Ken Follet "Uciekinier"

 

Arcymistrz thrillerów Ken Follet wielokrotnie dowiódł, że doskonale radzi sobie także z powieścią historyczną. Jednym z dowodów jest „Uciekinier”, którego akcja dzieje się w wieku osiemnastym, a więc kilkaset lat po „Filarach ziemi”, ale też długo przed większością pozostałych książek.

Jest w niej wszystko to, co zawsze u Folleta: akcja, polityka, intryga, uczucia i seks. Jak zawsze doskonale oddane realia czasów i miejsc. Książka ze wszech miar warta polecenia. Sporo mówi o Wielkiej Brytanii i o Ameryce.

 

Kalifat terroru

Co prawda znacznie rzadziej niż kiedyś, ale nadal stosunkowo często można w Biedronce i innych podobnych marketach znaleźć książki z zakresu nauk humanistycznych, czy poważnej eseistyki. Do takich pozycyj należy „Kalifat terroru” Samuela Laurenta z  podtytułem „Kulisy działania Państwa Islamskiego” w przekładzie Ewy Kaniowskiej. Wbrew pozorom nie jest to reportaż, ale dogłębna analiza, co prawda spełniająca tylko niektóre kryteria naukowości (ma mało przypisów i nie ma bibliografii) ale bardzo solidna. Wyjaśnia genezę sukcesów kalifatu, wskazując jednocześnie na jego atuty i słabości. Sugeruje, że potęga Państwa Islamskiego została w dużej mierze zbudowana na błędach rządów Iraku, USA i Francji. Co ciekawe delikatnie chwali postępowanie rządu Syrii wobec IS. W zdecydowanej większości przypadków analizy autora są trafne. Oczywiście z perspektywy czasu (książka powstałą w 2014) można wytknąć autorowi kilka błędów: nie docenił Kurdów wśród wrogów PI, a Filipin wśród nowych terenów ekspansji kalifatu, nie przewidział też interwencji rosyjskiej. Dominują jednak analizy i wnioski trafne. Można powiedzieć, że autor trafnie przewidział scenariusz rozwoju i upadku omawianego tworu. 

Popłuczyny po Ludlumie

Pisałem ostatnio. że Robert Ludlum nie należy do moich ulubionych autorów sensacyjnych i że jego powieści uważam za znacznie słabsze od dzieł Folleta czy Forsytha. Jeszcze gorzej od oryginałów wypadają jednak książki jego kontynuatorów, piszących w oparciu o jego zapiski. Nawet znacznie gorzej. Ostatnio przeczytałem trzy książki o przygodach Jona Smitha, agenta amerykańskiej Tajnej Jedynki, agencji o której nie słyszał nikt, oprócz jej pracowników i prezydenta US.

 

Przeczytałem „Przymierze Kasandry” (The Cassandra Compact 2001,  autor Philip Shelby), „Opcję paryską” (The Paris Option, 2002, autor Gayle Lynds) i „Kod Altmana” (The Altman Code, 2003, autor Gayle Lynds). Wszystkie są napisane „na jedno kopyto”. We wszystkich „tymi złymi” są hiperpatrioci dążący do radykalnego wzmocnienia obrony swojego kraju. Niestety nie ma spójności między książkami Shelbyego a Lyndsa. Postacie mają inne charaktery, umiejętności, stopień zażyłości, wiedzę, a nawet imiona. To mocno zgrzyta. Można czytać, ale tylko jeden raz. 

Mróz i Bonda, czyli kryminalne czytadła

Na jednej z fejsbukowych grup czytelniczych ktoś niedawno pytał, kto jest najlepszym obecnie autorem powieści kryminalnych w Polsce: Remigiusz Mróz czy Katarzyna Bonda? Musiał ów pytacz być bardzo młody, albo bardzo mało oczytany, bo odpowiedź jest oczywista: żadne z nich. Ani Bonda, ani Mróz do pięt nie dorastają Krajewskiemu, Miłoszewskiemu, Wrońskiemu i wielu innym. Ale z tej dwójki moim zdaniem lepsza jest Katarzyna Bonda. Mroza nie da się czytać, a próbowałem bardzo usilnie, kilka książek wmusiłem w siebie, kilka innych napocząłem. Bondę czytać się da, ale wracać nie ma do czego. To są książki do czytania jednorazowego. Czytadła do pociągu.

Chór Salutaris z Mińska

W piątek 3 listopada miałem okazję wysłuchać w kościele Św. Józefa Robotnika w Rybniku ciekawego koncertu inaugurującego festiwal „Rybnicka Jesień Chóralna”. Wykonawcą był chór Salutaris z Mińska, a na repertuar składały się utwory sakralne współczesnych kompozytorów wschodnioeuropejskich pochodzące zarówno ze wschodniego, jak i zachodniego porządku chrześcijańskiej liturgii. Koncert ten unaocznił, że można i dziś tworzyć piękną muzykę sakralną, głęboko zakorzenioną w tradycji zarówno chorału, jak i wielogłosu. Przez tę godzinę poczułem się, jakbym znowu był na „Pieśni Naszych Korzeni” w Jarosławiu, choć teraz słuchałem muzyki współczesnej a nie dawnej. Szkoda tylko, że na koncercie było tak mało ludzi. Link do strony zespołu: http://salutaris.by/


Zdrada Tristana

Od dawna lubię anglosaską powieść sensacyjną, mam jednak wśród autorów tego gatunku kilku ulubionych i całą gromadę mniej ulubionych. Do tych pierwszych należą Follet, Forsyth i Morrell. Pozostali, w tym również sławni, nie zachwycają mnie jakoś. I do tej drugiej grupy należy Robert Ludlum. Przez wiele lat miałem przerwę w czytaniu jego książek, Ostatnio postanowiłem do nich wrócić i po lekturze kilku utwierdziłem się w swojej opinii o tym autorze. „Zdrada Tristana” jest przede wszystkim słaba merytorycznie. Przedstawiona w niej wersja dwudziestowiecznych dziejów świata nie ma oparcia w ustaleniach historyków. Akcja jest wartka i wciągająca, ale główny bohater nie przekonuje. Jest za dobry w tym co robi. Ma w sobie coś z superbohatera. A występowanie superbohaterów jest na miejscu w fantastyce, ale nie w sensacji. 

Schizma w Kościele Starokatolickim w Polsce

ryba

W i tak niewielkim Kościele Starokatolickim w Polsce nastąpiła schizma. W ubiegłym roku nagle zmarł wieloletni przywódca Kościoła bp Marek Kordzik. Na początku tego roku wybrano nowego zwierzchnika w osobie abp. Artura Wiecińskiego. Po kilku miesiącach grupa kapłanów na kolejnej sesji synodu nagle odwołała abp. Wiecińskiego pod pozorem złamania przez niego tajemnicy spowiedzi. Wybrano nowym zwierzchnikiem ks. Artura Miłańskiego, ten jednak, jak się wydaje nie objął władzy i nie został konsekrowany na biskupa. Po kilku tygodniach na czele tej grupy stanął bp Wojciech Kolm, dawny zwierzchnik Kościoła, odwołany po aferze pedofilskiej. Drugą grupą kieruje nadal abp Wieciński. Grupa bp. Kolma posunęła się do zanegowania ważności całej linii sukcesyjnej abp. Filipowicza, więc i bp. Kordzika. To już wyższy poziom szurostwa. Każda grupa ma własna stronę internetową.

Grupa abp. Wiecińskiego – https://starokatolicy.pl/

Grupa bp. Kolma – http://www.kosciolstarokatolicki.pl/

Miałem sen

Miałem dziwny sen o papieżu Franciszku. Śniło mi się, że w Rumunii miał miejsce zamach na niego, w czasie pontyfikalnej liturgii greckokatolickiej. 

Przed snem nie wiedziałem, że wybiera się w przyszłym roku do Rumunii i że jest tam planowana kanonizacja greckokatolickich męczenników.


Różaniec do granic, czy bez granic?

 

Mam pewien dystans do akcji „Różaniec do granic”. W akcji tej, a zwłaszcza w jej medialnej otoczce granice jawią się jako mur, który trzeba uszczelnić i obronić modlitwą. Tymczasem dla mnie granice są mostem łączącym nas z tymi po drugiej stronie. Ja nie chcę szczelnych granic. Ja chcę granic w miarę możliwości i rozsądku otwartych. Największa dla mnie korzyścią z naszej przynależności do UE są otwarte granice. Dlatego dużo bardziej podobałaby mi się ta akcja, gdyby była zorganizowana nie tylko przez diecezje polskie, ale wspólnie z diecezjami niemieckimi, czeskimi, słowackimi, ukraińskimi, białoruskimi, litewskimi i rosyjskimi, gdyby modlitwy odbywały się w świątyniach po obydwu stronach granicy, gdyby wierni te granice przekraczali, modlili się u sąsiadów, a nawet w językach tych sąsiadów, a także w języku wspólnym wszystkich katolików – po łacinie. Słowem, gdyby był to „Różaniec bez granic”.

Sinobrody

„Sinobrody” Kurta Vonneguta to chyba najlepsza z książek, jakie przeczytałem w czasie minionych wakacji. Dziwię się, że nie przeczytałem tego wcześniej. Wszak autor należy do moich ulubionych, a w czasie studiów czytałem wszystkie jego książki, jakie wpadły mi w ręce. Widocznie tej akurat nie mieli w lokalnej bibliotece. Powieść przybiera formę autobiografii fikcyjnego malarza Rabo Karabekiana. Jest on Amerykaninem ormiańskiego pochodzenia. W książce roi się więc od ormiańskich akcentów. Do typowych dla Vonneguta rozważań o życiu, literaturze, wojnie i ludobójstiwie, dochodzą tematy sztuki i Ormian. Ciekawostką jest dla mnie wzmianka o świętym Mesrobie. „Sinobrody” jest drugą książką, w której taką wzmiankę znalazłem. Pierwszą jest zbiór miniesejów Paula Coelho. To pewien paradoks, że owego ojca literatury ormiańskiej wspominają pisarze znajdujący się na przeciwległych biegunach współczesnej literatury. W zasadzie nie wiem, dlaczego akurat ta książka Vonneguta tak mi się spodobała. Ogólne wrażenie mam bardzo pozytywne, ale nie potrafię podać żadnych szczegółów. Co ciekawe, podobnie mam z twórczością innego, tym razem już rzeczywistego Amerykanina ormiańskiego pochodzenia. Alan Hovhaness należy do moich ulubionych kompozytorów. Jego muzyka mnie zachwyca, a sam nie wiem, czemu. Choć może w „Sinobrodym” kluczowe znaczenie dla wzbudzenia mojego zachwytu miał vonnegutowski styl umieszczania w powieści wstawek eseistycznych. Otóż u tego autora wstawki te są znacznie krótsze niż u innych pisarzy. Na to, na co oni potrzebują dwóch stron jemu wystarczają dwa zdania. A w tej książce wzniósł się pod tym względem na wyżyny.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij