Dzień świętego Marcina

Dzień świętego Marcina, biskupa, ma w kalendarzu liturgicznym tylko rangę wspomnienia, ale mimo to obrósł licznymi zwyczajami ludowymi. W naszym kręgu kulturowym w dniu tym je się rogale i gęsinę oraz pije się wino, niekiedy młode, tegoroczne. Jedzenie rogali najbardziej rozpowszechnione jest w Wielkopolsce, a picie młodego wina w Czechach, gdzie pierwszą butelkę tegorocznego wina otwiera się 11 listopada o godzinie 11.11. Zwyczaje te podupadły w czasach komunistycznych, a ostatnio się odradzają, czemu mocno kibicuję.

W fundamentalnej książce „Rok Boży” księdza Franciszka Marchlewskiego jest notka o tym dniu, ale bez wzmianki o tych zwyczajach: Ojczyzną św. Marcina są dzisiejsze Węgry. Z rodziców pogańskich zrodzony w roku 316, przygotowywal się pokryjomu jako chłopczyk dziesięcioletni do chrztu. Z woli ojca zaciągnął się do wojska rzymskiego dostał się do dzisiejszej Francji. Cnoty prawdziwie chrześcijańskie ujawniły się u niego takie w życiu żołnierskiem. Pod miastem Amiens spotkal raz żebraka, trzęsącego się od zimna, który prosil przechodniów o jalmużnę. Marcin, wzruszony widokiem nędzarza, rozciął mieczem swój płaszcz, dal jedną połowę żebrakowi. Następnej nocy ukazał się mu Jezus Chrystus, odziany połową płaszcza żołnierskiego, i rzekł do otaczających Go aniolów: Tą szatą Marcin Mnie odział.” W dziewiętnastym roku życia przyjął Marcin chrzest św. i zwolniwszy się od służby wojskowej, udał się do Hilarego, świętego biskupa w Poitiers, aby pod tegoż przewo dnictwem rozpocząć życie Bogu oddane. W r. 372 zostal przeciw woli swej obrany biskupem w Tours. Jako biskup byl słońcem swoich owieczek, z którego światło bilo cieplo na wszystkich, co znim się stykali. Był to mąż pelen powagi miłości, surowy dla siebie, łaskawy i miły dla innych, jeden z tych, których niebo zsyłać zwykło, aby świat w milości utwierdzić. Jako starzec zgrzybiały podjął podróż do odległej gminy, aby uśmierzyć waśnie, które tam wybuchły. Lecz nadszedł kres jego pielgrzymki ziemskiej – zasłabł nagle. Uczniowie jego, placząc rzewnie, nie mogli powstrzymać się od skargi. Ojcze, mówili, dlaczego nas opuszczasz? Wilki drapieżne wpadną do trzody twej. Nagrody swej w niebie możesz być pewien, zostań więc jeszcze z nami!” Marcin, pełen pogody ducha, odpowiedział modlitwą: „Panie, jeśli potrzebny jeszcze jestem ludowi Twemu, nie wzbraniam się pracować. Niech się dzieje wola Twoja!” Lecz spełnił już, widać, zadanie swe; ósmego listopada r. 397 święty mąż skończył życie. Ciało pogrzebano 11-go listopada w lasku tuż obok miasta Tours. Tysiące mnichów, niezliczone tłumy ludzi oplakiwały jego zgon. Ojciec i opiekun wiernej trzódki odszedł, lecz pozostał święty, którego grób, otoczony ogólną czcią, stał się miejscem pielgrzymek. W listopadzie 1926 r., jak donosi Katolicka Agencja Prasowa (Kap), założony został u grobu św. Marcina zakon ,,Jezusa-Robotnika”, oparty całkowicie na zasadach encykliki ,,Rerum Novarum” papieża Leona XIII. Spotkał się on ze słowami serdecznej zachęty Ojca św. Piusa XI i z nader życzliwem stanowiskiem całego episkopatu francuskiego oraz biskupów innych krajów. Celem zakonu jest ponowne przywrócenie mas robotniczych Chrystusowi Panu i powolanie do tej zbożnej pracy apostołów świeckich z pośród samych robotników. Apostołowie ci mają w dal szym ciągu prowadzić swój dotychczasowy tryb życia i pracowitością, pokorą, umiarkowaniem oraz przewidującą oszczędnością dawać dobry przykład otoczeniu. To mają być środki ich działalności. By nie natrafiali na trudności w pełnieniu swej świętej misji bojowników Chrystusowych, nie noszą odrębnej odzieży i nie obowiązują się do wspólnego życia ani do specjalnego posłuszeństwa. Odbywają natomiast nowicjat i winni dbać z całą troskliwością o odpowiednie wykształcenie oraz o coroczne ćwiczenia rekolekcyjne. Śluby ich mają charakter całkowicie prywatny i indywidualny.

Za to inni autorzy opisujący dawne obyczaje, mówią na ten temat więcej. I tak Zygmunt Gloger, w swoim „Roku polskim” tak pisze: Z dnia św. Marcina prorokowano o zimie: Gdy wiatr od poludnia w wigilię Marcina, Będzie na pewno lekka zima. Jeśli dzień byl suchy, przepowiadał zimę ostrą, jeśli wilgotny, niestateczną. Ponieważ św. Marcin przedstawiany bywa na obrazach jako rycerz na koniu, więc gdy śnieg padał, mówiono, że święty Marcin przyjechal na bialym koniu, a gdy nie było jeszcze śniegu, že na wronym czyli czarnym. W każdym domu biesiadowano w dniu tym na gęsi pieczonej i czyniono wróżbę z jej kości piersiowej: biala wróżyła zimę śnieżną i mroźną, pstra niestala, w połowie biała, a w połowie ciemna, zimę w połowie ostrą, a w połowie lekką. Są też przyslowia: Dzień świętego Marcina dużo gęsi zarzyna. Na Marcina, gęś do komina. Gdy Marcinowa gęś po wodzie, Będzie Boże Narodzenie po lodzie (i odwrotnie). Bardzo obszernie pisze o tym dniu Bystroń: 11 listopada przypadał dzień św. Marcina. Ważny to był dzień, zamykający okres jesiennych prac w polu, poza tym termin składania danin dworskich itd. ,,Od świętego Marcina zima się poczyna”, pisze Gostorski w Ekonomii ziemiańskiej z r. 1588. ,,Sklęśnie mieszek u wójta nazajutrz po św. Marcinie, kiedy z dworu idzie”, pisze Rej, nawiązując do zwyczajowych danin. Koło św. Marcina daniny chłopskie mają być wybrane -pisze Haar- to Jest kapłuny, gęsi, zwierzyny, kokoszy owoc, sypane zboże … czynsze pieniężne, stróżne, najemne, gajowe, arendne, karczemne, rybne i miodowe. Nie dziw, że dzień ten byl dobrze znany nawet tym, którzy poza tym nie bardzo się na kalendarzu znali. Sam dzień św. Marcina był wolny od zajęć gospodarskich: zwracano specjalnie uwagę, by zatrzymała się na ten dzień praca w młynach. Czechowic w „Epitomium” z r. 1583 wspomina, że katolicy „Marcina św. tkają do młyna, aby w dzień swój młynarzom robić nie dał, ale im palce i cewy połamał, jeśliby się robić od godziny do godziny ważyli … młynarz zeznał, że to i od ojca swego młynarza słychał, iż się im koła łamały, kiedy się dnia tego robić ważyli.” Potocki w „Ogrodzie fraszek” wspomina, że dzień ten „…nabożnie Kościół katolicki święci: /Wszelka stoi robota i ma przed niedziela,/ że weń, starym zwyczajem, ani młyny mielą./ Pierwsza kolęda w roku tu wszelakie dani: / Panom czynsz, księży meszne oddają poddani./ Stawia piece gospodarz, zimę czując blisko, / Żołnierz z pola na swoje schodzi stanowisko;/ Śnieg ziemię zwykle bieli i rzeki się szryszą,/ A stąd na białym koniu tego świątka piszą.” Dzień ten istotnie uchodził za początek zimy, a więc i wróżb na temat pogody zimowej było pełno. „Upatrują w św. Marcina prognostyk – pisze Haur – nie tylko przez gęsi piersiową kość, która śniegu wielkość białością, ciężkość mrozów czerwonością swoją znamionuje, ale gdy jest sam dzień sucho pogodny, ostrą znaczy zimę. Jeśli zaś niestateczne będzie powietrze, to też niestatecznej spodziewać się zimy„. Podawano powszechnie w dzień ten gęś do stołu, a z kości piersiowej wróżono. Pierś z Marcinowej gęsi jeśli biała, to zima dobrze będzie statkowała”, pisze Rzechowski w druku pt. „Paschal albo Condiment” z r. 1666 Zimno było na dworze, na stole gęś, do niej wino i zacny kompan, oto obraz świętomarciński: początek radości zimowych. „Gotuj na stół tłustą gęś, zwróżym z niej o zimi, /Mokre li albo mroźne rządy swe obejmie,/A nie żałuj naczynia dobrej myśli: wina!/Tego żąda po tobie twa wierna drużyna,”rymuje Gawiński. Notka u Kuchowicza brzmi jak skrót z Bystronia: W końcu roku mniej bylo świąt i mniej okazji do zabawy. Większe Święto stanowił dzień św. Marcina, obchodzony 11 listopada. Dzień ten byl wolny od zajęć gospodarskich, stawaly nawet młyny i wiatraki, a ludność udawała się do dworów, by składać daniny i czynsze. W wielu środowiskach w dniu tym spożywano gęś i wróbono z jej kości piersiowej.

Szczególnie ciekawy jest opis górnośląskich zwyczajów tego dnia znajdujemy u Pośpiecha: Zwyczaje pieczenia gęsi w dniu św. Marcina oraz wróżenia pogody, a więc tradycje sięgające w Polsce odległych czasów, nie są już współcześnie praktykowane na Śląsku. Wyszły one zresztą z użycia takie w innych regionach kraju. W pamięci najstarszych generacji pozostały liczne świętomarcińskie przysłowia pogodowe, z których kilka odwołuje się do żywej i dość powszechnej jeszcze w pierwszych latach XX w. praktyki pieczenia gesi w ów dzień. W Oleskiem i Kozielskiem zwyczaj ten przetrwal do piątego, szóstego dziesięciolecia naszego wieku. Tam też ogólnie znane jest stare polskie przysłowie wróżebne: „Jak pierś z Marcinowej gęsi sina, to be dzie sroga zima, a jak biała to nie będzie statkowała” Niespełna dwadzieścia lat temu informatorka z Reńskiej Wsi powiedziała: „U nas do niedawna uroczyście był obchodzony dzień św. Marcina. Piekli my kołocze podobne do podkowy i specjalne rogaliki martiny, Jeszcze dziś pieczymy na tyn dzień martinową gęś.” Nie dziwią przeto częste u ludu śląskiego przysłowia: „Na św. Marcina najlepsza gęsina”, „Na Marcina gęś do komina” oraz „Na Marcina gęś na stole, którą nade wszystko wolę”. Geneza zwyczaju pieczenia świętomarcińskiej gęsi nie została przez naukę w pełni wyjaśniona, z pewnością jednak wiąże się on z terminem płacenia danin chłopskich (na sprzedaż m.in. zarzynano gęsi, z których coś zostawało takze hodowcom). W praktykach wróżebnych ludu śląskiego gęś miała duże zastosowanie. Była bohaterem np. andrzejek; mówily o niej oracje miłosne. a także przesądy: Jeśli ktoś na wiosnę najpierw ujrzy młode ges będzie przez cały rok chorowity (Bytomskie) lab odwrotnie: Kto na wiosnę zobaczy młode gęsi, a ma przy sobie pieniądze, zazna szczęścia przez cały rok (Kietrz). Inny zabobon głosił, iż gęsi nie mogą przybrać na wadze, gdy w okresie ich tuczenia w gospodarstwie znajduje się nakryty garnek lub przewrócona patelnia (Toszek). W niektórych wsiach podopolskich istniał zwyczaj regulowania na św. Marcina przez młodych gospodarzy zobowiązań w ramach wycugu. Rozliczali się więc, najczęściej w naturze, wobec swych rodziców (Łubniany).

Wszystko to ma też kontekst religijny. W dawnych wiekach w tym dniu, lub w następującą po nim niedzielę rozpoczynał się post przed Bożym Narodzeniem, dziś nazywany adwentem. Jak pisze o. Otto od Aniołów OCD: Najstarsze świadectwa, dowodzące w Kościele zachodnim istnienia zwyczaju przygotowywania się do świąt Narodzenia Pańskiego, sięgają piątego wieku. Tak np. biskup Perpetuus z Tours zarządził ok. r. 480, aby wierni pościli przed Narodzeniem Pańskim trzy razy w tygodniu począwszy od świętego Marcina (11 listop.). Synod zaś w Mâcon (583) nakazał, aby również w poniedziałki, środy i piątki poszczono zwyczajem czterdziestodniowym. Pokutna ta praktyka, zwana postem świętego Marcina (Quadragesima S. Martini), powstała na wzór Wielkiego Postu, i okres ten odmierzano również na czterdzieści dni. Z czasem adwent na Zachodzie uległ skróceniu do czterech tygodni. Jedynie prowincja mediolańska, posługująca się rytem ambrozjańskim zachowała sześciotygodniowy, rozpoczynający się w niedzielę po świętym Marcinie. Sam dzień świętego Marcina był w dawnym kalendarzu kościelnym, jak to czytamy u Bystronia, świętem nakazanym. Dlatego, nawet jego wypadnięcie w piątek nie było przeszkodą dla jedzenia gęsi. Myślę, że i my, choć do adwentu mamy jeszcze daleko, możemy już od świętego Marcina przygotowywać się na potrójne przyjście Chrystusa: w Betlejem, w naszych sercach i w Paruzji.

Fundamentaliści – ksiądz wyrażający radość z apostazyj

Kiedyś ten cykl moich wpisów blogowych nosił tytuł „katolickie świry”, ale uznałem, że to za ostro i niegrzecznie, więc odtąd będą „fundamentaliści”. Dla mnie to i tak określenie negatywne, a oni się pewnie pod nim chętnie podpiszą. Będzie wilk syty i owca cała.

Ksiądz Daniel Wachowiak już w tym cyklu gościł, po tem jak straszliwie się oburzył na sypanie kwiatków w Boże Ciało przez małego chłopca. Tym razem napisał rzecz jeszcze groźniejszą. Zapowiedź apostazji Dawida Posiadły skomentował tak: Im mniej bylejakich katolików, tym lepiej. Skończą się I Komunie bez wiary w Chrystusa, śluby na pokaz i chrzty dla rodzinnej imprezy. Skończą się też fałszywe powołania kapłańskie. Za kilka dekad będziemy mieć znów Kościół, w którym są ludzie świadomi piękna swej wiary w Boga.

W rzeczywistości tylko Bóg wie, którzy katolicy są bylejacy. Nie wiem tego ja i nie wie tego ksiądz Daniel Wachowiak. Oczywiście, można z grubsza podzielić katolików na kulturowych, rytualno-moralnych i duchowych, co idzie za podziałem ludzi u świętego Pawła na zmysłowych, cielesnych i duchowych. Oczywiście, najlepiej, by wszyscy byli katolikami duchowymi, ale to na tym świecie niemożliwe. Nie można natomiast powiedzieć, że katolicy rytualno-moralni są lepsi od katolików kulturowych. Piszę to, choć sam jestem katolikiem rytualno-moralnym. Znam jednak wielu katolików kulturowych, którzy są bliżej osiągnięcia poziomu duchowego niż ja. Duch bowiem wieje, kędy chce i Bóg pisze prosto na krzywych liniach.

Co się tyczy I Komunii bez wiary w Chrystusa, ślubów na pokaz i chrztów dla rodzinnej imprezy, to ludzkie czyny ZAWSZE mają złożoną motywację i NIGDY nie można powiedzieć, że coś jest robione WYŁĄCZNIE na pokaz, czy dla rodzinnej imprezy. Ja ufam, że w weileu przypadkach takiej intencji głównej towarzyszy jeddnak utajona intencja o charakterze metafizycznym.

Gdy owca odchodzi, Bóg, Dobry Pasterz szuka jej, aż ją znajdzie, a nie cieszy się, że odeszła, bo i tak była bylejaka. Ludzcy pasterze powinni w tym względzie naśladować Dobrego Pasterza. Wypowiedź księdza Wachowiaka przypomina zamiary robotników z Chrystusowej przypowieści, którzy chcieli wyrwać kąkol rosnący wśród pszenicy. Jezus Chrystus nie zaaprobował takiej postawy.

Każda apostazja, każde odejście od Kościoła boli. Oznacza bowiem, że w odniesieniu do tego ochodzącego nasza Wspólnota zawiodła. Nie byliśmy wystarczająco Chrystusowi. Nie świeciliśmy wystarczająco mocno Chrystusowym Światłem.

Kto chce z Kościoła pozbyć się tych, których uważa za bylejakich, ten chce pozbawić tenże Kościół atrybutu powszechności i zamienić go w ekskluzywną sektę.

Umiłowany przez Boga. Duchowa biografia Henriego Nouwena – Michael O’Laughlin

Okładka książki Umiłowany przez Boga. Duchowa biografia Henriego Nouwena Michael O'Laughlin

Wpadła mi ostatnio w ręce ulotka empiku z cytatem Coco Chanel „najlepsze rzeczy w życiu są za darmo”. Ja tak po części mam z książkami. Książki, które dostałem za darmo, w ramach gratisów do zakupów, dubletów bibliotecznych, czy ulicznego rozdawnictwa należą do najciekawszych, które przeczytałem. Tę dostałem w gratisie do zakupu na Allegro, za co serdecznie dziękuję sprzedawcy Tanie__Czytanie.

Jest to biografia duchowa, więc oprócz przedstawienia życiorysu Henriego Nouwena, jednego z najważniejszych chrześcijańskich autorów mistycznych XX stulecia, prezentuje również zarys jego duchowości, w raz z ukazaniem żródeł jego inspiracji. Jest więc cennym przewodnikiem dla tych chrześcijan, którzy zdecydowali się obrać mistyczną ścieżkę.

24/52/2022

*****

Perspektywy rekatolicyzacji Halloween

Na temat katolickich korzeni Halloween pisali między innymi tacy autorzy jak Augustine Thompson OP, Maciej Kapek i Łukasz Wolański. Dwaj ostatni rozważali też perspektywy rekatolicyzacji tego święta. W niniejszym tekście oprę się głównie na ich wypowiedziach oraz na moich badaniach dotyczących symboli chrześcijańskich. Część ilustracji zaczerpnąłem z wpisu Łukasza Wolańskiego,

Ojciec Thompson pisze tak: To prawda, że ​​starożytni Celtowie z Irlandii i Wielkiej Brytanii obchodzili niewielkie święto 31 października – tak jak w ostatnie dni każdego miesiąca w roku. Jednak Halloween przypada w ostatni dzień października z uwagi na uroczystość Wszystkich Świętych, czyli „All Hallows” 1 listopada. Święto ku czci wszystkich świętych w niebie było wcześniej obchodzone 13 maja, ale papież Grzegorz III (741 r.) przeniósł je na 1 listopada – dzień poświęcenia Kaplicy Wszystkich Świętych w Bazylice św. Piotra w Rzymie. Później, w latach IX w., papież Grzegorz IV ustanowił powszechne obchody tego święta na całym świecie. W taki sposób święto dotarło do Irlandii. W przeddzień święta, odbywało się wieczorne, wigilijne czuwanie przed świętem Wszystkich Świętych, zwane Wigilią Wszystkich Świętych – „All Hallows Even”, czy też „Hallowe’en”. W tamtych czasach Halloween nie miało jakiegoś większego znaczenia dla chrześcijan czy dawno wymarłych celtyckich pogan. (…) Nasze amerykańskie tradycje w ten dzień polegają na przebraniu się w kostiumy, które wcale nie są irlandzkie. Przeciwnie, ten zwyczaj powstał we Francji na przełomie XIV i XV wieku. Europa w późnym średniowieczu została dotknięta powtarzającymi się wybuchami epidemii dżumy – „Czarnej Śmierci” – na skutek czego utraciła połowę swojej populacji. Nic dziwnego, że katolicy zaczęli bardziej martwić się o życie wieczne. We Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych zaczęto odprawiać więcej mszy. Zaczęło pojawiać się także coraz więcej artystycznych motywów mających przypominać wszystkim o własnej śmiertelności. Znamy te motywy pod nazwą „danse macabre”, czyli „taniec śmierci”, który był powszechnie namalowany na ścianach cmentarzy i pokazuje diabła prowadzącego korowód ludzi – papieży, królów, kobiety, rycerzy, mnichów, chłopów, trędowatych itd. – do grobu. Czasami taniec był prezentowany w Dzień Zaduszny przez ludzi przebranych w stroje związane z różnymi stanami społecznymi. Ale Francuzi stroili się na Dzień Zaduszny, nie na Halloween; a Irlandczycy, którzy mieli Halloween, nie przebrali się. Połączenie tych zwyczajów prawdopodobnie nastąpiło najpierw w brytyjskich koloniach Ameryki Północnej w XVIII wieku, kiedy to katolicy irlandzcy i francuscy zaczęli zawierać między sobą małżeństwa. Irlandzkie podejście do piekła sprawiło, że francuskie maskarady stały się jeszcze bardziej makabryczne. Łukasz Wolański podaje więcej szczegółów na temat katolickiego Halloween w dawnych wiekach: Jeszcze w liturgii przedsoborowej, w mszale „trydenckiem”, tym „słusznym”, sprzed reformy Piusa XII (pre55), istniała rozbudowania liturgia Wigilii Wszystkich Świętych. Mówiło się w ogóle o takim szczególnym „triduum” (https://en.wikipedia.org/wiki/Allhallowtide), jakie mamy w kolejne dni. Była również i oktawa, pozostałością po której jest możliwość zyskania odpustu zupełnego między 1 a 8 XI za nawiedzenie grobów. Obchody tego czasu zaczynały się właśnie Wigilią Wszystkich Świętych (to nie był jedynie wieczór, ale cały dzień), która jak wszystkie wigilie tamtego czasu, celebrowana była na fioletowo. Ów dzień postu dotyczył tych, którzy są w czyśćcu, a za których zbawienie (pewne przecież, ale wymagające pewnego oczyszczenia) się modlimy. Stąd kolor dnia i jego charakter. W Polsce średniowiecznej ludzie chodzili wtedy i głośno modlili się za zmałych, aby owi zmarli doznali ulgi dzięki tym modłom. Aby być może już jutro byli w niebie. Po modlitwach – szczególnie w Ameryce – szło się przygotowywać groby, zapalać na nich świecie, a równolegle odbywały się zabawy i różne ludowe zwyczaje, które były wbrew pozorom znacząco schrystianizowane. Jednym z nich było chodzenie ubogich od domu do domu i proszenie o jedzenie w zamian za modlitwę za zmarłych. Niekiedy przebierano się za dusze umęczonych zmarłych, aby uzmysłowić darczyńcom, jak ważna jest ich ofiara na rzecz modlitwy, jak bardzo ich bliscy zmarli pokutują w czyśćcu. Ogólnie zwyczajów bardzo różnych było sporo. (…) I teraz pytanie – to co to się stało, że z chlubnej wigilii zrobiła się głupawa zabawa? Otóż tak jak ukradziono nam świętego Mikołaja, robiąc z niego grubego Coca-cola-skrzata, tak i Halloween uczyniono na wyzutym „z ducha” zachodzie komercyjną zabawą. Pytanie, czy należy w związku z tym zacząć i Mikołaja i Halloween zwalczać, czy raczej tłumaczyć prawdziwy, zdrowy ich sens. Niestety w tej sprawie sporo złego zrobiła Piusowa reforma Missale Romanum. W wersji od 54 roku nie ma już specjalnej Wigilii ani celebracji „halloweenowej”, niejako więc liturgia porzuciła zwyczaje ludowe, a te skręciły w stronę komercji. Co więc robić? Swoje. A tym, którzy nam psują nasze, katolickie zwyczaje cierpliwie tłumaczyć. Bez wielkiego krzyku z góry, poczucia wyższości i lepszości. Bo w sprawie tych dni wcale tacy „święci” nie jesteśmy i sporo własnych zabobonów mamy. A Maciej Kapek referuje zasadniczo wypowiedź ojca Thompsona, kończąc ciekawą konkluzją: Czy katolik może więc obchodzić Halloween? Może, to przecież wigilia Wszystkich Świętych. Czy może to łączyć ze świeckimi zwyczajami? Może, o ile te świeckie zwyczaje nie przekraczają Bożych przykazań. Da się obchodzić Halloween po katolicku i bez zabawy w okultyzm. Tak samo jest możliwe świętowanie narodzenia Chrystusa z pogańskim drzewkiem ustawionym w salonie oraz pójście na imieniny Andrzeja bez wróżenia z wosku. Czy dzisiejsze Halloween to masowy kult szatana? Nie, to rodzaj świeckiego balu przebierańców, który wywodzi się z wielu różnych tradycji. Dla niektórych może wiązać się z łamaniem pierwszego przykazania, ale trudno uznać to za założenia programowe. Halloween to święto tak zeświecczałe, że trudno zauważyć w nim katolickie korzenie. One jednak istnieją i warto o tym pamiętać, zamiast radykalnie odrzucać wszystko związane z tym dniem. Można przecież wyciągnąć z niego dobro. A gdyby tak uczynić Halloween na nowo katolickim świętem…? Gorąco zachęcam do lektury całości wyżej zalinkowanych tektów. Warto też zapoznać się z tym tekstem, który obala kilka mitów dotyczących Halloween.

Ja również bardzo chciałbym, aby Halloween na powrót stało się katolicką Wigilią Wszystkich Świętych. Do powyższej argumentacji historycznej chciałbym dodać nieco argumentów wypływających z symboliki katolickiej. Na pierwsze miejsce wysuwa się tu dynia, w której bez problemów można dostrzec odwzorowanie czaszki. Czaszka jest też częstym elementem halloweenowych przebrań. Katolickiej symbolice czaszki poświęciłem jeden z rozdziałów mojej powstającej książki o symbolach. Z bardzo wstępną wersją tego rozdziału można się zpoznać tutaj. Główna myśl tego tekstu jest następująca: Czaszka jako symbol chrześcijański z jednej strony ma więc przypominać o śmierci, jako jednej z ostatecznych rzeczy człowieka. Jest niejako graficznym zapisem sentencji memento mori. Z drugiej strony zaś jest silnie związana z Krzyżem Chrystusowym i symbolizuje zwycięstwo Jezusa Chrystusa nad śmiercią. Takie też motywy mogą przyświecać katolickiej interpretacji Halloween. Z jednej strony, myśl o śmierci, zarówno własnej, jak i tych, którzy już odeszli, a teraz cierpią w czyśćcu i oczekują naszej modlitwy. Z drugiej strony skupienie na Jezusie Chrystusie, zwłaszcza w aspekcie Jego Męki i Śmierci dla naszego zbawienia. To drugie znaczenie jest wzmocnione przez płonącą w wydrążonej dyni świecę, która symbolizuje Światło Chrystusa. I tu mamy dwa dalsze niuanse znaczeniowe. Świeca w czaszce odnosi się wyraźnie do Chrystusa na krzyżu, ale także do Chrystusa w nas, w naszych czaszkach, w naszym wnętrzu. Na przełomie października i listopada jest już na świecie sporo mroku. Noc jest wyraźnie dłuższa od dnia. Dlatego w ludowych obchodach Uroczystości Wszystkich Świętych tak wiele jest światła. Jest to w zasadzie Święto Światła. To samo Światło świeci w dyniach i w nagrobnych zniczach. Tym Światłem jest Jezus Chrystus.

Wróćmy na chwilę do przebieranek halloweenowych. W zasadzie niewiele się one różnią od popularnych w naszym kraju kolędników, chodzących po domach po Bożym Narodzeniu. W tych pochodach wśród przebierańców mamy też Śmierć, Heroda, Niedźwiedzia, Turonia a nawet Diabła. I jakoś nie słychać oburzenia, bo to nasze i zawsze było. A to halloweenowe „kolędowanie” też może być cenne jako swego rodzaju nawrót, do średniowiecznego folkloru związanego ze śmiercią: tańców śmierci, pochodów przebierańców, pieśni o śmierci, czy w końcu Rozmów Mistrza Polikarpa ze śmiercią. Tak jak ten średniowieczny folklor wzbudzał rozmaite pobożne rozważania w wykonawcach i odbiorcach, tak i Halloween może takie wzbudzać. Trzeba tylko zmienić nastawienie do tych obchodów. Tak naprawdę rekatolicyzacja Halloween zaczyna się w każdym z nas, w naszych umysłach.

Oprócz rzekomego demonizmu częstym zarzutem podnoszonym wobec Halloween w Polsce jest jego obcość kulturowa. Jest to częściowo słuszne spostrzeżenie, gdyż w dawnej Polsce istotnie nie notowano hucznych obchodów Wigilii Wszystkich Świętych. W zasadzie z interioru polskiego znane są jedynie pewne tradycje ludowych wróżb związanych z tym dniem. Jak pisze Gloger w „Roku Polskim”: W wigilię Wszystkich Świętych posyłano do lasu z siekierą, ścinano gałąź dębową lub bukową i jeśli była sucha, twarda, wnoszono stąd o zimie suchej, jeśli mokra o oparzelistej. Do tego były i przysłowia odpowiednie: „Na wszystkich Świętych od zrębu/ Utnij gałąź dębu,/ Jeśli soku niema/ Będzie sroga zima” lub „Na Wszech-Świętych sztuka:/ Utnij gałaź buka,/ Gy już soku niema,/Będzie sroga zima”. Możemy tu zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze nie jest to wróżba w sensie ścisłym, oparta na jakichś siłach nadnaturalnych, ale trzeźwa obserwacja przyrodnicza oparta na przesłankach racjonalnych. Po drugie, jest to wyraźne nawiązanie do Drzewa Życia, którym, jak wiemy jest Jezus Chrystus i do ewangelicznego opisu Męki Pańskiej ze wzmiankami o drzewie zielonym i drzewie suchym. Na płaszczyźnie symbolicznej zwyczaj ten przyczynia się więc do umocnienia chrystocentrycznego charakteru Uroczystości Wszystkich Świętych. Chociaż więc pozornie nie ma nic wspólnego z obrzędowością halloweenową, to w sferze symbolicznej jest z nią zaskakująco zbieżny.

Osobną kwestią są Dziady. Oddajmy znów głos Glogerowi, tym razem cytując jego Encyklopedię Staropolską: Dziady, stary zwyczaj ludowy, zawdzięczający swój niepospolity rozgłos Mickiewiczowi, który użył jego nazwy za tytuł do genjalnego swojego utworu. Uważamy też za rzecz najsłuszniejszą przytoczyć własne słowa wieszcza, które dal jako wyjaśnienie przy pierwszem wydaniu „Dziadów”. Jest to mówi poeta nazwisko uroczystości, obchodzonej dotąd między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandyi, na pamiątkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim zasięga czasów pogańskich i zwała się niegdyś ucztą Kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huslarz, Guślarz, razem kapłan i poeta (gęślarz). W teraźniejszych czasach, ponieważ światłe duchowieństwo i właściciele usiłowali wykorzenić zwyczaj połączony z zabobonnemi praktykami i zbytkiem częstokroć nagannym, pospólstwo święci Dziady tajemnie, w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza. Zastawia się tam pospolicie uczta z rozmaitego jadła. trunków, owoców i wywołują się dusze nieboszczyków. Godna uwagi, iż zwyczaj częstowania umarłych zdaje się być wspólnym wszystkim ludom pogańskim, w dawnej Grecyi za czasów homerycznych, w Skandynawii, na Wschodzie, i dotąd po wyspach Nowego Świata. Dziady nasze mają to szczególne, iż obrzędy pogańskie pomieszane są z wyobrażeniami religii chrześcijańskiej, zwłaszcza iż dzień Zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojem i śpiewaniem przynosi się ulgę duszom czyścowym. Cel tak poważny, święta, miejsca samotne, czas nocny, ob- rzędy fantastyczne, przemawiały niegdyś silnie do mojej wyobraźni; słuchałem bajek, powieści i pieśni o nieboszczykach, po- wracających z prośbami lub przestrogami, a we wszystkich zmyśleniach można było dostrzedz pewne dążenie moralne i pewne nauki, gminnym sposobem zmysłowie przedstawiane”. Czem na Litwie Dziady, tem na Podlasiu i Mazowszu były wyprawiane w dzień zaduszny Stypy i Obiady żałobne. Tylko lud polski, pod wpływem duchowieństwa, nadał zwyczajom tym charakter chrześcijańskiej pobożności i nieraz zaprasza księży na sute obiady żałobne“ zastawiane po domach zamożnych kmieci w dzień Zaduszny (ob. Zaduszki). Marja Rodziewiczówna w wydanym przez nas Roku Polskim” (Warszawa r. 1900) prze- ślicznie opisała czwartek powielkanocny, czyli dziady wiosenne, t. j. Nawski dzień”, w którym lud nad Prypecią i Muchawcem niesie resztki święconego na groby rodzinne i ucztuje niby wspólnie z duchami zmar- łych na ich mogiłach. Starożytny ten zwy czaj, lubo zupełnie przekształcony, przechował się dotąd przy mogile Krakusa w Krakowie pod nazwą „Rękawki”.

Gloger był dobrym faktografem, ale słabym analitykiem, dlatego błędnie uznał Dziady za obrzęd pogański, zwalczany przez Kościół. W rzeczywistości było zupełnie inaczej, jak pisze profesor Jacek Bartyzel: Niesamowite, że po dwustu latach geneza obrzędu Dziadów jako źródła dramatu Mickiewicza jest wciąż nie do końca znana. Najbardziej zbliżyła się do niej badaczka folkloru białoruskiego Olimpia Swianiewiczowa z domu Zambrzycka (1902-1974), która była chyba też ostatnią osobą uczestniczącą w wieczerzy Dziadów w majątku swego ojca, obchodzonych jednak wówczas już nie w cmentarnej kaplicy, lecz wewnątrz domostw (chat). A nawet wielki „mickiewiczolog” Stanisław Pigoń, choć znał jej relację, wybrał błędną hipotezę o „Radawnicy” jako źródle „Dziadów” kowieńsko-wileńskich, kierując się tą przesłanką, iż była obrzędem zbiorowym i w cmentarnej cerkiewce lub na mogiłach, mimo iż wiedział, że w przeciwieństwie do Dziadów, była obrzędem wiosennym, a nie jesiennym. A dlaczego jest ona fałszywa? Dlatego, że choć jeden i drugi obrzęd związany jest ze zmarłymi, to wiąże się ze różnymi wyznaniami, co ma związek także z zróżnicowaniem terytorialnym, choć wyłącznie na białoruskim obszarze etnicznym (na Wileńszczyźnie nie znano nigdy ani jednego, ani drugiego): jak pisała w 1891 roku Emma Jeleńska, „wyobraźnia chłopa białoruskiego jest tak silna i tak żywa, że najdokładniej widza i słyszą, czują i dotykają rzeczy nadprzyrodzonych, czysto duchowych. Na przykład, ludzie chodzący po śmierci są dla tutejszych włościan równie pospolitym zjawiskiem, jak ludzie chodzący za życia”. Choć geneza Dziadów jest oczywiście pogańska, to obrzęd został udatnie schrystianizowany po Synodzie zamojskim Kościoła Unickiego w 1720 roku. Zaproszeniu dusz zmarłych do wspólnego posiłku towarzyszyły modlitwy takie, jak „Anioł Pański”, „Zdrowaś Mario” i „Wieczny Odpoczynek”. Obrzęd też zawierał swoisty sąd wspólnoty nad ziemskimi grzechami tych dusz, tak jak w II części „Dziadów” Mickiewiczowskich. Odtąd księży unickich wręcz zachęcano, aby wraz ze swoimi parafianami chodzili na Dziady. W ogóle trzeba mocno podkreślić, że obrzęd ten został inkulturowany WYŁĄCZNIE w Kościele unickim. Nie obchodzili go ani łacinnicy, ani prawosławni. Był znany w tych regionach Rusi Białej i Czarnej, w których istniała przewaga unitów nad schizmatykami, a więc na rodzinnej Nowogródczyźnie Mickiewicza, w okolicach Słonimia, Wołkowyska i Mińska oraz na Witebszczyźnie. Dlatego decyzja Mickiewicza, aby ksiądz w IV części „Dziadów” był obrządku grekokatolickiego, żonatym (acz wdowcem) i dzieciatym, była trafna i zgodna z realiami. Natomiast Mickiewicz albo pomylił się, albo uległ żądaniu rosyjskiej cenzury, aby wyeliminować i zatrzeć udział księdza księdza w obrzędzie, kiedy uczynił go odpowiedzialnym za zakazywanie Dziadów (co wynika jasno z prośby Gustawa, aby je przywrócił i pozwolił obchodzić). Nie Kościół bowiem zakazał Dziadów, lecz zupełnie kto inny – moskiewski rząd najezdniczy. Były one bowiem właśnie sposobem podtrzymywania unicko-katolickiej tożsamości białoruskiego chłopstwa i jego oporu przed zmoskiewszczeniem i „rozpłynięciem się” w rosyjsko-prawosławnym morzu. Prześladując Dziady Moskale i rosyjscy popi prawosławni narzucali zarazem ową „Radawnicę”, obchodzoną wcześniej wyłącznie w rejonach o przewadze ludności prawosławnej, a więc w guberni mohylowskiej, w Mozyrzu i na Polesiu. Miało to właśnie odrywać wieś białoruską od Unii i przygotowywać na likwidację Kościoła Unickiego i przymusową „prawosławizację”. Dlatego, z konieczności, obchody Dziadów ulegały „prywatyzacji”, czyli przenosiły się z kaplicy cmentarnej do chat. Ale opór ludności unickiej przeciwko narzucaniu prawosławnej „Radawnicy” był bardzo silny i właściwie, mimo likwidacji Unii na tych ziemiach, okazał się skuteczny: sztuczny import został odrzucony. A o wszystkim tym pisze Nina Taylor-Terlecka w jednym ze szkiców w opublikowanej w zeszłym roku książce „Wielkie Księstwo Litewskie i inne terytoria”. Dziady więc nie tylko nie były przez Kościół zwalczane, ale wręcz przeciwnie, były przezeń promowane.

Słusznie natomiast łączy Gloger białoruskie Dziady z polskimi ucztami dziadowskimi w Dzień Zaduszny. Zwięźle pisze o tym Zbigniew Kuchowicz w „Obyczajach staropolskich”: Ludność chłopska, o ile oczywiście pozwalały na to warunki, czciła pamięć zmarłych z wielką skrupulatnością. Dniem, w którym szczególnie pamiętano o tych, którzy odeszli, były Zaduszki. Odwiedzano wówczas tłumnie groby i dawano sute jałmużny dziadom, prosząc ich, by modlili się za dusze zmarłych. Jeżeli było kogoś stać, wyprawiał na- wet poczęstunek dla ubogich (nazywano go „obiadem żałobnym”). W jednych okolicach bardziej przestrzegano dawnych zwyczajów, w innych mniej. Jeśli chodzi np. o Podlasie, to wiadomo, że jeszcze w połowie XVIII wieku chłopi zapraszali na „obiady żałobne” nędzarzy i darzyli ich hojnymi jałmużnami, prosząc jedynie, by modlili się za dusze zmarłych. Jak więc widzimy są duże podobieństwa tych obiadów żałobnych do pierwotnej formy Halloween w krajach zachodnich rozdawanie żywności ubogim w zamian za modlitwę za zmarłych. Druga rzecz, którą widzimy tu wyraźnie to paralela między Liturgią a obrzędowością ludową. Tak jak Msza w Dzień Zaduszny do złudzenia przypomina Mszę pogrzebową (ten sam formularz Requiem, co przed reformą liturgiczną było bardziej widoczne), tak obiady żałobne przypominają stypy po pogrzebie. Jestem przekonany, a utwierdzam się w tym coraz bardziej w miarę prowadzonych badań, że cała religijność ludowa, nawet w swoich dziwacznych przejawach wypływa z „przetrawienia” Liturgii jest więc głęboko katolicka i nie ma w niej żadnej sprzeczności z doktryną Wiary.

Ten fragment o rzekomej obcości Halloween w Polsce można podsumować dwoma zdaniami. Po pierwsze, obcość ta jest pozorna, bo w polskiej obrzędowości można znaleźć podobne obrzędy w postaci Dziadów i obiadów żałobnych. Po drugie, katolicyzm jest religią uniwersalną, toteż, zwłaszcza dziś, w epoce globalistycznej, elementy ludowej pobożności katolickiej z łatwością przenoszą się nawet na drugi koniec świata. Skoro polska religijność katolicka bez najmniejszych problemów wchłonęła meksykański kult Matki Bożej z Guadalupe i libański (maronicki) kult świętego Sarbeliusza (vel Szarbela vel Charbela), to dlaczego miałaby nie wchłonąć zrekatolicyzowanego Halloween? Trzeba je tylko zrekatolicyzować.

Na koniec słów parę o Balach Wszystkich Świętych. Mam mieszane uczucia. W tradycji katolickiej wigilie miały charakter postny, pokutny i refleksyjny. Bale, zabawy taneczne do tego nie pasują. O wiele bardziej jest tu na miejscu pozbawiona tańców maskarada nawiązująca do motywów śmierci. Bale Wszystkich Świętych należałoby przenieść na dni oktawy tej Uroczystości. A wieczorem 31 pażdziernika można by odprawiać w kościołach I nieszpory Uroczystości Wszyskich Świętych, może połączone z antycypowaną Godziną Czytań. Ażeby zaś zachować jakąś łaczność z obrzędami ludowymi, można by na koniec tego nabożeństwa rozdawać dzieciom cukierki. Najważniejsze jednak by podkreślać dwa kluczowe z punktu widzenia rekatolicyzacji elementy tej Wigilii – modlitwę za zmarłych i świecenie Światłem Chrystusowym. Zresztą te dwa aspekty łączą się ze sobą w podstawowej formule modlitwy za zmarłych: Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis. Requiescant in pace. Amen. – Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen Tu też Światło jest motywem wiodącym.

Dobrym uzupełnieniem powyższych rozważań mogą być refleksje ojca Grzegorza Kramera SJ z 2023 roku: Co roku widać, że Halloween, czy tego chcemy czy nie, wchodzi coraz mocniej i w naszą polską kulturę.
Może to już czas, by zamiast z tym walczyć, zacząć wydobywać to, co z tego wydarzenia jest najlepszego, wykorzystywać do edukacji, pokazywać, bez agresji i uprzedzeń, to w czym to się różni od chrześcijaństwa, ale i wyłapywać wszystkie te wątki, które są wspólne. Może to też dobry pretekst do dobrej katechezy na temat szatana, który nie jest żadnym „złym bogiem”, ale stworzeniem. Warto – szczególnie w starszych klasach – uczyć zdrowego chrześcijańskiego rozeznawania duchów (nie śledzenia diabła), odmitologizowywania różnych katolickich nauk, choćby o egzorcyzmach.
Nie można mówić dzieciom, że jak poświętują Halloween (a na czym to polega, w przypadku dzieci? na strojach, cukierkach i dyniach), to pójdą do piekła, albo, że wyznają szatana.
Nie sądzę też, żeby dobrym, dla wszystkich, pomysłem było szukanie na siłę alternatyw, żeby czymś w tym czasie dzieci zająć. Takie rozwiązania są dobre dla nielicznych. Bo znów nie chodzi o to, że będziemy odpowiadać „dobrem na zło”, jak wielu z nas myśli. Owoc zakazany smakuje najlepiej, a straszenie diabłem, piekłem jest lepem, na który złowi się wielu.
Warto też wykorzystać ten zwyczaj do rozmowy z dziećmi o różnych lękach i strachach, których w życiu dzieci wcale nie jest tak mało.

A co poza rozmową z własnymi dziećmi może każdy z nas zrobić dla rekatolicyzacji Halloween? Można dzieci przychodzące po cukierki witać pozdrowieniem Memento mori. Można też zachęcać je do modlitwy za zmarłych. Można w końcu rozdawać cukierki z cytatami z dzieł świętych na papierkach. Te pomysły nie są moje. Zbieram je z różnych miejsc katointernetu.

Wykład profesora Tadeusza Sławka o byciu człowiekiem i roli szkoły

Przedstawiam arcyciekawy, a przy tem niedługi wykład pana profesora Tadeusza Sławka wygłoszony dnia 14 paażdziernika 2022 roku w Rybniku na uroczystości setnego jubileuszu istnienia I LO w Rybniku. W rzeczywistości szkoła ta ma znacznie więcej niż sto lat i boli mnie fakt, że odcina się od pierwszego etapu swojej działalności. Nie zmienia to jednak faktu, że powyższy wykład jest doskonały i ze wszech miar wart wysłuchania.

Święty Jan od Krzyża o objawieniach prywatnych

Nigdy zatem nie powinna dusza ośmielać się pragnąć i dopuszczać do siebie tych objawień, choćby nawet były, jak mówię, od Boga. Gdyby bowiem pragnęła je przyjmować, spadnie na nią sześć przykrych następstw.
Pierwsze: pomniejszy swoją wiarę, doświadczenie bowiem zmysłowe bardzo osłabia wiarę, ponieważ wiara, jak mówiliśmy, przekracza wszelkie odczucie zmysłowe. Nie zamykając oczu na te wszystkie rzeczy zmysłowe, pozbawia się środka zjednoczenia z Bogiem.
Drugie: objawienia te nie odrzucone są przeszkodą dla ducha, bo na nich zatrzymuje się dusza (12) i duch nie może wzlecieć do tego, co jest niewidzialne. To właśnie była jedna z przyczyn, dla których Zbawiciel powiedział uczniom, iż lepiej jest, by On odszedł od nich, bo inaczej nie przyjdzie Duch Święty (J 16, 7). Dlatego również Marię Magdalenę, która po Zmartwychwstaniu przypadła do Jego stóp, oddalił, by umocniła się w wierze (J 20, 17).
Trzecie: dusza, zatrzymując się na posiadaniu tych objawień, nie dąży do prawdziwego wyrzeczenia i ogołocenia ducha.
Czwarte: traci wewnętrzny skutek i ducha tych objawień, albowiem zwraca oczy na to, co w nich zmysłowe, a co stanowi wartość podrzędną. Dlatego nie otrzymuje już tak obficie ducha, którego one sprawiają, ten bowiem udziela się i zachowuje dzięki wyrzeczeniu się wszystkiego co odczuwalne i bardzo różne od czystej duchowości.
Piąte: traci łaski Boże, gdyż je sobie przywłaszcza i nie korzysta z nich należycie. Przywłaszczać je zaś sobie i nie korzystać z nich, to znaczy pragnąć ich, uważać je za swoje. A przecież Bóg nie daje ich duszy na własność, dusza nie powinna zapominać, że są one własnością Boga.
Szóste: pożądanie tych objawień otwiera drogę szatanowi, by mógł duszę oszukiwać innymi widziadłami, które umie on bardzo naśladować i przedstawić je duszy jako dobre. Mówi bowiem Apostoł, (s.219) że diabeł może się przemienić w anioła światłości (2 Kor 11, 14). Za łaską Bożą będziemy jeszcze mówili o tym przedmiocie w trzeciej księdze, w rozdziale o łakomstwie duchowym.

Jest przeto zawsze rzeczą stosowną, by dusza odrzucała te zjawiska z zamkniętymi oczami, od kogokolwiek by pochodziły. Jeżeli tego nie uczyni, da miejsce zjawom diabelskim i taką moc szatanowi, że nie tylko jedne zjawy będzie przyjmować za drugie, lecz tym sposobem mnożyć się będą te od złego ducha, a ustawać te od Boga i dojdzie do tego, że pozostaną same diabelskie. Doświadczyło tego wiele dusz nieostrożnych i nieroztropnych, które do tego stopnia się czuły bezpieczne przyjmując te rzeczy, że wiele spośród nich musiało wielkiego użyć trudu, by wrócić do Boga przez czystą wiarę. A niemało było takich, które nie mogły wcale wrócić, gdyż szatan już je zbyt usidlił. Przeto pożytecznie jest zamykać się i bronić przed nimi wszystkimi. Odrzucając bowiem złe, unika się błędów diabelskich, a odrzucając dobre, unika się przeszkody w wierze i duch zbiera z nich owoce. Jeśli wówczas, kiedy dusza je przyjmuje, Bóg je odbiera (ponieważ zagarnia je na własność, nie wykorzystując ich odpowiednio), a szatan wprowadza i pomnaża swoje, znajdując dla nich miejsce i okazję – to przeciwnie, gdy dusza wyrzeka się ich i jest im przeciwna, zły duch zaczyna ustępować, widząc, że nie sprawia szkody, Bóg zaś zwiększa i pomnaża łaski w tej pokornej i ogołoconej duszy, stawiając ją nad wieloma, jak owego sługę, który był wierny w małym (Mt 25, 21).

Droga na Górę Karmel ks.II rozdz: 11, akapit: 7-8; w Dzieła, s. 205-206

Lalka i perła – Olga Tokarczuk

Okładka książki Lalka i perła Olga Tokarczuk

Książka ta znana jest szeroko głownie dzięki opinii, jaką wyraził o niej Stanisław Lem: To jest nie tylko mowa-trawa, ale również dowód na to, że autorka studiowała psychologię w ubiegłych wiekach. „Lalka” to piękna książka o miłości, która z „Hymnem o Perle” ma tyle wspólnego, że Izabela Łęcka mogła nosić sznur pereł. Innych związków nie widzę. Książka ta zirytowała mnie tak, że więcej niż połowy nie uczytałem. Nie wykluczam, że na ostatnich stronach mogły się w niej znaleźć jakieś mądrości, ale wątpię, bo to jest dobre dla dziesięcioletnich dzieci, ale nie dla mnie. No cóż, widać, że to Lem spłyca „Lalkę”. Olga Tokarczuk ma rację, dowodząc, że jest to książka nie tylko o miłości, ale głównie o rozwoju duchowym bohatera. Nie wiem natomiast, czy słusznie wybrała Hymn o Perle jako wzorzec porównawczy. Sama zresztą pisze: Mogłabym równie dobrze wybrać o tego porównania jakąś baśń, w której bohater wyrusza na poszukiwanie skarbu i odnalazłszy go doznaje wewnętrznej przemiany. Gyby wybrała baśń, Lem nie miałby się czego doczepić. Prus zapewne „Hymnu o Perle” nie znał. Znał natomiast niewątpliwie biblijnę Księgę Tobiasza, na której do pewnego stopnie „Hymn o Perle” jest oparty. Moim zdaniem wielce prawdopododobne jest to, że „Lalka” opiera się na Księdze Tobiasza, podobnie jak „Placówka” na Księdze Hioba.

Pozwolę sobie tu zacytować jeszcze parę zdań, które ponad rok temu napisałem o lemowej krytyce Tokarczuk: Na koniec dygresja natury ogólniejszej. Ostatnio wiele osób nielubiących Olgi Tokarczuk i jej twórczości przywołuje niezbyt przychylną opinię Stanisława Lema na temat jednej z jej wczesnych książek. W  „Cząstkach elementarnych” Houellebecq bardzo nieprzychylnie wyraża się o twórczości literackiej Aldousa Huxleya. Nie przeszkadza mi to w uwielbianiu książek obydwu pisarzy. Podobnie jak bardzo krytyczna opinia Kurta Vonneguta o książkach Hermanna Hessego nie zniechęciła mnie ani do jednego, ani do drugiego. Tak już bywa, że wybitni pisarze często mają złe zdanie o innych wybitnych pisarzach. Nie umniejsza to wybitności ani krytykowanych, ani krytykujących. Można więc podziwiać i cenić zarówno Lema jak Tokarczuk, mimo, że odmiennie patrzyli na „Lalkę”. Swoją drogą, naprawdę zaskakujące jest to,że opinię Lema tak ochoczo podchwyciła religijna prawica. Przecież Lem atakuje książkę Tokarczuk z pozycyj ateistycznych, a autorka pisze o „Lalce” z pozycyj religijnych i mistycznych.

25/52/2022

****

Dostałem zaproszenie od iluminatów

Dostaję mnóstwo spamu, jak zapewne każdy, kto od wielu lat funkcjonuje w internecie i długo używa tych samych adresów mejlowych. Wśród tego spamu są prrzypadki interesujące, wyróżniające się, dlatego jakieś dziesięć lat temu założyłem na bloksie bloga „Głupie mejle”, gdzie publikowałem takie perełki. Blog ten przestał istnieć w 2019 roku, wraz z upadkiem bloksa. Dlatego teraz najciekawsze spamy przyjdzie mi omawiać w głównym blogu. Może to i lepiej, bo i tak tylko mój główny blog jest przez kogoś czytany. „Głupie mejle” miały śladową ilość wejść. Poniższy list należy niewątpliwie do kategorii oszustwa nigeryjskiego. Wyróżna się jednak na tle innych wiadomości tego typu. Dlatego postanowiłem się nim podzielić z czytelnikami.

Greetings, from the illuminati world elite empire. Bringing the poor, the needy and the talented to limelight of fame, riches, powers and security, get recognized in your business, political race, rise to the top in whatever you do, be protected spiritually and physically! All these you will achieve in a twinkle of an eye when you get initiated to the great Illuminati empire. Once you are initiated to the illuminati empire you will get numerous benefits, such as knowledge, connections and also an instant US$1.5, Million USD, Donation cash benefit as a reward to you for your membership with the illuminati brotherhood. Note: that this email message was created solely for the purpose of our recruitment scheme which will end next month and this offer is for unique ones only; if you are not serious on joining the illuminati empire, then you are advice not to contact us at all. This is because disloyalty is highly not tolerated here in our organization. Do you agree to be a member of the illuminati new world order? If YES!. Then kindly reply us back on our direct recruitment email only at: illuminati00666@aol.com Please note, Kindly make sure all your response are send directly to the email stated above only at:> illuminati00666@aol.com For more instructions on our membership process. Note: Some email providers incorrectly place official Illuminati messages in their spam / junk folder or promotion folder. This can divert and exclude our responses to your emails. The Illuminati.

Ojciec Jacek Bolewski SJ o walce duchowej

Zbawienie wydaje się trudne wtedy, gdy pojmujemy życie duchowe jako walkę. Przyznaję, że takie pojmowanie nigdy nie było mi bliskie – nie żebym z tym walczył, wtedy bowiem przeczyłbym sobie, ale raczej podejrzliwie traktowałem wypowiedzi o „walce duchowej”. Oczywiście wiem, iż „obrazy waleczne” pojawiają się często w Piśmie Świętym, zwłaszcza w Starym Testamen cie. Znane są słowa Hioba: „Czyż nie do bojowania podobny byr człowieka?” (Hi 7,1). Gdy szukam bojowania” w Nowym Testamencie, znajduję tylko jeden przykład, i to polemiczny. Św. Pawel oznajmia: „Chociaż bowiem w ciele pozostajemy, nie prowadzimy walki według ciała, gdyż oręż bojowania naszego nie jest z ciala, lecz ma od Boga moc burzenia twierdz warownych” (2 Kor 10,3-4). Apostol nie tylko rozróżnia, ale bojowaniu pojmowanemu cieleśnie przeciwstawia moc od Boga, dodajmy: Jego Ducha, który nie działa przemocą, tylko miłością.

Bojowanie pojmowane przez Apostola negatywnie to po grecku polemos, a więc wojna. Gdy pojęcie to pojawia się w Ewangeliach, oznacza toczone między ludźmi walki zbrojne (por. Mt 24,6). Znamienne jest użycie pojęcia w przypowieści Jezusa o królu, który planuje „bitwę” (polemon) z innym królem, ale widząc, że jego sily nie wystarczają, prosi o warunki pokoju”. Zaskakuje dopowiedzenie Chrystusa wobec uczniów: Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,31-33). A zatem obrazem ewangelicznej posta wy, jakiej Jezus oczekuje od swych wyznawców, nie jest walka, lecz… oddanie wszystkiego, poddanie – oczywiście nie przeciwnikowi, tylko jednemu Panu!

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij