
Stali czytelnicy moich tekstów zapewne zauważyli, ze posługuję się w nich swoistą, delikatną i częściową stylizacją na polszczyznę przedwojenną. Używam w dopełniaczu liczby mnogiej rzeczowników pochodzenia obcego kończących się na -ja lub -ia końcówek -ij, yj, zamiast -ji, -ii, które rezerwuję dla liczny pojedynczej, wyrazu „przedewszystkiem” i starej odmiany zaimka „to”. Czynię tak przedewszystkiem z dwóch przyczyn. Po pierwsze, jest to wyraz mojego konserwatyzmu, ale nie to jest najważniejsze. O wiele ważniejsza jest precyzja wypowiedzi, a te stare formy są zdecydowanie bardziej jednoznaczne i precyzyjne. Gdy ktoś powie „chadzam do restauracji”, nie wiadomo, czy do jednej, czy do wielu, „chadzam do restauracyj” nie pozostawia zaś wątpliwości. A brak precyzji zaburza zrozumiałość komunikatu językowego. Należy więc o tę precyzję dbać. Pięknym przykładem na to, jak użycie takiej stylizacji ratuje precyzje wypowiedzi, jest zdanie Miłosza o Gałczyńskim wyrażone w „Zniewolonym Umyśle”: Ponieważ podobał się czytelnikom, miał wiele propozycji z redakcyj i radia. Celowo niekonsekwentne użycie wzmiankowanej stylizacji znacząco poprawia estetykę zdania.
Na zdjęciu powyżej widzimy komunikat mało precyzyjny. Nie wiemy, czy autor słów „wynajmę lokal” szuka lokalu do wynajęcia, czy najemcy. Oczywiście, z kontekstu możemy się domyślić, że chodzi o to drugie, bo ogłoszenie to wisi na ścianie nieczynnej knajpy. Nie zawsze jednak ten kontekst jest widoczny. Gdy ogłoszenie takiej samej treści pojawia się w prasie, jest właściwie niezrozumiałe, chyba że zostanie umieszczone w adekwatnej rubryce. Dużo lepszym komunikatem o tym samym znaczeniu jest ten ze zdjęcia poniżej. Wyrażenie „lokal do wynajęcia” jest jednoznaczne, szkoda tylko, że musi się składać aż z trzech wyrazów. W ogłoszeniu prasowym, gdzie płaci się od słowa, ma to pewne znaczenie. Rodzi się więc dylemat, czy lepiej zapłacić więcej i wyrazić swą myśl jasno, czy zaoszczędzić i narazić się na błędne zrozumienie komunikatu przez jego potencjalnych odbiorców. Oczywiście dotyczy to nie tylko ogłoszeń.

Problem oczywiście leży w czasownikach „wynająć, wynajmować”. W języku polskim są one dwuznaczne, podobnie zresztą jak bliskoznaczne czasowniki „pożyczyć, pożyczać”. Słownik Języka Polskiego PWN definiuje: wynająć — wynajmować 1. «wziąć w czasowe płatne użytkowanie czyjąś własność» 2. «oddać coś w czasowe, płatne użytkowanie» 3. «przyjąć kogoś do pracy, zwykle krótkoterminowej». Znaczenie trzecie nas oczywiście w tej chwili raczej nie interesuje. Znamienny jest sposób definiowania dwóch pierwszych znaczeń. Słownik nawet nie próbuje podać jakichś ujednoznaczniających synonimów tego słowa. Nie podaje takowych, bo ich w polszczyźnie nie ma. W języku angielskim tego problemu nie ma. Są w nim osobne słowa „lent” i „borrow” odnoszące się do pożyczania oraz „rent” i „lease” odnoszące się do wynajmowania, wyraźnie rozgraniczające stronę, która w wynajem bierze, od tej, która w wynajem puszcza. Anglicy i Amerykanie mają się więc dobrze, my zaś musimy sobie radzić, stosując wyrażenia dłuższe. Można przypuszczać, że jest to spowodowane uwarunkowaniami historycznymi. Kultura polska i literacki język polski ukształtowały się w środowisku szlacheckim. Szlachta polska zaś z mocy prawa nie mogła zajmować się pozarolniczą działalnością gospodarczą, nie dziwi więc fakt, że w polszczyźnie mamy ograniczony zasób słów odnoszących się do takiej właśnie działalności.
Wspomniałem już wyżej, ze nieraz wiąże się to z ponoszeniem wyższych kosztów. Gdyby była to jedyna niedogodność, to jeszcze nie byłoby tak źle. Nie byłoby też źle, gdyby taki problem pojawiał się tylko w przypadku tego jednego słowa. W rzeczywistości jest on jednak dużo bardziej rozległy.
Niestety, bardzo często się zdarza, że jedno krótkie słowo niemieckie, czy angielskie po polsku precyzyjnie oddać można tylko kilkoma słowami i to dosyć długimi. Na przykład niemiecki tintenroller, to po polsku „atramentowe pióro kulkowe”. Problem długości i nieprecyzyjności niektórych polskich słów jest może marginalny w tekstach pisanych prozą, ale tłumaczom zagranicznej poezji spędza sen z powiek. Szczególnie dotkliwym staje się przy tłumaczeniu piosenek. Aby utwór przetłumaczony z angielskiego, czy niemieckiego na polski dał się zaśpiewać na tę samą melodię i z ta samą liczba zwrotek, musi zawierać znacznie mniej treści. I niestety, chyba nic się z tym nie da zrobić. O ile w toku ewolucji języka może się tak zdarzyć, że pojawią się osobne czasowniki na owe dwie strony wynajmowania, to ów problem szerszy raczej nie ma szans na rozwiązanie.
Ta cecha języka polskiego jest jednym z powodów, dla których nigdy nie stanie się on językiem globalnym. I nie stałby się takim, nawet gdyby Rzeczpospolita miała tyle kolonii, co Anglia. Z drugiej jednak strony, gdyby nie ta cecha, nie mielibyśmy prawdopodobnie tak zachwycającego tworu kulturowego, jak polski trzynastozgłoskowiec. Polski poeta potrzebował bowiem trzynastu sylab, by wyrazić tyle, ile francuski, czy niemiecki mógł zawrzeć w ośmiu. Szkoda, że taki wspaniały wynalazek poetycki powoli odchodzi do lamusa. Prawie nikt już nie pisze trzynastozgłoskowcem. Pomijam już fakt, ze większość współczesnych poetów w ogóle nie uważa za stosowne pisać do rymu i do taktu.
Oddaliłem się w tych swoich rozważaniach dość znaczenie od tekstu zacytowanego na wstępie, ale tak właśnie miało być. Takie jest założenie mojego cyklu „Napisy drobne”, aby od przeczytanego gdzieś jednego zdania przechodzić do problemów ogólnokulturowych.