
W telewizjach dziecięcych oraz w dziecięcych blokach programowych na antenach telewizyj ogólnych można oglądać setki seriali przeznaczonych dla najmłodszych i nieco starszych telewidzów. Wśród tego ogromu produkcyj znajduje się między innymi francuski serial animowany Martin Matin, którego tytuł jest w Polsce tłumaczony jako Marcin Ranek. Uważam to tłumaczenie za nie najszczęśliwsze. Czemu? Zaraz wytłumaczę.
Niedawno jeden z moich znajomych, zastawszy mnie przy czytaniu zapytał, co też czytam. Odpowiedziałem, że Odyseję w przekładzie Lucjana Siemieńskiego. Stwierdziłem przy tem, że wolę stare przekłady poematów Homera, pisane wierszem polskim, osobliwie zaś trzynastozgłoskowcem, od nowszych, starających się odwzorować wiersz starogrecki i zapytałem, jakie woli mój rozmówca? Odrzekł, że wierne. Odpowiedź ta zdumiała mnie niepomiernie i skłoniła do głębokiego zastanowienia się nad tym problemem. Cóż bowiem oznacza wierny przekład tekstu poetyckiego? Aby mógł być za taki uznany, musiałby ściśle oddawać nie tylko treść oryginału, ale i jego formę, a więc rym, rytm, melodykę, rozkład rymów, długość wersów, etc., etc., etc. Jestem głęboko przekonany, iż jest to absolutnie niemożliwe. Dlatego właśnie Tadeusz Boy Żeleński postulował, aby poematy epickie tłumaczyć prozą. Tylko w ten sposób bowiem można przynajmniej treść utworu oddać całkiem ściśle. Jeśli zaś dokonuje się poetyckiego przekładu wiersza, czy poematu, de facto tworzy się nowy utwór, jedynie inspirowany oryginałem. Dlatego tłumacz poezji nie musi być filologiem, czy nawet biegłym znawcą języka z którego tłumaczy, musi natomiast być poetą z pewną liczbą publikacji.
Co to wszystko ma do serialu o małym Marcinie? Ma bardzo dużo. Tu też pojawia się to samo pytanie, czy tłumaczenie Tłumaczenie „Martin Matin” jako „Marcin Ranek” jest niewątpliwie doskonale dosłowne, nie jest jednak dosłownie doskonałe, co więcej, dalekie jest od jakiejkolwiek doskonałości. Oddaje co prawda całość werbalną treść oryginału, ale nie oddaje nie mniej ważnej, a w tym przypadku nawet stokroć ważniejszej treści niewerbalnej, czy też raczej pozawerbalnej. Oryginalny tytuł angielski zawiera bowiem pewną zabawną grę słów, której dosłowny przekład polski jest całkowicie pozbawiony. Otóż, jak już czytelnicy zapewne zauważyli, słowa Martin i Matin różnią się tylko jedną literą w zapisie i jedną głoską w wymowie. W wersji polskiej nie ma po tem śladu. A przecież dla fabuły serialu imię chłopca nie ma większego, czy zgoła żadnego znaczenia, zaś tytułowa gra słów ma dla tejże fabuły znaczenie fundamentalne, opiera się bowiem na niej cały koncept serialu. Logicznym więc byłoby odejście od ślepej dosłowności dla zachowania owej gry słów. A można to było uczynić bez najmniejszego trudu. Mnie samemu zastanowienie się nad polskimi formami imion męskich oraz ich zdrobnieniami i wybranie odpowiednich zajęło mniej niż jedną minutę. Szukałem oczywiście takich imion i ich zdrobnień, które od słowa ranek różniłyby się tylko jedną literą. Znalazłem takowe dwa: Radek i Franek. Przymierzyłem obydwa do tytułu serialu i stwierdziłem, że „Franek Ranek” brzmi zdecydowanie lepiej niż „Radek Ranek”, głównie z racji dokładności rymu, która w twórczości dla dzieci ma spore znaczenie. Szkoda, że twórcy polskiej wersji serialu nie poszli tą drogą. Tytuł zawierający intrygującą grę słów, a nadto posiadający rym i charakterystyczną melodykę zdecydowanie lepiej zapadałby w pamięć, niż ten, na który się zdecydowano. Przełożyłoby się to w znacznym stopniu na rozpoznawalność, popularność i oglądalność serialu. Polski dystrybutor pokpił więc sprawę i zmarnował wielką szansę. Nie pierwszy to i zapewne nie ostatni tego rodzaju przypadek. Tłumaczenia tytułów filmów i seriali na język polski od wielu już lat są przedmiotem licznych kontrowersyj. Zazwyczaj jednak zarzuca się im przekład zbyt swobodny, bardzo daleko odbiegający od oryginału. Przykłady można by mnożyć: „Wirujący seks”, „Nieśmiertelny”, „Agentka o stu twarzach” (w oryginale odpowiednio „Dirty Dancing”, „Highlander” i „Alias”). Tu sytuacja jest formalnie zupełnie odwrotna. Tytuł omawianego serialu został zepsuty przez nadmierną dosłowność przekładu, a nie jego nadmierną swobodę, jak w podanych przykładach. Wydawać by się to mogło na pierwszy rzut oka niemożliwym, aby swobodność i dosłowność przekładu mogły być w równym stopniu szkodliwe dla tytułu, a co za tem idzie również dla samego dzieła, przedewszystkiem zaś dla jego recepcji. Okazuje się jednak, że jest to jak najbardziej możliwe. W życiu zresztą bardzo często jest tak, że sytuacje skrajnie odmienne są w równym stopniu niepożądane. Już starożytni, a wśród nich przedewszystkiem Eklezjasta i Budda, zalecali unikanie skrajności i podążanie ścieżką umiaru. A byli to mędrcy, więc warto ich słuchać.
Mówi się powszechnie o przekładach, że są one albo piękne, albo wierne. Ja osobiście jestem w życiu zdecydowanym optymistą, ale mimo to uważam to zdanie za nazbyt optymistyczne. Jest bowiem na świecie wiele przekładów, które nie są ani piękne ani wierne. Chociażby wymienione wyżej tytuły filmów i seriali, które obok wierności nawet nie leżały, a które pięknymi mało kto nazwie. Zresztą nie tylko piękno, ale i wierność przekładu, to pojęcia mocno względne. Powyżej wyjaśniłem już chyba w stopniu przekonywającym, że przekład wierny to bynajmniej nie to samo, co przekład dosłowny. Tłumaczenie „Martin Matin” jako „Marcin Ranek” jest dosłowne, ale nie jest wierne. Aby bowiem przekład był wierny, musi oddawać nie tylko słowa oryginału, ale i to, co się za owymi słowami kryje.


