Od dawna lubię anglosaską powieść sensacyjną, mam jednak wśród autorów tego gatunku kilku ulubionych i całą gromadę mniej ulubionych. Do tych pierwszych należą Follet, Forsyth i Morrell. Pozostali, w tym również sławni, nie zachwycają mnie jakoś. I do tej drugiej grupy należy Robert Ludlum. Przez wiele lat miałem przerwę w czytaniu jego książek, Ostatnio postanowiłem do nich wrócić i po lekturze kilku utwierdziłem się w swojej opinii o tym autorze. „Zdrada Tristana” jest przede wszystkim słaba merytorycznie. Przedstawiona w niej wersja dwudziestowiecznych dziejów świata nie ma oparcia w ustaleniach historyków. Akcja jest wartka i wciągająca, ale główny bohater nie przekonuje. Jest za dobry w tym co robi. Ma w sobie coś z superbohatera. A występowanie superbohaterów jest na miejscu w fantastyce, ale nie w sensacji.
Schizma w Kościele Starokatolickim w Polsce

W i tak niewielkim Kościele Starokatolickim w Polsce nastąpiła schizma. W ubiegłym roku nagle zmarł wieloletni przywódca Kościoła bp Marek Kordzik. Na początku tego roku wybrano nowego zwierzchnika w osobie abp. Artura Wiecińskiego. Po kilku miesiącach grupa kapłanów na kolejnej sesji synodu nagle odwołała abp. Wiecińskiego pod pozorem złamania przez niego tajemnicy spowiedzi. Wybrano nowym zwierzchnikiem ks. Artura Miłańskiego, ten jednak, jak się wydaje nie objął władzy i nie został konsekrowany na biskupa. Po kilku tygodniach na czele tej grupy stanął bp Wojciech Kolm, dawny zwierzchnik Kościoła, odwołany po aferze pedofilskiej. Drugą grupą kieruje nadal abp Wieciński. Grupa bp. Kolma posunęła się do zanegowania ważności całej linii sukcesyjnej abp. Filipowicza, więc i bp. Kordzika. To już wyższy poziom szurostwa. Każda grupa ma własna stronę internetową.
Grupa abp. Wiecińskiego – https://starokatolicy.pl/
Grupa bp. Kolma – http://www.kosciolstarokatolicki.pl/
Miałem sen
Miałem dziwny sen o papieżu Franciszku. Śniło mi się, że w Rumunii miał miejsce zamach na niego, w czasie pontyfikalnej liturgii greckokatolickiej.
Przed snem nie wiedziałem, że wybiera się w przyszłym roku do Rumunii i że jest tam planowana kanonizacja greckokatolickich męczenników.
Różaniec do granic, czy bez granic?
Mam pewien dystans do akcji „Różaniec do granic”. W akcji tej, a zwłaszcza w jej medialnej otoczce granice jawią się jako mur, który trzeba uszczelnić i obronić modlitwą. Tymczasem dla mnie granice są mostem łączącym nas z tymi po drugiej stronie. Ja nie chcę szczelnych granic. Ja chcę granic w miarę możliwości i rozsądku otwartych. Największa dla mnie korzyścią z naszej przynależności do UE są otwarte granice. Dlatego dużo bardziej podobałaby mi się ta akcja, gdyby była zorganizowana nie tylko przez diecezje polskie, ale wspólnie z diecezjami niemieckimi, czeskimi, słowackimi, ukraińskimi, białoruskimi, litewskimi i rosyjskimi, gdyby modlitwy odbywały się w świątyniach po obydwu stronach granicy, gdyby wierni te granice przekraczali, modlili się u sąsiadów, a nawet w językach tych sąsiadów, a także w języku wspólnym wszystkich katolików – po łacinie. Słowem, gdyby był to „Różaniec bez granic”.
Sinobrody

„Sinobrody” Kurta Vonneguta to chyba najlepsza z książek, jakie przeczytałem w czasie minionych wakacji. Dziwię się, że nie przeczytałem tego wcześniej. Wszak autor należy do moich ulubionych, a w czasie studiów czytałem wszystkie jego książki, jakie wpadły mi w ręce. Widocznie tej akurat nie mieli w lokalnej bibliotece. Powieść przybiera formę autobiografii fikcyjnego malarza Rabo Karabekiana. Jest on Amerykaninem ormiańskiego pochodzenia. W książce roi się więc od ormiańskich akcentów. Do typowych dla Vonneguta rozważań o życiu, literaturze, wojnie i ludobójstiwie, dochodzą tematy sztuki i Ormian. Ciekawostką jest dla mnie wzmianka o świętym Mesrobie. „Sinobrody” jest drugą książką, w której taką wzmiankę znalazłem. Pierwszą jest zbiór miniesejów Paula Coelho. To pewien paradoks, że owego ojca literatury ormiańskiej wspominają pisarze znajdujący się na przeciwległych biegunach współczesnej literatury. W zasadzie nie wiem, dlaczego akurat ta książka Vonneguta tak mi się spodobała. Ogólne wrażenie mam bardzo pozytywne, ale nie potrafię podać żadnych szczegółów. Co ciekawe, podobnie mam z twórczością innego, tym razem już rzeczywistego Amerykanina ormiańskiego pochodzenia. Alan Hovhaness należy do moich ulubionych kompozytorów. Jego muzyka mnie zachwyca, a sam nie wiem, czemu. Choć może w „Sinobrodym” kluczowe znaczenie dla wzbudzenia mojego zachwytu miał vonnegutowski styl umieszczania w powieści wstawek eseistycznych. Otóż u tego autora wstawki te są znacznie krótsze niż u innych pisarzy. Na to, na co oni potrzebują dwóch stron jemu wystarczają dwa zdania. A w tej książce wzniósł się pod tym względem na wyżyny.
Śmierć frajerom

Tą książką, która pomogła mi przebrnąć przez pierwsze rozdziały twardochowego „Króla” była „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego. Podobnie jak tam, również i tutaj rzecz się dzieje w warszawskim środowisku skupionym wokół działaczy PPS i różnych przestępców. Akcja dzieje się nieco wcześniej, bo w pierwszej ćwierci XX stulecia. Jest tu obecny też przestępczy gwiazdor, z tym że nie Tasiemka, a Szpicbródka. Nie ma natomiast metafizyki. Jest to typowa powieść łotrzykowska. Co natomiast tu jest, czego nie ma u Twardocha, to nachalna sanacyjna propaganda. Wszyscy poza piłsudczykami są tu źli: endecy, komuniści, Niemcy, Rosjanie… Szczególnie razi w nazbyt czarnych barwach odmalowanie rządów Rosjan i Niemców w Warszawie. Razi też nadgorliwe, posunięte do śmieszności, tłumaczenie wtrętów obcojęzycznych. Bo czy można uzasadnić gwiazdkę przy wulgarnym rosyjskim przekleństwie, prowadzącą do przypisu o treści „wulgarne rosyjskie przekleństwo”? Ogólnie więc jest to książka gdzieś o dwa poziomy niżej od „Króla”. Wielką literaturą nie jest, ale na czytadło do pociągu nadaje się doskonale. Znacznie lepiej niż większość współczesnych polskich kryminałów.
Król

Do „Króla” Szczepana Twardocha zabierałem się długo. Dostałem tę książkę w kwietniu, skończyłem zaś ją czytać w sierpniu. Jakoś nie umiałem przebrnąć przez te warszawsko-przestępcze klimaty, które dominują w pierwszych rozdziałach. Przebiłem się przez nie dopiero wtedy, gdy w międzyczasie przeczytałem inną książkę w takichże waporach się kręcącą. No i dobrze że przebrnąłem. Te pierwsze rozdziały może dlatego były dla mnie trudne, a może raczej nudne, że w niczym nie przypominały „Morfiny” i „Dracha”. Myślałem sobie: „co to, Twardoch się na kryminały przerzucił, bo taka teraz moda?” Na szczęście się nie przerzucił. Od połowy książka staje się typowo twardochowa. I dobrze. Bo taka literatura jest nam potrzebna. Takiej literatury brakuje. Mrocznej, niepokojącej, wywołującej witkacowski wstrząs metafizyczny. Nie rozumiem jedynie, dlaczego autor zaczął tłumaczyć wtręty obcojęzyczne? Wcześniej tego nie robił i stanowiło to ważny element jego stylu. Bo Twardoch tym się między innymi wyróżnia wśród polskich pisarzy, że ma swój niepowtarzalny styl. Nie powinien go więc osłabiać. Bo gdy sól utraci swój smak, czym ją posolicie? Jeżeli trzeba by dać wspólny mianownik tym trzem powieściom, to są to książki o obłędzie. Jest więc Twardoch genialnym biografem obłędu . Polskiego obłędu głównie, choć głównymi bohaterami jego książek nie są klasyczni Polacy, a raczej Ślązacy, czy Żydzi, częściowo jedynie w polskość zanurzeni. Ale z pogranicza kulturowego widać lepiej.
Historia używek

Od ładnych kilku lat etnobotanika, czyli nauka o wykorzystywaniu roślin przez społeczności ludzkie jest jednym z głównych pól moich dociekań antropologicznych. Nic więc dziwnego nie ma w tym, że gdy w marketowym koszu z książkami wypatrzę jakąś pozycję, choćby luźno związaną z tą tematyką, kupuję ją i czytam. Tak było też z „Historią używek” Jarosława Molendy, wydaną przez Bellonę. To ciekawa książka i wata przeczytania, sporo się z niej dowiedziałem. Zmusiła mnie jednak do zweryfikowania mojego poglądu na kwestię dużo szerszą niż etnobotanika. Dotąd bowiem utrzymywałem, że w humanistyce praca naukowa od eseju różni się tym, że posiada przypisy. Otóż książka Molendy posiada przypisy, a pracą naukową nie jest. Mam zresztą spore wątpliwości co do do tego, czy po usunięciu przypisów byłaby esejem. Jest to, wbrew pozorom przede wszystkim książka podróżnicza, po prostu taki jest jej styl. Na pracę naukową jest zbyt chaotyczna i zbyt mało systematyczna. W wywodzie są luki i długie wtręty nie na temat. Ale nie psuje to tej książki. Psułoby jedynie, gdyby miała być pracą naukową. A nie jest.
Rozwydrzona bezbożnica

Ostatnimi czasy lubię czytać biografie. Nie aż w takim stopniu, aby stanowiły większość moich lektur, ale przynajmniej kilka takich rocznie czytuję, a jeśli doliczyć powieści biograficzne i pseudobiograficzne, to i kilkanaście. Ostatnio zaliczoną przeze mnie biografią jest praca Iwony Kienzler „Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica”. Wydane przez Bellonę, więc tytuł tabloidowy, do tego już przywykłem. Książka jednak, co zresztą jest normą u tej autorki, solidna i godna polecenia. Przedstawia dużo faktów, skupiając się na życiu osobistym autorki „Roty”. Może być ciekawym przyczynkiem do rozwijającej się dyskusji na temat zmiany polskiego hymnu narodowego. Niektórzy wszak chcą „Rotą” właśnie zastąpić Mazurka Dąbrowskiego. A że są to środowiska skore go grzebania w biografiach, można się pokusić o stwierdzenie, że z życiorysem Konopnickiej się nie zapoznali. A warto to uczynić. Choćby za pomocą omawianej książki.
Atlas Drzew i Krzewów

W środę 9 sierpnia i w czwartek 10 sierpnia z „Wyborczą” można było kupić Atlas Drzew i Krzewów. W tych dwóch poręcznych tomikach opisano sto kilkadziesiąt gatunków roślin, czyli prawie wszystkie dziko rosnące oraz znaczną część dziczejących i powszechnie uprawianych. Niewątpliwie jest to pozycja potrzebna, bo większość dotychczas obecnych na rynku atlasów roślin po macoszemu traktowała drzewa i krzewy, skupiając się na roślinach zielnych. Nie ustrzeżono się jednak poważnych błędów. Agrest (Ribes uva crispa) oraz Porzeczkę pospolitą (Ribes rubrum) zaliczono błędnie do różowatych (Rosaceae) zamiast do agrestowatych (Grossulariaceae). Co dziwne, Porzeczkę czarną (Ribes nigrum) zaszeregowano prawidłowo. Warto zauważyć, że te dwie rodziny należą do różnych rzędów, jest więc to gruba pomyłka, a nie przyjęcie odmiennego systemu klasyfikacyjnego. Drugi błąd jest mniejszy. Otóż nazwa rodziny Eleagnaceae tłumaczona jest raz jako oliwnikowate (przy oliwniku), raz zaś jako rokitnikowate (przy rokitniku). Każda z tych dwóch nazw jest dopuszczalna, gdyż istnieją różne systemy klasyfikacyjne, ale należy zachować konsekwencję.