Największe przeboje operowe

opera gość niedzielny 

Niedawno pisałem, że Gościa Niedzielnego, podobnie jak Gazetę Wyborczą, warto kupować jedynie dla dodatków. Skoro więc powiedziałem A, wypada abym teraz powiedział B i zajął się regularniejszym niż dotąd recenzowaniem owych dodatków. W bieżącym roku będę się starał wyłapać i omówić wszystkie płyty z muzyką dołączane do tego czasopisma. W szczególności będę chciał zbadać i ocenić, czy układają się one w jakąś spójną i logiczną całość. W związku z tym na koniec roku planuję napisać swoiste podsumowanie tego cyklu recenzyj. Dziś natomiast chcę ów cykl zainicjować, omawiając płytę „Najpiękniejsze przeboje operowe” dołączoną do numeru z ósmego stycznia bieżącego roku. Tytuł płyty jest adekwatny do jej zawartości. Są to bowiem właśnie przeboje, czyli najpopularniejsze, najbardziej rozpoznawalne fragmenty oper. Są tu nie tylko arie, ale także duety, pieśni chóralne, uwertury i inne partie instrumentalne. Wybrano utwory czterech najwybitniejszych kompozytorów operowych: Pucciniego, Verdiego, Mozarta i Bizeta. Co ciekawe, pominięto Wagnera. Ciekaw jestem, czy uznano jego utwory za zbyt trudne, czy też zbyt niebezpieczne ideologicznie dla czytelników Gościa Niedzielnego? Pominięto także kompozytorów polskich, co również jest bardzo zastanawiające. Mam nadzieję, że jest to podyktowane chęcią poświęcenia polskiej operze osobnej płyty. W przeciwnym bowiem razie oznaczałoby to lekceważący stosunek do kultury polskiej i byłoby bardzo smutne. Wykonawcami utworów są filharmonie w Hamburgu i Lublanie, często angażujące się w takie projekty, jak płyty do gazet i tanich seryj. Poziom jest więc całkiem przyzwoity, choć pewnie żadnego melomana do muzycznej ekstazy nie doprowadzi. Również tu budzi się odrobina żalu, że nie skorzystano z nagrań wykonawców polskich, ale widocznie nie było możliwości nabycia takowych. Dobrze, że taka płyta się ukazała. Choć prezentowane na niej utwory mają charakter świecki, to powstały one w katolickim klimacie. Media katolickie powinny promować tradycyjną kulturę europejską, gdyż nawet jej bardziej świeckie elementy są przepojone katolickim duchem. Ta płyta spełnia więc podwójnie pozytywną rolę. Po pierwsze składa się na kulturalną formację czytelników Gościa Niedzielnego, po drugie zaś osłabia argumenty tych rzekomych obrońców wiary i moralności, którzy twierdzą, że opera jest okazją do grzechu.

"Upiór Manhattanu"

 upiór

Omawiając powieść „Zamieć” Kena Folleta postawiłem tezę, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich. Tak śmiałej tezy nie można jednak opierać na odosobnionym przykładzie jednej powieści, do tego jeszcze rozumianej alegorycznie. Dlatego też w dzisiejszym tekście chciałbym wzmocnić argumentację, poprzez podanie drugiego przykładu. Wybrałem nań powieść Fredericka Forsytha „Upiór Manhattanu”, będącą sequelem znanej powieści „Upiór Opery” zapomnianego francuskiego pisarza Gastona Lerou, zdaniem niektórych zaś raczej sequelem opartego na tejże powieści musicalu Antona Lloyda Webera pod tym samym tytułem. Między Folletem i Forsythem zachodzą liczne podobieństwa. Obydwaj są brytyjskimi dziennikarzami oraz światowej sławy autorami powieści sensacyjnych. Książki obydwu są przekładane na dziesiątki języków, wydawane w milionach egzemplarzy i często ekranizowane. Obydwaj często wplatają w akcję postacie i fakty historyczne. I obydwaj, co wykazują moje analizy, opierają swoją twórczość na światopoglądzie chrześcijańskim.

 

W omawianej powieści autor czerpie pełnymi garściami nie tylko ze wspomnianego dzieła Leroux, ale też z twórczości Edgara Allana Poe, czy Clive’a Staplesa Lewisa. Wykorzystuje też wątek naczelnego mitu amerykańskiej popkultury, streszczający się w zdaniu „od zera do bohatera”. Specyficzna jest narracja utworu. Opiera się ona na wypowiedziach kilkunastu narratorów, będących zarazem bohaterami utworu. Ten rzadko stosowany zabieg literacki, szerszemu gronu czytelników znany przedewszystkiem z powieści Orhana Pamuka „Nazywam się czerwień”, pozwala osiągnąć ciekawy efekt spojrzenia na akcję z różnych punktów widzenia. Każdy rozdział powieści Forsytha ma innego narratora. Problematyka religijna poruszana jest przedewszystkiem w dwóch rozdziałach: „Wizja Dariusa” i „Modlitwa Josepha Kilfoyle (powinno być Kilfoyle’a, ale polski przekład tej powieści najwyraźniej jest dziełem jednego z tych tłumaczy, którzy doskonale znają język angielski, ale nie za dobrze polski). Rozdziały te, zwłaszcza czytane obok siebie doskonale wyrażają obecne w chrześcijańskiej teologii mistycznej rozróżnienie między prawdziwym i fałszywym mistycyzmem. Wizja Dariusa jest przejawem mistycyzmu fałszywego, pogańskiego, napędzanego narkotykami i niskimi żądzami, zaś modlitwa ojca Józefa mistycyzmu prawdziwego, chrześcijańskiego, opartego o silną i autentyczną więź z Bogiem. Rozmowa Jezusa Chrystusa z tym irlandzkim księdzem wykazuje liczne podobieństwa do rozmowy Aslana z kalormeńskim oficerem w ostatnim tomie cyklu narnijskiego. W obydwu dyskursach w bardzo podobny sposób ujęty jest stosunek religii prawdziwej do religij fałszywych. Całkiem być może, że Forsyth w tej kwestii zapożyczał od Lewisa. Literatura jest zresztą w dużej mierze ciągiem zapożyczeń. Odnoszę wrażenie, że właśnie na tej fundamentalnej rozmowie u Forsytha oparła się J.K. Rowling, konstruując równie fundamentalną rozmowę pomiędzy Harrym Potterem i Albusem Dumbledorem w ostatniej części przygód młodego czarodzieja. Przyjrzyjmy się krótkim fragmentow obydwu rozmów. U Forsytha Chrystus mówi: „Możesz mi to powiedzieć, bowiem, jak się domyślasz, jestem w twojej głowie”. U Rowling natomiast Harry pyta „Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej głowie?”, na co otrzymuje odpowiedź „Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie, Harry, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?”. Między tymi stwierdzeniami, wbrew pozorom, nie ma sprzeczności. U Forsytha również to, co dzieje się tylko w głowie, jest równie rzeczywiste, jak to, co dzieje się w świecie zewnętrznym.

 

Dwa wspomniane rozdziały, owe mistyczne interludia, nie stoją obok akcji, ale stanowią jej kluczowe elementy. Bez nich powieść byłaby niespójna, natomiast one same mogłyby funkcjonować samodzielnie, jako minitraktaty mistyczne, ukryte pod maską utworów fabularnych. Szczególnie „Modlitwa Josepha Kilfoyle” zawiera zdumiewająco głębokie i zarazem rozległe refleksje teologiczne, zwłaszcza, jeśli się zważy, w jakiego typu powieści jest umieszczony. Polski wydawca nazwał „Upiora Manhattanu” „połączeniem romansu z kryminałem”. Jest to oczywiście prawda, ale nie cała. „Upiór Manhattanu” jest prawdopodobnie jedną z najpoważniejszych książek Fredericka Forsytha. To, że mimo tego nie traci ona przebojowego charakteru, świadczy o niewątpliwym geniuszu autora.

Akcja wymiany drzwi

 akcja

Jak powszechnie wiadomo, branża usług budowlanych jest prężna i ma się nieźle. Jednak nawet najprężniejsza branża potrzebuje niekiedy reklamy i promocji. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że właściciele domów i mieszkań są wręcz bombardowani reklamami usług budowlanych. Co ciekawe, poszczególne segmenty tej branży reklamują się z różną intensywnością.

 

Najbardziej nachalni są producenci i instalatorzy drzwi. Posuwają się oni do metod budzących poważne wątpliwości. Starają się, co prawda, nie przekraczać granic prawa, niewątpliwie za to przekraczają wszelkie granice dobrych obyczajów i dobrego smaku. Na przykład, chodzą od mieszkania do mieszkania jak Świadkowie Jehowy i namawiają na wymianę drzwi, sugerując przy tem, że większość sąsiadów już się na to zdecydowała, co oczywiście, zazwyczaj nie ma nic wspólnego z prawdą. Inni sięgają po metody bardziej wyrafinowane. Dogadują się na przykład z agentami firm ubezpieczeniowych, które zazwyczaj nie chcą ubezpieczać mieszkań nieposiadających solidnych drzwi. Jeśli więc klient takowych nie ma, agent chętnie poleci zaprzyjaźnionego instalatora. Niektóre firmy idą jeszcze dalej. Gdy w jakiejś okolicy zdarzają się włamania do mieszkań, często pojawia się plotka, że łupem padają jedynie mieszkania bez drzwi antywłamaniowych i że złodzieje przed akcją z rozmysłem takowe typują. Oczywiście nie da się firmom branży drzwiowej udowodnić inspirowania takich plotek. Tak jednak zazwyczaj w życiu bywa, że is fecit, cui prodest. A największą korzyść z owych plotek wynosi właśnie rzeczona branża.

 

Ja osobiście za najbardziej perfidną i niesmaczną formę reklamy producentów i instalatorów drzwi uważam praktykę takiego redagowania ulotek i plakatów reklamowych, aby przypominały urzędowe komunikaty. Takie ulotki, czy plakaty są zazwyczaj wydrukowane monochromatycznie, prostą czcionką, bez żadnych ilustracyj, czy grafik. Ich treść prawie zawsze zaczyna się od słów „Uwaga lokatorzy!” W kolejnych zdaniach pojawiają się sformułowania w stylu „odbędzie się akcja wymiany drzwi”. Czasami w nagłówku występuje słowo „komunikat”. Rzadko natomiast pojawia się w tych materiałach nazwa firmy, zazwyczaj jest tylko numer telefonu.   Dla osób mało zorientowanych w temacie, wyglądają one łudząco podobnie do komunikatów administracyj spółdzielni mieszkaniowych. Zwłaszcza ludzie starsi, gdy czytają o „akcji” skierowanej do „lokatorów”, nabierają przekonania, że jest ona obowiązkowa, toteż wydają ostatnie zaskórniaki, często od ust sobie odejmując i kupują zupełnie im do niczego niepotrzebne drzwi. Oczywiście przedsiębiorcy stosujące takie niemoralne metody będą się zaklinać i przysięgać, że pod nikogo się nie podszywają, a wszelkie skojarzenia są absolutnie przypadkowe. Zdarzyło mi się kilka razy dzwonić do szefów takich firm. Wszyscy oni butnie i bezczelnie stwierdzali, że nic złego nie robią. Faktycznie, prawa wprost nie łamią. Można by co prawda od biedy podciągnąć ten proceder pod podstępne skłonienie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, ale byłoby to bardzo trudne do udowodnienia. Pozostaje jednak jeszcze ocena moralna takich działań, a ta jest jednoznacznie negatywna.

Pro Fide Rege et Lege 2/2011

 

 

pfrl

W sprzedaży pojawił się nowy numer sztandarowego pisma polskich antysystemowych konserwatystów „Pro Fide Rege et Lege”.

SPIS TREŚCI

Od Redakcji

Dział numeru: Reforma gregoriańska

Adam Wielomski: Teologia polityczna Grzegorza VII

Mariusz Matuszewski: Jan z Salisbury a idee gregoriańskie: zarys problemu

Grzegorz VII: List XXI do Herimana (Hermanna) biskupa Metzu rok 1080/1081, tł. M. Masny

Dział Politologia i Prawo

Stanisław Niwiński: Funkcjonowanie systemu politycznego Chin. Możliwe kierunki zmian

Piotr Bukowczyk: Kara śmierci we współczesnym prawie międzynarodowym publicznym

Bartosz Olcha: Dwie szkoły realizmu wobec rzeczywistości PRL-u: realizm Bolesława Piaseckiego i Kościoła

Piotr Biegasiewicz: Liberalizm w Polsce po 1989 r. wobec problemu braku klasy średniej

Dział Idee

Artur Granacki: Ludzie i bogowie. Gradacja bytów w filozofii Platona

Maciej Zakrzewski: Idea „króla-patrioty” Henry’ego St. Johna wicehrabiego Bolingbroke’a

Kamil Eckhardt: Napoleon – rewolucjonista czy reakcjonista? – Szanse owocnego dyskursu

Grzegorz Dmitruk: Człowiek w obliczu końca. Mariana Zdziechowskiego wizja zagrożeń cywilizacji

Marek Rostkowski: Upiorne oblicze Zachodu. Refutacja egalitaryzmu w pismach René Guénona

Piotr Bukowczyk: Pojęcie wolności w myśli ks. Józefa Tischnera

Ignacy Kleszczyński, Żelazna Gwardia działa. Rozmowa z wodzem Żelaznej Gwardii Corneliu Zelea Codreanu

Wywiad z dr Patrykiem  Tomaszewski na temat polskiego ruchu korporacyjnego

Dział Religia

Marcin Ł. Makowski: Integryzm czy chrześcijański liberalizm? Wokół sporu o rolę Kościoła po upadku PRL

Artur Rumpel: Stosunek Czesława Miłosza do katolicyzmu wyrażony w „Rodzinnej Europie”

Dział Filozofia

Michał Zembrzuski: Głupota i jej formy według św. Tomasza z Akwinu

Tomasz Barszcz: Ralpha McInerny’ego interpretacja św. Tomasza z Akwinu koncepcji  analogii

Michał Krajski: Filozoficzne źródła cywilizacji śmierci

Dawid Lipski: Kilka uwag o historii filozofii i jej znaczeniu

Dział Recenzje

Lech Mażewski, Posttotalitarny autorytaryzm w PRL 1956–1989. Analiza ustrojowo polityczna [rec. Dawid Bunikowski]

Henry Kamen, Imperium Hiszpańskie. Dzieje rozkwitu i upadku [rec. Arkadiusz Meller]

Pismo w promocyjnej cenie dostępne TUTAJ

Zamieć bożonarodzeniowa

 

Wiele jest książek o Bożym Narodzeniu. Z rozmysłem napiałem to pierwsze  zdanie tak, aby było ono dwuznaczne. Bo wyrażenie „książki o Bożym Narodzeniu” można rozumieć dwojako. Pierwsza grupa to dzieła literackie opowiadające o tym, jak to Nasz Pan Jezus Chrystus narodził się w ubogiej stajence w Dawidowym Mieście Betlejem. Druga zaś to opowieści o świętach Bożego Narodzenia. Te dwie grupy razem tworzą całkiem pokaźną literaturę bożonarodzeniową. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na książkę należącą do grupy drugiej. Gdy mówimy o książkach poświęconych świętom Bożego Narodzenia, to chyba większości z nas na myśl przychodzi przedewszystkiem „Opowieść wigilijna” wraz ze swymi niezliczonymi literackimi i filmowymi mutacjami. „Zamieć” Kena Folleta do grona  owych mutacyj się nie zalicza,  wykazuje jednak pewne podobieństwa strukturalne do owego bożonarodzeniowego klasyka. Jej zasadnicza akcja rozgrywa się podobnie jak u Dickensa w bardzo króttkim okresie czasu, w tym przypadku jest to kilka przedświątecznych i świątecznych dni. Jednak nie brakuje w tej powieści również wspomnień o przeszłości poszczególnych bohaterów, o której zresztą dowiadujemy się całkiem sporo i wybiegania w przyszłość. Ta ostatnia pojawia się przedewszystkim w epilogu, w którym są krótko ukazane kolejne święta Bożego Narodzenia. To również jest pewne nawiązanie do „Opowieści wigilijnej” i jej Ducha Przyszłych Świąt. Nawiązań do tej książki jest tam zresztą więcej, w tym też bardziej bezpośrednich. Przyjemność ich wyszukiwania pozostawiam szanownym czytelnikom. Nieuważny lub nieoczytany czytelnik może uznać „Zamieć” za płytką powieść sensacyjną, pozbawioną głębszej treści. Będzie to jednak opinia absolutnie błędna. Powieść ta bowiem nie jest pozbawiona metafizycznej głębi. Jej bohaterowie ratują ludzkość od śmiercionośnego wirusa skradzionego z laboratorium przez szalonych terrorystów. Można to odczytać jako alegorię Bożego Narodzenia, a konkretnie Wcielenia Jezusa Chrystusa, które jest wszak ratowaniem ludzkości  od śmiercionośnego pod względem duchowym wirusa grzechu. Dodatkowym, ale również istotnym przesłaniem powieści jest podkreślenie wartości rodziny. „Zamieć” jest dowodem na to, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich.

Cytryniaki śpiewają najpiękniejsze kolędy

 


Zapowiadałem, co prawda, że recenzje albumów kolędowych pojawią się na moim blogu bożonarodzeniowym i na innych moich blogach już adwencie, wyszło jednak tak, że pierwszy z nich, czyli wpis niniejszy, pojawia się dopiero po świętach. Złożyły się na to dwie przyczyny. Po pierwsze, miałem wystarczającą ilość materiałów czysto adwentowych. Po drugie zaś, nie wpadła mi na czas w ręce odpowiednia płyta.

 

Nabyłem takową co prawda cztery dni przed świętami, ale jej wielokrotne przesłuchanie, zanalizowanie i opisanie zajęło mi trochę czasu. Była to dołączona do Superexpresu płyta „Cytryniaki śpiewają najpiękniejsze kolędy” z podtytułem „z gościnnym udziałem Zenona Martyniuka”. Jeszcze przed włożeniem płyty do odtwarzacza, zorientowałem się, że jest ona fatalnie opisana. Nie podano, jakie instrumenty akompaniują wokalistom, ani kto na nich gra. Skład zespołu Cytryniaki podany jest w postaci wyliczenia imion i wieku jego członków. Nie podano nazwisk. Można co prawda przypuszczać, że wszyscy wymienieni noszą nazwisko Cytryniak, ale to tylko domysł, nie wiem, czy prawdziwy. Nie wymieniono też na okładce płyty jej producenta, czy kierownika produkcji, być może po prostu nie było takiej osoby, która wzięłaby na siebie odpowiedzialność za całość projektu. Wiele wskazuje na to, że nie było. Nie tylko niedbale sporządzona okładka, ale też inne sprawy, o których wspomnę później.

 

Jeśli chodzi o stronę muzyczną tej płyty, to jest całkiem nieźle. Co prawda, jak dla mnie jest tam za dużo syntezatorów, ale zważywszy na charakter produkcji, należy się cieszyć, że są też inne instrumenty. Można bowiem powiedzieć, że zawartość tej płyty, to kolędy w stylu disco polo. To bynajmniej nie jest zarzut. Disco polo też może być dobre i to właśnie takie jest. Dzieciaki śpiewają bardzo dobrze, często wręcz zaskakująco dojrzale. Aranżacje są dosyć ciekawe. W zasadzie najgorzej wypada gościnnie występujący Zenon Martyniuk, który miejscami fałszuje i źle akcentuje. Wielkim plusem tej płyty jest śpiewanie wielu zwrotek poszczególnych kolęd. Jest to kultywowaniem jak najlepszych tradycyj. Tak powinno się śpiewać nie tylko kolędy, ale wszystkie pieśni kościelne. Kiedyś tak śpiewano – przez całą Mszę jedną pieśń, po dwie, trzy zwrotki na kolejne jej części. Gdzieniegdzie jeszcze można się zetknąć z tym zwyczajem.

 

Gorzej, że kolędy na tej płycie mają pozmieniane teksty. Sam fakt zmiany nie jest jeszcze niczym złym, wszak kolędy, jako pieśni ludowe funkcjonują w systemie wariantywnym. Problem pojawia się wtedy, gdy zmiana jest zła i szkodliwa, to jest wtedy, gdy zaburza sens lub poetykę utworu. A takie zmiany pojawiają się, niestety na omawianej płycie. Na przykład zmiana słów „ledwo od strachu żyjemy” na „ledwo w strachu żyjemy”, psuje, jakby to powiedzieli Staropolacy, zarówno kadens, jak i esens. Słowo „żyjemy” brzmi tu jak „ży-y-jemy”, a to niewątpliwie nie brzmi dobrze. Jeśli komuś przeszkadzał nieco archaiczny styl oryginalnego tekstu, to można go było zmienić na „Od strachu ledwo żyjemy”. Już nie byłoby archaicznie, a sens i poetyka by nie ucierpiały.

Właśnie niedbalstwo tekstowe jest kolejną przesłanką świadczącą o tem, że płyta nie miała producenta z prawdziwego zdarzenia. Mimo to jednak jest ona całkiem niezła. Co prawda sprawia wrażenie przygotowanej na kolanach, ale ten zarzut można by bez trudu postawić znakomitej większości płyt dołączonych do gazet lub czasopism.

 

Radosnych Świąt 5

 
 
 

Nativitas

 

I ghenisis Sou Christe o Theos imon
Anetile to
kosmo to fos to tis gnoseos
En afti gar i tis astris latrevontes
Ipo
asteros ethithaskonto
Se proskinin to iliontis thikeosinis
Ke Se ginoskin
ex ipsus anatolin
Kyrie thoxa Si

Narodzenie Twoje, Chryste Boże nasz, zabłysło
światu światłem wiedzy: gdyż wtedy służący gwiazdom przez gwiazdę pouczeni
zostali, aby kłaniać się Tobie, Słońcu prawdy, i Ciebie poznawać, który jesteś
Wschodem z wysokości: Panie, chwała Tobie!

Radosnych, pogodnych i głęboko przeżytych Świat
Bożego Narodzenia

życzą

Ela, Artur, Pawełek i
Martusia Rumplowie

Godzinki

Kiedy ostatnio odnosiłem się w mojej publitystyce do Gościa Niedzielnego, pisałem nie o zawartych w nim artykułach, ale o dołączonej do niego płycie z Akatystem maryjnym. Smutna prawda jest bowiem taka, że zarówno Gazety Wyborczej, jak i Gościa Niedzielnego nie warto kupować dla zamieszczonych w nich tekstów, warto natomiast to czynić przynajmniej od czasu do czasu dla dołączanych do nich dodatków. Obydwa te tytuły nie są zresztą przypadkami odosobnionymi, ale raczej skrajnymi przykładami zjawiska powszechnego, obejmującego w większym lub mniejszym stopniu, większość prasy drukowanej w naszym kraju. O zjawisku tym, a nieuniknionym zresztą, pisałem już kilka lat temu, w tekście „Gwiazdka z gwiazdami”.

 

Dziś
będę pisał o kolejnej płycie dołączonej do Gościa, pod wieloma względami podobnej do poprzedniej. Na początku grudnia ukazały się jako dodatek Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny w wykonaniu dwóch chórów Ośrodka Liturgicznego w Chorzowie.
Podobieństwo tych płyt polega nie tylko na zazębieniu się części wykonawców, ale przedewszystkiem na pewnym pokrewieństwie wykonywanych utworów. Jest to podobieństwo o charakterze głównie funkcjonalnym. Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny pełnią w Kościele łacińskim,  osobliwie zaś w Polsce, tę samą, a przymajmniej bardzo zbliżoną rolę, co Akatyst ku czci Bogurodzicy w Kościołach bizantyjskich, czyli najważniejszego i najpopularniejszego nabożeństwa paraliturgicznego o charakterze maryjnym. Obydwa też są zdecydowanie najpopularniejsze w swoich grupach. Chociaż na wschodzie są dziesiątki akatystów, a na zachodzie dziesiątki godzinek, to ten konkretny akatyst i te konkretne godzinki pod względem popularności dystansują całą konkurencję o kilka długości.

 

Do podobieństw funkcjonalnych dochodzą też strukturalne.  Akatyst ma strukturę typowo litanijną, a godzinki przynajmniej paralitanijną. Obydwa nabożeństwa opierają się bowiem na wyliczeniu przymiotów Matki Bożej. Te podobieństwa zostały dostrzeżone bardzo wcześnie, bo już w XVII stuleciu, w kilkadziesiąt lat po powstaniu polskich godzinek. Wtedy to Symeon Połocki dokonał pierwszego w dziejach polskiego przekładu akatystu zwersyfikował go właśnie na wzór godzinek.  W dzisiejszych czasach, kiedy wielu chrześcijan czerpie z duchowych skarbców obydwu płuc Kościoła, godzinki i akatyst doskonale się uzupełniają. Dlatego wydanie obydwu utworów w krótkim odstępie czasu na płytach dołączanych do Gościa Niedzielnego było bardzo dobrym pomysłem. Tym razem nie będę pisał o wykonaniu, bo nie mam do niego żadnych zastrzeżeń.

Wręcz Przeciwnie i Prime

 

Pisałem już na łamach swoich blogów o dwóch debiutach prasowych Anno Domini MMXI. Były to debiuty całkiem nowego Uważam Rze i odrodzonego jako Fenyx jaki z popiołów swoich Maxima. Moim zdaniem obydwa były całkiem udane, a pisma owe są na rynku niezwykle potrzebne. Dziś chcę napisać o nieudanych debiutach dwóch innych pism, będących w rzeczy samej konkurentami tamtych dwóch. Mowa o tygodniku Wręcz Przeciwnie i magazynie dla mężczyzn Prime. Obydwa zniknęły z rynku ledwo się na nim pojawiły, tygodnik po trzech a magazyn (nieco zderegulowany
dwumiesięcznik) po dwóch numerach. Oczywiście każdemu nowemu pismu jest niezwykle  trudno utrzymać się na zatłoczonym rynku prasowym i każde, nawet najlepsze może rychło upaść, ale w tym przypadku do klapy przyczyniły się w dużym stopniu ewidentne błędy wydawców i redakcyj. Warto niniejszym części owych błędów przyjrzeć się bliżej.

Tygodnik pierwotnie miał nosić tytuł Wprost Przeciwnie, nieprzypadkowo kojarzący się z tygodnikiem Wprost, niegdyś zacnym, ale obecnie przejętym przez Ciemną Stronę Mocy. Nowy tygodnik miał być tworzony przez zespół dziennikarzy usuniętych ze starego po jego lewoskręcie. Co się jednak od razu rzucało w oczy, to brak w owym zespole byłego właściciela, a zarazem założyciela i wieloletniego redaktora naczelnego pisma – Marka Króla, oraz ostatniego prawicowego redaktora naczelnego Stanisława Janeckiego. Brak tych dwóch osób niewątpliwie odbierał przedsięwzięciu sporą dozę wiarygodności. Bo czyż załoga bez kapitana i pierwszego oficera jest nadal tą samą załogą? Należało więc zrobić wszystko, aby byłych szefów wciągnąć do zespołu, choćby tylko formalnie. Ciężki cios zadał tygodnikowi Ruch, potentat dystrybucyjny dyktujący warunki na rynku. Pod pretekstem zaspokojenia pretensyj aktualnego wydawcy tygodnika Wprost, dystrybutor ów kategorycznie odmówił rozprowadzania Wprost Przeciwnie, zmuszając tym samym to pismo do zmiany tytułu na Wręcz Przeciwnie. Oczywiście zmiana ta odbiła się bardzo negatywnie na kampanii reklamowej i sprzedaży nowego tygodnika. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że twórcy pisma taką reakcję w pewnym sensie sami sprowokowali. O ile można jeszcze zrozumieć nawiązanie w tytule, o tyle skopiowanie czcionki i układu graficznego było już sporą przesadą. Wydawca Wprost miał się do czego doczepić i się doczepił. A Ruch miał pretekst do działania, którego rzeczywiste przyczyny pozostają ukryte. Trzecim strzałem w stopę była bluźniercza okładka pierwszego numeru. Spowodowała ona odejście  od pisma połowy jego autorów i połowy potencjalnych czytelników. Tych ostatnich bez wątpienia odstraszała też cena, o dwa złote wyższa niż Uważam Rze. Każdy z tych elementów osobno był niegroźny, ale w połączeniu dokonały dzieła zniszczenia. W ten oto sposób całkiem interesujący i bardzo dobrze zapowiadające się pismo upadło wskutek błędów swoich twórców.

 

Magazyn dla mężczyzn Prime również prawdopodobnie upadł (w przypadku pism rzadko wychodzących, dopóki nie ma oficjalnego komunikatu, trudno odróżnić upadek od znacznego opóźnienia w wydaniu kolejnego numeru) i też prawdopodobnie w wyniku błędów popełnionych przez jego twórców. Jest jednak pewna znacząca różnica. O ile w przypadku WP upadek spowodowało kilka drobnych błędów i niesprzyjająca sytuacja ogólna, o tyle w przypadku Prime można mówić o jednym tylko błędzie, ale za to kardynalnym. Błędem tym było nieprawidłowe wycelowanie pisma. Skierowało się na grupę docelową, która albo jest bardzo nieliczna, albo w ogóle nie istnieje.  Prime był bowiem bardzo specyficznym pismem dla mężczyzn. Specyfika ta polegała na tym, że zamiast dominujących w innych pismach tego rozebranych, czy skąpo ubranych pań, w Prime’ie królowali kompletnie odziani panowie. Ich całostronicowe fotki zajmowały jakąś jedną czwartą objętości pisma. Oczywiście miało to służyć przedewszystkiem prezentacji modnych strojów. Również znaczna część artykułów poświęcona była modzie męskiej. Oczywiście jest sporo mężczyzn interesujących się modą. Problem jednak jest w tem, że część wspólna zbioru mężczyzn interesujących się modą i zbioru czytelników pism dla mężczyzn jest zbiorem bardzo mało licznym, lub wręcz pustym. To położyło ów magazyn, bo położyć musiało. Do tego jeszcze tytuł pisma został dobrany niezbyt fortunnie. Jest oczywiście rzeczą normalną, że magazyny dla mężczyzn mają zazwyczaj anglojęzyczne. Wynika to z faktu, iż większość z nich jest mutacjami tytułów brytyjskich lub amerykańskich. Dobrze by jednak było, by takie tytuły łatwo się odmieniały przez przypadki, zgodnie z zasadami języka polskiego. Gdy jakiś tytuł, tak jak Prime, wymaga używania do odmiany apostrofu, to w konsekwencji, jako ciało obce, źle leżące w języku polskim, gorzej się wpisuje w zbiorową pamięć i świadomość, co z kolei stanowi poważną przeszkodę na drodze do osiągnięcia rynkowego sukcesu. Moim zdaniem pismo nie było skazane na porażkę. Zachowując dokładnie tę samą zawartość mogło osiągnąć sukces, gdyby zostało odpowiednio wycelowane i zatytułowane, co zresztą do tego samego się w gruncie rzeczy sprowadza. Według mnie idealnym byłby tytuł „Modny Pan” z podtytułem „Magazyn nie tylko o modzie”. No ale teraz to już chyba musztarda po obiedzie.

Powrót Maxima

maxim

 

W mijającym roku na polskim rynku prasowym miało miejsce kilka ciekawych debiutów i kilka równie ciekawych powrotów. Bodaj najciekawszy debiut (Uważam Rze) omówiłem już kilka miesięcy temu, teraz przyszedł czas na następne. Dziś omówię pewien powrót. Są na świecie oraz w Polsce takie gazety lub czasopisma, które wielokrotnie upadają, ale i wielokrotnie powstają z upadku. Upadają trzy, a nawet trzydzieści trzy razy, ale też powstają z padłych siedem razy, a nawet siedemdziesiąt siedem razy. Sztandarowym przykładem takiego bytu jest Życie redaktora Wołka, które trzy razy powstawało i trzy razy padało. Upadki i powroty ogólnopolskich gazet codziennych są głośne,  bo takowych gazet jest niewiele i wszystkie są znane wszystkim zainteresowanym. Miesięczników jest wielokrotnie więcej, dlatego miesięczniki upadają i powracają wśród ciszy i milczenia.

 

To właśnie ostatnio przydarzyło się ostatnio Maximowi, pojawiającemu się na naszym rynku po raz co najmniej trzeci. O jego powrocie dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy ujrzałem jego okładkę na sklepowej półce. Wcześniej nie dotarły do mnie żadne doniesienia medialne na ten temat. Powrót Maxima na rynek ucieszył mnie, gdyż zawsze uważałem to pismo za najlepsze w segmencie magazynów dla panów. Playboy był i jest dla mnie zbyt bezpośredni, a CKM zbyt plebejski. Maxim zaś jest akurat tak w sam raz. Jest tu oczywiście sporo tematyki erotycznej, ale nie ma dosłownej golizny. Szczególnie cieszy mnie obszerne poruszanie tematyki trunkowej. Inne pisma nieco od niej stronią, a przecież napoje alkoholowe są arcyważnym substratem europejskiej cywilizacji.  Oprócz seksu i alkoholu na łamach Maxima goszczą: sport, motoryzacja, kryminalistyka, kino i muzyka.

 

 

Brak natomiast polityki, co trochę mnie dziwi, wszak należy ona do kluczowych zainteresowań przeciętnego mężczyzny. Dziwi mnie też nieco dobór felietonistów. Zazwyczaj do tej roli dobiera się doświadczonych literatów, publicystów, naukowców, oraz tych spośród polityków i szansonistów, którzy mają już za sobą szczyt długotrwałej i niekwestionowanej kariery w swoich dziedzinach. Odrodzony Maxim poszedł inną drogą. Jego felietonistami zostali popwokalistka Doda i popbloger Kominek, oboje słynący z głośnej, lecz płytkiej refleksji nad rzeczywistością. Można więc się spodziewać, że te felietony będą raczej popfelietonami. Brak polityki i płytka felietonistyka to niestety objawy możliwego obniżenia poziomu pisma w stosunku do jego poprzednich wcieleń. Być może jednak w tym segmencie nie da się jednocześnie utrzymywać wysokiego poziomu i utrzymywać się na rynku. Wszak i Playboy w ostatnich latach obniżył poziom, co celnie, choć może nieco przesadnie skwitował niejaki forumowiecgwna na łamach forum dyskusyjnego portalu gazeta.pl: Playboy stał się w pewnym momencie zakładnikiem photoshopa, plastiku i silikonu, o innych korektach nie wspominając. Normalny zdrowy facet od dobrych 5-10lat nie ma po co brać tego pisma do reki – artykuły są banalne i powierzchowne, zdjęcia lalek zainteresują chyba tylko dzieciaki. CKM z kolei co prawda poziomu nie obniżył, ale to tylko dlatego, że nie miał z czego obniżać. Zapewne nie jest łatwo prowadzić pismo tego rodzaju. Jest się bowiem wówczas atakowanym ze wszystkich stron, od wysublimowanych intelektualistów, poprzez religijnych moralistów, aż po antyreligijne feministki. Skoro się ma tylu wrogów, to przynajmniej potencjalnym klientom trzeba schlebiać i nie wymagać od nich zbyt wiele.

 

 

 

 

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij