Stéphane Oppes – "Wspomnienia bł. Gabriela M. Allegra, OFM "świętego Hieronima" Chin"

allegra

Ta książka dziwnym trafem wpadła w moje ręce. Dał ją moim dzieciom franciszkański kleryk, gdy zaniosły mu drobną ofiarę na seminarium w czasie kwesty pod kościołem, po Mszy. Jak widać książki się do mnie garną. Temat mnie bardzo zainteresował, więc tę pozycję z chęcią i uwagą przeczytałem. Nie czyta się jej łatwo, z powodów: przydługiego wstępu, chaotycznego stylu samego błogosławionego i złego tłumaczenia całej książki. Przydługi wstęp jest pewnie po to, aby za autora książki mógł uchodzić Oppes, a nie Allegra.

A naprawdę ciekawe w tej książce są właśnie wspomnienia bł. Gabriela, resztę można by spokojnie pominąć. Dostarczają one wielu cennych informacyj na temat sytuacji Kościoła w Chinach i metodologii tłumaczenia Pisma Świętego. Najciekawsze są jednak refleksje, w których autor ubolewa nad zanikiem używania łaciny w Kościele, zwłaszcza w sprawowaniu liturgii i nauczaniu teologii. Zacytuję krótki fragment poświęcony reformie liturgii: „W końcu doszliśmy do zgody z nim i z innymi, aby wprowadzić język ojczysty do czytań, modlitw i Ewangelii, ale by zostawić po łacinie przynajmniej kanon, i to jeden jedyny kanon, który sięga zasadniczo pierwszych wieków Kościoła.”

Cieszy mnie bardzo fakt, że Benedykt XVI zdążył beatyfikować tego świątobliwego kapłana. 

* * * *

43/52

Michel Houellbecq – "Interwencje 2"

 

interwencje

Ostatnio mam jakiś ciąg na eseje, trzy książki tego gatunku pod rząd. Do tego we wszystkich trzech wspomina się Ciorana, co chyba oznacza, że będę musiał zabrać się za lekturę dzieł tego myśliciela, skoro nagminnie cytują go wybierani przeze mnie autorzy. 

Co do samej książki, była ona dla mnie znacznie trudniejsza w odbiorze, niż eseje Kundery i Tokarczuk, głównie ze względu na jej silą francuskość, objawiającą się licznymi nawiązaniami do bliżej mi nieznanych francuskich twórców kultury, przedewszystkiem pisarzy francuskich mało znanych poza Francją. Odnoszę wrażenie, że pod tym względem francuska kultura przypomina nieco polską, na nasze postrzeganie świata też mają wpływ głownie twórcy krajowi, słabo znani za granicą.

Najważniejsze, co wyniosłem z tej książki, to to, że konserwatyzm jest dużo bardziej zróżnicowany niż mi się dotąd wydawało. Autor jawi się jako swego rodzaju konserwatysta, ale jego rodzaj konserwatyzmu jest mi zupełnie obcy. Houellbecq bowiem opiera swój światopogląd głównie na krytyce religii i indywidualizmu, a dla mnie, również przecież konserwatysty, obydwa te zjawiska są niezmiernie ważne i bliskie. 

 

* * * * 

42/52

 

Olga Tokarczuk – "Bieguni"

bieguni

Późno, bo późno, ale lepiej późno niż wcale, zabrałem się w końcu za „Biegunów”. Lektura ta mocno mnie zaskoczyła. 

Choć Olga Tokarczuk postrzegana jest przedewszystkiem jako prozaiczka, a i „Bieguni” są zazwyczaj klasyfikowani do prozy, w rzeczywistości jest to esej, elementami prozaicznymi w postaci nowelek tylko nieco okraszony.

Esej poświęcony zasadniczo podróżowaniu, pielgrzymowaniu, przemieszczaniu się, które jest, zwłaszcza w owych wtrętach nowelistycznych niepokojąco skontrowane wzmiankami o śmierci, plastynacji, konserwacji zwłok, etc. A więc zasadniczo o życiu i śmierci. Wszak navigare necesse est, vivere non est necesse. 

* * * * * 

41/52

Milan Kundera – "Zasłona"

kundera

„Zasłona” Milana Kundery to rewelacyjny siedmioczęściowy esej o historii powieści. Autor patrzy na literaturę światową jako na całość, a nie na zbiór literatur partykularnych. Dawno z żadnej książki poświęconej nie wyniosłem tylu ciekawych spostrzeżeń i impulsów do własnych dociekań. Skorzystałem więc z niej zarówno jako czytelnik, jak też jako antropolog. 

Esej ten jest nie tylko cenną analizą ale też kawałkiem doskonałej literatury. Jest to świetnie napisane i świetnie się to czyta. Polskiego czytelnika mogą też ucieszyć liczne odwołania do literatury polskiej, głównie do Gombrowicza, ale też Brandysa, Miłosza i Tuwima. Na pewno jest to jedna z trzech najlepszych książek, jakie w tym roku przeczytałem. Dlatego daję szóstkę. 

40/52

* * * * * * 

Frank Sherwood Taylor – "Historia nauk przyrodniczych w zarysie"

Taylor

Nie udało mi się ustalić, kiedy dokładnie powstał angielski oryginał tej książki. Na pewno było to pomiędzy rokiem 1952 (rok wygłoszenia serii wykładów, na których się opierała) a 1956 (rok śmierci autora). Ja sam dysponuję jedynie drugim wydaniem polskim z 1961 roku. Nabyłem tę książkę na wyprzedaży dubletów bibliotecznych, na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy byłem liceallistą. 

 Wtedy bardzo mi się przydała do usystematyzowania mojej wiedzy na temat dziejów nauki. Dziś też może spełniać taką rolę, choć trzeba przyznać, że jest już nieco przestarzała. Nie chodzi nawet o to, że nie obejmuje najnowszych dziejów nauki, bo to przecież oczywiste. Większym problemem jest to, że wydaje się być nieco skażona wpływami panującego w czasie jej powstawania scjentyzmu, wskutek czego niezbyt obiektywnie ocenia niektóre epoki. Nie docenia na przykład średniowiecza, a przecenia renesans, a zwłaszcza Galileusza. 

Dużo lepiej te kwestie są wyłożone w opisywanej już kiedyś przeze mnie na tym blogu książce Fizyka. Siedem teorii, które wstrząsnęły światem Nathana Spielberga i Bryona D. Andersona, którą przy tej okazji ponownie polecam. Można te książki porównywać, bo Historia nauk przyrodniczych w zarysie również skupia się głównie na fizyce. Chemia i biologia są tam też opisane szeroko, ale daleko nie tak dokładnie, jak fizyka. Szczególnie w dziedzinie biologii da się odczuć brak jej dziejów najnowszych. Nie znajdziemy w tej książce historii odkrycia kodu genetycznego, bo autor po prostu tego nie dożył. 

Mimo to wszystko, książkę zasadniczo polecam, bo  jej zalety przewyższają wady. Przedewszystkiem jest napisana przystępnie, a zarazem ściśle, czego mogliby się uczyć niektórzy autorzy współcześni, miotający się pomiędzy Scyllą niezrozumiałości, a Charybdą uproszczeń. Jest też, co istotne, dostępna w  obrocie antykwarycznym, mimo, że wydanie polskie, w odróżnieniu od oryginału angielskiego, od dawna nie było wznawiane. 

39/52

* * * *

Jakub Ćwiek – "Ciemność płonie"

 ćwiek

Twórczością Jakuba Ćwieka zainteresowałem się po jego liście do grafomana Mroza. Sięgnąłem więc po pierwszą z brzegu książkę i bingo. Nie umiałem się oderwać, dopóki nie przeczytałem. Może zadziałało tez to, że zasadniczo lubię książki, dziejące się w znanych mi miejscach. A katowicki dworzec i jego okolice znam dobrze, bo przez pięć lat na nim się przesiadałem jadąc na studia. Ogólnie nie lubię horrorów, a ta książka mnie wciągnęła. Naprawdę daje do myślenia. 

Po wspomnianym liście niektórzy zarzucali Ćwiekowi, że on sam niewiele różni się od Mroza, bo też pisze dużo. Może i pisze dużo, ale w odróżnieniu od Mroza pisać potrafi.

I jeszcze ciekawostka. Z tej książki wynika, że i ja jestem pisarzem. Pada tam bowiem zdanie: „Jak ktoś napisze jedną książkę i ją wyda, jest pisarzem.” A ja napisałem dwie, które mi wydano. Mimo to nie uważam się za pisarza, co najwyżej za publicystę.

38/52

* * * * *

Granice

Czasami piszę tu o zmarłych, zwłaszcza twórcach kultury. Ostatnio pisałem o dwóch zmarłych tego samego dnia prawie stulatkach, reprezentujących de facto epokę, która właściwie odeszła jeszcze przed ich narodzinami, a oni byli jednymi z nielicznych, którzy pielęgnowali jej resztki.

Dziś wypada mi napisać o dwojgu muzyków, odeszłych minionego weekendu. Kora i Tomasz Stańko należeli do panteonu polskiej muzyki ostatniego półwiecza. Ich twórczość pozostanie z nami na zawsze, gdyż jest nieusuwalną częścią korpusu polskiej kultury. Najodpowiedniejszym do zilustrowania tego tekstu zdaje mi się ich wspólny utwór „Die Grenze”.

Mam też z tym utworem związane wspomnienia. Otóż pochodzi on z płyty „O!”. Jest to jedyny album Maanamu, jaki nabyłem w postaci kasety, będąc jeszcze licealistą. A nabyłem go z powodu obecnego na nim utworu „Pałac na piasku”, bo już wtedy fascynowały mnie biblijne wątki w kulturze. W twórczości Kory to była jedna z tych rzeczy, która mnie najbardziej urzekała – inspiracje różnymi tradycjami duchowymi, tu Ewangelia, gdzie indziej Upaniszady. Widać było, że jest duchową poszukiwaczką, Wędrującą. Mam nadzieję, że znalazła to, czego szukała. 

Kanonik Macron

Minął już prawie miesiąc, odkąd JE Emmanuel Macron, książę Andorry, prezydent Republiki Francuskiej etc. etc. etc. objął uroczyście urząd honorowego protokanonika papieskiej Bazyliki Świętego Jana na Lateranie, ale dopiero teraz znalazłem lukę w tematach, żeby o tym napisać.

Większość komentatorów się z tego zwyczaju prezydenckiego kanonikowania śmieje, ja jednak się z niego cieszę. To, że prezydenci nadal korzystają z tego przywileju katolickich (arcychrześcijańskich) królów Francji, świadczy o istnieniu jakiejś nici, może wątłej ale nadal rzeczywistej, pomiędzy królestwem a republiką. W tej laickiej republice nadal tkwią relikty katolickiej monarchii, jak perły w kupie gnoju. I te perły, prędzej, czy później zaowocują. Chociaż nie wiadomo, czy tego doczekamy.

Szkoda, że my mamy takich reliktów mniej, właściwie jedynym wyraźnym jest Order Orła Białego. Warto o nim w ten sposób myśleć. 

Daniel Jakubczyk – Gmina Gorzyce. Miejsca – Ludzie – Wydarzenia"

 gmina

Ta książka musiała się tu znaleźć prędzej czy później, a teraz jest na to najlepszy czas, kiedy publikuję sporo wpisów o Śląsku. Praca obecnego gorzyckiego wójta jest chyba najbardziej systematycznym opracowaniem o Gminie Gorzyce, w ujęciu historycznym i krajoznawczym. Omawia wszystko, co warto w gminie zobaczyć i o niej wiedzieć. Przedstawia też biografie wybranych znanych postaci związanych  z gminą. Cenny jest tez zamieszczony na końcu książki informator o wydarzeniach kulturalnych w gminie. Przydałaby się jeszcze jako dodatek do książki mapa gminy z zaznaczonymi wszystkimi obiektami wymienionymi w książce, bowiem użyte w niej określenia lokalizacyjne często są niezrozumiałe dla osób spoza danego sołectwa. A cieszyłbym się, gdyby książka mogła służyć nie tylko mieszkańcom, ale tez turystom odwiedzającym gminę. 

37/52

* * * * *

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij