Radosnych Świąt


 



Narodzenie Twoje, Chryste Boże nasz,

Światłem wiedzy światu wszemu  zabłysło

 Gdy słudzy gwiazd przez gwiazdę pouczeni,

pokłonili się Tobie, Słońcu prawdy,

poznawszy Ciebie, Wschodzie z wysokości:

Panie nasz, Jezu Chryste, chwała Tobie!


Radosnych, pogodnych i głęboko przeżytych Świat
Bożego Narodzenia

życzą

Ela, Artur, Pawełek i
Martusia Rumplowie

Siła i Honor

 

Przynajmniej raz w roku staram się zrecenzować na swoich blogach jakąś płytę z muzyką patriotyczną. Nie zawsze mi się to udaje, bo nie każdego roku trafiam na krążek, który do mnie przemówi. Z różnych względów publikuję te recenzje  najczęściej 13 roku. Dwa z tych względów są dla mnie najważniejsze. Po pierwsze jest to koniec roku, a więc dobry czas na podsumowanie, a po drugie jest to rocznica przez większość społeczeństwa lekceważona. W tym roku chcę zainteresować Szanownych Czytelników najnowszą płytą Pawła Kukiza. „Siła i Honor” to pozycja ze wszach miar warta wspomnienia.  W stacjach radiowych utwory z tego albumu pojawiają się bardzo rzadko, a właściwie pojawia się tylko jeden – „Old punk”. Na podstawie tej jednej piosenki nie sposób wyrobić sobie opinii na temat całego, bardzo zróżnicowanego stylistycznie albumu, piosenka ta bowiem nie jest dla niego reprezentatywna. Album jest zasadniczo etnopunkowy, podobnie jak większość dojrzałej twórczości Kukiza, tak solowej, jak  jak i związanej z zespołem Piersi, jednak kilka znajdujących się na nim utworów trzeba zaliczyć raczej do poezji śpiewanej, niż do etnopunku. Oczywiście mam tu na myśli przedewszystkiem słynną „Obławę” Jacka Kaczmarskiego na motywach Włodzimierza Wysockiego, której Kukiz nadał nową aranżację i oprawę wokalną, moim skromnym zdaniem znacznie lepszą od oryginalnej. Drugim takim utworem jest znany już wcześniej „17 września”.  To jeden z najmocniejszych w polskiej muzyce i poezji utworów o mordzie katyńskim. I tu nasuwa się znów skojarzenie z Kaczmarskim, bo jedyna chyba donioślejsza pieśń poświęcona temu tematowi, właśnie spod pióra i gitary Mistrza Jacka wyszła. Nie sądzę aby Kukiz mógł zostać następcą Kaczmarskiego, na pewno jednak zajmuje jedno z czołowych miejsc w peletonie kandydatów do tego, nieosiągalnego dla któregokolwiek z nich tytułu.

Na tropie Marsupilami

Francusko-belgijski film „Na tropie Marsupilami” wpisuje się w długą tradycję ekranizacyj francuskich komiksów, której najbardziej znanymi przykładami są liczne i różnorodne adaptacje cyklu o przygodach walecznych Galów Asterixa i Obelixa. Podobnie jak inne francuskie komiksy, również cykl o Marsupilami doczekał się najpierw adaptacji animowanej, w postaci serialu „Mój przyjaciel Marsupilami”, a dopiero o wiele później aktorskiej (nie lubię używać w tym kontekście słowa fabularne, wszak znakomita większość filmów animowanych posiada jakąś fabułę, ergo są one na swój sposób fabularne) w postaci tu omawianego filmu. Oryginalny komiks wychodzi od 1952 do dnia dzisiejszego. Jego pierwotnym twórcą był André Franquin, obecnie już niezyjący. Nowsze zeszyty komiksu mają róznych autorów.

Nie bez przyczyny wspomniałem na wstępie o przygodach Asterixa i Obeliksa. Była to wzmianka absolutnie zamierzona. Tak się bowiem składa, że „Na tropie Marsupilami” jest dziełem z grubsza tego samego zespołu, co „Asterix i Kleopatra” i reprezentuje podobny rodzaj humoru. Film zawiera liczne odniesienia do popkultury (Celin Dion) i polityki (wątek latynoskiej dyktatury), zaś najbardziej rozwiniętym nawiązaniem kulturowym jest tu odniesienie do mitu o kamieniu filozoficznym. Jest to nawiązanie nie wprost, bo kamień filozoficzny explicite się w tym filmie nie pojawia, jednak symbolicznie ukazuje się w dwóch inkarnacjach: jako odmładzający storczyk i w tle jako produkty współczesnego przemysłu kosmetxcznego, który symbolizuje pojawiająca się raz po raz reklama fikcyjnego koncernu Loreins, którego nazwa w wymowie bardzo przypomina nazwę pewnego koncernu rzeczywistego. Warto zwrócić uwagę, że nie jest to pierwsze takie ujęcie tematu we współczesnych produkcjach familijnych. Ubiegłoroczne „Smerfy” również eksponowały zderzenie magicznego eliksiru młodości z rzekomo odmładzającymi kosmetykami. Motyw kamienia filozoficznego, motyw tajemniczego, nieznanego zwierzęcia (tytułowego marsupilami) i motym dziwnego proroctwa sytuują akcję filmu w świecie nie tyle nawet baśni, co mitu. Mit ten jednak jest tu potraktowany wyjątkowo niefrasobliwie i niepoważnie. „Na tropie Marsupilami” to nie „Władca pierścieni”, ani nawet „Artur i Minimki”, ale lekka komedia, którą można uznać za parodię mitologii.

Czwarty sezon blogu "Prawdziwe Boże Narodzenie"

Od początku adwentu rusza czwarty sezon blogu Prawdziwe Boże Narodzenie, poświęconego promowaniu religijnego przeżywania świąt. W tym roku będzie on poświęcony polskim pieśniom adwentowym i kolędom. Teksty zaczerpnę z Serwisu Bożonarodzeniowego Dzieła Świętej Królowej Jadwigi i forum Śpiewnik.katolicy.net, a nagrania z YouTube.

Wspomnienie o Krzysztofie Jędrzejce

kj

Cykl moich tekstów poświęconych wspomnieniom o ludziach kultury, choć niestary, ma już swoje tradycje. Jedną z nich jest to, ze corocznie przynajmniej jeden wpis poświęcam osobie duchownej, i temu już latoś uczyniłem zadość, a druga, ze corocznie wspominam przynajmniej jedną osobę, która osobiście poznałem i to właśnie chcę uczynić dzisiaj. 
Profesor Krzysztof Jędrzejko uczył mnie botaniki na farmacji. Był jednak nie tylko botanikiem, ale tez poetą. na wiedzę o roślinach patrzył w szerokim, także kulturowym kontekście. Dlatego też mogę śmiało powiedzieć, ze miał niemały wpływ również na moją drogę twórczą.Warto o nim pamiętać.

Wspomnienie o Przemysławie Gintrowskim

gintrowski

 

Jak większość Polaków, Przemysława Gintrowskiego kojarzę głównie z towarzyszenia archipoecie Jackowi Kaczmarskiemu. Po śmierci Mistrza umieszczałem go w gronie kandydatów do Jego zastąpienia. Po jakimś czasie doszedłem jednak do wniosku, że nie ma i długo nie będzie w Polsce barda, który mógłby wypełnić lukę po Kaczmarskim. Mogą to uczynić tylko wszyscy polscy bardowie razem wzięci, a i tak chyba nie do końca. Będzie im zresztą coraz trudniej, bo sami się wykruszają po trosze. W październiku odszedł jeden z największych – Przemysław Gintrowski. Dlaczego nie udało mu się osiągnąć pozycji i sławy Kaczmarskiego? Przecież był lepszym od niego kompozytorem i gitarzystą. Ano dlatego chyba, że Wielki Bard nie musi być wielkim kompozytorem i gitarzystą. Edward Stachura był fatalnym kompozytorem i gitarzystą, a uzyskał sławę nieśmiertelną. Przemysław Gintrowski właściwie nie zaistniał jako poeta. Umuzyczniał, grał i śpiewał przedewszystkim wiersze cudze. Kaczmarski zaś śpiewał prawie wyłącznie swoje teksty, a pisał prawie wyłącznie dla siebie. Gintrowski zaś był przedewszystkiem kompozytorem i pisanie muzyki dla różnych wykonawców było zasadniczą składową jego twórczości. Do tego jeszcze Kaczmarskiemu pomogła emigracja, podobnie jak wcześniej Mickiewiczowi, Słowackiemu i Miłoszowi. W okupowanym kraju nie można było pisać swobodnie, a brak swobody twórczej nie sprzyja poetom. Jak zaznaczyłem wyżej, Przemysław Gintrowski zaistniał nie tylko jako towarzysz Kaczmarskiego, ale przedewszystkiem kompozytor. I to jego wcielenie również ma obszerne miejsce w mojej pamięći. W latach XC oglądałem w TV audycje z jego piosenkami, wykonywanymi przez różnych wykonawców. Zapamietałem jedna z nich:

Coś ty zrobiła, siostro, coś Ty zrobiła!
Oni teraz tu przyjdą po ciebie!
Ktoś musział Cię zobaczyć, kiedy tam byłaś,
Ktoś widział, jak zwłoki w ziemi grzebiesz.

Przyjdą cię zabrać, siostro, oni cię stracą;
Wiem, że nigdy nie wybaczą tobie,
Choć nie wiem, czemu brata nazwali zdrajcą.
Wszak to nie są sprawy dla nas, kobiet.

Ty rozkaz bogów pragnęłaś wykonać,
Ale bogowie są przecież wysoko.
Któż ujmie się za tobą, Antygono,
Gdy Cię strażnicy do lochu powloką?!

Zakaz króla był, a nam słuchać trzeba;
Nikt Polinejka i tak nie przebudzi.
Mnie wszystko jedno, kto dziś rządzi w Tebach.
Nic się nie zmieni w losach zwykłych ludzi.

Nasza matka śmierć sobie zadała,
Własne dłonie ojcu wzrok wydarły,
Obu braci okrutna wojna zabrała
I tobie pilno do krainy zmarłych.

A ja tu będę żyła, siostro, bo przecież
Ktoś musi przeżyć z naszego rodu,
Kto dzieci na świat wyda, umrze zwykłą śmiercią
I o kim poeci nie ułożą rapsodu.

Słowa Jerzy Czech. Niesttety, nie znalazłem w sieci nagrania. Nie wiem też, kto to śpiewał.

Marsz Niepodległości

mn

Od dwóch lat w przededniu Marszu Niepodległości poświęcam parę słów tej imprezie. W poprzednich dwóch latach jednoznacznie ją popierałem i popieram ją nadal.  Uważam jednak, że w roku bieżącym patrioci przebywający tego dnia w Warszawie mogą z czystym sumieniem wybierać pomiędzy dwoma marszami- narodowym i prezydenckim. Mój stosunek do obecnego prezydenta wyjaśniałem już w kilku tekstach, ale tym, którzy ich nie czytali, przypomnę w paru słowach, że mam duży dystans do osoby i równie duży szacunek dla urzędu. Co zaś się tyczy samej inicjatywy marszu, to Bronisławowi Komorowskiego należy się za nią uznanie, osobliwie za to, że czci on obydwu ojców polskiej niepodległości. Oczywiście, nie czyni to Czerwonego Hrabiego postacią kryształową, ale wśród liderów konkurencyjnego marszu znaleźć można postacie dalece niekryształowe. Na takim na ten przykład Kobylańskim całkiem niebłahe ciążą grawamina. Jeżeli o mnie chodzi, to gdybym był warszawiakiem, w latach poprzednich szedłbym z narodowcami, ale w tym roku z prezydentem. Z innych kwestyj, cieszy fakt, że lewacy tym razem nie sprowadzili z zagranicy terrorystycznych bojówek i zapowiedzieli łagodniejsze niż w zeszłych latach formy demonstrowania swoich chorych przekonań i zboczeń. Czy dotrzymają słowa? Pożywiom, uwidim, jak mawiają starzy górale. Na koniec jeszcze chciałem jeszcze przypomnieć o równie ważnym, jeśli nawet nie ważniejszym od demonstracyj, muzycznym świętowaniu Dnia Niepodległości.

Wspomnienie o o. Jacku Bolewskim SJ

Bolewski

Jak, co roku, w moim cyklu wspomnieniowym nie może zabraknąć duchownych, religia jest wszak fundamentem kultury. Natomiast to, że chcę napisać akurat o ojcu Bolewskim, może niektórych moich czytelników dziwić. Obecnie bowiem reprezentuję zupełnie inny nurt katolicyzmu niż ten duchowny. Był jednak taki czas, gdy poszukiwałem na swojej duchowej ścieżce inspiracji z różnych źródeł, nie tylko katolickich i nie tylko chrześcijańskich. Nie wypieram się tego, ani tego nie odrzucam. To przecież tez mnie zbudowało i ukształtowało takim, jakim jestem. Dlatego też w zeszłym roku napisałem o o. Janie Berezie OSB, a teraz piszę o o. Jacku Bolewskim SJ.

 

W czasie moich fascynacji Wschodem szukałem takich księży, zwłaszcza publikujących, którzy włączali do katolicyzmu różne elementy religii azjatyckich. Zaczytywałem się więc w książkach Antoniego de Mello SJ, Karola Vallesa SJ, Tomasza Mertona OCSO, Bedy Griffithsa OSB Cam, a z Polaków właśnie Jacka Bolewskiego SJ. W tym czasie były dość popularne dwie jego prace : Prosta praktyka medytacji i Nic jak Bóg. Z obydwu wiele skorzystałem. Prosta praktyka pomogła mi znacząco w nauczeniu się Modlitwy Jezusowej, którą zreszta zacząłem praktykować pod wpływem Antoniego de Mello i która do dziś jest moja podstawową modlitwą. Natomiast Nic jak Bóg nauczyła mnie wielu różnych rzeczy, z których dwie są warte wspomnienia, bo własnie dzięki nim uważam, że życie i twórczość ojca Jacka są godne dobrej pamięci.

Po pierwsze, w tej książce polski jezuita stawia wyraźne granice dopusztalnych inspiracji pozachrześcijańskich, jednoznacznie stwierdzając, że tylko w Jezusie Chrystusie jest zbawienie człowieka. To było wtedy dla mnie bardzo ważne i uchroniło mnie przed popadnięciem w synkretyzm. Po drugie, tą książka Bolewski nauczył mnie szukania inspiracji duchowej w dziełach kultury, w literaturze, plastyce, kinematografii i z tej nauki korzystam do dziś. Nic jak Bóg jest pozycją, którą spokojnie moge polecić każdemu zainteresowanemu duchowoscią kultury.

Wspomnienie o Kazimierzu Żygulskim

żygulski

Jeden z poprzednich moich cykli wspomnieniowych otwierał tekst o Klaudiuszu Lévi-Straussie, który z różnych względów stał się ikoną antropologii kulturowej. Daleki jestem od strukturalizmu, ale jego wpływu na moja dyscyplinę nie mogę lekceważyć. Dziś kolejny cykl chcę otworzyć wzmianką o polskim uczonym, którego nie sposób nie przyrównywać do CLS.

 

Zmarły w lutym bieżącego roku socjolog kul;tury Kazimierz Żygulski nie był może powszechnie znany, nawet w skali kraju, ale wszechstronność jego dokonań powoduje, że trzeba o nim wspominać, bo jest ona naprawdę wyjątkowa. W ciągu 92 lat swego życia nie tylko przeprowadził znaczące badania, napisał wiele książek, w tym kilka naprawdę istotnych i wychował kolejne pokolenia naukowców, ale także założył prywatną uczelnię oraz akademicką telewizję i był przez pewien czas ministrem kultury.

Z książek moim zdaniem najbardziej znacząca jest praca Święto i kultura, która jeszcze zapewne przez wiele lat będzie dobrze służyła nie tylko socjologom, ale też antropologom kulturowym, kulturoznawcom, publicystom i pasjonatom. Spośród pozostałych dokonań na szczególną uwagę zasługuje telewizja EDUSAT, która należy do moich ulubionych stacyj telewizyjnych, a która pozwala każdemu widzowi wysłuchać we własnym domu akademickich wykładów z różnych dziedzin. Dla mnie zresztą najbardziej interesującymi punktami jej programu były wykłady samego profesora Żygulskiego, który pozostawał aktywny do ostatnich lat życia.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij