Śmierć frajerom

Tą książką, która pomogła mi przebrnąć przez pierwsze rozdziały twardochowego „Króla” była „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego. Podobnie jak tam, również i tutaj rzecz się dzieje w warszawskim środowisku skupionym wokół działaczy PPS i różnych przestępców. Akcja dzieje się nieco wcześniej, bo w pierwszej ćwierci XX stulecia. Jest tu obecny też przestępczy gwiazdor, z tym że nie Tasiemka, a Szpicbródka. Nie ma natomiast metafizyki. Jest to typowa powieść łotrzykowska. Co natomiast tu jest, czego nie ma u Twardocha, to nachalna sanacyjna propaganda. Wszyscy poza piłsudczykami są tu źli: endecy, komuniści, Niemcy, Rosjanie… Szczególnie razi w nazbyt czarnych barwach odmalowanie rządów Rosjan i Niemców w Warszawie. Razi też nadgorliwe, posunięte do śmieszności, tłumaczenie wtrętów obcojęzycznych. Bo czy można uzasadnić gwiazdkę przy wulgarnym rosyjskim przekleństwie, prowadzącą do przypisu o treści „wulgarne rosyjskie przekleństwo”? Ogólnie więc jest to książka gdzieś o dwa poziomy niżej od „Króla”. Wielką literaturą nie jest, ale na czytadło do pociągu nadaje się doskonale. Znacznie lepiej niż większość współczesnych polskich kryminałów.

 

Król

 

Do „Króla” Szczepana Twardocha zabierałem się długo. Dostałem tę książkę w kwietniu, skończyłem zaś ją czytać w sierpniu. Jakoś nie umiałem przebrnąć przez te warszawsko-przestępcze klimaty, które dominują w pierwszych rozdziałach. Przebiłem się przez nie dopiero wtedy, gdy w międzyczasie przeczytałem inną książkę w takichże waporach się kręcącą. No i dobrze że przebrnąłem. Te pierwsze rozdziały może dlatego były dla mnie trudne, a może raczej nudne, że w niczym nie przypominały „Morfiny” i „Dracha”. Myślałem sobie: „co to, Twardoch się na kryminały przerzucił, bo taka teraz moda?” Na szczęście się nie przerzucił. Od połowy książka staje się typowo twardochowa. I dobrze. Bo taka literatura jest nam potrzebna. Takiej literatury brakuje. Mrocznej, niepokojącej, wywołującej witkacowski wstrząs metafizyczny. Nie rozumiem jedynie, dlaczego autor zaczął tłumaczyć wtręty obcojęzyczne? Wcześniej tego nie robił i stanowiło to ważny element jego stylu. Bo Twardoch tym się między innymi wyróżnia wśród polskich pisarzy, że ma swój niepowtarzalny styl. Nie powinien go więc osłabiać. Bo gdy sól utraci swój smak, czym ją posolicie? Jeżeli trzeba by dać wspólny mianownik tym trzem powieściom, to są to książki o obłędzie. Jest więc Twardoch genialnym biografem obłędu . Polskiego obłędu głównie, choć głównymi bohaterami jego książek nie są klasyczni Polacy, a raczej Ślązacy, czy Żydzi, częściowo jedynie w polskość zanurzeni. Ale z pogranicza kulturowego widać lepiej.

Historia używek

Od ładnych kilku lat etnobotanika, czyli nauka o wykorzystywaniu roślin przez społeczności ludzkie jest jednym z głównych pól moich dociekań antropologicznych. Nic więc dziwnego nie ma w tym, że gdy w marketowym koszu z książkami wypatrzę jakąś pozycję, choćby luźno związaną z tą tematyką, kupuję ją i czytam. Tak było też z „Historią używek” Jarosława Molendy, wydaną przez Bellonę. To ciekawa książka i wata przeczytania, sporo się z niej dowiedziałem. Zmusiła mnie jednak do zweryfikowania mojego poglądu na kwestię dużo szerszą niż etnobotanika. Dotąd bowiem utrzymywałem, że w humanistyce praca naukowa od eseju różni się tym, że posiada przypisy. Otóż książka Molendy posiada przypisy, a pracą naukową nie jest. Mam zresztą spore wątpliwości co do do tego, czy po usunięciu przypisów byłaby esejem. Jest to, wbrew pozorom przede wszystkim książka podróżnicza, po prostu taki jest jej styl. Na pracę naukową jest zbyt chaotyczna i zbyt mało systematyczna. W wywodzie są luki i długie wtręty nie na temat. Ale nie psuje to tej książki. Psułoby jedynie, gdyby miała być pracą naukową. A nie jest.

Rozwydrzona bezbożnica

 

Ostatnimi czasy lubię czytać biografie. Nie aż w takim stopniu, aby stanowiły większość moich lektur, ale przynajmniej kilka takich rocznie czytuję, a jeśli doliczyć powieści biograficzne i pseudobiograficzne, to i kilkanaście. Ostatnio zaliczoną przeze mnie biografią jest praca Iwony Kienzler „Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica”. Wydane przez Bellonę, więc tytuł tabloidowy, do tego już przywykłem. Książka jednak, co zresztą jest normą u tej autorki, solidna i godna polecenia. Przedstawia dużo faktów, skupiając się na życiu osobistym autorki „Roty”. Może być ciekawym przyczynkiem do rozwijającej się dyskusji na temat zmiany polskiego hymnu narodowego. Niektórzy wszak chcą „Rotą” właśnie zastąpić Mazurka Dąbrowskiego. A że są to środowiska skore go grzebania w biografiach, można się pokusić o stwierdzenie, że z życiorysem Konopnickiej się nie zapoznali. A warto to uczynić. Choćby za pomocą omawianej książki.

Atlas Drzew i Krzewów

atlas

 

W środę 9 sierpnia i w czwartek 10 sierpnia z „Wyborczą” można było kupić Atlas Drzew i Krzewów. W tych dwóch poręcznych tomikach opisano sto kilkadziesiąt gatunków roślin, czyli prawie wszystkie dziko rosnące oraz znaczną część dziczejących i powszechnie uprawianych. Niewątpliwie jest to pozycja potrzebna, bo większość dotychczas obecnych na rynku atlasów roślin po macoszemu traktowała drzewa i krzewy, skupiając się na roślinach zielnych. Nie ustrzeżono się jednak poważnych błędów. Agrest (Ribes uva crispa) oraz Porzeczkę pospolitą (Ribes rubrum) zaliczono błędnie do różowatych (Rosaceae) zamiast do agrestowatych (Grossulariaceae). Co dziwne, Porzeczkę czarną (Ribes nigrum) zaszeregowano prawidłowo. Warto zauważyć, że te dwie rodziny należą do różnych rzędów, jest więc to gruba pomyłka, a nie przyjęcie odmiennego systemu klasyfikacyjnego. Drugi błąd jest mniejszy. Otóż nazwa rodziny Eleagnaceae tłumaczona jest raz jako oliwnikowate (przy oliwniku), raz zaś jako rokitnikowate (przy rokitniku). Każda z tych dwóch nazw jest dopuszczalna, gdyż istnieją różne systemy klasyfikacyjne, ale należy zachować konsekwencję.

Skansen w Bolaticach koło Opawy

Bolatice

Jak zapewne wiecie, często piszę o skansenach. Lubię skanseny, zaraziłem tą pasją moje dzieci. Niestety, polskie skansenyc często (najczęściej nie zawsze) tkwią jeszcze w minionej epoce i są nieco skostniałe. Np. brakuje w nich imprez, warsztatów, żywego rzemiosła i folkloru, ale to na szczęście również się zmienia. Na szczęście, bo dobry skansen powinien przyciągać widzów, również młodych, w tym dzieci. Aby to osiągnąć, musi stać się parkiem nie tylko wiedzy, ale i rozrywki. To już się dzieje, więc o ten aspekt możemy być spokojni. Natomiast inny problem nie zniknie sam, a raczej będzie narastał. Polskie skanseny w większości zatrymały sie na wieku XIX i ignorują XX. Nie ma w nich traktorów, kombajnów, ani młockarni, a powinny być. Dlatego jako wzór przedstawiam maleńkin skansenik z czeskiego Śląska. Jest maleńki, więc ma skromne możliwości. Ale XX wiek jest w nim obecny. I tak powinno być. 

Zdjęcia ze skansenu: 

http://fotoforum.gazeta.pl/a/80022.html?utm_sourc=e-mail&utm_medium=poleć_znajomemu

Zawłaszczone symbole chrześcijańskie

 

Kościół w ciągu dwóch tysięcy lat swego istnienia wypracował całe mnóstwo symboli odnoszących się do wiary, doktryny, moralności i historii zbawienia. Symbolami chrześcijańskimi są zarówno słowa, zwłaszcza zaś ich zapis graficzny, jak rozmaite znaki graficzne, od znaku Krzyża świętego oczywiście poczynając. Symbolami są również niezliczone wizerunki roślin, zwierząt i różnych przedmiotów, którym Tradycja kościelna przypisuje, oprócz ich znaczenia zwykłego, również dodatkowe znaczenie religijne. Wśród tej ogromnej liczby symboli odnoszących się do naszej Wiary, są niestety i takie, które przejęli wrogowie Kościoła i nadali im nowe, często przeciwne w stosunku do pierwotnego znaczenie. Często niestety te nowe znaczenia są szerzej znane i łatwiej rozpoznawane w świadomości społecznej, niż pierwotne. W konsekwencji większość katolików zaprzestaje używania danego symbolu, aby uniknąć skojarzeń z owymi antychrześcijańskimi ideologiami, co dzieje się najczęściej ze szkodą dla integralności życia religijnego. O kilku takich symbolach chciałbym napisać.

 

Najbardziej znanym symbolem chrześcijańskim, przejętym przez wrogów Kościoła jest Krzyż Świętego Piotra. Jest to odwrócony krzyż łaciński, czyli mający jedno ramię dłuższe od trzech pozostałych. W krzyżu łacińskim to dłuższe ramię skierowane jest ku dołowi, a w Krzyżu Świętego Piotra ku górze. Wedle tradycji na takim właśnie krzyżu miał zginąć Święty Piotr, który uprosił oprawców, aby go powiesili do góry nogami. Co prawda w rzeczywistości jest bardzo mało prawdopodobne, aby oprawcy dokonywali żmudnej operacji obracania ciężkiego krzyża dla zadośćuczynienia prośbie skazańca. Święty Piotr raczej dokonał żywota na normalnym krzyżu, jedynie wisząc na nim do góry nogami. Nie podważa to jednak egzystencji odwróconego krzyża jako atrybutu Świętego Piotra, tak jak egzystencji Pelikana jako symbolu Chrystusa nie podważa fakt, że prawdziwe pelikany, wbrew legendzie, nie poją swoich młodych własną krwią. Święty Piotr był zaś w sztukach plastycznych regularnie ukazywany bądź to na odwróconym krzyżu, bądź też z odwróconym krzyżem w ręku. Taką rzeźbę można zobaczyć w bocznym ołtarzu kościoła klasztornego przy opactwie benedyktynów w Lubiniu. Odwrócony krzyż zdobi też grób apostoła na Watykanie. Niestety, w wieku dwudziestym znaku odwróconego krzyża zaczęły używać liczne grupy czcicieli Szatana, dlatego obecnie kojarzony jest prawie wyłącznie z satanizmem, nie zaś z osobą pierwszego Papieża. W sztuce katolickiej symbol ten praktycznie wyszedł z użycia, spotykany jest we współczesnych jej wytworach jedynie sporadycznie, a każde jego użycie budzi spore kontrowersje. Takie właśnie kontrowersje, wynikające ze słabej znajomości symboliki chrześcijańskiej u wypowiadających się osób, pojawiły się, gdy papież Jan Paweł II, w czasie jednej ze swych pielgrzymek, celebrował Najświętszą Ofiarę z tronu ozdobionego Krzyżem Świętego Piotra. Stał się on z tego powodu celem ataków skrajnych środowisk fundamentalistycznych w protestantyzmie i prawosławiu, a także skrajnych tradycjonalistów katolickich. Pojawiły się nawet niedorzeczne bujdy o satanistycznej infiltracji Watykanu. Jak już nadmieniłem, kontrowersje te wynikały z braku wiedzy, gdyż Krzyż Świętego Piotra jest jak najbardziej na miejscu na tronie jego następcy. Użycie tego symbolu w tym przypadku podkreślało ciągłość posługi papieskiej od czasów Świętego Piotra do dzisiejszych dni.

 

Kolejnym symbolem chrześcijańskim, który zawłaszczenie przez grupy chrześcijaństwu obce wypchnęło poza główny nurt życia kościelnego, jest Krzyż Celtycki. Wizualnie jest on podobny do Krzyża łacińskiego, z tym że górna jego część jest opasana kołem, często utworzonym z dwóch przeplatających się linij. Krzyże takie na terenach zamieszkałych przez Celtów pojawiały się już w czasach przedchrześcijańskich. Podczas chrystianizacji ludów celtyckich Krzyż ten został całkowicie zasymilowany przez Kościół i przez kilkanaście wieków był jednym z wielu powszechnie akceptowanych katolickich wzorów Krzyża. W tym czasie rozprzestrzenił się szeroko poza terytoria Celtyckie, spotyka się go np. w Rumunii i na Śląsku, gdzie zdobi m.in. ścianę stuletniego kościoła w miasteczku Krzanowice. Możliwe są różne interpretacje Krzyża celtyckiego w ramach Chrześcijaństwa. Okrąg na Krzyżu może symbolizować: aureolę Chrystusa, Jego nieskończoną miłość, lub Najświętszy Sakrament. Dorota Forstner OSB tak pisze o tym wariancie krzyża: Czteroramienny krzyż wpisany w koło jest przedchrześcijańskim symbolem światła i słońca używanym zarówno przez ludy azjatyckie, jak i przez dawnych Germanów. Był on dla nich także symbolem cyklu rocznego i zasadą biologiczną. Oznaczał zdrowie i życie. W sztuce chrześcijańskiej znaczenie tego znaku w odniesieniu do Chrystusa jako Światłości i Odkupiciela świata narzucało się samo przez się. Może on jednak również symbolizować jedynowładztwo Boga w świecie. (Forstner 1990; s. 13) I dalej: Szczególny charakter mają celtycki krzyże kamienne , które często spotyka się w Wielkiej Brytanii, a mianowicie w Irlandii i Szkocji. Na kontynencie są one niespotykane, a jeśli się pojawiają, to w innej formie. Rozwinęły sie one z prehistorycznych dolmenów; w czasach chrześcijańskich w tych nieforemnych kamieniach-pomnikach żłobiono najpierw tylko krzyż otoczony kołem (może jeszcze pod wpływem pogańskiego symbolu słońca), potem także spiralne ornamenty i litery. (Forstner 1990; s. 16-17) Nie ma więc najmniejszej wątpliwości, że Krzyż Celtycki jest od wieków przedewszystkiem krzyżem chrześcijańskim. Niestety również i ten symbol w wieku dwudziestym drastycznie zmienił konotacje. Używają go trzy różne obce chrześcijaństwu środowiska. Po pierwsze celtyccy neopoganie, co jest w pewnym stopniu uzasadnione, po drugie nacjonalistyczni skinheadzi z różnych krajów europejskich, po trzecie zaś jest on stosowany jako talizman w ruchu New Age. Z tego względu katolicy i inni chrześcijanie, zwłaszcza poza Wyspami Brytyjskimi są znacznie ostrożniejsi w jego używaniu niż w poprzednich stuleciach.

 

Kolejnym symbolem, najbardziej chyba z dotychczasowych popularnym w swoim pierwotnym kontekście jest Oko Opatrzności. Graficznie symbol ten przedstawia wizerunek oka wpisanego w równoramienny, rozwartokątny trójkąt z rozwartym kątem u góry. Często wokół trójkąta pojawiają sie dodatkowe ornamenty, najczęściej ułożone w formę okręgu. Znak ten symbolizuje Opatrzność Bożą i Trójcę Świętą. W ikonografii chrześcijańskiej oko otoczone promieniami słonecznymi, lub w trójkącie zwróconym ku górze jest symbolem Boskiej Opatrzności lub Trójcy Świętej. (Biedermann 2003; s.247). Oko Boże jako samodzielny symbol wszechobecności Bożej, jest najczęściej wpisane w trójkąt (symbol Trójcy Świętej). Symbol ten pojawia się dopiero po Reformacji, zwłaszcza w oknach kościołów i zwornikach sklepień.(Forstner 1990; s.349) Podobnie pisze o tym Wiesław Bator w dziewięciotomowej encyklopedii Religia. Encyklopedia PWN. (Gadacz, Milerski 2001-2004; T. VII; s.402). Ja osobiscie w swoich badaniach terenowych wielokrotnie zetknąłem się z Okiem Opatrności umieszczonym na przydrożnych krzyżach i kapliczkach w południowej części Górnego Śląska. Zwłaszcza na krzyżach postawionych w XIX wieku i pierwszej połowie XX, Oko Opatrzności pojawiało się wyjątkowo często.(Rumpel 2004; strony nie numerowane ). Niestety, ten symbol został zawłaszczony najwcześniej z omawianych. Już w XVIII wieku znak i całą koncepcję Opatrzności Bożej (mocno ją przy tym przekręcając) przejęli masoni i iluminaci. W symbolice wolnomularskiej występuje „wszechwidzące oko Boga” w trójkącie i wieńcu promieni, przypominające wspomniany już symbol Trójcy Świętej; umieszczone w wielu lożach nad fotelem mistrza ma przypominać o mądrości przenikającej wszystkie tajemnice i o czujności Stwórcy, Wielkiego Architekta Świata, zwane jest także niekiedy „okiem Opatrzności”. (Biedermann 2003; s. 248) Z inicjatywy masonów Oko Opatrzności znalazło się na banknocie dolarowym. Z tego powodu na Zachodzie, a zwłaszcza w kręgach anglosaskich jest postrzegane jako symbol masoński a nie katolicki. Na szczęście u nas jest jeszcze inaczej. Z Okiem Opatrzności jest też związana inna ciekawa sprawa. Otóż problem zawłaszczania symboli podjęła J.K. Rowling w siódmym i ostatnim tomie przygód Harrego Pottera . Na weselu przyjaciół Harrego, jeden z gości pojawia się przystrojony w symbol z grubsza wyglądający jak Oko Opatrzności. Powoduje to agresję ze strony innego gościa, który rozpoznaje w tym znaku emblemat czarnoksiężnika Gellerta Grindelwalda, najgorszego przed Voldemortem, który zabił wielu ludzi, w tym jego dziadka (Rowlin 2008; 155-156). W dalszej części książki okazuje się, że w istocie jest to znak Bractwa Poszukiwaczy Insygniów Śmierci, zawłaszczony jedynie przez złego czarnoksiężnika (Rowling 2008; 420-427). Myślę, że autorka świadomie porusza tu kwestię zawłaszczania symboli (nie jest to zresztą jedyny rzeczywisty problem społeczno-kulturowy poruszony w cyklu), odnosząc się za jednym zamachem aż do dwóch przypadków takich przejęć w naszym świecie. Jednym jest to, które tutaj omawiam, drugim zaś zawłaszczenie swastyki, świętego znaku wyznawców hinduizmu i dżinizmu przez Adolfa Hitlera i jego zwolenników. Grindelwald bowiem pod wieloma względami (narodowość, czas działania etc.) przypomina Hitlera.

 

Oczywiście są też symbole, które chrześcijaństwo przejęło z innych kultur, ale nie zdołało oswoić całkowicie i mimo pewnych chrześcijańskich konotacji pozostały one jako takie religii chrześcijańskiej obce, a nawet wrogie. Tak jest w przypadku pentagramu, o którym siostra Forstner tak pisze: Pięcioramiennej gwiazdy (pentagramu) nie należy łączyć tylko z symboliką liczby pięć(….); nie tylko kryje ona w sobie zwielokrotniony złoty podział, ale ma także swoje własne znaczenie jako prastary znak czarodziejski (pentagram magiczny, kabalistyczny), który ujarzmia złe potęgi. Wszystko, co obejmuje swym zasięgiem, zostaje – jak wierzono- pozbawione swej sprawczej mocy. W symbolice pitagorejczyków pentagramu używano zamiast słowa „zdrowie” (ygieia). Uczniowie tej szkoły zwykli (za Lukianem z Samosaty) używać go jako formuły życzenia zamieszczanej na początku listu. Uważali to życzenie za najbardziej odpowiednie dla ciała i duszy, ponieważ wydawało im się, że w nim zawiera się wszystko, co dla człowieka jest dobre: szczęście w działaniu, radość i fizyczne dobre samopoczucie. Ten geometryczny znak był zatem synonimem owych treści. Nazywano go po prostu ygieia i w kręgu pitagorejczyków był ich znakiem rozpoznawczym. Wydaje sie, ze pentagram czy pentalfa były, jako symbole zdrowia i szczęścia bardzo rozpowszechnione. Mówi się , że królowi syryjskiemu Antiochowi (…) ukazał się przed bitwą przeciw Galatom we śnie Aleksander Wielki i radził mu zaopatrzyć swe wojsko w starodawny znak YΓIEIA, w którym połączenie z sobą ostrych kątów tworzy pięciokrotne alfa. Podobnie i na monetach tego króla był wytłoczony pentagram z jego podpisem. W armii cesarzy bizantyjskich, a więc już w czasach chrześcijańskich, żołnierze, których jako pierwszych rzucano w wir walki i którzy przed wszystkimi innymi oddziałami mieli przechylić szalę „zwycięstwa”, nosili małe tabliczki, na których umieszczana była pentalfa w trzech kolorach: zielonym i jasnoniebieskim z purpurowym obrzeżem. Zdaniem Korneliusza a Lapide znak ten uchodził za symbol Chrystusa: On jest Alfą i Omegą, a z jego pięciu ran wypływa zbawienie świata. (Forstner 1990; s.61-62) Wspomniana zaś piątka symbolizowała u pitagorejczyków wesele, zaślubiny, jako suma dwójki i trójki, a więc połączenie elementów męskiego i żeńskiego. Uważano, że nowożeńcom potrzebna jest opieka pięciu bóstw, a Platon uważał, że na wesele trzeba zaprosić pięciu przyjaciół oblubieńca i pięć przyjaciółek oblubienicy. Niektórzy wywodzą tę symbolikę od pięciu planet, które jakoby asystują zaślubinom Słońca i Księżyca. Zawarcie przymierza na Górze Synaj, które było niejako zaślubinami Boga z ludźmi było poprzedzone pięcioma poleceniami Boga. W zwyczajach weselnych duże znaczenie mają róża., winna latorośl, jabłko i pigwa, których liście lub kwiaty mają pięciodzielną budowę (Forstner 1990; s. 45). Warto też zauważyć, że w przekroju poprzecznym jabłka (którego weselna, a szerzej miłosna, czy też erotyczna symbolika nie tylko z piątką jest powiązana) można dostrzec pentagram utworzony przez szypułki nasion. Ojcowie Kościoła wiążą liczbę pięć najczęściej z rozmaitymi wydarzeniami biblijnymi. Święty Augustyn odnosi ją do pięciu zmysłów człowieka. W jego interpretacji pięć panien mądrych to te, które unikają zmysłowych rozkoszy. (Forstner 1990; s. 45-46) Biedermann, wśród grup używających pentagramu, wymienia Egipcjan, Etrusków, pitagorejczyków, gnostyków, manichejczyków, bogomiłów, średniowiecznych magów i wolnomularzy. Odnotowuje również jego chrześcijańskie znaczenie, jako symbolu pięciu ran Ukrzyżowanego oraz połączenia Początku i Końca w Chrystusie jako Alfie i Omedze. (Biedermann 2003; s.272-273). To wszystko wskazuje na to, że byłoby bardzo nierozsądnie używać pentagramu jako symbolu chrześcijańskiego, w kontekście tak ogromnej przewagi jego konotacyj z chrześcijaństwem sprzecznych. Tu nie ma mowy o próbie odebrania symbolu katolikom. To raczej Kościół próbował przejąć symbol obcy, co jednak nie dom końca się udało. Inna sprawa, że jak widać, pentagram jest symbolem o bardzo bogatej symbolice, bynajmniej nie tak jednoznacznym, jak się to wydaje Danowi Brownowi, który twierdząc, że oznacza on wyłącznie „sakralność kobiecą” (Brown 2006; s. 52-54), okazał się, nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, totalnym ignorantem.

 

Zawłaszczenie symboli nie zawsze dokonuje się w takim samym stopniu. Z omówionych przeze mnie znaków najbardziej zawłaszczonym jest Krzyż Świętego Piotra, najmniej zaś Oko Opatrzności. Tak przynajmniej sytuacja wygląda w krajach naszego kręgu kulturowego. Nieco inaczej przedstawia się to na przykład na Wyspach Brytyjskich. Tam Krzyż Celtycki nadal funkcjonuje jako dobrze rozpoznawalny symbol chrześcijański, zaś Oko Opatrzności, inaczej niż u nas, kojarzone jest głównie z masonerią. Jak ustosunkowywać się do tych przemian w odczytywaniu i rozumieniu symboli? Myślę, że odpowiedź nie jest łatwa ani jednoznaczna. Wydaje mi się, ze pełne przywrócenie dawnego znaczenia wszystkim trzem omawianym symbolom nie jest już możliwe. Co więcej podejmowanie prób aktywnych działań w tym kierunku mogłoby mieć opłakane skutki. Z drugiej jednak strony uważam, że całkowite porzucanie tych symboli również nie jest dobrym rozwiązaniem. Za ścieżkę najlepszą uważam używanie ich jako symboli katolickich, przy jednoczesnym podkreślaniu ich znaczenia za pomocą kontekstu. Krzyż Świętego Piotra na portrecie tego apostoła, Krzyż celtycki na murze świątyni, czy Oko Opatrzności na przydrożnym krzyżu nie pozostawiają wątpliwości, co do ich katolickiego znaczenia. Zupełnie inne znaczenie wynika z kontekstu, gdy Krzyż Świętego Piotra widnieje na okładce płyty o antychrześcijańskim przesłaniu, Krzyż Celtycki na kibicowskiej fladze, a Oko Opatrzności na masońskiej świątyni. Dlatego tymi symbolami zależy się posługiwać, ale trzeba to czynić ostrożnie i z dużą dbałością o kontekst. Pentagram natomiast i inne symbole powierzchownie tylko schrystianizowane, możemy spokojnie i bez większej szkody dla integralności chrześcijańskiej kultury, pozostawić poganom, satanistom, okultystom, ezoterykom i synkretystom.

 

BIBLIOGRAFIA

Joanna K. Rowling; Harry Potter i insygnia śmierci; Poznań 2008

Jan Biedermann; Leksykon symboli; Warszawa 2003

Tadeusz Gadacz, Bogusław Milerski; Religia. Encyklopedia PWN; Warszawa 2001-2004; Tom VII, Warszawa 2003

Dorota Forstner OSB, Świat symboliki chrześcijańskiej; Warszawa 1990

Artur Rumpel; Napisy pobożne w dekanacie tworkowskim; Cieszyn 2004; praca magisterska; maszynopis w posiadaniu autora.

Daniel Brown; Kod Leonarda da Vinci; Warszawa 2006

 

 

Tekst pierwotnie ukazał się w numerze 2/2010 (66) pisma „Pro Fide, Rege et Lege”

Transakcja

Transakcja zakupu kolekcji Fundacji Czartoryskich przez Skarb Państwa budzi we mnie raczej negatywne uczucia. Z kilku powodów. Argument, że wydano jedną siódmą rocznego budżetu Ministerstwa Kultury w sytuacji, w której notorycznie brakuje pieniędzy na ochronę zabytków, z których przerażająca część niszczeje i wkrótce będzie nie do uratowania, ma duże znaczenie, ale dla mnie nie jest w tej chwili kluczowy. Dużo ważniejsze są dwie inne kwestie. Po pierwsze, wraz z tą transakcją znika najważniejsza w Polsce prywatna instytucja zajmująca się kulturą. Państwo w dziedzinie opieki nad dziełami sztuki stanie się praktycznym monopolistą, a poszerzanie się listy dziedzin objętych państwowym monopolem jest wielce niekorzystne. Po drugie, ta transakcja praktycznie zrywa więź księcia Adama z Polską. Oznacza ostateczną rezygnację Czartoryskich ze starań o polski tron. A to znaczy, że szanse na restytucję tegoż tronu gwałtownie maleją. Dla monarchisty to smutna wiadomość.

Ostatnie Boże Narodzenie George’a Michaela

gm

25 XII bieżącego roku, w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia zmarł George Michael, piosenkarz znany między innymi z bożonarodzeniowego przeboju „Last Christmas”. Naszej części świata ta śmierć została przyćmiona przez katastrofę lotniczą, w której zginęli prawie wszyscy śpiewacy rosyjskiego Chóru Aleksandrowa, zajmującego się głównie gloryfikacją Armii Czerwonej i Związku Sowieckiego.

 

Szkoda, że tak się stało, bo to śmierć Michaela jest znacznie bardziej znamienna. W pobożności ludowej, najczęściej katolickiej, ale nie tylko, przywiązuje się pewną wagę do daty śmierci poszczególnych osób. Gdy w tegoroczną Wielkanoc zmarli Matka Andżelika (założycielka najważniejszej na świecie telewizji katolickiej EWTN) i ks. Jan Kaczkowski, pojawiły się liczne głosy, że jest to oznaka szczególnej łaski Bożej dla tych ludzi.

Teraz w Boże Narodzenie zmarł George Michael, współtwórca kulturowej otoczki współczesnego Bożego Narodzenia, jednego z podstawowych elementów kulturowego chrześcijaństwa, na którym opiera się dzisiejsza cywilizacja zachodnia, którą niekiedy nazywam postłacińską. I teraz, jeśli przyjmiemy, ze data śmierci zakonnicy i księdza oznaczały Boską akceptację dla ich życia i dzieła, to to samo musimy przyjąć odnośnie daty śmierci piosenkarza. Wygląda więc na to, ze Bóg lubi kulturowe chrześcijaństwo, choćby na zasadzie, że lepsze takie, niż żadne. Oczywiście, równie prawdopodobne, a może i bardziej jest to, że z żadną z tych dat Bóg nie miał nic bezpośrednio wspólnego, bo jeśli i daje nam jakieś znaki, to raczej subtelniejszej natury.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij