Po niedawnej katastrofie kolejowej pod Szczekocinami JE Bronisław Komorowski, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wprowadził na terenie całego kraju dwudniową żałobę narodową. Decyzja ta została skrytykowana przez wiele różnych środowisk, wpisuje się ona bowiem w trwającą od kilku lat, a dokładnie od początku AD MMV inflację żałoby narodowej.
Żałobę Narodową w Polsce, podobnie jak w większości krajów świata wprowadza się zasadniczo w dwóch przypadkach: śmierci wybitnej jednostki, osobliwie zaś tragicznej, lub wielkiej katastrofy z licznymi ofiarami. Żałoby narodowe ogłaszano w Polsce począwszy od okresu II Rzeczypospolitej. Przez kilkadziesiąt lat ogłaszano jednak żałobę niezwykle rzadko: W okresie II Rzeczypospolitej uczyniono to cztery razy ( po śmierci prezydenta Wilsona, ministra Pierackiego, marszałka Piłsudskiego i arcybiskupa Teodorowicza), w czasie okupacji dwa razy ( po śmierci premiera Sikorskiego i po upadku Powstania Warszawskiego), a w okresie PRLu znów cztery razy (Po śmierci prezydenta Bieruta, generalissimusa Stalina, generała Zawadzkiego i prymasa Wyszyńskiego). Jak widać, na te dziesięć przypadków dziewięć dotyczyło śmierci wyróżniających się jednostek, a tylko jeden katastrofy z licznymi ofiarami. W okresie III Rzeczypospolitej ogłaszano żałobę czternaście razy z czego raz z powodu śmierci wybitnej jednostki (Jan Paweł II), dwanaście razy z powodu katastrof budowlanych komunikacyjnych, górniczych i klęsk żywiołowych, a raz z obydwu powodów naraz. Okres ten dzieli się wyraźnie na dwa podokresy. W latach 1990-2004 ogłoszono żałobę trzy razy, co mniej więcej odpowiada częstotliwości międzywojennej i wojennej, a w latach 2005-2012 jedenaście razy. Począwszy od 2004 roku ogłaszano ją w każdym roku za wyjątkiem 2011. Festiwal żałoby zaczął pod koniec swojej drugiej kadencji Aleksander Kwaśniewski, który w roku 2005 ogłosił ją trzy razy. Obserwując żałoby ostatniej dekady da się zaobserwować dwa zjawiska. Jedno dostrzegają prawie wszyscy, na drugie mało kto zwraca uwagę. Pierwszym jest inflacja żałób, które są obecnie ogłaszane wielokrotnie częściej niż dawniej, drugim jest ich demokratyzacja. Kiedyś żałobę ogłaszano prawie wyłącznie po śmierci wybitnych w pozytywnym, czy negatywnym sensie jednostek, obecnie ogłasza się ja prawie wyłącznie w przypadku katastrof z licznymi ofiarami.
A przecież katastrofy zdarzały się i wcześniej. Choćby w PRLu było ich niemało, a żadna nie została uhonorowana żałobą. Dlaczego więc te z XXI wieku są tak wyróżniane? W niektórych przypadkach jest to do pewnego stopnia uzasadnione. Po zawaleniu się hali targowej w 2006 roku napisałem na ten temat tekst zatytułowany „Katastrofa i mit”, który pozwolę sobie zacytować w całości: „Tragiczna w skutkach katastrofa budowlana w Chorzowie budzi wiele emocji. Wielu komentatorów zwraca uwagę na dysproporcje w traktowaniu jej ofiar i ofiar wypadków drogowych, w których każdego weekendu ginie ich podobna ilość. W gronie tychże komentatorów wyróżnia się Janusz Korwin-Mikke, który przyczyn tych dysproporcji doszukuje się w mającej komunistyczne źródła chęci dowartościowania tragedii zbiorowej, kosztem indywidualnej. Ma w tym sposobie patrzenia, sporo racji, ale moim, jako etnologa, zdaniem nie wyczerpuje przyczyn omawianego zjawiska. Jedna z owych przyczyn, dotąd nie zauważana, tkwi w pewnych strukturach mitycznych, mających kolosalny wpływ na nasze myślenie Po katastrofie nieraz mówiono: „takiej tragedii jeszcze u nas nie było”. Nie jest to prawda. Owszem były takie i tragiczniejsze nawet katastrofy – lotnicze i morskie. Dlaczego więc akurat ta, ma być czymś wyjątkowym? Otóż wszystkie dotychczasowe wielkie katastrofy w naszym kraju miały charakter komunikacyjny. Jesteśmy już z tego typu wydarzeniami niejako oswojeni. Droga, podróż zawsze uchodziła za ryzykowną. Zawsze wyruszając w drogę liczono się z możliwością katastrofy. Świadczą o tym liczne przekazy kulturowe, choćby tekst pieśni: „Idziesz w drogę, chociaż blisko? Z Bogiem wychodź z progu. A gdy wrócisz z niej szczęśliwie to podziękuj Bogu”, czy stojące na rozstajach dróg krzyże. Również podróżowanie po morzu jest i zawsze było uważane za tak niebezpieczne, że obrosło w tony folkloru i zabobonu, że wspomnę tylko o obyczajowym zakazie odpalania papierosa od świeczki „bo marynarz na morzu zginie”. Tak więc zarówno droga jak i morze dorobiły się swoich mitów jako miejsca szczególnie niebezpieczne. A czy istnieje miejsce, które byłoby w strukturach mitycznych uważane za szczególnie bezpieczne? Owszem, istnieje takie miejsce i jest nim Dom.
Zasadniczo mit Domu jako miejsca bezpiecznego dotyczy budynku mieszkalnego, ale w sensie rozszerzonym rozciąga się w pierwszej kolejności na świątynie, w następnej zaś na wszystkie budynki. W związku z powyższym katastrofa na drodze, czy na morzu uważana jest podświadomie za coś naturalnego, wręcz normalnego. Oczywiście jest to rzecz niepożądana, ale obdarzona taką naturą, że liczyć się z ewentualnością jej nastąpienia zawsze trzeba. Katastrofy budowlane, dotyczące budynków, nie mieszczą się w tej kategorii. W systemie mitycznym są czymś, co absolutnie zdarzać się nie powinno. A jeśli mimo wszystko się zdarza, to wtedy niepomiernie szokuje. I stąd reakcja na chorzowska tragedię taka, jaką widzimy. Dwa tysiąclecia chrześcijaństwa i dwa wieki scjentyzmu nie wypleniły myślenia mitycznego, nic w tym zresztą dziwnego, bo tak naprawdę nie kłoci się ono ani z jednym ani z drugim. Omawiany tu przykład katastrofy budowlanej jako sprzecznej z naturalnym porządkiem wyrażanym przez system mityczny znajdujemy również nie gdzie indziej, a w Ewangeliach. Chrystus wspomina o katastrofie budowlanej (zawalenie się wieży), w której zginęło osiemnaście osób. Czyż w owym czasie nie było zatonięć statków pochłaniających dziesiątki osób? Były, ale na exemplum do kazania bardziej nadawało się zawalenie wieży, bo było bardziej spektakularne, chociaż pochłonęło mniej ofiar. Nil novi sub sole….”.
Ten tok myślenia nie ma jednak zastosowania w stosunku do katastrof komunikacyjnych. Tu rację ma jak najbardziej Janusz Korwin-Mikke. To nie inflacja jest najistotniejsza jeśli chodzi o żałobę narodową. Ona jest tylko zjawiskiem ubocznym. Istota problemu tkwi w demokratyzacji. Nasz kraj bardzo stara się udowodnić swoja demokratyczność, również w tej dziedzinie. Prezydenci Kwaśniewski, Kaczyński i Komorowski reprezentowali trzy różne opcje polityczne, ale w tej sprawie byli nadzwyczaj zgodni. Dziś już nie trzeba być prezydentem, premierem, ministrem, papieżem, czy prymasem, aby otrzymać żałobę narodową. Wystarczy zginąć wraz z przynajmniej dziesięcioma innymi osobami. Oczywiście każda katastrofa skutkująca śmiercią ludzi jest tragedią dla rodzin i przyjaciół ofiar. Ale czy na pewno dla całego narodu?
A jak to wygląda w innych krajach? Oprócz Polski są w Europie i na świecie przynajmniej trzy inne kraje ogłaszały po 1990 roku żałobę narodową więcej niż dziesięć . Są to Bułgaria, Rosja i Ukraina. Kraje te ogłaszały żałobę odpowiednio 13, 27 i 13 razy. Wszystkie żałoby bułgarskie były poświęcone ofiarom katastrof, w Rosji wszystkie z wyjątkiem dwóch, a na Ukrainie wszystkie z wyjątkiem jednej. We wszystkich tych krajach demokracja jest młoda, a w niektórych z nich mocno wątpliwa. Wymaga więc stałego potwierdzania takimi w gruncie rzeczy nic nie znaczącymi gestami. Skoro stajemy w takim towarzystwie, to nasza praktyka demokratyzacji żałoby świadczy o słabości, a nie sile polskiej demokracji. W starych demokracjach, takich jak Francja, czy Wielka Brytania żałoby ogłaszane są średnio dwa razy na dekadę, a poświęcone w większości zmarłym wybitnym jednostkom. Wychodzi więc na to, że w tej dziedzinie wzorce zachodnie realizowaliśmy w międzywojniu a nawet za komuny, a obecnie przerzuciliśmy się na wschodnie.