Pray for Paris

paris

Zadziwiającym i przerażającym jest, jaka okropna fala nienawiści spada na spontaniczną internetową akcję modlitewną „Pray for Paris”. A przecież modlitwa jest tą rzeczą, której teraz, po okrutnym saraceńskim ataku, to zbolałe miasto najbardziej potrzebuje. Paradoksalnie, fala jadowitego hejtu jest jednym z najlepszych dowodów na słuszność tej modlitewnej akcji. A więc módlmy się za Paryż, bo to najlepsze, co w tej chwili zrobić możemy.

Przypadek księdza Charamsy

 

Ksiądz Krzysztof Charamsa w sposób niezwykle gwałtowny z osoby zupełnie nieznanej stał się bohaterem mediów całego świata w większości negatywnym. Publiczne mężołożnictwo kapłana katolickiego jest oczywiście wielkim skandalem i zjawiskiem godnym surowego potępienia. Moim jednak zdaniem sedno problemu leży gdzie indziej. Głównym grzechem tego kapłana jest nie nieczystość a pycha. Zaszokowało mnie jego twierdzenie, że wskutek grzechu stał się lepszym kapłanem oraz przekonanie, że jego wystąpienie jest kamieniem milowym w dziejach Kościoła, podczas gdy w rzeczywistości wydarzenie to jest niewiele znaczącym epizodem, o którym za dziesięć lat mało kto będzie pamiętał. Nie na darmo w spisie grzechów głównych to pycha jest na pierwszym miejscu. Pychą wszak zgrzeszył i sam Szatan.

Resurrexit

 

Resurrexit

Χριστός ανέστη εκ νεκρών,

θανάτω θάνατον πατήσας,

και τοις εν τοις μνήμασι,

ζω ήν χαρισάμενος!

 

Chrystus zmartwychpowstał

Śmiercią śmierć pokonał

Tym, którzy w grobach leżą

Żywot wieczny darował

Alleluja

Radosnych Świąt Wielkanocnych

życzą

Ela, Artur, Pawełek i Martusia Rumplowie

Humanistyka z marketowego koszyka – "Mapa i terytorium" Michela Houellebecqa

Nieraz już wzmiankowałem, że uważam, nie będąc zresztą w tym sądzie odosobnionym, że literatura piękna jest nie tylko przedmiotem badań humanistyki w ogólności, a antropologii kulturowej w szczególności, ale także jest sama sui generis antropologią kultury, należy więc do arsenału humanistyki. Dzieła literatury pięknej jednocześnie są składnikiem kultury i opisem kultury. Słusznie więc mają swoje miejsce w cyklu „Humanistyka z marketowego koszyka”. Oczywiście dzieła literackie spełniają się w roli opisu kultury w różnym stopniu i z różnym powodzeniem. Szczególną rolę jako swego rodzaju prace antropologiczne odgrywają powieści mocno nasycone eseistycznymi dygresjami. Do takich właśnie utworów literackich należy „Mapa i terytorium” Michela Houellebecqa, którą ostatnim czasem nabyłem w Realu za sumę trzech polskich złotych. Akcja powieści sprowadza się do życiorysu fikcyjnego francuskiego artysty Jeda Martina. Jest ona prowadzona gładko, obfituje w ciekawe momenty i sprawia, że książkę dobrze się czyta. Toczy się we Francji i epizodycznie w Szwajcarii, w pierwszej połowie XXI stulecia. Właśnie tak, a nie jednym tylko słówkiem „współcześnie” trzeba określić czas akcji. Współcześnie to akcja się zaczyna (z pewnymi nawrotami ku przeszłości) a potem toczy się jeszcze przez lat kilkadziesiąt. Nie jest to jednak science fiction. Przyszłość jest tu bardzo podobna do teraźniejszości. Nie na tem jednak chciałem się skupić. Fabuła sama w sobie czyni tę książkę wartą przeczytania, trzeba jednak pamiętać, że stanowi ona jedynie pierwszy, najbardziej zewnętrzny jej krąg znaczeniowy. Przewodnią myślą tej książki, a zarazem jej drugim kręgiem znaczeniowym jest koncepcja głębokiego osamotnienia artysty, a w szczególności artysty genialnego, takim zaś jest Jed Martin. Człek ów nawiązuje co prawda relacje seksualne z kobietami, ale nie potrafi tworzyć z nimi trwałych związków, a nie ma przyjaciół, a relacje z ojcem ma trudne, mimo dobrej woli obydwu stron. To oczywiście nie pierwsza na świecie powieść opisująca podobne zjawisko. Zblíżony opis, dotyczący Paula Gaguina, można znaleźć w „Raju tuż za rogiem” Maria Vargasa Llosy. O ile jednak Vargas, opisując postać historyczną, musiał się trzymać faktów, to Houellebecq mógł sobie pozwolić na daleko idące przerysowania. Najgłębszym kręgiem omawianej ksiąźki są rozważania na temat roli w kulturze i życiu współczesnego i powspółczesnego człowieka dwóch freudowskich czynników: Erosa i Tanatosa. Rozważania te są prowadzone w dosyć drastyczny sposób, na przykład poprzez porównywanie funkcjonowania burdelu i zakładu eutanazyjnego. Te dwa wątki eseistyczne są niewątpliwie bardzo interesujące dla badaczy kultury i są ważnym głosem w dyskusji o niej. Są zresztą w tej książce jeszcze i inne antropologiczne wątki i motywy, ale te dwa uznałem za najważniejsze i w konsekwencji najbardziej warte zaprezentowania czytelnikom. Oczywiście ktoś inny, czytając tę książkę, może inne rzeczy silniej odebrać i w konsekwencji zupełnie inną recenzję napisać.

Humanistyka z marketowego koszyka – Jarosław Iwaszkiewicz "Książka moich wspomnień"

 

Pisząc swój cykl „Humanistyka z marketowego koszyka” zarówno humanistykę, jak i marketowy koszyk traktowałem i traktuję bardzo szeroko. Omawiam więc tu nie tylko literaturę naukową i popularnonaukową, ale także eseistykę a nawet beletrystykę, wygrzebaną nie tylko w tytułowych hipermarketowych koszach z tanią książką, ale też w innych kanałach wyprzedażowych, takich jak na przykład dodatki książkowe do różnego rodzaju czasopism. I właśnie jako dodatek do jakiegoś niezbyt ambitnego kobiecego pisemka, którego tytuł z litości pominę, wypełnionego naiwnymi, zmyślonymi opowiastkami udającymi historie prawdziwe, nabyłem autobiografię Jarosława Iwaszkiewicza zatytułowaną „Książka moich wspomnień”. Nie wiedzieć czemu, książka ta została włączona do serii poświęconej literaturze kobiecej. Pan Bóg jeden raczy wiedzieć co też szczególnie kobiecego jest w autobiografii jednego z największych polskich pisarzy ubiegłego stulecia, który wszak ponad wszelką wątpliwość był mężczyzną. Podczas lektury nieodparcie nasuwają się skojarzenia z omówioną już w niniejszej serii tekstów „Rodzinną Europą” Czesława Miłosza. Oczywiście są to pod pewnymi względami bardzo różne książki. O ile bowiem Miłosz napisał w istocie zbiór esejów ubrany jedynie w formę autobiografii, to Iwaszkiewicz popełnił autobiografię typową, o wręcz pamiętnikarskim charakterze. Dzieło Miłosza ma konsekwentnie programowy charakter, przemyślany aż do najdrobniejszego szczegółu, zaś wspomnienia skamandryty mają cechy swobodnego przepływu strumienia świadomości. Są jednak mimo wszystko między tymi książkami liczne podobieństwa, przedewszystkiem dlatego, że życiorysy obydwu literatów są w wielu punktach zbieżne. Obydwaj pochodzili z Kresów (Miłosz z Litwy, Iwaszkiewicz z Ukrainy), obydwaj studiowali prawo, obydwaj w okresie międzywojennym pracowali w instytucjach państwowych (Miłosz w Polskim Radiu, a Iwaszkiewicz w Ministerstwie Spraw Zagranicznych), obydwaj doskonale znali język rosyjski i dla obydwu duże znaczenie miała Francja. Kolejne podobieństwo tych książek to ich ramy czasowe. Obydwie obejmują okres pierwszej połowy dwudziestego stulecia ze szczególnym uwzględnieniem dwudziestolecia międzywojennego. Inny jest na pewno sposób pisania i to nie tylko w kwestii nasycenia tekstu dygresjami eseistycznymi, ale także w sposobie opisywania występujących w nim postaci. Miłosz metodycznie chronił prywatność wzmiankowanych przez siebie osób niepublicznych unikając wymieniania ich imion i nazwisk, Iwaszkiewicz zaś zupełnie się tym nie przejmował, sypiąc nazwiskami na lewo i prawo. A trzeba przyznać, że opowiadać tak o sobie, jak też o innych ludziach. Książka jest tedy skarbnicą wiedzy nie tylko o samym Iwaszkiewiczu, ale także o pozostałych skamandrytach (zwłaszcza Lechoniu i , nadto o Jerzym Liebercie, Karolu Szymanowskim i wielu mniej słynnych ludziach a w końcu też i o świecie polskiej szlachty na wschodniej Ukrainie, który to świat ostatecznie przestał istnieć w drugiej dekadzie ubiegłego stulecia.

Błędne rady językowe na forach internetowych

Na forach dyskusyjnych, oprócz właściwych głosów dyskusyjnych znajduje się mnóstwo wypowiedzi zarzucających interlokutorom błędy językowe: ortograficzne, gramatyczne, leksykalne i inne. Rzecz znamienna, nie wszystkie te wypowiedzi są prawidłowe. Nierzadko zdarzają się i takie, które krytykują formę prawidłową, a promują błędną. Kilka przykładów takich kuriozów, wraz z namiarami przytoczę poniżej.

 

Falcon Heene odnaleziony. 6-latka nie było w ba…

   vomitorium1 16.10.09, 01:13 Odpowiedz

a tak w ramach „pracy od podstaw”
to balonem sie nie lata (czy leci)
tylko „jedzie”

 

panie ‚tan’

   kaworu_nagisa 28.10.09, 08:52 Odpowiedz

karoushi, karōshi a nie karoszi

 

Wpadka „Polityki”, czyli studenci podpisali por…

   njap 24.10.09, 23:00 Odpowiedz

Hmmm… rzeczywiście – mało prawdopodobne, żeby ktoś, kto nie siedzi w temacie
to wychwycił. Chociaż autor wydaje się mało wiarygodny, bo jak traktować
kogoś, kto nie potrafi poprawnie po polsku napisać i odmienić nazwy stolicy
kraju europejskiego?
Stolicą Armenii jest Erewań. W tym Erewaniu. Tak mnie
przynajmniej uczono, jeśli się mylę – proszę pisać.
Może chodziło o oryginalną wersję, ale forma „wobec Erewanu” po prostu
zgrzyta… Równie dobrze można by napisać – jadę do Londona…

 

Re: Zgadzam się z przdmówcą i dodam…

Autor: Gość: billy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl   24.09.09, 07:55

Dodaj do ulubionych Skasujcie

Odpowiedz

ludkowie z flamandii to FLAMANOWIE.
więc o tej kobitce można pisac FLAMANKA.

 

Naprawdę nie wiem, co pcha do udzielania rad, ludzi o tak małej wiedzy. Nie ma oczywiście czegoś takiego jak Flamandia. Mieszkańcy Flandrii zaś, bo tak się ta kraina nazywa naprawdę to oczywiście Flamandowie. Prawidłowa polska nazwa stolicy Armenii to Erywań. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w języku polskim balonem się lata/leci, a nie jedzie/jeździ. Karoszi zaś to jak najbardziej prawidłowa polonizacja japońskiego słowa.

 

Jakie więc są przyczyny pojawiania się takich błędnych rad? Najczęściej są to kalki językowe. Karoushi i jeżdżenie balonem to kalki z angielskiego, Erewań z rosyjskiego, a Flamanowie prawdopodobnie z niemieckiego. Flamandia to zapewne wymysł niedouczonego autora wpisu. Dodać należy, że krytykowana przez jednego z wymienionych komentatorów wersja Erewan również jest błędna i jest kalką z angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego.

 

 

Nie jestem wrogiem zapożyczeń, natomiast zawsze będę się sprzeciwiał kalkom. Szczególnie drażni mnie bardzo rozpowszechniona maniera zapisywania nazw własnych i słów zapożyczonych z języków nie używających alfabetu łacińskiego za pomocą transkrypcji za pośrednictwem języka angielskiego. Słowa takie należy bezwzględnie transkrybować bezpośrednio na polski. W przypadku języków ormiańskiego i gruzińskiego można ewentualnie, ze względów historycznych, dopuścić pośrednictwo rosyjskiego.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij