Marcin czy Franek?

marcin

W telewizjach dziecięcych oraz w dziecięcych blokach programowych na antenach telewizyj ogólnych można oglądać setki seriali przeznaczonych dla najmłodszych i nieco starszych telewidzów. Wśród tego ogromu produkcyj znajduje się między innymi francuski serial animowany Martin Matin, którego tytuł jest w Polsce tłumaczony jako Marcin Ranek. Uważam to tłumaczenie za nie najszczęśliwsze. Czemu? Zaraz wytłumaczę.

Niedawno jeden z moich znajomych, zastawszy mnie przy czytaniu zapytał, co też czytam. Odpowiedziałem, że Odyseję w przekładzie Lucjana Siemieńskiego. Stwierdziłem przy tem, że wolę stare przekłady poematów Homera, pisane wierszem polskim, osobliwie zaś trzynastozgłoskowcem, od nowszych, starających się odwzorować wiersz starogrecki i zapytałem, jakie woli mój rozmówca? Odrzekł, że wierne. Odpowiedź ta zdumiała mnie niepomiernie i skłoniła do głębokiego zastanowienia się nad tym problemem. Cóż bowiem oznacza wierny przekład tekstu poetyckiego? Aby mógł być za taki uznany, musiałby ściśle oddawać nie tylko treść oryginału, ale i jego formę, a więc rym, rytm, melodykę, rozkład rymów, długość wersów, etc., etc., etc. Jestem głęboko przekonany, iż jest to absolutnie niemożliwe. Dlatego właśnie Tadeusz Boy Żeleński postulował, aby poematy epickie tłumaczyć prozą. Tylko w ten sposób bowiem można przynajmniej treść utworu oddać całkiem ściśle. Jeśli zaś dokonuje się poetyckiego przekładu wiersza, czy poematu, de facto tworzy się nowy utwór, jedynie inspirowany oryginałem. Dlatego tłumacz poezji nie musi być filologiem, czy nawet biegłym znawcą języka z którego tłumaczy, musi natomiast być poetą z pewną liczbą publikacji.

Co to wszystko ma do serialu o małym Marcinie? Ma bardzo dużo. Tu też pojawia się to samo pytanie, czy tłumaczenie Tłumaczenie „Martin Matin” jako „Marcin Ranek” jest niewątpliwie doskonale dosłowne, nie jest jednak dosłownie doskonałe, co więcej, dalekie jest od jakiejkolwiek doskonałości. Oddaje co prawda całość werbalną treść oryginału, ale nie oddaje nie mniej ważnej, a w tym przypadku nawet stokroć ważniejszej treści niewerbalnej, czy też raczej pozawerbalnej. Oryginalny tytuł angielski zawiera bowiem pewną zabawną grę słów, której dosłowny przekład polski jest całkowicie pozbawiony. Otóż, jak już czytelnicy zapewne zauważyli, słowa Martin i Matin różnią się tylko jedną literą w zapisie i jedną głoską w wymowie. W wersji polskiej nie ma po tem śladu. A przecież dla fabuły serialu imię chłopca nie ma większego, czy zgoła żadnego znaczenia, zaś tytułowa gra słów ma dla tejże fabuły znaczenie fundamentalne, opiera się bowiem na niej cały koncept serialu. Logicznym więc byłoby odejście od ślepej dosłowności dla zachowania owej gry słów. A można to było uczynić bez najmniejszego trudu. Mnie samemu zastanowienie się nad polskimi formami imion męskich oraz ich zdrobnieniami i wybranie odpowiednich zajęło mniej niż jedną minutę. Szukałem oczywiście takich imion i ich zdrobnień, które od słowa ranek różniłyby się tylko jedną literą. Znalazłem takowe dwa: Radek i Franek. Przymierzyłem obydwa do tytułu serialu i stwierdziłem, że „Franek Ranek” brzmi zdecydowanie lepiej niż „Radek Ranek”, głównie z racji dokładności rymu, która w twórczości dla dzieci ma spore znaczenie. Szkoda, że twórcy polskiej wersji serialu nie poszli tą drogą. Tytuł zawierający intrygującą grę słów, a nadto posiadający rym i charakterystyczną melodykę zdecydowanie lepiej zapadałby w pamięć, niż ten, na który się zdecydowano. Przełożyłoby się to w znacznym stopniu na rozpoznawalność, popularność i oglądalność serialu. Polski dystrybutor pokpił więc sprawę i zmarnował wielką szansę. Nie pierwszy to i zapewne nie ostatni tego rodzaju przypadek. Tłumaczenia tytułów filmów i seriali na język polski od wielu już lat są przedmiotem licznych kontrowersyj. Zazwyczaj jednak zarzuca się im przekład zbyt swobodny, bardzo daleko odbiegający od oryginału. Przykłady można by mnożyć: „Wirujący seks”, „Nieśmiertelny”, „Agentka o stu twarzach” (w oryginale odpowiednio „Dirty Dancing”, „Highlander” i „Alias”). Tu sytuacja jest formalnie zupełnie odwrotna. Tytuł omawianego serialu został zepsuty przez nadmierną dosłowność przekładu, a nie jego nadmierną swobodę, jak w podanych przykładach. Wydawać by się to mogło na pierwszy rzut oka niemożliwym, aby swobodność i dosłowność przekładu mogły być w równym stopniu szkodliwe dla tytułu, a co za tem idzie również dla samego dzieła, przedewszystkiem zaś dla jego recepcji. Okazuje się jednak, że jest to jak najbardziej możliwe. W życiu zresztą bardzo często jest tak, że sytuacje skrajnie odmienne są w równym stopniu niepożądane. Już starożytni, a wśród nich przedewszystkiem Eklezjasta i Budda, zalecali unikanie skrajności i podążanie ścieżką umiaru. A byli to mędrcy, więc warto ich słuchać.

 

Mówi się powszechnie o przekładach, że są one albo piękne, albo wierne. Ja osobiście jestem w życiu zdecydowanym optymistą, ale mimo to uważam to zdanie za nazbyt optymistyczne. Jest bowiem na świecie wiele przekładów, które nie są ani piękne ani wierne. Chociażby wymienione wyżej tytuły filmów i seriali, które obok wierności nawet nie leżały, a które pięknymi mało kto nazwie. Zresztą nie tylko piękno, ale i wierność przekładu, to pojęcia mocno względne. Powyżej wyjaśniłem już chyba w stopniu przekonywającym, że przekład wierny to bynajmniej nie to samo, co przekład dosłowny. Tłumaczenie „Martin Matin” jako „Marcin Ranek” jest dosłowne, ale nie jest wierne. Aby bowiem przekład był wierny, musi oddawać nie tylko słowa oryginału, ale i to, co się za owymi słowami kryje.

Problem z wynajmem

lokal

Stali czytelnicy moich tekstów zapewne zauważyli, ze posługuję się w nich swoistą, delikatną i częściową stylizacją na polszczyznę przedwojenną. Używam w dopełniaczu liczby mnogiej rzeczowników pochodzenia obcego kończących się na -ja lub -ia końcówek -ij, yj, zamiast -ji, -ii, które rezerwuję dla liczny pojedynczej, wyrazu „przedewszystkiem” i starej odmiany zaimka „to”. Czynię tak przedewszystkiem z dwóch przyczyn. Po pierwsze, jest to wyraz mojego konserwatyzmu, ale nie to jest najważniejsze. O wiele ważniejsza jest precyzja wypowiedzi, a te stare formy są zdecydowanie bardziej jednoznaczne i precyzyjne. Gdy ktoś powie „chadzam do restauracji”, nie wiadomo, czy do jednej, czy do wielu, „chadzam do restauracyj” nie pozostawia zaś wątpliwości. A brak precyzji zaburza zrozumiałość komunikatu językowego. Należy więc o tę precyzję dbać. Pięknym przykładem na to, jak użycie takiej stylizacji ratuje precyzje wypowiedzi, jest zdanie Miłosza o Gałczyńskim wyrażone w „Zniewolonym Umyśle”: Ponieważ podobał się czytelnikom, miał wiele propozycji z redakcyj i radia. Celowo niekonsekwentne użycie wzmiankowanej stylizacji znacząco poprawia estetykę zdania.

 

Na zdjęciu powyżej widzimy komunikat mało precyzyjny. Nie wiemy, czy autor słów „wynajmę lokal” szuka lokalu do wynajęcia, czy najemcy. Oczywiście, z kontekstu możemy się domyślić, że chodzi o to drugie, bo ogłoszenie to wisi na ścianie nieczynnej knajpy. Nie zawsze jednak ten kontekst jest widoczny. Gdy ogłoszenie takiej samej treści pojawia się w prasie, jest właściwie niezrozumiałe, chyba że zostanie umieszczone w adekwatnej rubryce. Dużo lepszym komunikatem o tym samym znaczeniu jest ten ze zdjęcia poniżej. Wyrażenie „lokal do wynajęcia” jest jednoznaczne, szkoda tylko, że musi się składać aż z trzech wyrazów. W ogłoszeniu prasowym, gdzie płaci się od słowa, ma to pewne znaczenie. Rodzi się więc dylemat, czy lepiej zapłacić więcej i wyrazić swą myśl jasno, czy zaoszczędzić i narazić się na błędne zrozumienie komunikatu przez jego potencjalnych odbiorców. Oczywiście dotyczy to nie tylko ogłoszeń.

lokal

Problem oczywiście leży w czasownikach „wynająć, wynajmować”. W języku polskim są one dwuznaczne, podobnie zresztą jak bliskoznaczne czasowniki „pożyczyć, pożyczać”. Słownik Języka Polskiego PWN definiuje: wynająć — wynajmować 1. «wziąć w czasowe płatne użytkowanie czyjąś własność» 2. «oddać coś w czasowe, płatne użytkowanie» 3. «przyjąć kogoś do pracy, zwykle krótkoterminowej». Znaczenie trzecie nas oczywiście w tej chwili raczej nie interesuje. Znamienny jest sposób definiowania dwóch pierwszych znaczeń. Słownik nawet nie próbuje podać jakichś ujednoznaczniających synonimów tego słowa. Nie podaje takowych, bo ich w polszczyźnie nie ma. W języku angielskim tego problemu nie ma. Są w nim osobne słowa „lent” i „borrow” odnoszące się do pożyczania oraz „rent” i „lease” odnoszące się do wynajmowania, wyraźnie rozgraniczające stronę, która w wynajem bierze, od tej, która w wynajem puszcza. Anglicy i Amerykanie mają się więc dobrze, my zaś musimy sobie radzić, stosując wyrażenia dłuższe. Można przypuszczać, że jest to spowodowane uwarunkowaniami historycznymi. Kultura polska i literacki język polski ukształtowały się w środowisku szlacheckim. Szlachta polska zaś z mocy prawa nie mogła zajmować się pozarolniczą działalnością gospodarczą, nie dziwi więc fakt, że w polszczyźnie mamy ograniczony zasób słów odnoszących się do takiej właśnie działalności.

 

Wspomniałem już wyżej, ze nieraz wiąże się to z ponoszeniem wyższych kosztów. Gdyby była to jedyna niedogodność, to jeszcze nie byłoby tak źle. Nie byłoby też źle, gdyby taki problem pojawiał się tylko w przypadku tego jednego słowa. W rzeczywistości jest on jednak dużo bardziej rozległy.

Niestety, bardzo często się zdarza, że jedno krótkie słowo niemieckie, czy angielskie po polsku precyzyjnie oddać można tylko kilkoma słowami i to dosyć długimi. Na przykład niemiecki tintenroller, to po polsku „atramentowe pióro kulkowe”. Problem długości i nieprecyzyjności niektórych polskich słów jest może marginalny w tekstach pisanych prozą, ale tłumaczom zagranicznej poezji spędza sen z powiek. Szczególnie dotkliwym staje się przy tłumaczeniu piosenek. Aby utwór przetłumaczony z angielskiego, czy niemieckiego na polski dał się zaśpiewać na tę samą melodię i z ta samą liczba zwrotek, musi zawierać znacznie mniej treści. I niestety, chyba nic się z tym nie da zrobić. O ile w toku ewolucji języka może się tak zdarzyć, że pojawią się osobne czasowniki na owe dwie strony wynajmowania, to ów problem szerszy raczej nie ma szans na rozwiązanie.

 

Ta cecha języka polskiego jest jednym z powodów, dla których nigdy nie stanie się on językiem globalnym. I nie stałby się takim, nawet gdyby Rzeczpospolita miała tyle kolonii, co Anglia. Z drugiej jednak strony, gdyby nie ta cecha, nie mielibyśmy prawdopodobnie tak zachwycającego tworu kulturowego, jak polski trzynastozgłoskowiec. Polski poeta potrzebował bowiem trzynastu sylab, by wyrazić tyle, ile francuski, czy niemiecki mógł zawrzeć w ośmiu. Szkoda, że taki wspaniały wynalazek poetycki powoli odchodzi do lamusa. Prawie nikt już nie pisze trzynastozgłoskowcem. Pomijam już fakt, ze większość współczesnych poetów w ogóle nie uważa za stosowne pisać do rymu i do taktu.

Oddaliłem się w tych swoich rozważaniach dość znaczenie od tekstu zacytowanego na wstępie, ale tak właśnie miało być. Takie jest założenie mojego cyklu „Napisy drobne”, aby od przeczytanego gdzieś jednego zdania przechodzić do problemów ogólnokulturowych.

Małe i wielkie inicjacje – XVII Forum Inspiracji Jungowskich


XVII Forum Inspiracji Jungowskich

Małe i wielkie inicjacje

3 marca 2012 (sobota)

Biblioteka Narodowa, Warszawa

Program

10.00–10.15 I nauguracja Forum: Małe i wielkie inicjacje – Zenon Waldemar Dudek,

red. nacz. ALBO albo. Problemy psychologii i kultury

10.15–10.45 I nicjacje Tragicznego Romantyka. Enneagram i kultura alternatywna – Wojciech Joźwiak

10.45–11.15 Twórcze szaleństwo geniuszy – dr Jacek Sieradzan

11.15–11.30 Dyskusja

11.50–12.20 „Odlatujący Łabędź” – ostatni etap inicjacji? – Jerzy Prokopiuk

12.20–12.50 N ajnowsze trendy współczesnej brazylijskiej religijności – Renata Siuda Ambroziak

12.50–13.05 Dyskusja

14.00–14.30 Tazijja – wielkie szyickie misterium – prof. dr hab. Ewa Machut-Mendecka

14.30–15.00 I nicjacje w tradycji Zachodu: mroczne początki, rozkwit i upadek – dr Jerzy T. Bąbel

15.00–15.15 Dyskusja

15.35–16.05 Triksterzy i heretycy – inicjacje w sztuce współczesnej – dr Paweł Możdżyński

16.05–16.25 Hermes Hermafroditos. W poszukiwaniu archetypowego symbolu homoerotyzmu

dr Paweł Fijałkowski

16.45–17.15 R odzina jako środowisko inicjacyjne. Problem Edypa i wyzwanie Sfinksa

dr Tomasz Olchanowski

17.15–18.00 Dyskusja i zakończenie Forum

Organizatorzy zastrzegają sobie możliwość zmian w programie.

Warunki uczestnictwa:

Prenumeratorzy ALBO albo 2009/2011, uczestnicy XVI Forum (2011), młodzież, studenci, zz emeryci, renciści:

120 zł (wpłaty do 29.02.2012), 140 zł (od 01.03.2012).

zz Pozostałe osoby: 140 zł (wpłaty do 29.02.2012), 160 zł (od 01.03.2012).

W ramach opłaty konferencyjnej uczestnicy otrzymują materiały konferencyjne oraz posiłek obiadowy.

Zgłoszenia:

W celu rejestracji na konferencję należy:

zz przesłać formularz zgłoszeniowy (tradycyjny lub dostępny na stronie forum.eneteia.pl)

zz dokonać wpłaty na numer konta (do 29 lutego):

ENETEIA, ul. Zwierzyniecka 8A/21, 00-719 Warszawa

33 1240 1109 1111 0000 0515 7868 (z dopiskiem „XVII Forum”)

Wypełniony formularz prosimy przesłać mailem, pocztą lub faxem na adres Redakcji.

Od 1 marca prosimy o wnoszenie opłaty bezpośrednio na konferencji.

Zgłoszenia i aktualne informacje: forum.eneteia.pl

Jankesów posrało

Kolberg

Na okoliczność wręczenia Oscarów i tego skandalu.

 

Jankesów posrało od samego rana,
Negują Kolberga Oj dana, oj dana.

Ludowe Oskary chcą Polsce odebrać,
By zapłacić kary, będziem musieć żebrać.

Nieuki straszliwe, Kolberga nie znają,
Od wszystkich Oskarów, Przechrzcić się żądają.

Mówią, że lud jedzie, Na ichnim prestyżu,
Chyba się opili Gorzołeczki z ryżu.

Gorzołeczkę pili, Cygara kurzyli
I takie żądania Durne wysmażyli.

Ale skoro Kolberg Od Oscarów starszy,
To my powinniśmy Jankesów zaskarżyć.

I takiego żądać Zadośćuczynienia,
Że im w pięty pójdzie Z samego wrażenia.

Trzeci sezon blogu Prawdziwy Wielki Post

Wzorem lat ubiegłych od Środy Popielcowej, to jest od dnia dzisiejszego zaczynam prowadzenie kolejnej, trzeciej już edycji mojego blogu wielkopostnego Prawdziwy Wielki Post. Podobnie jak w latach poprzednich, będę pisał przedewszystkiem o wielkopostnych modlitwach i nabożeństwach. Nie ograniczę się do tradycji łacińskiej, lecz sięgnę też do bizantyjskiej i anglikańskiej a sporadycznie także do innych.

Starówka jest tylko jedna

 

W ostatnich miesiącach, w różnych częściach Rybnika, pojawiły się małe, białe drogowskazy z napisem „Starówka”. Podobne można już od kilku lat zobaczyć w innych śląskich miastach. Ot, taka małpia moda. Nikt nigdy nie nazywał historycznych centrów tych miast starówkami, ale magistraty z bliżej nieokreślonych powodów postanowiły snobować się na warszawskość. Co gorsza plaga starówkowa dotyka nie tylko urzędasów, ale również dziennikarzy. Co jakiś czas w prasie i w internecie można przeczytać o „Starówce” poznańskiej, gdańskiej, czy krakowskiej. Na nic się nie zdają protesty mieszkańców tych miast.

 

Zasadniczo nazywanie każdego starego miasta Starówką nie jest błędem. Słownik Poprawnej Polszczyzny podaje następującą definicje tego słowa: „stara dzielnica miasta, zwłaszcza Warszawy”. Podobnie podają inne słowniki. Z definicji tej wynika jasno, że można nazywać starówkami historyczne centra innych niż Warszawa miast, ale jest to przynajmniej niestandardowe użycie tego słowa. Uchodzi również za nieeleganckie. W klasycznej polszczyźnie Starówka to warszawskie stare miasto. Tak się utarło i dobrze by było się tego trzymać. Prof. Andrzej Januszajtis mówi „Moje pokolenie – ludzie urodzeni przed wojną – kojarzy słowo „starówka” ze Starym Miastem w Warszawie i dodaje „Stosując tę nazwę, co nie bardzo mi się podoba, należałoby ją utożsamić z całym obszarem uznanym za pomnik historii.” (za portalem gazeta.pl) Słowo „Starówka” jest w zasadzie regionalizmem warszawskim. Pochodzi z warszawskiego żargonu zwanego wiechem.

 

Jakiś czas temu przetoczyła się przez polskie media drukowane i internetowe dyskusja nad wprowadzaniem do ogólnopolskiego obiegu językowego regionalizmów krakowskich. Najbardziej wyraziste głosy w tej dyskusji należały do wybitnego aktora Jerzego Stuhra i Michała Rusinka, sekretarza literackiej noblistki Wisławy Szymborskiej. Pierwszy był zwolennikiem używania regionalizmów, drugi zaś ich przeciwnikiem. Stuhr mówił : „One są wpisane w historię mojego regionu. W tej kwestii myślę tak jak Włosi, którzy są dumni z tego, że odzywają się w dialekcie neapolitańskim albo mówią narzeczem toskańskim. To jest historia ich małych ojczyzn. Tak więc regionalizmy krakowskie są historią mojej Galicji, historią mojej rodziny. Ja wiem, co to takiego bil, ponieważ tak mówiła o słoninie moja babcia; biegałem też do sklepu po krachlę. To, że są ludzie, którzy wstydzą się regionalizmów, uważam za jakieś dziwactwo. Cała ta afera, że nie są nam potrzebne, jest aferką inteligencką. Ludzie nadal używają regionalizmów. Proszę iść na Podgórze albo przejść się na Grzegórzki”, natomiast Rusinek : „Regionalizmy są czymś naturalnym wśród „ludu” i jako takie są interesujące dla językoznawców. Wśród ludzi lepiej wykształconych są albo śmieciami, albo cytatami. W pierwszym przypadku są śmieszne w sposób niezamierzony, w drugim – w zamierzony.” (Obydwa cytaty za portalem gazeta.pl). Jako sztandarowy przykład takiego krakowskiego regionalizmu podawano w tej dyskusji wyrażenie „na pole” w znaczeniu „na zewnątrz”. Stuhr tej konstrukcji używa, niezależnie od tego, w jakim regionie kraju się znajduje, natomiast Rusinek zastępuje go nie przywiązanym do żadnego regionu wyrażeniem „na zewnątrz”.

 

Pozornie spór o „na pole” nie ma nic wspólnego z pozawarszawskimi starówkami, ale tylko pozornie. W jednym i drugim przypadku chodzi o eksport regionalizmów do języka ogólnopolskiego i o granice dopuszczalności takiego eksportu. W sporze o regionalizmy krakowskie jestem po stronie Jerzego Stuhra. Uważam regionalizmy za cenny element kultury, a ich używanie przez osoby pochodzące z danego regionu, niezależnie od tego, czy należą do inteligencji, czy ludu, za normalne, właściwe i pożądane. W większości krajów zachodnich nawet elity używają regionalizmów i chlubią się tym. Dlatego też nie dziwi mnie i nie gorszy, gdy to warszawiacy nazywają starówkami stare miasta innych niż Warszawa miast. Zupełnie jednak inna jest sprawa, gdy słowo to przejmują ludzie nie mający warszawskich korzeni, a tak jest w przypadku wspomnianych na wstępie samorządowców i dziennikarzy. To mi się już nie podoba. Gdyby bowiem jakiegoś regionalizmu zaczęli używać wszyscy Polacy, przestałby on być regionalizmem. Warsawianizacja języka ogólnopolskiego, zaśmiecenie go warszawskimi regionalizmami nie jest zjawiskiem pożądanym. Może to bowiem spowodować coraz powszechniejsze postrzeganie tegoż języka ogólnopolskiego przez mieszkańców różnych języków kraju jako obcego tworu. Na taką możliwość wskazują protesty przeciwko rozpowszecnianiu „starówki” poza Warszawą.

Protesty te są przejawem zdrowego patriotyzmu lokalnego. Nie ma powodu by czynić z polskich miast kopie Warszawy. Drogowskazy, takie jak te rybnickie powinny wskazywać na Stare Miasto, lub na Rynek, ja to jest w sąsiednim Wodzisławiu Śląskim, a nie na Starówkę. Bo Starówka jest w Warszawie, podobnie jak Główne Miasto jest w Gdańsku. Historyczne centrum Krakowa, Wrocławia, Poznania, czy Rybnika, to po prostu Stare Miasto. Tak jest w świadomości mieszkańców i należy to uszanować. Włodarze tych miast powinni o tym pamiętać. A jeśli im tęskno do warszawskich regionalizmów, niechaj złożą urzędy swoje i do stolicy się przeniosą.

Dwa spojrzenia na jeden film

alvin

Da się zauważyć, że dzieci, bardziej niż dorośli lubią kontynuacje filmów, które im się podobały. Dlatego też praktycznie do każdego filmu dziecięcego dokręca się część drugą, a w większości przypadków także i trzecią. Stopień sequelizacji kina dziecięcego i familijnego jest wskutek tego znacznie większy niż dorosłego. Natomiast nie ma większych różnic między filmami dla dzieci a dla dorosłych jeśli chodzi o prawidłowości rządzące jakością kontynuacyj. Druga część czasami, choć nieczęsto, dorównuje pierwszej, a w pojedynczych przypadkach nawet ją przerasta. Natomiast części trzecie i kolejne, za wyjątkiem ekranizacyj wielotomowych seryj powieściowych, są praktycznie zawsze dużo słabsze od pierwszych i drugich.

 

Na pierwszy rzut oka do prawidłowości tej stosuje się także film „Alvin i wiewiórki 3”. O ile pierwsza część była oryginalna, porywająca i odkrywcza, a druga co prawda nieco wtórna, ale solidna, to trzecia sprawia wrażenie filmu niskobudżetowego. Mało planów, mało aktorów (sporo statystów, ale ci są wszak tani, lub wręcz darmowi) nieprzemyślane, nieprawdopodobne sceny, sugerujące, że scenariusz napisano na kolanie, a z wewnętrznych recenzyj przedprodukcyjnych dla oszczędności zrezygnowano. Dla przykładu kobieta, od dziesięciu lat samotnie przebywająca na bezludnej wyspie, jest atrakcyjna i zadbana, ma nawet nowiutkie, chociaż zupełnie nieadekwatne do sytuacji, ubrania. Z kolei w innym miejscu dziecinny latawiec bez trudu ciągnie przez dziesiątki metrów pokładu luksusowego wycieczkowca dorosłego mężczyznę na ciężkim leżaku.

 

Może jednak należy na to wszystko spojrzeć z zupełnie innej strony. W przypadku normalnego filmu dla dorosłych, wymienione wyżej wady byłyby dyskwalifikujące i przesądzałyby o zakwalifikowaniu danej produkcji do kina klasy C. Jednak dla filmowej bajki o śpiewających wiewiórkach trzeba chyba zastosować inne kryteria. Skoro bowiem zwierzęta są tu obdarzone darem ludzkiej mowy, to i inne zjawiska niesamowite i nieprawdopodobne stają się całkiem normalne. Toteż Świat przedstawiony w filmie, choć podobny do naszego świata rzeczywistego, jest światem zupełnie innym, bajkowym i rządzi się bajkowymi prawami. Skoro wiewiórki mówią, to kobieta może być wiecznie piękną bez najmniejszego wysiłku, a latawiec może unieść nawet słonia, o człowieku nie wspominając. Również inne mniemane wady omawianego filmu dają się logicznie wytłumaczyć na gruncie przyjęcia bajkowej konwencji. Niewielka ilość planów i bohaterów to cecha charakterystyczna tradycyjnych bajek ludowych. Również inne typowe cechy takich bajek można dostrzec w tym filmie. Przedewszystkiem klasycznie bajkowe jest tu ujęcie walki dobra ze złem. Bohaterowie pozytywni, kierujący się szlachetnymi, bezinteresownymi pobudkami odnoszą sukces, a ci, którzy kierują się własnym interesem, ponoszą porażkę, choć niekoniecznie klęskę. W ostatecznym bowiem rozrachunku oni również odnoszą korzyść, chociaż nie taką, jakiej pierwotnie pragnęli.

 

Klasyczne bajki nie są jednak jedynym źródłem inspiracji tego filmu. Ważnym jego motywem jest proces nawrócenia jego głównego bohatera – byłego producenta muzycznego Iana Hawke’a. Ów czarny charakter dwóch pierwszych części trylogii, w jednej z ostatnich scen ratuje życie swojego rywala, którego jeszcze niedawno z całego serca nienawidził. Ten motyw niewątpliwie jest zapożyczony z tradycji chrześcijańskiej. Proces duchowej przemiany dokonuje się podczas kilkudniowej pieszej wędrówki w towarzystwie tegoż rywala, co zdaje się być nie tylko odwołaniem do ogólnoludzkiego archetypu pielgrzymki, ale też nawiązaniem do twórczości J.R. R. Tolkiena, a zwłaszcza jego powieści „Hobbit, czyli tam i z powrotem.” Nawiązań do Tolkiena jest zresztą więcej. Gdy jedna z wiewiórek mówi o owocu mango ” Mój ssskarb” nie sposób nie pomyśleć o Gollumie. Motyw nawrócenia i nawiązania do arcykatolickiego Tolkiena pozwalałyby niewątpliwie na uznanie „Alvina i wiewiórek 3″ za film chrześcijański, gdyby nie jeden z pozoru drobny, w rzeczywistości jednak bardzo ważny i niepokojący szczegół. Otóż w filmie jest i to explicite wyrażone przekonanie, że szczęśliwa i normalna rodzina może składać się z samotnego mężczyzny i kilkorga wiewiórek pełniących rolę jego dzieci. Jest to niewątpliwie zakamuflowany ukłon w stronę wojującego hominternu. Działanie to mieści się w postawie opisywanej u nas od wieków przysłowiem „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Król Władysław II, któremu legenda przypisuje to powiedzenie, znajduje jak widać godnych naśladowców za oceanem. Postawa taka jednak, mimo posiadania tak zacnego prekursora, nie zasługuje na pochwałę, a wręcz przeciwnie.

 

O ile dwie pierwsze części filmowego cyklu o przygodach śpiewających wiewiórek były typowymi komediami familijnymi, to część trzecia jest urokliwą filmową baśnią, mocno zakorzenioną w tradycjach kulturowych chrześcijańskiego zachodu, skażoną jednak łyżką dziegciu politycznej poprawności. Jak jednak pisał wielki poeta „co nie ma cienia, istnieć nie ma siły”. Nie ma filmów doskonałych, podobnie zresztą, jak i innych dzieł ludzkich rąk i umysłu. Warto więc promować te solidne i zasadniczo dobre, do których niewątpliwie zalicza się „Alvin i wiewiórki 3”, nie przymykając jednak oczu na ich niedoskonałości i wady.

P.S. Tych, którzy chcieliby zarzucić mi nieuctwo, wyrażające się myleniem bajek z baśniami, odsyłam do tekstów Juliana Krzyżanowskiego na ten temat.

List otwarty do prezesa PLL LOT

Jeśli są Państwo zdania, że LOT łamie fundamentalne prawo człowieka do wolności sumienia i wyznania wyślijcie ten list do PLL LOT (media@lot.pl), lub marcin.pirog@lot.pl dołączając o tym informacje dla nas na adres klub@fronda.pl

Dlaczego czyni Pan PLL LOT firmą wrogą ludziom wierzącym – pyta w liście otwartym do prezesa PLL LOT Marcina Piróga Tomasz P. Terlikowski.

 

Szanowny Panie Prezesie,

 

Ze zdumieniem przyjąłem informację o tym, że kierowana przez Pana firma zdecydowała się wprowadzić zakaz noszenia przez pracowników widocznej biżuterii z symbolami religijnymi. Decyzja ta oznacza, że ludzie wierzący – niezależnie od tego, jaką religię wyznają – są przez Pana osobiście i Pana firmę – dyskryminowani i pozbawieni jednego z najbardziej fundamentalnych praw, jakim jest w demokracji i państwie prawa wolność sumienia i wyznania. Nie rozumiem, dlaczego Pan Prezes, zdecydował się naruszyć ten fundament i przyjąć rozwiązania dyskryminujące ludzi wierzących! I to wbrew polskiej konstytucji, która nie tylko gwarantuje nam wolność sumienia i wyznania, ale także wolność uzewnętrzniania swojej wiary (art. 53, par. 2)

 

W ten sposób sprawia Pan, że PLL LOT staje się firmą wrogą nie tylko chrześcijanom, ale także Żydom, muzułmanom czy wyznawcom innych religii. Czy rzeczywiście zależy Panu na utrwaleniu wizerunku firmy wrogiej chrześcijanom? Czy chce Pan, aby Polacy, w przeważającej większości przecież wierzący, uznali, że PLL LOT są wrogie symbolom ważnym dla większości z nas? I czy nie ma Pan wrażenia, że takie działania mogą być uznane za działania na szkodę spółki, którą Pan zarządza?

 

Z poważaniem

 

Tomasz P. Terlikowski, redaktor naczelny portalu Fronda.pl

 

Najsłabsza powieść Kena Folleta

Od czasów licealnych uwielbiam powieści sensacyjne. Moim ulubionym autorem jest Ken Follet. Nie wszystkie jednak jego powieści podobają mi się jednakowo i nie wszystkie uważam za równie dobre. Jedne mnie zachwycają, inne zadowalają, jeszcze inne zawodzą. Do tej ostatniej kategorii należy „Trzeci bliźniak”. Pod względem warsztatowym powieść nie jest gorsza od pozostałych, jej wady leżą na zupełnie innym obszarze. Ich omówienie wymaga jednego zdania wprowadzenia. Ken Follet jest ewidentnym lewicowcem, członkiem, a nawet działaczem brytyjskiej Partii Pracy. Jednak w swoich powieściach zasadniczo nie uprawia lewicowej propagandy. „Trzeci bliźniak” jest wyjątkiem. Tu agitacja hula na całego. Oto przykład: główna bohaterka, doktor psychologii, pochodząca z biednej rodziny, twierdzi, że w przypadku zniesienia państwowego systemu pomocy społecznej, co postulują konserwatyści, dziewczęta z biednych rodzin nie będą miały żadnej możliwości zdobycia wykształcenia. Owi konserwatyści są zresztą w powieści przedstawieni w sposób skrajnie zafałszowany, bezpodstawnie przyrównuje się ich do niemieckich nazistów. Wszyscy występujący w powieści konserwatyści są bohaterami negatywnymi. Polityczny lewoskręt to nie jedyna wada tej powieści. Równie poważnym niedociągnięciem jest propagowanie kontrowersyjnej i nieudowodnionej hipotezy naukowej o dominującym wpływie genów na życie człowieka. Można oczywiście potraktować tę książkę jako sprawnie napisane lekkie czytadło, ale dzięki takiemu potraktowaniu bynajmniej nie stanie się ona mniej groźna. Wręcz przeciwnie, stanie się jeszcze groźniejsza, bo będzie sączyć swój jad dyskretnie i niepostrzeżenie.

Czemu nie ma dżemu?



Puryzm językowy uchodzi za cnotę, zwłaszcza w kręgach inteligencji, tak starej, jak i nowej. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że niektórzy się na ów puryzm snobują. Nie wszyscy jednak, którzy tak czynią mają po temu wystarczający zasób wiedzy. Na niedouczonych pseudopurystów można się masowo natknąć na rozmaitych internetowych forach dyskusyjnych. Z reguły mają oni swoje prywatne indeksy słów niepożądanych, których używanie wytykają swoim adwersarzom jako rzekome błędy językowe.

 

Na owych indeksach bardzo często znajduje się słowo „czemu” w znaczeniu synonimu słowa „dlaczego”. Trzeba to doprecyzować, bo chyba nikt na razie i na szczęście nie neguje poprawności tego słowa jako celownika zaimka „co”. Można się spotkać z opinią, swoistą urban legend, że „czemu” jest rusycyzmem powstałym ze skrócenia słowa „poczemu”. Oto przykład takiego niedouczonego puryzmu: „Nie jesteś korektorem, bo piszesz „czemu”” (za forum.gazeta.pl). W rzeczywistości „czemu” w znaczeniu „dlaczego” jest formą jak najbardziej poprawną w polszczyźnie. Internetowa wersja Słownika Języka Polskiego PWN podaje: „czemu pot. «dlaczego»”, a Słownik Poprawnej Polszczyzny PWN z 1980 roku: „Czemu 1. „forma celownika zaimka co (p.)” 2. „dlaczego”: Czemu pani płacze? Czemu nie! Nie wiadomo, czemu. Czemu by (pisane oddzielnie): Czemu by miał tego żałować”. Pierwszy słownik sugeruje, że słowo to jest potoczne, drugi takowego zastrzeżenie nie daje. Warto się przyjrzeć bliżej i głębiej owym obiekcjom wobec „czemu”, aby odkryć z czego one wynikają, lub wynikać mogą.

 

Słowo „czemu” w znaczeniu „dlaczego” występuje dosyć często w literaturze. Oto kilka przykładów, zarówno z tekstów beletrystycznych, jak i naukowych:

– Co znaczą te idiotyczne paszkwile? Czego się pan czepia? – krzyknął. – Czemu pan włóczy

się za mną? Co to jest? Wybiję laską! Kości połamię!”

Witold Gombrowicz Zbrodnia z premedytacją

„— Czemu nie, panie bracie — zawołał Twardowski. — Chęt­nie ci pomogę! Rad takowych, jak są moje, nie godzi się dawać publicznie, ale zajdź do mnie waćpan wieczorkiem na kwaterę, to sobie pogadamy.”

Maria Niklewiczowa. „Bajarka opowiada

Pewnie, że kanclerza. – Wzruszył ramionami, jakby dziwiąc się mojej niedomyślności.

A to czemu?

Jacek Piekara „Łowca dusz”

-I o tych podzespołach też już słyszałem sto razy, za pańskim pozwoleniem. Nie chcę być niegrzeczny, profesorze, a przynajmniej mogę pana zapewnić, że moja lewa półkula, ta, która teraz mówi do pana, nie chce być niegrzeczna, ale ja dalej nic nie wiem. Ruszam się przecież całkiem normalnie, jem, chodzę, czytam, śpię, i tylko muszę pilnować lewej ręki i nogi, bo bez wszelkiego ostrzeżenia zaczynają się skandalicznie zachowywać. Chcę się dowiedzieć, KTO urządza te psikusy. Jeśli mój mózg, to czemu JA o tym nic nie wiem?”

Stanisław Lem „Pokój na ziemi”

Czemu tak oczy na mnie wytrzeszczasz?! Nigdy nić widziałaś chłopa w podartych portkach?! Ha, może i nie widziałaś! Sami paradujecie na golasa, to i portki mogą być dla ciebie rarytasem! Ale dość już tego dobrego! Chodźmy wreszcie, w brzuchu burczy mi z głodu.”

Alfred Szklarski „Tomek w Gran Chaco”

Czemu nie gadasz, kiedy ci się pytają? zawołał szorstko ułan.

– Daj no pan spokój, panie żołnierzu – wtrącił się stary Kociubski”

Walery Przyborowski Zdobycie Sandomierza

osoba A: Na pewno, ale czy zwróciłaś uwagę na jej piękne czarne włosy?

osoba B: Daj spokój, w Brazylii wszyscy mają takie włosy. Nie rozumiem,

czemu wybrali takie brzydactwo.”

Maria Król-Fijewska „Stanowczo, łagodnie, bez lęku… czyli trzynaście wykładów o asertywności”

W cytatach powyższych widzimy pewną prawidłowość. Otóż we wszystkich przykładach słowo to występuje w dialogach, w kwestiach przez bohaterów utworów literackich wypowiadanych na głos. Inne przypadki trudno w literaturze znaleźć. Pewnie występują, ale niezwykle rzadko. To nas naprowadza na pewien trop. Otóż, jak powszechnie wiadomo, język polski, podobnie zresztą jak inne języki żywe, posiadające własną literaturę ma dwie, nieznacznie się od siebie różniące formy: mówioną i pisaną. O ile literatura piękna jako całość posługuje się językiem pisanym, to występujące w niej dialogi są swego rodzaju cytatami z języka mówionego. Na tej podstawie, że słowo „czemu” w znaczeniu „dlaczego” występuje w literaturze prawie wyłącznie w dialogach, można przyjąć, że należy ono do zakresu języka mówionego, a nie pisanego. Świadczyłoby o tym również zaszeregowanie w Słowniku Języka Polskiego jako potoczne, tak bowiem często określa się w słownikach słowa występujące jedynie w języku mówionym. Może więc ci puryści mają rację, tępiąc je na forach, które przecież są pisane, a nie mówione? Trochę racji faktycznie mają, ale bardzo niewiele. W epoce internetu zaciera się bowiem granica między językiem mówionym, a pisanym. Jest wiele miejsc, gdzie język ewidentnie mówiony występuje w formie pisemnej. Są to komunikatory internetowe, czaty, esemesy, a także właśnie fora dyskusyjne. Słowem wszystkie te przestrzenie wirtualne, w których prowadzi się rozmowy w czasie zbliżonym do rzeczywistego. We wszystkich tych miejscach poprawne są różnego rodzaju wyrażenia potoczne, które są jednocześnie niepoprawne a przynajmniej nieeleganckie w artykule prasowym, czy wpisie w blogu, a więc również rzeczone „czemu”.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij