są. Ale o tym napiszę szerzej kiedy indziej.
Pod moim wpisem o „Królestwie” Twardocha znalazł się następujący komentarz: Polecam przeczytać teraz „Spowiedź” Perechodnika – Twardoch balansuje na krawędzi plagiatu. Niektóre sceny są tak podobne, że aż zaskakuje. No cóż, przeczytałem „Spowiedź” i nie zauważyłem większych podobieństw do „Królestwa”. Ani podobnych wątków, poza bardzo ogólnymi (żona bohatera ginie w Zagładzie, on mógł ja uratować, gdyby zadziałał odpowiednio wcześnie, ale tego nie zrobił, bohater służy w gettowej policji) ani podobnych scen.
Dużo więcej podobieństw jest między „Spowiedzią” a dziennikiem Salomona Taubera z „Akt Odessy” Forsytha. I to jest dopiero zaskakujące, gdyż brytyjska powieść powstała na długo przed opublikowaniem „Spowiedzi”.
Powiadają: „Jest jedno pojęcia katolika” .Owszem, jedno, ale bardzo pojemne. Katolicyzm jest różnorodny. Łączą nas te same dogmaty, sakramenty i władza papieża. Wszystko inne może różnić. Co znaczy wszystko inne? Różności. Katolik może wzywać wstawiennictwa różnych świętych (albo nie wzywać żadnych), odmawiać różne modlitwy, uczestniczyć w różnych nabożeństwach paraliturgicznych (albo nie uczestniczyć w żadnych), używać różnych symboli i obrazów religijnych (albo nie używać żadnych), mieć różne ryty Mszy i sakramentów, chodzić na pielgrzymki do różnych miejsc (albo nie chodzić wcale), czytać różne książki religijne (albo nie czytać żadnych), śpiewać różne pieśni religijne (albo nie śpiewać żadnych), uznawać takie, czy inne objawienia prywatne (albo nie uznawać żadnych) i w końcu głosować na różnych kandydatów, za wyjątkiem jednoznacznie wrogich wierze jak komuniści, czy naziści, ale w ostatnich wyborach (a przynajmniej w II turze) ten wyjątek nie zachodzi.
Warto zacytować siostrę Małgorzatę Borkowską OSB: To odkrycie u „innych” dobrej woli i wielkiej nieraz świętości prowadzi nie tylko do pozbycia się przekonania o własnym na nią monopolu, ale także do poczucia głębokiej wspólnoty, lepiej może powiedzieć: do jej odkrycia. Trzeba się nauczyć odkrywać dobro w tych, którzy wyglądają inaczej, mówią inaczej, w pewnych sprawach nawet myślą inaczej, a jednak to dobro w nich jest. W naszych czasach nie można już bytować w izolacji, więc to jest problem nie tylko ekumeniczny, ale w ogóle ogólnoludzki; dotyczy także stosunków wewnątrz samego Kościoła katolickiego, a nawet wewnątrz wspólnoty. Bo jest w człowieku ta odruchowa tendencja, żeby swoje uważać za normalne, a wszystko „obce” za dziwactwo, albo wręcz zło. Póki małe dziecko uważa, że „prawdziwe” potrawy to takie, jakie mama gotuje, a „prawdziwe” melodie kolęd, to takie, jakie się w jego parafii śpiewa – to jeszcze pół biedy. Gorzej, kiedy człowiek dorosły, a już nie daj Boże duchowny, trwa w niekwestionowanym przekonaniu, że „prawdziwy” katolicyzm to tylko taki zespół praktyk, zwyczajów i znaków, jak w jego parafii. I potem mamy księży, którzy jadą duszpasterzować we Francji czy w Niemczech z intencją nauczenia tamtejszych marnych katolików „prawdziwego” katolicyzmu, mianowicie polskiego, ze wszystkimi szczegółami, włącznie do najdrobniejszych gestów liturgicznych, choćby one tam były rozumiane całkiem inaczej. Jeżeli trafią wśród swoich wiernych na takich, którzy uważają, że „prawdziwy” katolicyzm to tylko niemiecki albo francuski – a takich tam także nie brak – to wart pałac Paca, a Pac pałaca. Ale niewiele sobie wzajemnie dadzą..