Kilka wpisów temu zapowiedziałem dokończenie serii szwedzkiej. Kończę ją niniejszym, choć w sposób chyba nieco zaskakujący, Zinat Pirzadeh jest bowiem szwedzką pisarką pochodzenia perskiego. Swoje książki pisze po szwedzku, niewątpliwie więc są one częścią szwedzkiej literatury i jest dla nich miejsce w tej serii.
„Motyl na uwięzi” to powieść oparta częściowo na wątkach autobiograficznych. Opisuje ciężki los kobiet w porewolucyjnym Iranie. Jednocześnie ukazuje, jakim nieszczęściem była irańska rewolucja, która zmieniła piękny kraj w piekło na ziemi. Przypomina, że rewolucyjne metody każdego kto je stosuje, zawsze plasują w obozie Zła, choćby był przekonany, że służy Dobru. W walce Dobra ze złem mamy Zło Dobrem zwyciężać, a nie Zło Złem.
Jest taka ukraińska piosenka „A kałyna ne werba”, w której kalina symbolizuje młodą wesołą dziewczynę, a wierzba starą, smutną kobietę. Treść tej piosenki bazuje na fundamentalnej wiedzy o symbolice roślin. Wiedzy tej zabrakło tłumaczom Biblii Tysiąclecia, nie bez powodu zwanej Biblią Tysiąca Błędów. Werset drugi psalmu 137. brzmi w niej:
Na topolach tamtej krainy zawiesiliśmy nasze harfy.
Nie wiem, skąd wzięli te topole, skoro w prawie wszystkich innych przekładach są wierzby.
Biblia Warszawska: Na wierzbach w tamtej krainie Zawiesiliśmy lutnie nasze,
Biblia Warszawsko-Praska: Nasze harfy zawiesiliśmy na wierzbach tamtego kraju.
Biblia Gdańska: Na wierzbach, które są w nim, zawieszaliśmy harfy nasze.
Biblia Księdza Wujka: Na wierzbach wpośrzód jej powieszaliśmy muzyckie naczynia nasze.
Biblia Brzeska: Zawiesiwszy w pośród niego na wirzbinach harfy nasze.
Vulgata: super salices in medio eius suspendimus citharas nostras
Wiecie,który jeszcze przekład ma topole? Jehowicki Przekład Nowego Świata: Na topolach pośród niego zawiesiliśmy nasze harfy.
I na koniec moja własna parafraza:
Nad rzekami Babilońskiej ziemi
Tam siedzieliśmy ze łzami
A na wierzbach onej krainy
Instrumenta nasze zawisły
Wierzba w kanonie symboliki biblijnej i chrześcijańskiej oznacza smutek, będąc przeciwieństwem palmy, oznaczającej radość. Symbolizuje też Chrystusa, chrzest, drzewo życia, drzewo krzyża, czystość i dziewictwo, jak o tym pisze s. Dorothea Forstner OSB. Topola nie oznacza nic, chyba że:Wysoki jak topola, a głupi jak fasola. W każdym razie w dziele Forster nie występuje.
To jedna z tych książek, które po wielu latach przeczytałem powtórnie. Pierwszy raz czytałem ją w latach studenckich, pod wpływem wzmianek w książce Jacka Bolewskiego SJ „Nic jak Bóg”. Wtedy mnie „Buszujący w zbożu” raczej zawiódł. Nijak mnie ta książka nie przekonała. Może dlatego, że jak to zwykle bywa z powieściami pisanymi w pierwszej osobie, próbowałem utożsamić się z bohaterem-narratorem. A z nim utożsamić się nie zdołałem. Nie byłem w stanie zaakceptować jego sądów, czynów i wyborów. Miałem więc spory dysonans.
Obecnie już nawet nie próbowałem się utożsamiać. Przyjąłem założenie, że bohater jest osobą, którą całkowicie odrzucam, że wszystkie jego sądy, czyny i wybory są mi obce. W ten sposób uniknąłem dysonansu i mogłem się skupić na postaciach drugoplanowych. Wśród nich szczególnie ujął mnie pan Antolini,którego wypowiedź uznałem za najważniejszą w tej książce. Pozwalam sobie tę wypowiedź zacytować:
Nie chciałbym cię straszyć (…)ale bardzo żywo mogę sobie wyobrazić ciebie oddającego życie w ten czy inny sposób za jakąś sprawę całkowicie niewartą tej ofiary. (…) Jeżeli napiszę coś dla ciebie, czy obiecujesz, że przeczytasz to uważnie? i że zachowasz ten tekst? (…) Dziwnym przypadkiem nie napisanego zawodowy poeta. Autorem tych słów jest psychoanalityk. Wilhelm Stekel. Oto, co pow… Ale czy mnie słuchasz? (…) Oto co powiedział Stekel: „Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniośle umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast – że pragnie skromnie dla niej żyć”. (…) Sądzę, że wkrótce już (…) będziesz musiał uświadomić sobie, dokąd chcesz dojść. A kiedy sobie uświadomisz, musisz natychmiast wyruszyć w drogę. Natychmiast. Nie wolno ci tracić ani chwili. Tobie – nie wolno.(…) Przykro mi, że muszę ci coś jeszcze powiedzieć (…)sądzę jednak, że gdy raz jasno zrozumiesz, dokąd chcesz dojść, przede wszystkim zaczniesz się pilniej przykładać do nauki w szkole. To nieunikniony pierwszy krok. Jesteś typem intelektualisty, czy ci się to podoba, czy nie. Kochasz się w wiedzy. Myślę też, że gdy wreszcie przebrniesz przez etap panów Vinesów z ich lekcjami wymowy…(…) Niech będzie Vinsonów. Więc kiedy przebrniesz przez wszystkich Vinsonów, zaczniesz się zbliżać coraz bardziej – naturalnie pod warunkiem, że tego zechcesz, że będziesz się o to starał i że będziesz na to cierpliwie czekał – zbliżysz się do tych wiadomości, które będą bardzo, bardzo cenne dla twego serca. Między innymi odkryjesz, że nie jesteś pierwszą ludzką istotą, w której postępowanie innych ludzi obudziło zamęt, strach, a nawet obrzydzenie. Bynajmniej nie jesteś pod tym względem pierwszy ani jedyny, a stwierdzenie tej prawdy na pewno doda ci otuchy i bodźca. Wiele, bardzo wiele ludzi przeżywało taki sam zamęt duchowy i moralny, jaki ciebie teraz ogarnął. Szczęściem, niektórzy z nich opisywali swoje przeżycia. Będziesz mógł dużo się od nich nauczyć, jeżeli zechcesz. Podobnie jak inni będą mogli nauczyć się czegoś od ciebie, jeżeli kiedyś okaże się, że masz coś do powiedzenia. Piękna, wzajemna wymiana. To nie jest program szkolny. To historia. Poezja.(…) Nie chcę wcale wmawiać w ciebie, że tylko kulturalni i wykształceni ludzie zdolni są dać światu coś wartościowego. Tak nie jest. Ale to pewne, że ludzie kulturalni i wykształceni, jeśli mają wrodzone świetne zdolności i twórczą ikrę, co niestety zdarza się nieczęsto, zazwyczaj zostawiają po sobie o wiele cenniejsze zapiski niż ci, którzy mają zdolności i iskrę twórczą bez kultury i wykształcenia. Tamci bowiem skłonni są do wyrażania swoich myśli jasno i dążą usilnie do przeprowadzenia ich wątku aż do końca. Co zaś najważniejsze, na dziesięciu z nich dziewięciu przynajmniej okazuje więcej pokory niż myśliciele niewykształceni. Czy ty mnie rozumiesz chociaż trochę? (…) Wykształcenie uniwersyteckie da ci jeszcze coś ponadto. Jeśli wytrwasz i zajdziesz w studiach dość głęboko, zorientujesz się w wymiarach swego umysłu. Dowiesz się, co do niego pasuje, a co nie. Po pewnym czasie zaczniesz się orientować, jaki rodzaj myśli odpowiada szczególnym właściwościom twojego intelektu. Dzięki temu unikniesz przede wszystkim straty czasu i fatygi na przemierzanie niezliczonych ilości poglądów, które nie są na twoją miarę, z którymi ci nie jest dobrze. Poznasz własny format i będziesz mógł ubrać swój umysł odpowiednio.
Kolejna książka z mojej serii ca 1500. Tym razem wyjątkowo ściśle, bo akcja dzieła dzieje się w 1501. Formę tej książki (powieści?) stanowi zbiór fikcyjnych listów tytułowego Salaiego, asystenta Leonarda da Vinciego zaadresowanych do Niccola Machiavellieego, a fabułę przygody tegoż Salaiego i jego mistrza w Rzymie i okolicach. Forma i fabuła są zresztą, jak zwykle u tego duetu autorskiego, tylko pretekstem dla głoszenia tez obalających ogólnie przyjętą wizję historii.
Tym razem podważają:
1. Wielkość i Geniusz Leonarda da Vinciego
2. Autentyczność odkryć włoskich humanistów w zakresie starożytnych rękopisów, zwłaszcza „Germanii” Tacyta
3. Czarną legendę papieża Aleksandra VI. Ta negacja jest w tej książce najważniejsza.
Apologia Rodryga Borgii jest tu prowadzona w stylu radykalnym. Apologie tego papieża są bowiem różne. Umiarkowane nie podważają zasadniczo zarzutów czarnej legendy, odrzucając zazwyczaj jedynie zarzut o przekupieniu konklawe (ten jest bowiem wyjątkowo absurdalny), ale te zarzuty bagatelizują, zrzucając je na karb stylu epoki.
Sorti i Monaldi idą inną drogą. Opierając się na dociekaniach niszowych historyków, podważają autentyczność dokumentów stanowiących fundament czarnej legendy. Twierdzą więc, że Aleksander VI nie miał kochanek i nieślubnych dzieci, a Cezar i Lukrecja byli jego dalszymi krewnymi. Akcentują też znaczenie reformy Kościoła, którą ów papież zamierzał przeprowadzić. Głoszą przekonanie, że gdyby się ona powiodła, zapobiegłaby pożodze reformacyjnej. I z tym ostatnim punktem zgadzam się w zupełności. Co do kochanek, to mnie jednak nie przekonali. Gdyby ich bowiem Borgia nie miał, nie pasowałby do stylu epoki.
Jak podaje KAI: „Niemiecka Konferencja Biskupów opowiedziała się za możliwością udzielania Komunii św. małżonkowi protestanckiemu żyjącemu w sakramentalnym małżeństwie „w indywidualnych przypadkach”, pod warunkiem, że „potwierdzą wiarę katolicką odnośnie do Eucharystii” – poinformował kard. Reinhard Marx, zapowiadając opublikowanie za kilka tygodni materiałów na ten temat.”
Nie widzę w tym niczego szczególnie bulwersującego, czy zdrożnego. Możliwość taką przewiduje wszak Kodeks Prawa Kanonicznego. „Kan. 844 § 4. Jeśli istnieje niebezpieczeństwo śmierci albo przynagla inna poważna konieczność, uznana przez biskupa diecezjalnego lub Konferencję Episkopatu, szafarze katoliccy mogą godziwie udzielać wymienionych sakramentów (pokuty, Eucharystii i namaszczenia chorych – przy. AR) także pozostałym chrześcijanom, nie mającym pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, którzy nie mogą się udać do szafarza swojej wspólnoty i sami o nie proszą, jeśli odnośnie do tych sakramentów wyrażają wiarę katolicką i do ich przyjęcia są odpowiednia przygotowani.”
Co do kwestii wymaganego stanu łaski, jest raczej oczywiste, że przed przyjęciem katolickiej Komunii, będą oni musieli przystąpić do katolickiej Spowiedzi. Co w Niemczech nie będzie takie trudne, zważywszy na rozpowszechnienie w tym kraju nielegalnej i niegodnej, ale formalnie ważnej praktyki absolucji generalnej.
Jest to ostatni tom cyklu o robotach. Nie czytałem dotąd żadnego z tych tomów, skupiając się raczej na cyklach dotyczących imperium i fundacji. Tematyka robotów bowiem mało mnie interesowała. To się nie zmieniło, roboty nadal mnie nie interesują. Po książkę sięgnąłem więc nie po to, by poczytać sobie o nich, a po to by poznać genezę imperium. Genezy nie poznałem, lecz co najwyżej preludium do niej, za to przypomniałem sobie prawa robotyki:
0. Robot nie może skrzywdzić ludzkości, lub poprzez zaniechanie działania doprowadzić do uszczerbku dla ludzkości.
1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.
3. Robot musi chronić samego siebie, o ile tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.
Owo zerowe prawo, dodane w tym tomie, jest bardzo niepokojące. Stawianie dobra abstrakcyjnej ludzkości ponad dobrem poszczególnych ludzkich jednostek zawsze dotąd prowadziło do totalitaryzmu. Czyżby więc w przyszłości czekało nas panowanie totalitaryzmu wieczystego?
Kiedy na krajowym rynku muzycznym pojawia się płyta nagrana przez artystę z gminy, w której spędziłem zdecydowana większość swojego dotychczasowego życia, czuję się zobowiązany do jej, choćby krótkiego, omówienia. „Ballady bez romansów” – debiutancki krążek Wojciecha Ciuraja są sklasyfikowane jako rock progresywny. Ja jednak zakwalifikowałbym ją do world music. Jakoś więcej we mnie budzi skojarzeń z „Abomejem” Jakuba Żaka, aniżeli z twórczością Pink Floyd czy Marillonu. Nie jest to oczywiście żadna wada, bo płyty dobrze się słucha. W warstwie tekstowej wiele odniesień do polskiego romantyzmu i do świata dzikiej przyrody. Inspirujące. Warto śledzić karierę tego muzyka.
Jako wolnorynkowy konserwatysta, czy też, jak kto woli konserwatywny liberał, jestem zasadniczo przeciwny finansowaniu sportu wyczynowego ze środków publicznych, czyli z pieniędzy podatników. Jest dla mnie oczywiste, że powinien on być finansowany przez kibiców i sponsorów, a proporcje pomiędzy tymi źródłami powinien ustalać rynek. Nie jestem jednak dogmatykiem i dopuszczam pewne wyjątki od tej ogólnej zasady. Do tych dopuszczalnych wyjątków zaliczam państwowe wsparcie dla medalistów igrzysk olimpijskich, obejmujące zarówno aktywnych sportowców, jak i tych, którzy już zakończyli karierę. Uważam więc za zasadniczo słuszną ideę tak zwanych emerytur olimpijskich, wypłacanych medalistom igrzysk, którzy ukończyli już trzydziesty piąty rok życia i zakończyli karierę sportową. Jestem jednak przekonany, że da się w niej wprowadzić pewne ulepszenia.
Wydaje mi się słuszne nadanie idei emerytur olimpijskich pewnych skonkretyzowanych ram organizacyjnych. Postuluję utworzenie dla medalistów igrzysk olimpijskich nowego orderu państwowego, na przykład pod nazwą Order Znicza Olimpijskiego. Miałoby to ze wszech miar korzystne skutki. Bo pierwsze integrowałoby środowisko medalistów, zwłaszcza jeśli w statucie wpisałoby się regularne, na przykład coroczne spotkania wszystkich dam i kawalerów tego orderu. Wielki mistrz i kapituła, wybierani przez odznaczonych ze swego grona mieliby znaczący głos w świecie polskiego sportu i mogliby do pewnego stopnia zrównoważyć zdominowane przez postkomunistyczną nomenklaturę związki sportowe. Istotne jest też to, że kapituła mogłaby dyscyplinować kawalerów i damy, których postępowanie nie licowałoby z godnością orderu. Najwyższą sankcją mogłoby być wykluczenie z orderu, równoznaczne z pozbawieniem emerytury sportowej, która zresztą po ustanowieniu orderu nie byłaby już emeryturą, ale pensją orderową. Jeśli medaliści będą damami i kawalerami Orderu Znicza Olimpijskiego, nadal będą reprezentantami kraju, choć zakończą już karierę sportową. Analogicznie bowiem, jak wcześniej reprezentowali Polskę jako sportowcy, tak odtąd reprezentować ją będą jako rycerze orderowi.
Niemniej ważnym skutkiem wprowadzenia takiego orderu byłby częściowy przynajmniej powrót to pierwotnej funkcji orderów. Pierwsze ordery powstały w czasach Wojny Stuletniej w krajach w niej uczestniczących. Były to Order Podwiązki w Anglii, Order Gwiazdy i Order Świętego Michała we Francji oraz Order Złotego Runa w Burgundii. Były one swego rodzaju świeckimi zakonami rycerskimi stworzonymi w dużej mierze na wzór zakonów religijnych takich jak Templariusze i Krzyżacy. Często zresztą można się spotkać w literaturze z określeniami Zakon Gwiazdy, Zakon Złotego Runa etc. Podstawową przyczyną ich powoływania była chęć monarchy związania ze sobą grupy możniejszych rycerzy swojego państwa. Taka też była przez wieki podstawowa funkcja orderów – związanie grupy wybitnej obywateli z monarchą i zapewnienie ich lojalności wobec niego. Dlatego niechętnie patrzono na przyjmowanie orderów obcych. W niektórych krajach było to absolutnie zakazane, w innych wymagało zgody własnego monarchy. Ten zwyczaj utrzymał się do dnia dzisiejszego, choć podstawowa funkcja orderów dawno się zmieniła. Jest to po prostu relikt dawnych czasów. Dla pełniejszej realizacji tego podstawowego celu istnienia orderów obudowano te specyficzne zakony skomplikowanymi ceremoniałami na wpół religijnymi – ślubami, kapitułami, insygniami, strojami, zjazdami członków. Analogia z kościelnymi zakonami rycerskimi stała się jeszcze pełniejsza, gdy kilka takowych, działających na Półwyspie Iberyjskim, po wypełnieniu swoich funkcyj właściwych, połączyło się uniami personalnymi z koronami hiszpańską i portugalską a następnie uległo przekształceniu w ordery świeckie. Wielkimi mistrzami świeckich bractw orderowych byli zasadniczo monarchowie. W kolejnych wiekach zgromadzenia takie powstawały w większości krajów europejskich.
Również polski Order Orła Białego był pierwotnie swego rodzaju świeckim zakonem. Ustanowił go August II w 1705 roku, tym razem skutecznie. Sytuacja króla była wtedy fatalna. Był w zasadzie wygnany z kraju, opanowanego przez Szwedów i antykróla Stanisława Leszczyńskiego. Order Orła Białego był więc, podobnie jak dawniejsze ordery europejskie powołany w celu skłonienia jak największej grupy wpływowych Polaków do lojalności wobec Wettyna. Tę rolę pełnił, dla kolejnych królów, aż do rozbiorów. Nie dziwi więc to, że kawalerami zostawali mężczyźni młodzi i w sile wieku, mogący być dla króla realnym wsparciem tak politycznym, jak i zbrojnym. Starcy, a tym bardziej nieżyjący roli takiej spełniać nie mogli. Obecnie ordery w Polsce przyznawane są głównie ludziom starym, albo nieżyjącym. Warto, to przynajmniej częściowo zmienić.
Ustanowienie orderu dla sportowców, ludzi zasadniczo młodych, byłoby nawrotem do dawnych tradycyj. Młodzi i silni ludzie byliby kompanią rycerzy symbolicznie chroniących kraj i jego władze. Oczywiście nie ma szans na przekształcenia wszystkich zgromadzeń orderowych w grupę skupiającą wyłącznie ludzi mających prawdopodobnie większość życia przed sobą. Nie ma obecnie realnej potrzeby, aby wszystkie ordery spełniał taką rolę jak przed wiekami. A bez istnienia takiej potrzeby pełna transformacja do dawnych form jest niemożliwa. Możliwe i pożądane jest natomiast udekorowanie pewnej liczby młodych ludzi, którzy choć nie będą stanowić większości wśród ogółu odznaczonych polskimi orderami, będą swoją obecnością przypominać o dawnych tradycjach. Jest to krok w kierunku przywrócenie świetności bractwom orderowym. A przywrócenie świetności bractwom orderowym to krok w kierunku odbudowy cywilizacji łacińskiej, której jednym z filarów były wszelkiego rodzaju zakony rycerskie, tak ściśle religijne, grupujące rycerzy zakonnych, jak i luźniejsze, grupujące rycerzy świeckich. Niech więc nasi medaliści olimpijscy staną się prawdziwymi rycerzami w służbie ojczyzny.
Serii szwedzkiej jeszcze nie zamykam, ale jednocześnie przechodzę do serii, którą rozpocząłem kilka tygodni temu omówieniem powieści Antoniny Domańskiej. Jest to seria książek, tak beletrystycznych, jak eseistycznych, których akcja dzieje się mniej więcej 500 lat temu. Przełom piętnastego i szesnastego wieku to arcyciekawy czas w historii Europy – czas przełomu cywilizacyjnego.
Książka Jacquesa Heersa „Dwór papieski w czasach Borgiów i Medyceuszy” opisuje najważniejszy europejski dwór tego czasu. Zawiera wiele faktów i, często nieoczywistych, ocen.Na przykład dość krytycznie ocenia Poggia, który w innych książkach wyrasta na kolosa, a tu gra raczej postać marną. Niektóre rozdziału mogą trochę nudzić swoją suchością, ale pod koniec książka się rozkręca. Jeśli chodzi o nici łączące tę książkę z poprzednią z mojego osobistego cyklu „1500”, to jest taką nicią postać Kallimacha, pojawiającego się epizodycznie i u Domańskiej i u Heersa.
W 2012 uznałem blog Prawdziwy Wielki Post za w miarę skończony i zaprzestałem jego pisania. Teraz przyszedł czas powrotu. Znalazłem wiele cennych tekstów i nagrań, wartych umieszczenia tutaj. Na razie posprzątałem rzeczy nieaktualne, od Środy Popielcowej zacznę wrzucać nowe wpisy. Pewnie nie będzie ich dużo, planuje około dziesięciu. Ale, jak już nieraz dowiodła historia tego bloga, „Żołnierze strzelają, Pan Bóg kule nosi”. Na początek, wrzucam pieśń, z której chciałbym uczynić drogowskaz naszej wielkopostnej wędrówki. Zachęcam wszystkich do odwiedzania tego bloga, do czytania, słuchania i oglądania, a najbardziej do modlitwy, bo to jej przede wszystkim ma ten blog służyć.