Wspomnienie o Przemysławie Gintrowskim

gintrowski

 

Jak większość Polaków, Przemysława Gintrowskiego kojarzę głównie z towarzyszenia archipoecie Jackowi Kaczmarskiemu. Po śmierci Mistrza umieszczałem go w gronie kandydatów do Jego zastąpienia. Po jakimś czasie doszedłem jednak do wniosku, że nie ma i długo nie będzie w Polsce barda, który mógłby wypełnić lukę po Kaczmarskim. Mogą to uczynić tylko wszyscy polscy bardowie razem wzięci, a i tak chyba nie do końca. Będzie im zresztą coraz trudniej, bo sami się wykruszają po trosze. W październiku odszedł jeden z największych – Przemysław Gintrowski. Dlaczego nie udało mu się osiągnąć pozycji i sławy Kaczmarskiego? Przecież był lepszym od niego kompozytorem i gitarzystą. Ano dlatego chyba, że Wielki Bard nie musi być wielkim kompozytorem i gitarzystą. Edward Stachura był fatalnym kompozytorem i gitarzystą, a uzyskał sławę nieśmiertelną. Przemysław Gintrowski właściwie nie zaistniał jako poeta. Umuzyczniał, grał i śpiewał przedewszystkim wiersze cudze. Kaczmarski zaś śpiewał prawie wyłącznie swoje teksty, a pisał prawie wyłącznie dla siebie. Gintrowski zaś był przedewszystkiem kompozytorem i pisanie muzyki dla różnych wykonawców było zasadniczą składową jego twórczości. Do tego jeszcze Kaczmarskiemu pomogła emigracja, podobnie jak wcześniej Mickiewiczowi, Słowackiemu i Miłoszowi. W okupowanym kraju nie można było pisać swobodnie, a brak swobody twórczej nie sprzyja poetom. Jak zaznaczyłem wyżej, Przemysław Gintrowski zaistniał nie tylko jako towarzysz Kaczmarskiego, ale przedewszystkiem kompozytor. I to jego wcielenie również ma obszerne miejsce w mojej pamięći. W latach XC oglądałem w TV audycje z jego piosenkami, wykonywanymi przez różnych wykonawców. Zapamietałem jedna z nich:

Coś ty zrobiła, siostro, coś Ty zrobiła!
Oni teraz tu przyjdą po ciebie!
Ktoś musział Cię zobaczyć, kiedy tam byłaś,
Ktoś widział, jak zwłoki w ziemi grzebiesz.

Przyjdą cię zabrać, siostro, oni cię stracą;
Wiem, że nigdy nie wybaczą tobie,
Choć nie wiem, czemu brata nazwali zdrajcą.
Wszak to nie są sprawy dla nas, kobiet.

Ty rozkaz bogów pragnęłaś wykonać,
Ale bogowie są przecież wysoko.
Któż ujmie się za tobą, Antygono,
Gdy Cię strażnicy do lochu powloką?!

Zakaz króla był, a nam słuchać trzeba;
Nikt Polinejka i tak nie przebudzi.
Mnie wszystko jedno, kto dziś rządzi w Tebach.
Nic się nie zmieni w losach zwykłych ludzi.

Nasza matka śmierć sobie zadała,
Własne dłonie ojcu wzrok wydarły,
Obu braci okrutna wojna zabrała
I tobie pilno do krainy zmarłych.

A ja tu będę żyła, siostro, bo przecież
Ktoś musi przeżyć z naszego rodu,
Kto dzieci na świat wyda, umrze zwykłą śmiercią
I o kim poeci nie ułożą rapsodu.

Słowa Jerzy Czech. Niesttety, nie znalazłem w sieci nagrania. Nie wiem też, kto to śpiewał.

Marsz Niepodległości

mn

Od dwóch lat w przededniu Marszu Niepodległości poświęcam parę słów tej imprezie. W poprzednich dwóch latach jednoznacznie ją popierałem i popieram ją nadal.  Uważam jednak, że w roku bieżącym patrioci przebywający tego dnia w Warszawie mogą z czystym sumieniem wybierać pomiędzy dwoma marszami- narodowym i prezydenckim. Mój stosunek do obecnego prezydenta wyjaśniałem już w kilku tekstach, ale tym, którzy ich nie czytali, przypomnę w paru słowach, że mam duży dystans do osoby i równie duży szacunek dla urzędu. Co zaś się tyczy samej inicjatywy marszu, to Bronisławowi Komorowskiego należy się za nią uznanie, osobliwie za to, że czci on obydwu ojców polskiej niepodległości. Oczywiście, nie czyni to Czerwonego Hrabiego postacią kryształową, ale wśród liderów konkurencyjnego marszu znaleźć można postacie dalece niekryształowe. Na takim na ten przykład Kobylańskim całkiem niebłahe ciążą grawamina. Jeżeli o mnie chodzi, to gdybym był warszawiakiem, w latach poprzednich szedłbym z narodowcami, ale w tym roku z prezydentem. Z innych kwestyj, cieszy fakt, że lewacy tym razem nie sprowadzili z zagranicy terrorystycznych bojówek i zapowiedzieli łagodniejsze niż w zeszłych latach formy demonstrowania swoich chorych przekonań i zboczeń. Czy dotrzymają słowa? Pożywiom, uwidim, jak mawiają starzy górale. Na koniec jeszcze chciałem jeszcze przypomnieć o równie ważnym, jeśli nawet nie ważniejszym od demonstracyj, muzycznym świętowaniu Dnia Niepodległości.

Wspomnienie o o. Jacku Bolewskim SJ

Bolewski

Jak, co roku, w moim cyklu wspomnieniowym nie może zabraknąć duchownych, religia jest wszak fundamentem kultury. Natomiast to, że chcę napisać akurat o ojcu Bolewskim, może niektórych moich czytelników dziwić. Obecnie bowiem reprezentuję zupełnie inny nurt katolicyzmu niż ten duchowny. Był jednak taki czas, gdy poszukiwałem na swojej duchowej ścieżce inspiracji z różnych źródeł, nie tylko katolickich i nie tylko chrześcijańskich. Nie wypieram się tego, ani tego nie odrzucam. To przecież tez mnie zbudowało i ukształtowało takim, jakim jestem. Dlatego też w zeszłym roku napisałem o o. Janie Berezie OSB, a teraz piszę o o. Jacku Bolewskim SJ.

 

W czasie moich fascynacji Wschodem szukałem takich księży, zwłaszcza publikujących, którzy włączali do katolicyzmu różne elementy religii azjatyckich. Zaczytywałem się więc w książkach Antoniego de Mello SJ, Karola Vallesa SJ, Tomasza Mertona OCSO, Bedy Griffithsa OSB Cam, a z Polaków właśnie Jacka Bolewskiego SJ. W tym czasie były dość popularne dwie jego prace : Prosta praktyka medytacji i Nic jak Bóg. Z obydwu wiele skorzystałem. Prosta praktyka pomogła mi znacząco w nauczeniu się Modlitwy Jezusowej, którą zreszta zacząłem praktykować pod wpływem Antoniego de Mello i która do dziś jest moja podstawową modlitwą. Natomiast Nic jak Bóg nauczyła mnie wielu różnych rzeczy, z których dwie są warte wspomnienia, bo własnie dzięki nim uważam, że życie i twórczość ojca Jacka są godne dobrej pamięci.

Po pierwsze, w tej książce polski jezuita stawia wyraźne granice dopusztalnych inspiracji pozachrześcijańskich, jednoznacznie stwierdzając, że tylko w Jezusie Chrystusie jest zbawienie człowieka. To było wtedy dla mnie bardzo ważne i uchroniło mnie przed popadnięciem w synkretyzm. Po drugie, tą książka Bolewski nauczył mnie szukania inspiracji duchowej w dziełach kultury, w literaturze, plastyce, kinematografii i z tej nauki korzystam do dziś. Nic jak Bóg jest pozycją, którą spokojnie moge polecić każdemu zainteresowanemu duchowoscią kultury.

Wspomnienie o Kazimierzu Żygulskim

żygulski

Jeden z poprzednich moich cykli wspomnieniowych otwierał tekst o Klaudiuszu Lévi-Straussie, który z różnych względów stał się ikoną antropologii kulturowej. Daleki jestem od strukturalizmu, ale jego wpływu na moja dyscyplinę nie mogę lekceważyć. Dziś kolejny cykl chcę otworzyć wzmianką o polskim uczonym, którego nie sposób nie przyrównywać do CLS.

 

Zmarły w lutym bieżącego roku socjolog kul;tury Kazimierz Żygulski nie był może powszechnie znany, nawet w skali kraju, ale wszechstronność jego dokonań powoduje, że trzeba o nim wspominać, bo jest ona naprawdę wyjątkowa. W ciągu 92 lat swego życia nie tylko przeprowadził znaczące badania, napisał wiele książek, w tym kilka naprawdę istotnych i wychował kolejne pokolenia naukowców, ale także założył prywatną uczelnię oraz akademicką telewizję i był przez pewien czas ministrem kultury.

Z książek moim zdaniem najbardziej znacząca jest praca Święto i kultura, która jeszcze zapewne przez wiele lat będzie dobrze służyła nie tylko socjologom, ale też antropologom kulturowym, kulturoznawcom, publicystom i pasjonatom. Spośród pozostałych dokonań na szczególną uwagę zasługuje telewizja EDUSAT, która należy do moich ulubionych stacyj telewizyjnych, a która pozwala każdemu widzowi wysłuchać we własnym domu akademickich wykładów z różnych dziedzin. Dla mnie zresztą najbardziej interesującymi punktami jej programu były wykłady samego profesora Żygulskiego, który pozostawał aktywny do ostatnich lat życia.

Oscypek Fest

Oscypek

W sezonie letnim miejscowości turystyczne przeżywają prawdziwy wysyp rozmaitych imprez. Chociaż ich nazwy bywają różne, to schemat jest zazwyczaj taki sam, lub bardzo podobny. Sporo muzyki, pół na pół ludowej i nieludowej, mniej lub bardziej liczne stoiska z mniej lub bardziej zróżnicowanymi wiktuałami, zabawkami i suwenirami, a także kilka karuzel tudzież innych urządzeń lunaparkowej proweniencji. Tę jednorodność trudno jest przełamać nawet imprezom, które z założenia mają być tematyczne. Tak właśnie było z tegorocznym Oscypek Fest w Żywcu. Nazwa imprezy sugerowałaby jej wybitnie kulinarny charakter. W rzeczywistości nie posiadała ona takowego. Dominowała muzyka ludowa, straganów z z zabawkami i pamiątkami było kilkakrotnie więcej, niż tych z serami. Te ostatnie były zresztą mało wyszukane i nie oferowały żadnych nietypowych, czy ekstrawaganckich produktów. Szkoda, bo liczyłem, że z okazji takiej imprezy producenci serów zaszaleją i zaskoczą niebanalnymi specjałami. Owszem można było obejrzeć sobie na scenie wielki oscypek, ale to trochę dziwne, gdy święto jedzenia ma polegać na oglądaniu. Całości dopełniały liczne karuzele. Niewątpliwie podniosły one atrakcyjność imprezy zwłaszcza dla najmłodszych uczestników, jednak ich związek z oscypkiem. Ogólnie była to fajna impreza, ale dlaczego pod nazwą Oscypek Fest? Równie dobrze mogłaby się nazywać Kalafior Fest, Uroczyste Upamiętnienie Rocznicy Zburzenia Bastylii, czy Jarmark Świętego Benedykta. Wszystkie te nazwy w tym samym stopniu co „Oscypek Fest” oddają charakter imprezy. W tym samym stopniu, czyli wcale. Powyższa recenzja nie ma być oskarżeniem. Jest ona raczej dowodem na to, że zrobienie imprezy masowej wykazującej kulinarny charakter jest niezwykle trudne. Nie tylko Oscypek Festowi się to nie udało. Kilka lat temu byłem w niedalekiej Rajczy na Święcie Jagód, na którym jagód też było tyle, co kot napłakał. Do Oktoberfestu polskim festynom w kulinarnym podtekstem jeszcze wiele brakuje. 

Więcej zdjęć

Plac zabaw w Gorzycach 1

Gorzyce

Jeśli chodzi o ogólnodostępne place zabaw dla dzieci, Gmina Gorzyce jest bardzo dziwna. Takowe obiekty znajdują się bowiem we wszystkich należących do niej wioskach, nawet tych najmniejszych, za wyjątkiem jednak samych Gorzyc. Jest to sytuacja absurdalna. Nie znam ani jednej innej gminy, której siedziba byłaby w tak ważnej kwestii tak bardzo w tyle za wszystkimi swoimi sołectwami. Władze gminne i sołeckie od lat zapewniają, że problem znają i pragną rozwiązać, ale lata mijają a rozwiązania nie widać. Przeszkodą ma być między innymi brak odpowiedniego miejsca. Prawda jest jednak taka, że gdy się coś chce zrobić to się szuka sposobu, a gdy się nie chce, to się szuka wymówki. Istnieje bowiem w Gorzycach idealne miejsce na spory plac zabaw z zalążkiem parku- pomiędzy basenem, a nowopowstałą siłownią na wolnym powietrzu. Taki plac tworzyłby z tą siłownią jedną spójną całość. Inspirację gorzyccy włodarze powinni czerpać z opisywanego przeze mnie w ubiegłym roku parku gminnego w Milówce. Nie ma potrzeby porywać się zaraz na obiekty typu rydułtowskiej RaFy, czy marklowickiej Tropikalnej Wyspy. Nie od razu bowiem Novigrad zbudowano, co nagle to po diable i jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.

 

Więcej zdjęć

Ave Maria z Gościa Niedzielnego

Ave

Przyszedł sierpień i jak zwykle w okolicach święta Matki Boskiej Zielnej dołączono do Gościa Niedzielnego płytę z muzyką maryjną. Tym razem są to śpiewy pochodzące z tradycji Kościoła łacińskiego w wykonaniu Elżbiety Towarnickiej (sopran), Jacka Ozimkowskiego (baryton) i Marka Stefańskiego (organy). Płyta zatytułowana „Ave Maria w bazylice Mariackiej w Krakowie” i opiera się na nagraniach dokonanych w 2000 roku w tejże bazylice. Zgodnie z tytułem na płycie dominuje Pozdrowienie Anielskie. Na czternaście utworów składających się na krążek, siedem to kompozycje oparte na łacińskim tekście tej modlitwy, zarówno te najpopularniejsze, jak i mniej znane. Mamy tu więc Ave Maria Cacciniego, Bacha/Gounoda, Mozarta, Schuberta, Dossa, Saint-Saěnsa i Donizettiego. Płytę uzupełniają pieśni maryjne z Polski i Włoch oraz fragmenty Magnificat w różnych opracowaniach. Utwory są ułożone w porządku zbliżonym do chronologicznego, ale dosyć swobodnym. Jak to zresztą często bywa w przypadku płyt z GN, przemyślany układ jest największym atutem produkcji. Na początek mamy tu Bogurodzicę w ciekawej aranżacji, a na końcu arcyciekawe Ave Maria Donizettiego wyraźnie nawiązujące do folkloru włoskiego i doskonale wykorzystujące możliwości całej trójki wykonawców. Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden aspekt zawartości krążka. Utwory są tak dobrane, że dobitnie wykazują biblijny charakter i rodowód katolickiego kultu maryjnego. Ave Maria i Magnificat to teksty zaczerpnięte z Ewangelii, a Bogurodzica to śpiewana ikona Deesis, obrazująca wydarzenia Kalwarii. Płyta jest więc niezłym narzędziem zarówno formacji kulturalnej, jak i religijnej.

Epoka Lodowcowa 4

epoka

 

Dawno już nie recenzowałem żadnego filmu dla dzieci i nie tylko, a to z tej przyczyny, że przez dłuższy czas na żadnym nie byłem. Zmieniło się to całkiem niedawno, kiedy to z całą rodziną udałem się do kina celem obejrzenia Epoki lodowcowej 4. Moim zdaniem najnowsza część serii jest równie dobra jak jedynka i dwójka, a znacznie lepsza od trójki, która niezbyt mi przypadła do gustu. Spodobały mi się w tym filmie zwłaszcza nawiązania kulturowe. Są one bardzo zróżnicowane. Większość recenzentów zwraca w tym kontekście uwagę przedewszystkiem na tradycyjne już w tej serii wtrącenia z wiewiórem, w których tym razem padają przekorne odpowiedzi na pytania od dawna nurtujące naukowców: jak powstały kontynenty i jak zginęła Atlantyda? Ja jednak za istotniejsze uważam nawiązania do filarów naszej cywilizacji zachodniej: Biblii (prorok Jonasz w brzuchu wieloryba) i mitologii antycznej (zwodzące marynarzy syreny z Odysei Homera). Dzięki takim nawiązaniom błahy z pozoru film wpisuje się w wielowiekowy kod cywilizacyjny i uczestniczy w cywilizacyjnym formowaniu kolejnych pokoleń. Ciekawe są również nawiązania do popkultury („Piraci z Karaibów” etc) i quasifilozoficzne rozważania na temat różnic między sforą a stadem. Ogólnie film można polecić wszystkim, a zwłaszcza rodzicom z dziećmi, nawet małymi. Moja trzylatka czuła się na nim dobrze.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij