Plac zabaw w Gorzycach 1

Gorzyce

Jeśli chodzi o ogólnodostępne place zabaw dla dzieci, Gmina Gorzyce jest bardzo dziwna. Takowe obiekty znajdują się bowiem we wszystkich należących do niej wioskach, nawet tych najmniejszych, za wyjątkiem jednak samych Gorzyc. Jest to sytuacja absurdalna. Nie znam ani jednej innej gminy, której siedziba byłaby w tak ważnej kwestii tak bardzo w tyle za wszystkimi swoimi sołectwami. Władze gminne i sołeckie od lat zapewniają, że problem znają i pragną rozwiązać, ale lata mijają a rozwiązania nie widać. Przeszkodą ma być między innymi brak odpowiedniego miejsca. Prawda jest jednak taka, że gdy się coś chce zrobić to się szuka sposobu, a gdy się nie chce, to się szuka wymówki. Istnieje bowiem w Gorzycach idealne miejsce na spory plac zabaw z zalążkiem parku- pomiędzy basenem, a nowopowstałą siłownią na wolnym powietrzu. Taki plac tworzyłby z tą siłownią jedną spójną całość. Inspirację gorzyccy włodarze powinni czerpać z opisywanego przeze mnie w ubiegłym roku parku gminnego w Milówce. Nie ma potrzeby porywać się zaraz na obiekty typu rydułtowskiej RaFy, czy marklowickiej Tropikalnej Wyspy. Nie od razu bowiem Novigrad zbudowano, co nagle to po diable i jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.

 

Więcej zdjęć

Ave Maria z Gościa Niedzielnego

Ave

Przyszedł sierpień i jak zwykle w okolicach święta Matki Boskiej Zielnej dołączono do Gościa Niedzielnego płytę z muzyką maryjną. Tym razem są to śpiewy pochodzące z tradycji Kościoła łacińskiego w wykonaniu Elżbiety Towarnickiej (sopran), Jacka Ozimkowskiego (baryton) i Marka Stefańskiego (organy). Płyta zatytułowana „Ave Maria w bazylice Mariackiej w Krakowie” i opiera się na nagraniach dokonanych w 2000 roku w tejże bazylice. Zgodnie z tytułem na płycie dominuje Pozdrowienie Anielskie. Na czternaście utworów składających się na krążek, siedem to kompozycje oparte na łacińskim tekście tej modlitwy, zarówno te najpopularniejsze, jak i mniej znane. Mamy tu więc Ave Maria Cacciniego, Bacha/Gounoda, Mozarta, Schuberta, Dossa, Saint-Saěnsa i Donizettiego. Płytę uzupełniają pieśni maryjne z Polski i Włoch oraz fragmenty Magnificat w różnych opracowaniach. Utwory są ułożone w porządku zbliżonym do chronologicznego, ale dosyć swobodnym. Jak to zresztą często bywa w przypadku płyt z GN, przemyślany układ jest największym atutem produkcji. Na początek mamy tu Bogurodzicę w ciekawej aranżacji, a na końcu arcyciekawe Ave Maria Donizettiego wyraźnie nawiązujące do folkloru włoskiego i doskonale wykorzystujące możliwości całej trójki wykonawców. Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden aspekt zawartości krążka. Utwory są tak dobrane, że dobitnie wykazują biblijny charakter i rodowód katolickiego kultu maryjnego. Ave Maria i Magnificat to teksty zaczerpnięte z Ewangelii, a Bogurodzica to śpiewana ikona Deesis, obrazująca wydarzenia Kalwarii. Płyta jest więc niezłym narzędziem zarówno formacji kulturalnej, jak i religijnej.

Epoka Lodowcowa 4

epoka

 

Dawno już nie recenzowałem żadnego filmu dla dzieci i nie tylko, a to z tej przyczyny, że przez dłuższy czas na żadnym nie byłem. Zmieniło się to całkiem niedawno, kiedy to z całą rodziną udałem się do kina celem obejrzenia Epoki lodowcowej 4. Moim zdaniem najnowsza część serii jest równie dobra jak jedynka i dwójka, a znacznie lepsza od trójki, która niezbyt mi przypadła do gustu. Spodobały mi się w tym filmie zwłaszcza nawiązania kulturowe. Są one bardzo zróżnicowane. Większość recenzentów zwraca w tym kontekście uwagę przedewszystkiem na tradycyjne już w tej serii wtrącenia z wiewiórem, w których tym razem padają przekorne odpowiedzi na pytania od dawna nurtujące naukowców: jak powstały kontynenty i jak zginęła Atlantyda? Ja jednak za istotniejsze uważam nawiązania do filarów naszej cywilizacji zachodniej: Biblii (prorok Jonasz w brzuchu wieloryba) i mitologii antycznej (zwodzące marynarzy syreny z Odysei Homera). Dzięki takim nawiązaniom błahy z pozoru film wpisuje się w wielowiekowy kod cywilizacyjny i uczestniczy w cywilizacyjnym formowaniu kolejnych pokoleń. Ciekawe są również nawiązania do popkultury („Piraci z Karaibów” etc) i quasifilozoficzne rozważania na temat różnic między sforą a stadem. Ogólnie film można polecić wszystkim, a zwłaszcza rodzicom z dziećmi, nawet małymi. Moja trzylatka czuła się na nim dobrze.

„Cretan Songs” Giorgisa Kladosa

cretan songs

O tym, że z zagranicznych wakacyj przywożę zazwyczaj płyty z muzyką miejscowych wykonawców, pisałem już rok temu. Wtedy to wróciłem z Chorwacji z dwupłytowym albumem koncertowym bośniackiego wokalisty popfolkowego Halida Bešlića. Był to zakup dość przypadkowy, bo w miejscowości, w której spędzałem urlop, albumy muzyczne można było dostać tylko w kiosku z gazetami i to tylko dwa. Wybór miałem więc bardzo niewielki, ale mimo tego z dokonanego zakupu jestem w miarę zadowolony. W tym roku sytuacja była zgoła odmienna. Urlop spędzałem na Krecie, gdzie płyty z lokalną muzyką ludową można było dostać w każdym „Supermarkecie” pod którą to nazwą kryły się zazwyczaj niezbyt wielkie sklepy wielobranżowe. Zanim więc kupiłem jedną płytę, miałem ich w ręku kilkanaście. Postanowiłem kierować się dwoma kryteriami. Po pierwsze, rezygnowałem z płyt opisywanych jako greckie, na rzecz kreteńskich, a po drugie szukałem raczej nagrań tradycyjno-korzennych aniżeli popfolkowo-elektronicznych. Przy selekcji opierałem się na tekstach i ilustracjach z okładek. Metoda okazała się dobra, gdyż zakupiona przeze mnie płyta Cretan Songs Giorgisa Kladosa, jest zarówno bardzo tradycyjna, jak też bardzo kreteńska. Klados jest artystą zdecydowanie mniej znanym od Bešlića. Podczas gdy Bośniak obecny jest w kilkunastu wikipediach (nie dotyczy to polskiej, na której dyskryminuje się twórców kultury na rzecz sportowców wszystkich dyscyplin i polityków wszystkich szczebli, na przykład posłów, burmistrzów etc.), a Kreteńczyka nie ma jak na razie w żadnej, nawet w greckiej. Nie jest on jednak muzykiem zupełnie nieznanym. W sklepach internetowych można kupić jego płyty, a w serwisie YouTube wysłuchać jego utwory. O ile zdążyłem się zorientować, twórczość Kladosa, który na omawianej płycie śpiewa i gra na lirze, przy akompaniamencie A. Fragiadakisa na lutni, jest reprezentatywna dla kreteńskiego folkloru muzycznego. Muzyka kreteńska, podobnie zresztą jak bośniacka, ma charakter eklektyczny. Ale eklektyzm eklektyzmowi nierówny. O ile bośniacki folklor muzyczny czerpie głównie ze współczesnego folkloru muzycznego krain ościennych: Chorwacji, Serbii i Bułgarii, a w mniejszym stopniu tych nieco dalszych, o tyle inspiracje muzyki kreteńskiej są dużo bardziej odległe nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Nie wykazuje ona bowiem zbyt wielu podobieństw do muzyki Grecji kontynentalnej, czy innych krajów bałkańskich, a za to niej dostrzec motywy wspólne z folklorem bretońskim, rumuńskim, arabskim, perskim i środkowoazjatyckim, a przedewszystkiem ze średniowieczną muzyką dworską, osobliwie francuską. Te zaskakujące podobieństwa wynikają oczywiście z geograficznego położenia i historycznych losów wyspy. To wszystko można usłyszeć na płycie Giorgisa Kladosa. Mimo że, jak na to jednoznacznie wskazuje jej tytuł, jest to płyta przeznaczona dla turystów, nie prezentuje ona folkloru wygładzonego i uproszczonego, a raczej surowy i wymagający. Na Krecie nie jest to zresztą aż takim wyjątkiem, jak gdzie indziej. Pod względem artystycznym dzieło Kladosa i jego towarzysza jest bez zarzutu. Ogólnie jest to jak dotąd najciekawsza z moich płyt wakacyjnych.

Euro 2012 to nie tylko piłka

euro

Na sporcie znam się słabo, co sukcesywnie udowadniają mi ostatnio komentatorzy mojego bloga, toteż bardzo rzadko o nim piszę. A właściwie to wcale nie piszę o sporcie jako takim, a jedynie o rozmaitych zjawiskach kulturowych sportowi towarzyszących. Za nami Mistrzostwa Europy w piłce nożnej współorganizowane przez nasz kraj. Pisanie o sportowych i organizacyjnych aspektach imprezy pozostawiam tym autorom, którzy się na tym lepiej znają. Ja zaś napiszę o niektórych jej kulturowych kontekstach, zwłaszcza zaś takich, których się zasadniczo nie spodziewano. Mam na myśli eksplozję przejawów patriotyzmu i religijności oraz wpadki niektórych mediów, osobliwie zagranicznych.

 

 

Eksplozja patriotyzmu wyrażała się przedewszystkiem masowym flagowaniem samochodów a w mniejszym stopniu także mieszkań, domów i innych budynków. W zależności od regionu kraju flagi zdobiły od jednej czwartej do połowy wszystkich aut. A były to flagi rozmaitych kształtów i rozmiarów. Pomysłowość producentów tego rodzaju akcesoriów oraz samych właścicieli pojazdów była zaiste imponująca. Flagi ozdabiały szyby, lusterka, dachy, zderzaki, maski, etc., etc., etc. Najczęściej nie były to normatywne flagi państwowe zgodne z ustawowym wzorcem ale proporce zawierające poza elementami flagi także godło państwowe i napis „POLSKA”. Na budynkach z kolei królowały flagopodobne transparenty jednego z browarów. To jednak są mało istotne szczegóły. Ważne jest to, że zarówno dla umieszczających, jak i dla oglądających są to polskie flagi. Z wywieszaniem flag państwowych od wielu lat był w naszym kraju spory kłopot. Za czasów PRLu władza wymagała wieszanie flag na domach w dni świąt komunistycznych. Ludzie wieszali w obawie przed karą, ale jednocześnie nabierali coraz większego obrzydzenia do siłą narzuconego zwyczaju. Wskutek tego obrzydzenia, gdy PRL się skończył, prawie wszyscy Polacy zwyczaj wieszania flag w oknach domów na wiele lat zarzucili. W początkach XXI stulecia w dni świąt narodowych flaga państwowa wisiała w oknach mniej niż jednej setnej polskich mieszkań. Sytuacja zmieniła się po katastrofie smoleńskiej. W czasie tamtej żałoby narodowej flagi pojawiły się na wyjątkowo dużej liczbie budynków, tak mieszkalnych, jak i użytkowych. Wtedy też pojawiło się w zauważalnej skali zjawisko flagowania samochodów. Od tego też czasu flagi są stale łatwo dostępne w handlu. Wcześniej niekiedy trudno je było kupić. I coś się powoli zaczęło zmieniać. Nawet w tych miastach, w których patriotyzm nie jest w modzie, z każdym kolejnym świętem narodowym ilość flag w oknach się zwiększała. Nikt jednak chyba nie przewidział eksplozji flag, która wybuchła na Euro. Wydaje mi się, że przynajmniej częściowo ta nowa moda pozostanie na dłużej. Czy słusznie mi się wydaje, okaże się najpierw w czasie londyńskich igrzysk olimpijskich, a następnie 11 listopada.

 

„Frankfurter Allgemeine Zeitung” opisywał pierwsze dni Mistrzostw Europy jako festiwal rytuałów religijnych. Niemiecka gazeta wymieniała wśród nich żegnanie się Przemysława Tytonia i Mirosława Klosego a także religijne tatuaże Hieronima Boatenga (krzyż i wizerunek Matki Boskiej) oraz Zlatana Ibrahimovića (napis „Only God Can Judge Me”). To wszystko to jednak nic wobec wyczynu włoskiej ekipy trenerskiej, który mnie osobiście bardzo zaimponował, a miał miejsce już po niemieckiej publikacji. Już w dniu przyjazdu do polski selekcjoner Włochów Cezar Prandelli obiecał, że uda się na pielgrzymkę do klasztoru kamedułów na krakowskich Bielanach, jeśli jego drużyna wyjdzie z grupy. Słowa dotrzymał. W nocy z 18 na 19 czerwca dwudziestokilometrową trasę z Wieliczki do bielańskiego eremu odbyła pieszo cała włoska ekipa szkoleniowa, wzbogacona jeszcze o wiceprezesa włoskiej federacji piłkarskiej Demetriusza Albertiniego. Później Włosi pielgrzymowali jeszcze dwukrotnie, po ćwierćfinale i półfinale, tym razem do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach.

 

O ile dwa przedstawione wyżej zjawiska były dla większości obserwatorów całkowitym zaskoczeniem, o tyle trzeciego raczej się spodziewano, ale w nieco innym kształcie niż w rzeczywistości przybrało. To, że media są w większości przypadków nierzetelne, to powszechnie wiadomo. Dziennikarskich wpadek na Euro można się było spodziewać. Spodziewaliśmy się ich jednak przedewszystkiem po mediach krajowych, a nie zagranicznych. A tymczasem media krajowe owszem wpadki miały, ale raczej niewielkie. Megawtopy zaliczyły za to BBC, co było dla wielu sporym zaskoczeniem, bo przez wiele lat słynęła jako swoisty wzorzec rzetelności i media rosyjskie, co dla nikogo zaskoczeniem nie było. Brytyjscy dziennikarze mocno postraszyli brytyjskich kibiców rzekomym rasizmem Polaków i Ukraińców, zaś rosyjscy straszyli z kolei Polaków rzekomymi sowieckimi koszulkami rosyjskich kibiców.

Wszystkie te trzy zjawiska tworzą spójna całość. Wskazują bowiem, że chrześcijańskie wzorce cywilizacyjne w Europie trzymają się mocno, a tylko goniące za sensacją nierzetelne media wmawiają nam, ze jest inaczej.

Uwagi o przyjmowaniu Komunii Świętej na stojąco i na rękę

Moje zdanie na temat przyjmowania przez świeckich Komunii Świętej do rąk jest jednoznaczne i znane. Wyraziłem je kilka lat temu w tekście Śmiertelne dotknięcie. Tekst ten zresztą spowodował między innymi i to, że mojego głównego bloga nie wolno linkować na Forum Diecezji Tarnowskiej. Wszystkie tezy zawarte w tym tekście nadal podtrzymuję. Jestem więc nadal przekonany, że należy się liczyć z ewentualnością, iż dotykanie Najświętszych Postaci nienamaszczonymi rękami jest grzechem śmiertelnym, o ile tylko spełnione są warunki pełnej świadomości i dobrowolności. Kiedy jeszcze byłem młody i głupi zdarzyło mi się raz jeden, podczas pobytu w Niemczech, przyjąć Komunię Świętą na rękę. Dziś poczytuję to sobie za najgorszy grzech jaki popełniłem w czasie swojego dotychczasowego życia. Po części w ramach pokuty za ów czyn angażuję się od czasu do czasu w walkę z tą heretycką i świętokradczą praktyką. Elementem tej walki jest również niniejszy tekst.

Zdecydowana większość przeciwników przyjmowania Komunii Świętej przez wiernych świeckich do rąk krytykuje również przyjmowanie Jej przez nich w postawie stojącej, widząc w tej praktyce milowy krok w drodze do tamtej. Ja zajmuję w tej kwestii stanowisko zasadniczo odmienne. Jako że praktyka przyjmowania Komunii Świętej w postawie stojącej przez ogół wiernych występuje w Kościołach wschodnich, tak katolickich, jak i niezależnych nieprzerwanie od czasów apostolskich aż po dzień dzisiejszy, nie może ona być, moim zdaniem, czymś złym sama w sobie. Jest to sytuacja zgoła odmienna w stosunku do przyjmowania Komunii Świętej przez świeckich do rąk, które co prawda występowało gdzieniegdzie w chrześcijaństwie starożytnym, ale rychło całkowicie zanikło podobnie jak na przykład zwyczaj  namaszczania nagich ciał dorosłych katechumenów przy Chrzcie Świętym, którego to zwyczaju nikt poważny wszak dziś wskrzeszać nie chce. Argument, że Komunia na stojąco prowadzi do Komunii na rękę nie przekonuje mnie i wydaje mi się mocno naciągany. Po pierwsze, w Kościołach wschodnich przez dwa tysiące jakoś do tego nie doprowadziła. Również w obrządku rzymskim można znaleźć podobne przypadki. Znam na przykład parafię, w której proboszcz już kilkanaście lat temu, zaraz po jej objęciu wprowadził Komunię na stojąco, jako jeden z pierwszych w okolicy, w kolejnych zaś latach zaprowadził stałą adorację Najświętszego Sakramentu, dyżurny konfesjonał i regularne odmawianie Koronki do Miłosierdzia Bożego przy krzyżach przydrożnych w każdy piątek o trzeciej po południu. W ostatnich  latach dokonał natomiast dzieła naprawdę wielkiego – odbudował w całej okazałości piękny neogotycki ołtarz, zniszczony po rewolucji liturgicznej. A w tym roku udzielił gościny celebracjom Mszy Trydenckiej. 

Po drugie do Komunii na rękę nie jest potrzebna postawa stojąca. Nie mam tu wcale na myśli neonków, którzy mimo wyraźnych zakazów z Rzymu, komunikują, o zgrozo, na siedząco, ale główny nurt Kościoła, w którym pojawiają się od czasu do czasu pomysły przyjmowania Komunii Świętej do rąk, ale na klęcząco. Taką propozycję przedstawił jakieś dwie dekady temu Jan Turnau na łamach Gazety Wyborczej. Może się wydawać, że to tylko teoretyczna propozycja, której nikt nie realizuje praktycznie, ale tak nie jest. Nie jest to  może zbyt popularne połączenie, ale niekiedy można się z nim zetknąć. Mnie osobiście zetknięcie się z taką praktyką przydarzyło się w pewnej beskidzkiej parafii, w której Nowa Msza odprawiana jest pobożnie i dość tradycyjnie. Komunię Świętą rozdaje się tam na dwa sposoby. W nawie głównej na klęcząco i przy balaskach, a w nawach bocznych na stojąco. Otóż pod koniec kwietnia zdarzyło mi się widzieć tam młodą  kobietę, która przyjmowała komunię w nawie środkowej, a więc w postawie klęczącej, ale jednocześnie do rąk. Oczywiście, mogło się tak zdarzyć, że chciała ją przyjąć na stojąco, ale nie chciała się wyróżniać, gdy wszyscy wokół klęczeli. Jest to jednak bardzo mało prawdopodobne. Możliwość przyjęcia Komunii na stojąco jest tam bowiem widoczna na pierwszy rzut oka. A więc między Komunią na rękę a na stojąco nie ma związku przyczynowo-skutkowego.

Postawę stojącą przy przyjmowaniu Komunii Świętej uważam zasadniczo za dopuszczalną. Jednocześnie jednak jestem głęboko przekonany, że w obrządkach zachodnich powinna być ona raczej wyjątkiem niż regułą, podobnie jak udzielanie wiernym Komunii Świętej pod dwiema postaciami, czy sprawowanie Mszy Świętej w języku ludowym. Nie neguję więc, ani nie krytykuję Komunii na stojąco. Nie oznacza to jednak że podoba mi się jej umasowienie i praktyczna obligatoryjność, z czym mamy do czynienia obecnie w Polsce. Uważam, że Komunia na stojąco powinna być ograniczona do tych wspólnot, gdzie ma ona jakieś uzasadnienie, a więc do oazy, neokatechumenatu, czy grup inspirujących się duchowością chrześcijańskiego wschodu. 

Deus Meus z Gościa Niedzielnego

deus meus

Dwa razy już w tym roku recenzowałem płyty muzyczne dołączone do Gościa Niedzielnego. Raz były to przeboje operowe, a raz barokowe Requiem przeplatane chorałem gregoriańskim. Płyt muzycznych w Gościu nie ma w tym roku za wiele, bo są one przeplatane filmami, programami komputerowymi itd. Ja zaś nie recenzuję tu filmów ani programów, bo od początku miałem zamiar skupić się jedynie na muzyce. Trzecia w tym roku płyta muzyczna pojawiła się dopiero w numerze z 24 czerwca. Tym razem nie było to nic z klasyki, a współczesne piosenki religijne w wykonaniu zespołu Deus Meus. Płyta ta doskonale obrazuje drogę, jaką ów zespół przeszedł. Jako że krążek ma promować najnowszy album formacji zatytułowany „Wniebowianki” zawiera kilka utworów z tegoż i kilka ze starszych płyt. Między jednymi i drugimi widać sporą różnicę, obrazującą ewolucję, jaką przeszedł zespół. Starsze utwory są typowymi ruchackimi piosenkami paraliturgicznymi, nadającymi się raczej do śpiewania razem z zespołem, aniżeli do słuchania, natomiast nowsze to etnojazzowe piosenki, wyraźnie noszące znamię stylu rodziny Pospieszalskich, które z przyjemnością i pożytkiem można sobie słuchać w samotności z przyjemnością i duchowym pożytkiem. Oczywiście, ani jedne, ani drugie nie nadają się do użytku liturgicznego w kulcie katolickim, choć oczywiście w naszych zepsutych czasach są i będą w nim wykorzystane. Teologicznie są w stu procentach poprawne. Dominują w nich teksty z psalmów i innych części Starego Testamentu, co pewnie niektórym tradycyjnym katolikom może się wydać podejrzane. Tradycyjni katolicy bowiem z reguły nie lubią Starego Testamentu. Ja przeciwnie, uwielbiam tę część Pisma Świętego z jej bogactwem alegoryj, które w świetle chrześcijaństwa nabierają pełniejszego blasku. Zresztą w utworach zespołu Deus Meus, w odróżnieniu od neońskiego „Tymoteusza” treścią starotestamentalnym towarzyszą nowotestamentalne, w tym konkretnym przypadku hymnami do Ducha Świętego. Tak więc muzyka ta jest pożyteczna dla katolików, pod warunkiem rozsądnego z niej korzystania.

Nowe Pro Fide Rege et Lege nr 1/2012. Temat numeru: AMERYKAŃSKI NEOKONSERWATYZM

Pro fide

Drodzy Czytelnicy,
serdecznie zapraszamy do zakupu i lektury najnowszego numeru „Pro Fide, Rege et Lege”.

SPIS TREŚCI

Od Redakcji

Temat numeru: Amerykański neokonserwatyzm

Adam Wielomski: Leo Strauss pomiędzy syjonizmem a Nowym Syjonem. Uwaga o filozoficznym źródle amerykańskiego neokonserwatyzmu

Ryszard Skarzyński: Od neokonserwatywnego marzenia do doktryny Busha. Amerykańska wizja jednobiegunowego imperium i jej polskie kopie

Stanisław A. Niewiński: Wizja polityki zagranicznej u neokonserwatystów amerykańskich

Marcin Jendrzejczak: Neokonserwatyzm Michaela Novaka – analiza krytyczna

Ludwik Skurzak: O neokonserwatyzmie w Polsce

Prawo i Politologia

Paweł Bała: Zasady prawa międzynarodowego. Na marginesie teorii stosunków międzynarodowych prof. Ryszarda Skarzyńskiego

Tomasz Szymański: Aborcja – spojrzenie przedlegislacyjne

Tomasz Więcławski: Paradygmat poprawności politycznej, a możliwości artykulacji światopoglądu przez środowiska narodowe w Polsce. Casus „Marszu Niepodległości” 2011

Idee

Joanna Rak: Poszukiwanie remedium na zaznane zło. Konserwatyzm XX wieku w ujęciu Michaela Oakeshotta, Augusta Del Nocego oraz Russella Kirka

Krzysztof Karczewski: Między Evolą a Mao. Wizja państwa w koncepcjach „nazi-maoizmu” końca lat sześćdziesiątych i lat siedemdziesiątych XX w. na przykładzie Claudia Muttiego i Franco Giorgio Fredy

Krystian Chołaszczyński: Ku Klux Klan jako amerykański fanatyzm

Piotr Biegasiewicz: Mirosław Dzielski – perspektywa liberalizmu chrześcijańskiego

Wywiad Arkadiusza Mellera z p. prof. Zbigniewem Mikołejko

Religia

Marcin Karas: Fideizm Ockhama (XIV w.) jako zapowiedź czasów nowożytnych

Mariusz Matuszewski: Z dziejów oporu wobec reform religijnych Henryka VIII (lata 1533 – 1538)

Filozofia

Karolina Ćwik: Przyrodzona wizja szczęścia w ujęciu św. Tomasza z Akwinu

Jakub Wójcik: Problem definicji kontemplacji

Anna Kazimierczak-Kucharska: Brak przypadkowości w poglądach Sokratesa źródłem filozofii Mikołaja Malebranche’a w aspekcie koncepcji Boga

Recenzje

Arkadiusz Ł. Fordoński: Teoria i praktyka polityczna Marka Aureliusza, pod red. K. Marulewskiej, Fundacja Świętego Mikołaja, Warszawa 2010, ss. 216.

Krzysztof Karczewski: Marek Trojanowski, Platon jako Führer. Polityczny platonizm w Niemczech 1918-1945, Edition Organon, Berlin 2006, ss. 237.

Nieudana Industriada w Rudach

Na odbywającą się od trzech lat Industriadę od samego początku patrzyłem okiem bardzo życzliwym. Uważam bowiem imprezę taką, polegającą na prezentacji zabytków techniki Województwa Śląskiego za z jednej strony potrzebną, a z drugiej interesującą. W poprzednich latach to moje życzliwe patrzenie było jednak czysto teoretyczne, gdyż z racji niepasujących mi terminów nie mogłem uczestniczyć w pierwszych dwóch edycjach Industriady. W tym roku termin mi odpowiadał, udałem się więc na imprezę na stacji kolejki wąskotorowej w Rudach i niestety srodze się zawiodłem. Przed wyjazdem sprawdziłem w internecie, że część interesujących mnie atrakcji jest dostępna do 19, a część do 20. Pojechałem więc z całą rodziną do Rud na siedemnastą, kiedy panujący tego dnia upał nieco zelżał. Jednak na miejscu okazało się, że nie ma już zabaw dla dzieci (miały być do dziewiętnastej), ani zwiedzania lokomotywowni z przewodnikiem (miało być do dwudziestej). Można sobie wyobrazić, jak zawiedzione były dzieci. Nadal dostępna była co prawda przejażdżka drezyną po stacji, ale bez jakiejkolwiek opieki, pomocy, czy instruktażu. Były też płatne przejazdy wąskotorówką, ale tylko w jednym, zamiast zapowiadanych dwóch. Najwyraźniej część ekipy obsługującej zrobiła sobie o kilka godzin wcześniej fajrant. Jest to oczywiście wielki brak profesjonalizmu.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij