Opowieści duchowe – Jak proboszcz z „Placówki” Ślimakowi pomógł i kto go do tego nakłonił

Od lat poszukuję w literaturze pięknej fragmentów duchowo poruszających. Czasami znajduję je w zaskakujących miejscach. Pozornie jest tak i tym razem. Zaskakującym miejscem dla opowieści duchowej powieść Prusa będzie tylko dla tych, krórzy dali sie przekonać komunistycznej szkole i propagandzie, że pisarstwo tego autora jest czysto świeckie i nie odzwierciedla żadnej myśli religijnej. Skażony tym myśleniem był nawet wielki Stanisław Lem, gdy niesprawiedliwie wyśmiewał Olgę Tokarczuk za doszukiwanie się związków między „Lalką” a gnostyckim apokryfem. Ja zresztą też w młodości postrzegałem książki Prusa jako pozbawione treści duchowej. Na szczęscie w wieku dojrzałym, przeczytałem je ponownie uzbrojony już w bogatą listę lektur i dość gruntowną, choć literacką, a nie telologiczną, znajomość Biblii. Obecnie postrzegam powieści Prusa jako inspirowane Biblią. „Placówka” konkretnie jest inspirowana Księgą Hioba. Ślimak, jak Hiob, traci żonę, dziecko, sługę, dom i stada, a w finale powieści, jak Hiob otrzymuje nową żonę, nowy dom, nowe stada, o nowych sługach i dzieciach nic Prus nie pisze. Również jak Hiob, Ślimak jest poouczany przez wielu nieszczerych doradców i bardzo niewielu szczerych. O tych ostatnich, mówi poniższy fragment, mocno nasycony duchową treścią.

Tutejszy proboszcz dopiero od kilku lat rządził parafią. Był to człowiek średniego wieku, bardzo piękny. Posiadał wyższe ukształcenie i maniery dobrze wychowanego szlachcica. Co rok sprowadzał więcej książek aniżeli wszyscy jego sąsiedzi i dużo czytał; nie przeszkadzało mu to hodować pszczół, polować, bywać na sąsiedzkich zebraniach i pełnić duchownych obowiązków.

Posiadał ogólną sympatię. Szlachta kochała go za rozum i hulackie skłonności. Żydzi za to, że nie pozwalał ich krzywdzić, koloniści, że – na probostwie ugaszczał pastorów, chłopi, że odnowił kościół, obmurował cmentarz, mówił ładne kazania, urządzał świetne nabożeństwa, a ubogich nie tylko darmo chrzcił i grzebał, lecz nawet wspomagał.

Ale stosunki między prostym ludem a proboszczem nie były dosyć ścisłe. Chłopi szanowali go, ale nie mieli śmiałości. Patrząc na niego wyobrażali sobie, że Bóg jest to wielki pan i szlachcic, łaskawy i miłosierny, który jednak z byle kim nie gada. Proboszcz czuł to i szczególnie było mu przykro, że jeszcze żaden chłop nie prosił go do siebie na wesele czy chrzciny, żaden o nic się nie radził. Chcąc przełamać ich nieśmiałość czasami wdawał się w rozmowę; ale wnet spostrzegał bojaźń na twarzy chłopa, a w sobie zakłopotanie i – urywał.

“Nie mogę udawać demokraty!…” – myślał zgryziony.

Niekiedy, w porze złych dróg, kiedy ksiądz przepędził kilka dni bez towarzystwa, budziły się w nim wyrzuty sumienia.

– Lichy jestem pasterz – mówił sobie – nędzny uczeń Chrystusa. Nie po to przecie zostałem kapłanem, ażeby dotrzymywać placu szlachcie, ale żeby służyć maluczkim… Gałgan jestem, faryzeusz.

Wówczas zamykał się na klucz, klękał na gołej podłodze i prosił Boga o apostolskiego ducha. Ślubował, że rozdaruje wyżły, wyrzuci z piwnicy butelki, odda ubogim eleganckie sutanny i zamiast grać w karty z dziedzicami, będzie pocieszał strapionych, nauczał nieumiejętnych i radził wątpiącym. I właśnie kiedy dzięki postowi i modlitwie już… – już budził się w nim duch pokory i zaparcia, szatan zsyłał na probostwo gości.

– Jestem potępiony… Boże, bądź miłościw… – mruczał z rozpaczą, zrywając się z klęczków, aby wydać dyspozycje co do kuchni i piwnicy. W kwadrans później śpiewał świeckie piosenki i pił jak ułan.

Tego wieczora, kiedy Jojna zbliżał się do plebanii, proboszcz wybierał się z wizytą do sąsiednich dziedziców. Miało być kilkanaście osób; inżynier z Warszawy z najnowszymi wiadomościami, preferans, doskonała kolacja i wyjątkowe wina, bo inżynier konkurował o córkę gospodarza. Ksiądz już od kilku dni siedział sam; toteż z gorączkową niecierpliwością oczekiwał chwili wyjazdu. Tak nudził się, widząc z jednego okna dziedziniec, na którym tłusty parobek rąbał drzewo, a z drugiego ogród przywalony śniegiem i gołe drzewa, na których wrzeszczały gawrony – tak tęsknił za ludźmi, że prawie nie mógł doczekać się wieczoru. Rachował już nie godziny, ale kwadranse, a gdy myśląc, że upłynął kwadrans, spoglądał na zegarek, przekonywał się ze zdumieniem, że upłynęło zaledwie kilka minut.

Wikary mieszkał w innym domu i zaraz po zachodzie słońca szedł spać, ubierając się do łóżka w sukienny, watowany czepek. To jeszcze jedno pocieszało proboszcza, który nie lubił swego pomocnika. Aby zaś w jakikolwiek sposób dotrwać do wyjazdu, zażądał samowara i paląc fajkę marzył:

“Będą dziś państwo Teofilowie czy nie będą?… No, on jest człowiek rzadkiej głupoty, ale ona… Boże miłosierny, co też mi się snuje po głowie!…”

Lecz pomimo narzekań ciągle widział zielonawe oczy pani Teofilowej, utkwione niby z talem w niego, i ten szczególny wyraz twarzy, z jakim niedawno powiedziała:

– Księże proboszczu, w życiu bywają silniejsze dramaty niż na scenie.

On wówczas nie odpowiedział jej, tylko poczuł, że coś ścisnęło go za piersi. Ale dzisiaj, siedząc tu sam i rachując powolne kołatanie zegara, przyznawał, że w życiu bywają nie tylko silne, ale straszne dramaty. Cóż to za piekło kryć się przed samym. sobą te swoimi myślami!

Mocniej pociągnął fajkę i nagle drgnął. Przywidziało mu się, że jego sutanna dotyka jedwabnej sukni. – Jezu, zmiłuj się nade mną! – szepnął odsuwając się od stołu. Ale jakkolwiek usiadł, zawsze widział zielonawe oczy i czuł palące dotknięcie jedwabnej sukni.

– Ach, żeby już prędzej wyjechać… Mróz otrzeźwi… Zresztą cały wieczór będę grał w preferansa…

Tak myślał i nie wierzył sobie. Wiedział, te kobiety zatrzymają go w salonie i że naprzeciw siebie zobaczy, jak zwykle, te dziwne oczy i melancholijną twarz, na której prawie wyrzeźbiło się zdanie:

– Księże proboszczu, w życiu bywają dramaty!…

Wtem zapukano do drzwi. Wszedł Jojna i skłonił się do ziemi.

– Dobrze, żeś przyszedł! – zawołał proboszcz. – Miałem właśnie posyłać do ciebie, bo zebrało się trochę garderoby do odnowienia.

– Chwała Bogu! – odparł Żyd. – Już tydzień nie miałem roboty Ale jeszcze pani gospodyni mówiła, że w kuchni zepsuł się zegar…

– To ty umiesz i zegary naprawiać?… – Jakże, mam nawet statki.

– Doskonały!… krawiec i zegarmistrz.

– Ja także jestem parasolnik, a także znam rymarstwo i umiem rondle pobielać.

– No, jeżeli tak, to możesz u mnie zimować. A kiedy przyjdziesz do roboty?

– Zaraz usiędę.

– Na noc? – spytał proboszcz.

– Ja robię po całych nocach. Ja już niewiele mogę sypiać.

– Jak chcesz. To idźże do oficyny i zadysponuj bobie kolację. Herbatę zaraz ci przyniosą.

– Przepraszam jegomości – ukłonił się Żyd – ale ja proszę, żeby cukier był osobno.

– Pijesz bez cukru?

– Owszem, ja nawet lubię bardzo słodko, ino ja herbatę piję tak, a cukier chowam dla wnuków.

– Pij z cukrem! dla wnuków dostaniesz oddzielnie – odparł ksiądz śmiejąc się z przebiegłości Żyda. – Walenty, podaj mi futro – zwrócił się pośpiesznie do służącego usłyszawszy, że już zajechały sanki.

Żyd znowu ukłonił się.

– Z przeproszeniem jegomości – rzekł.- ale ją tu przychodzę od Ślimaka…

– Od Ślimaka?… – powtórzył ksiądz. – Aha! od tego, co się spalił.

– Nawet nie od niego, bo on by mnie nie śmiał tu wysyłać. Ale jemu żona dziś umarła i on ma jakoś kiepsko w głowie, i tak oboje leżą w stajni, i nawet nie ma im kto wody podać. Nawet krów nie poili bez cały dzień.

Proboszcz cofnął się.

– Jak to, więc nikt ze wsi ich nie odwiedził?….

– Przepraszam jegomości – skłonił się Żyd – ale we wsi gadają, że na niego spadł gniew Boży. I bez ten interes to oni muszą zginąć, jeżeli ich kto nie poratuje.

Mówiąc to patrzył w oczy księdzu, jakby chciał powiedzieć, że do niego należy ratunek Ślimaka.

Proboszcz uderzył cybuchem o podłogę, aż pękła fajka:

– To ja, proszę jegomości, już pójdę do oficyny – zakończył Żyd. Zabrał kij, worek i wyszedł. Przed gankiem odzywały się dzwonki sanek przypominając księdzu, że pora jechać do sąsiada. Walenty stał w pokoju z futrem w rękach.

-Tam czekają mnie – myślał proboszcz gnąc o podłogę cybuch.

– Jest przecie ten inżynier… Może będę potrzebny do zaręczyn… (Może przez tydzień nie zobaczysz pani Teofilowej?… dodał w nim głos cichszy od myśli.) No, a ten przecie wytrzyma do jutra; zresztą zmarłej kobiety nie wskrzeszę…”.

Ach, jak to boleśnie wahać się między świetnym rautem i nocną wizytą u pogorzelca, który pospołu z trupem leży w stajni…

– Dawaj futro! – rzekł proboszcz. – Zaraz… – dodał i wyszedł do swojej sypialni.

Jest ósma – myślał. – Jeżeli pojadę do niego, nie mam jut po co jechać do nich.”

I znowu w pustym pokoju zobaczył zielonawe oczy, smutną twarz i usłyszał wyrazy: “W życiu są dramaty…”

– Futro!… Zaraz… Zobacz, Walenty, czy konie już są?

– Stoją u ganku – odparł sługa.

– Aha… Noc widna?

– Widna, proszę jegomości.

– Aha! Pójdź jeszcze do gospodyni i każ, ażeby nakarmiła Żyda. Niech mu da jasną lampę, jeżeli zechce robić w nocy.

Walenty wyszedł.

– Nie mogę być niewolnikiem wszystkich pogorzelców i kobiet, które umarły. Jutro będzie sam czas. Nieszczególny musi to być człowiek, skoro, nikt ze wsi nie pośpieszył mu z pomocą.

Machinalnie spojrzał na rozpiętą figurę Chrystusa i zadrżał. Zdawało mu się, że i Ukrzyżowany ma zielonawe oczy.

– Rany Boskie! – szepnął – co się ze mną dzieje?… I to ja, obywatel, kapłan, waham rię między zabawą i pocieszeniem nędzarza… Kapłan!… Obywatel!…

Ujął się oburącz za głowę i chodził po pokoju. Walenty wrócił. Proboszcz podniósł na niego wybladłą twarz:

– Weź koszyk – rzekł zmienionym głosem – włóż mięso z obiadu, chleb, butelkę miodu i postaw w sankach. Sługa zdziwił się, ale spełnił rozkaz.

“Może umiera? – myślał ksiądz. – Może by jeszcze z Sakramentami?…” – Niepodobna… – szepnął, znowu ujrzawszy owe oczy. – Jestem na wieki potępiony… Boże, bądź miłościw…

Bił się w piersi i wątpił o swoim zbawieniu zapominając, że miłosierny Ojciec nie rachuje liczby rautów ani wypitych butelek, lecz te ciężkie walki, jakie stacza ze sobą ludzkie serce.

W pół godziny spasione konie proboszcza stanęły przed zagroda Ślimaka. Ksiądz zapalił wydobytą spod kozła latarkę i ze światłem w jednej, a koszykiem w drugiej ręce, poszedł do stajni. Pchnął drzwi nogą i zobaczył trupa Ślimakowej. Spojrzał w prawo – na barłogu siedział chłop przysłaniając oczy od blasku.

– Kto to? – spytał Ślimak.

– Ja, proboszcz.

Chłop zerwał się z ziemi i zarzucił na ramiona kożuch. Na twarzy jego widać było zdumienie; nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Chwiejnym krokiem przeszedł próg i stanąwszy naprzeciw księdza przypatrywał mu się z otwartymi ustami.

– Czego tu chceta, jegomość? – rzekł cichym głosem.

– Przynoszę ci błogosławieństwo boskie. Wdziej kożuch, bo zimno, i pokrzep się – odparł ksiądz. Ustawił kosz na wysokim progu stajni i począł wydobywać chleb, mięso i butelkę miodu.

Ślimak zbliżył się do proboszcza, spojrzał mu w twarz, dotknął rękoma futra i nagle upadł mu do nóg szlochając:

– Jaki ja biedny, mój jegomość… jaki ja biedny… Oj! jaki ja biedny…

– Benedicat te omnipotens Deus’ – błogosławił go proboszcz. Ale wnet zamiast przeżegnać, ujął go w ramiona i usiadł z nim na progu. I tak siedzieli długą chwilę – nędzny, płaczący chłop w objęciach eleganckiego księdza.

– No uspokój się, bracie… będzie dobrze… Bóg nie opuszcza swoich dzieci.

Pocałował go i otarł mu łzy. Ślimak z rykiem upadł mu do nóg po raz drugi.

– Niech już zginę… – szlochał. – Niech pójdę do piekła za moje grzechy, kiej mnie takie szczęście spotkało, że sam jegomość ulitowaliście się nade mną… A czy ja wart tego, ady, żebym ja sto lat żył, żebym na kolanach do Ziemi Świętej poszedł; to jeszcze się nie odsłużę.

Odsunął się na klęczkach i bił czołem w ziemię u nóg księdza, jak przed ołtarzem. I dużo czasu upłynęło, nim proboszcz zdołał go o tyle uspokoić, że chłop podniósł się i wdział kożuch.

– Napij się – rzekł ksiądz podawszy mu kielich miodu.

– Kiej nie śmiem, mój serdeczny jegomość…

– No, więc ja piję do ciebie – i dotknął ustami kielicha.

Ślimak ujął miód drżącymi rękoma i, znowu uklęknąwszy, z trudnością wypił.

– Cóż, smakuje ci? – zapytał ksiądz po chwili.

– O, dobre! Kieb arak… – odparł chłop innym głosem i pocałował proboszcza w rękę. – Korzeni musi być tu sporo – dodał.

Namówiony zjadł kawałek mięsa z chlebem i wypił drugi kielich miodu. Posiłek ten widocznie go pokrzepił.

– Powiedzże mi, bracie, co się z tobą stało – zaczął ksiądz. Boć pamiętam, żeś był gospodarz dostatni.

– Dużo by gadać, mój dobrodzieju. Jeden syn mi utonął, drugi w haryście, żona umarła, konie mi ukradli, spaliły me… A wszystkie moje nieszczęścia zaczęły się od tych czasów, jak dziedzic sprzedał wieś, jak zaczęli budować kolej i jak przyszły Niemce. Bez tych najpierwszych kolejników, co na naszych polach tyki ustawiali, rozeźliła się na mnie cała wieś. Buntował też ich, bo buntował Josel za to, że mierniki kupowali u mnie kurczęta i insze tam rzeczy. Do dziś dnia ich buntuje…

– A wy do niego ciągle chodzicie po radę – wtrącił ksiądz.

– Gdzież pójść – dopraszam się łaski dobrodzieja? Przecie chłop nieumiejętny, a Żyd zna się na wszystkim i nieraz mądrze poradzi. Ksiądz poruszył się. Chłop, podniecony miodem, prawił dalej:

– Jak pana nie stało, urwały mi się dworskie zarobki i jeszczem musiał oddać Niemcom dwa morgi łąki, com arendował od dziedzica.

– Aaa!… – przerwał proboszcz.

– Czy nie tobie chciał dziedzic sprzedać za sto dwadzieścia rubli łąkę wartającą ze sto sześćdziesiąt?

– Jużci mnie.

– I dlaczegożeś nie kupł? Nie wierzyłeś mu. Wam się zdaje, że panowie tylko o waszej krzywdzie myślą…

– Kto ich wie, co oni myślą, dobrodzieju! Między sobą świergocą jak Żydy, a z człowieka ino se kpinkują. Przecie pamiętam, kiedy z okazji tej łąki zaczął pan z panią i śwagierkiem nade mną wydziwiać, tom się tak zląkł, żebym i za sto rubli tego kawałka nie wzion. Wreszcie gadali ludzie w onych czasach, że mają grunta rozdawać.

– I tyś uwierzył?

– Czy ja się na tym rozumiem, kiedy ze wszystkich stron idzie samo bałamuctwo, a rzetelnej prawdy nikaj się człowiek nie dowie? Nowięcej to się rozumieją Żydy; ale raz gadają tak, drugi raz inak, a chłop wierzy w to, z czym mu lepiej.

– Hm! a przy kolei nie miałeś zarobków?

– Nawetem grosza nie widział, tak mnie odepchnęły Niemce.

– Nie mogłeś to przyjść do mnie! – obruszył się proboszcz. Przecież u mnie cały czas mieszkał naczelny inżynier.

– Dopraszam się łaski dobrodzieja, czym to ja wiedział? Wreszcie i chodzić na plebanię nie miałbym śmiałości.

– Hm! hm! Czy i Niemcy ci dokuczali?

– Oj! oj! – westchnął chłop. – Od swego przyjścia tutaj mordowały mnie, żeby im grunt sprzedać. Tak mnie nachodziły,- tak się przypominały, że kiedy zesłał Pan Bóg ogień tom nareszcie uległ i z żoną przeniosłem się do nich…

– I sprzedałeś?…

– Bóg uchronił i moja nieboszczka Wstała ze śmiertelnej pościeli, wyciągnęła mnie od nich i tak zaklęła, że już wolę zginąć niż sprzedać. Ale też zrobią oni mi, zemstę… – dodał Ślimak, smutnie zwieszając głowę.

– Nic ci nie zrobią.

– Nie oni, to stary Grzyb. Bo jakby Hamer stąd wyszedł. to Grzyb folwark po nim obejmie. A on gorszy od Niemca.

O, tom dobry pasterz! – pomyślał ksiądz – Moje owce gryzą się między sobą jak wilki, Niemcy ich trapią, Żydzi im radzą, ja zaś jeżdżę na zabawy!…” – Zostańże tu, mój bracie – rzekł głośno – a ja wstąpię na wieś.

I podniósł się z progu. Ślimak jeszcze raz ucałował mu nogi i odprowadził do sani.

– Jedź za most – zwrócił się proboszcz do furmana.

– Za most?… Jut tam nie pojedziemy? – dziwił się woźnica, taki pyzaty, jakby go pszczoły pokąsały.

– Ruszaj, gdzie ci każę! – odparł ksiądz niecierpliwie i rzucił się na siedzeniu.

Sanie odjechały. Ślimak został sam i oparłszy się na płocie jak niegdyś za lepszych czasów, przysłuchiwał się milknącym dzwonkom i myślał:

-Skąd dobrodziej o nas się dowiedział? Widać że przed księdzem to jak i przed Panem Bogiem nic się nie skryje… Strach!… Bo jużci ludzie mu nie donieśli ani Niemce, ani Sobieska… Może by Jojna? Dobry on Żyd i litościwy, nawet krowy mi napoił, ale gdzie by mu się chciało latać po nocy stąd aż na plebanię! Wreczcie on szedł do wsi. Niebywała rzecz, sam dobrodziej zajechał do chłopa, nakarmił go, napoił i jeszcze utulił. O la Boga, aż mi markotno, żebym ja zaś obłapiał się z taką osobą… Ech! nawet do organisty nie miałbym śmiałości”.

Stał, myślał i szeptał:

– Musiało tęgo zmienić się na świecie, kiedy taki duchowny wie wstydzi się siadać z chłopem za pan brat, i jeszcze na progu pod stajnią. Czyby znowu grunta dawano?… Czyby już szlachtę ze wszystkim skasowali?… Ale uczciwy dobrodziej, serdeczny. Rychtyk jak ten święty biskup, co Łazarza własnymi rękami podnosił i rany mu opatrywał. On chyba także będzie święty i nawet już jest, kiedy ma jasnowidzenie i widzi, co się o pumili dzieje. Teraz mi nikt nie da rady, boby go spotkało nieszczęście… Oj! żeby mnie jeszcze dobrodziej rozgrzeszył z nieboraka Owczarza i znajdy, już bym się niczego nie bojał.

Westchnął i przez długą chwilę patrzył na niebo zasypane gwiazdami.

– Ciekawość – mruknął – czy w niebie bez noc gromnice palą, czy ono tak samo świeci?

Z daleka, od mostu, znowu zadźwięczały dzwonki, parskały konie i wkrótce przed zagrodą zatrzymały się sanki proboszcza. Chłop wybiegł na gościniec.

– Ty, Ślimaku?

– Jo, dobrodzieju.

– Będzie jutro u ciebie stary Grzyb z pomocą. Pogodźcież się i więcej nie swarzcie. A ku wieczorowi trzeba zrobić pogrzeb nieboszczce. Po trumnę już posłałem do miasteczka.

– O mój wybawicielu… – jęknął chłop.

– Ruszaj, Paweł, co koń wyskoczy – rzekł ksiądz do furmana. Wydobył repetier, a usłyszawszy, że jest trzy kwadranse na dziesiątą, mruknął:

– Spóźniłem się, ale jeszcze zdążę!…

I znowu zobaczył przed sobą zielonawe oczy to na powierzchni śniegu, to między gwiazdami, to na plecach otyłego furmana.

– Boże, bądź miłościw… Boże, bądź miłościw… – szeptał ksiądz pasując się z nagabaniami szatana.

Ci iluminaci są coraz bardziej prymitywni

Wśród mnóstwa spamu, jaki otrzymuję na mój najstarszy adres mailowy, szczególnie bawią mnie „zaproszenia od iluminatów”.

Gdy zamieściłem wpis o pierwszym zaproszeniu jakie otrzymałem od iluminatów na grupie Jedyna prawdziwa i słuszna sekcja katolicka został on skomentowany powyższym obrazkiem. Za drugim razem nie popełnili już tego samego błędu.

A za trzecim razem okazali się znudzeni i prymitywni, bo bardzo słabo się postarali, pisząc tak:

DO YOU WANT TO BECOME RICH OR FAMOUS IN LIFE BY JOINING THE GREAT ILLUMINATI?  FIRST BENEFIT GIVEN TO A NEW MEMBER IS €5,000,000.00 USD Or Euro. AND MANY OTHER BENEFIT WAITING FOR YOU AFTER YOUR INITIATION, CONTACT VIA EMAIL: theilluminatiagent220@gmail.com  

Kiedyś prowadziłem osobnego bloga „Głupie mejle”, poświęconego rejestrowaniu i publikowaniu, a po trosze także badaniu takich wiadomości. Bo upadku bloxa, nie chciało mi się już tego bloga i innych małych blogów reaktywować. Zostawiłem sobie tylko te większe. Dlatego takie wpisy jak ten pojawiają się epizodycznie na moim głównym blogu.

Matka Boża, Siostra nasza

O samej nocie Stolicy Apostolskiej poświęconej tytułom maryjnym pisać nie będę, bo wielu już pisało i zrobili to znacznie lepiej ode mnie. Dyskusja jest gorąca, argumenty latają jak młotki.

Ja poświęcę swój tekst odpryskowi tej dyskusji.

Tomasz Terlikowski napisał o tej nocie na FB: A mnie cieszy „Nota” Dykasterii Nauki Wiary. Cieszy, bo przypomina, że jedynym źródłem łaski jest Jezus Chrystus, bo przypomina, że Matka Pana jest naszą siostrą w wierze, a nie wszechmocną wszechpośredniczką, że jest stworzeniem jak my wszyscy, że wskazuje drogę, a nie jest celem.

To rozwścieczyło fundamentalistów. Oto próbki ich reakcji: Matka Boga nie jest twoją siostrą zarozumiały dupku! oraz Maryja jest naszą Matką. Daną nam przez umierającego na Krzyżu Zbawiciela! Siostrę w wierze to może Pan mieć u siebie w domu. Na przykład w osobie czcigodnej Małżonki.

A jednak nazywanie Maryi naszą Siostrą jest dobrze umocowane w tradycji katolickiej. Przypomniałem sobie, że gdy w 2024 roku prezentowałem na swoim drugim blogu różne litanie maryjne, dwie z nich zawierały tytuł „Siostra”, a że miały bardzo zacnych autorów, to warto je przypomnieć.

Litania błogoslawionego Stefana Kardynała Wyszyńskiego

Nasza Siostro, która jesteś szczególnie wybrana!
Ty, którą dostrzegł Bóg Swoimi oczyma wśród wszystkich niewiast tej ziemi! -,,Błogosławiona między niewiastami!”
Ty, której my byśmy nie widzieli, a którą dostrzegł Ojciec Niebieski!
Ty, którą my może niedostatecznie poznaliśmy, doceniliśmy,
a którą Bog do głębi poznał i docenił!
Ty, z naszego padołu płaczu! Ty, spośród nas…
Ty, uplątana w nasze sprawy…
Ty, obolała jak my i pracująca jak my…

Ty, zwykła, szara kobieto z tłumu, z gromady…
Ty, żyjąca chlebem, takim jakim my żyjemy…
Ty, zbierająca patyki i odpadki nawozu na ogień, który chcesz rozpalić w Swojej chacie, aby na nim upiec podpłomyk z ziaren, zmielonych w żarnach Twoją własną dłonią…
Ty, cerująca podarte szmaty i suknie…
Ty, piorąca w wodach potoku razem z innymi niewiastami…
Ty, może niekiedy brudnymi nogami chodząca w pyle miasteczka
Ty, dźwigająca amfory wody na swej głowie, na której my dziś korony umieszczamy! O ile byłabyś bliższą prawdy, gdyby Cię na którymś ołtarzu umieszczono z amforą Wody Żywej na głowie!
Ty, taka zwykła, kuchenna, gospodarna, zalatana i zabiegana…
Ty, mająca tysiące spraw na głowie, odpowiedzialna za drobiazgi, drobiazgi, drobiazgi…
Ty, tak nas rozumiejąca…
Przybiegnij nam na pomoc, walącym się w proch. Pospiesz ludowi z pomocą! Powstań, aby nas wspomóc!

LITANIA DO ŚWIĘTEGO IMIENIA MARYI – święty John Henry Newman

Panie, zmiłuj się,
Chryste, zmiłuj się,
Chryste, zmiłuj się,
Panie, zmiłuj się,
Panie, zmiłuj się,
Chryste, usłysz nas,
Chryste, wysłuchaj nas,
Synu Maryi, usłysz nas,
Synu Maryi, wysłuchaj nas,

Ojcze Niebieski, który w Maryi masz córkę Twoją, zmiłuj się nad nami,
Synu wiekuisty, który w Maryi masz Matkę Twoją,
Duchu Święty, który w Maryi masz oblubienicę Twoją,
Pełna chwały Trójco, która w Maryi masz służebnicę,

Maryjo, Matko Żywego Boga, módl się za nami,
Maryjo, córko Niedostępnego Światła,
Maryjo, nasze światło,
Maryjo, nasza siostro,
Maryjo, różdżko Jessego,
Maryjo z rodu królów,
Maryjo, najlepsze dzieło Boga,
Maryjo niepokalana,
Maryjo piękna cała,
Maryjo, Dziewicza Matko,
Maryjo cierpiąca wespół z Jezusem,
Maryjo przeszyta mieczem,
Maryjo pozbawiona pociechy,
Maryjo stojąca pod krzyżem,
Maryjo, oceanie goryczy,
Maryjo radująca się wolą Bożą,
Maryjo, Pani nasza,
Maryjo, Królowo nasza,
Maryjo jak słońce jasna,
Maryjo jak księżyc piękna,
Maryjo w koronie gwiazd dwunastu,
Maryjo zasiadająca po prawicy Jezusa,
Maryjo, słodyczy nasza,
Maryjo, nasza nadziejo,
Maryjo, chwało Jerozolimy,
Maryjo, radości Izraela,
Maryjo, chlubo naszego ludu,

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

V. Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą.
R. Błogosławionaś Ty między niewiastami.

Módlmy się: O Wszechmocny Boże, który widzisz, jak gorąco pragniemy, aby osłonił nas cień imienia Maryi, racz sprawić, błagamy Cię, abyśmy, ilekroć wezwiemy Jej w potrzebach naszych, mogli dostąpić łaski i przebaczenia ze świętych niebiosów Twoich, przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Sennik ciem i motyli – Robert Pucek

Okładka książki Sennik ciem i motyli autora Robert Pucek, 9788380496453

Druga i ostatnia książka zakupiona w tym roku w białogórskim namiocie. Nie znałem tej książki przed zakupem. Był to zakup impulsywny, a jednocześnie opatrznościowy. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni raz, przy pozyskiwaniu książek do czytania „prowadziła mnie Ręka”, jak pisali Miłosz i Hen.

Książka o motylach i ich przeobrażeniu zupełnym, a na głębszym poziomie o przeobrażeniu zupełnym całego stworzenia. Wpisuje mi się w lekturę kontynuacyjną po Uniwersalnym Chrystusie Rohra.

40/52/2025

*****

Poważna piosenka halloweenowa MMXXV

Piosenki halloweenowe piszę od lat kilkunastu, od kilku umieszczam je na blogu. Pierwsze kilka to po prostu piosenki mroczne, ewentualnie z domieszką humoru. Od kilku lat dosypywałem do nich coraz więcej metafizyki, a nawet mistyki. Przyszedł czas na zrobienie następnego kroku. Ubiegłoroczna piosenka jest utkana z nawiązań do jednej z ksiąg biblijnych. Domyślności czytelników pozostawiam identyfikację tej księgi. W tym roku z kolei zainspirowałem się mistycznym utworem zaprezentowanym przez Albanię na tegorocznym Konkursie Piosenki Eurowizji. Mam nadzieję, że te piosenki staną się dla części odbiorców inspiracją do duchowego rozwoju. Jest to oczywiście część mojego wkładu w rekatolicyzację Halloween.

W tej minucie, w tym momencie,
Świeć, mój świecie Świeć,
świat po deszczu jest jak tęcza
Świeć, mój świecie Świeć,
Na mieście nie ma karetek
Świeć, mój świecie Świeć,
Nikt nie mówi bluzg do ciebie
Świeć, mój świecie Świeć,
Stwórz mi Boże czyste serce.
Świeć, mój świecie Świeć,
W nocy Ci wysyłam światło
Świeć, mój świecie Świeć,
Amen, Amen miserere
Świeć, mój świecie Świeć,
W moim sercu, w moim sercu
Świeć, mój świecie Świeć,
Ta minuta wciąż trwać będzie
Świeć, mój świecie Świeć,
Dobrzy ludzie bezimienni
Świeć, mój świecie Świeć,
Zatańczmy w ich duszy taniec
Świeć, mój świecie Świeć,
Gdziem się zrodził, nie zapomnę
Świeć, mój świecie Świeć,
Zanurzmy się w naszych tańcach
Świeć, mój świecie Świeć,
Toczą się jak z gór lawina
Świeć, mój świecie Świeć,
Ogień! Ogień! Ogień! Ogień!
Świeć, mój świecie Świeć,
Ludzie bezimienni, czyści
Świeć, mój świecie Świeć,
Siedem noży w twojej duszy
Świeć, mój świecie Świeć,
Tu śpi morze, piasek księżyc
Świeć, mój świecie Świeć,
Gwiazd nie widać, bo zdeptane
Świeć, mój świecie Świeć,
Gdy chodzimy tak bez celu
Świeć, mój świecie Świeć,
Spragnieni ognia i światła
Świeć, mój świecie Świeć,
W ciemności, która nie świecić
Świeć, mój świecie Świeć,

I dla przypomnienia kilka starszych piosenek hallowenowych

2024

2023
2022

2021

2020

2019

Niepoważna piosenka halloweenowa MMXXV

W ostatnich latach moje piosenki halloweenowe stały się bardzo poważne, metafizyczne, mistyczne. Jest to oczywiście zamierzone i właściwe. Jednak każda waga potrzebuje przeciwwagi. W tym roku tedy, oprócz piosenki poważnej, którą zaprezentuję jutro, napisałem również niepoważną:

Halibut
Hollywood
Chory but
Czy to ryba
Czy też tylko rybi smród
Była ryba Nie ma jej
Wciągnął ją darmowy klej
Nie zostało jej ani ciut ciut

Halloween
Czarny młyn
Czysty glin
Czy to wino,
Czy też tylko karta win
Były wina, nie ma ich
Wypił je szalony mnich
Pozostały nam wódka i gin

Barbados
Stado os
Pusty trzos
Czy to kawka,
Czy też tylko mały kos
Był raz ptaszek, nie ma go
Wciągnęło go czyste
Pozostało po nim samo tło

Miliardy białych płatków – Czesław Białczyński

Okładka książki Miliardy białych płatków autora Czesław Białczyński, 9788375901238

Książka nieco zapomniana. Zapomniana, bo jej autor po niej już nic dobrego nie napisał, a teraz pisze rzeczy bardzo dziwne. Wiele podobieństw do „Nowego wspaniałego świata” Huxleya, pewnie dlatego, że obydwie książki są wyraźnie inspirowane „Państwem” Platona.

Akcja dzieje się na mroźnej planecie, której mieszkańcy zapadają w sen zimowy i są ścisłymi wegetarianami. Społeczeństwo jest kastowe, podział jest teoretycznie oparty na inteligencji, a w praktyce liczą się układy i układziki. Ludzie dzielą się na techników, rozumnych, mądrych, wiedzących i wszechwiedzących. Rządzą ci ostatni.

Trudno powiedzieć, czy jest to antyutopia. Może być, bo są pewne przesłanki wskazujące, że ten mrożny świat jest Ziemią po jakiejśc katastrofie. Główną przesłanką są aspaniacy – rodzący się co jakiś czas ludzie nie zapadający w sen i jedzący mięso.

*****

38/52/2025

Grzegorz Braun i Dawid Mysior chcą to przed Wami ukryć! Psalmy Louisa Lewandowskiego

We Wrześni miał się odbyć cykl wydarzeń upamiętniających Louisa Lewandowskiego, niemieckiego kompozytora muzyki synagogalnej, urodzonego w tym mieście. Kulminacyjnym punktem tego wydarzenia miał być koncert organowo-wokalny w jednym z wrześniańskich kościołów katolickich. Wydarzenie się nie odbędzie, bo panowie Grzegorz Braun i Dawid Mysior rozpętali ogólnopolską nagonkę, oburzeni faktem, że polskie dzieci w katolickim kościele mają śpiewać żydowskie pieśni w katolickim kościele i to w tej Wrześni, która wsławiła się w pruskich czasach strajkiem polskich dzieci w obronie modlitwy i katechezy po polsku. Paradoksem jest, że za życia Lewandowskiego fundamentaliści żydowscy zarzucali Lewandowskiemu że chrystianizuje muzykę synagogalną, wprowadzając do niej organy i motywy z klasyki zachodnioeuropejskiej, w tym polskiej. Komponował on muzykę do psalmów, które są obecne w liturgii zarówno żydowskiej, jak i chrześcijańskiej. Nic więc dziwnego, że jego utwory są wykonywane na całym świecie zarówno w synagogach, jak i kościołach, tak protestanckich, jak katolickich. Oryginalnie Lewandowski komponował do tekstów niemieckich, część jego utworów jest obecnie wykonywana w przekładach na angielski i hebrajski. Prezentuję niniejszym nagrania różnych jego psalmów, w różnych wykonaniach i językach.

Szczególnym przypadkiem jest Psalm 150 (Alleluja), który w przekładzie angielskim stał się światowym hitem, szczególnie zaś popularny jest w Ameryce północnej i w Afryce.

Reasumując, panowie Braun i Mysior lokalne wydarzenie, o którym poza Wrześnią prawie nikt nie słyszał, uczynili sławnym na cały kraj. Również samemu Lewandowskiemu przydali stokroć więcej popularności i rozpoznawalności w Polsce niż mogłoby mu dać wrześniańskie upamiętnienie. Szkoda tylko wrześniańskiech dzieci, którym odwołanie występu może się stać traumą na całe życie.

P.S. Przedstawiam list JEm. Prymasa Polski do organizatorów, napisany po odwołaniu wydarzenia:

Arcybiskup Wojciech Polak w dniu 60. rocznicy deklaracji Soboru Watykańskiego II „Nostra aetate” o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich przesłał list do Fundacji Dzieci Wrzesińskich w związku z odwołanym koncertem Louisa Lewandowskiego.

Publikujemy pełną treść listu Prymasa Polski

Szanowni Państwo,

z zaskoczeniem przyjąłem informację o odwołaniu zaplanowanego na minioną niedzielę 26 października br. koncertu składającego się z utworów Louisa Lewandowskiego, który miał się odbyć we wrzesińskiej farze. Tym bardziej zaskakują mnie okoliczności, które zmusiły Państwa do takiej, a nie innej decyzji. Akcja protestacyjna, którą sprowokowały skrajne środowiska, pełna była emocji, niestety opierała się w wielu miejscach na kłamstwach i półprawdach oraz w znacznym stopniu zniekształcała nauczanie Kościoła.

W czerwcu zwrócili się do mnie Państwo z prośbą, bym objął honorowym patronatem niezwykle ciekawą inicjatywę, mającą na celu przybliżenie współczesnym mieszkańcom Wrześni postaci Louisa Lewandowskiego. Ten żyjący w XIX wieku Wrześnianin, choć był cenionym na świecie kompozytorem, nie jest w swojej rodzinnej miejscowości dobrze znany. Nie miałem zatem wątpliwości, że warto, choć w tak symboliczny sposób, wesprzeć tę inicjatywę. Ze względu na to, że część wydarzeń miała się odbyć we wrzesińskim kościele pw. Wniebowzięcia NMP i św. Stanisława, poprosiłem Państwa o przedstawienie całego programu oraz formalne zatwierdzenie repertuaru przez Archidiecezjalną Komisję ds. Śpiewu i Muzyki Kościelnej. Wszystkie te wymogi zostały przez Państwa spełnione, a pieśni, które miały być prezentowane, zarówno w warstwie tekstowej, jak i melodyjnej, w pełni odpowiadały charakterowi miejsca. Wszystkie pieśni były religijne, a w przeważającej części składały się z psalmów, które każdego dnia śpiewane są podczas liturgii. Koncert spełniał zatem wymagania stawiane przez organizatorów w dokumencie Stolicy Apostolskiej „Musicam Sacram” z 1967 r. oraz „Instrukcji Konferencji Episkopatu Polski o muzyce kościelnej” z 2017 r. Bezpodstawne są zatem niektóre z zarzutów, jakoby planowany koncert naruszał jakiekolwiek przepisy kościelne.

Bardziej niepokojące są jednak dwa najczęściej pojawiające się zarzuty. Pierwszym z nich jest to, że Louis Lewandowski był Żydem, a pieśni, które tworzył, grane były głównie w synagogach. Znamienne jest, dziś przeżywamy 60. rocznicę uchwalenia przez Sobór Watykański II deklaracji „Nostra aetate” (O stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich), w której czytamy: „Skoro więc tak wielkie jest dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i Żydom, święty Sobór obecny pragnie ożywić i zalecić obustronne poznanie się i poszanowanie, które osiągnąć można zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy” oraz „Kościół, który potępia wszelkie prześladowania, przeciw jakimkolwiek ludziom zwrócone, pomnąc na wspólne
z Żydami dziedzictwo, opłakuje – nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej miłości ewangelicznej – akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom
”. Chcę to wyraźnie podkreślić, iż uczeń Chrystusa, Chrześcijanin, powinien widzieć w osobie wyznania mojżeszowego brata, a nie wroga. Św. Jan Paweł II mówił wyraźnie: „Religia żydowska nie jest dla nas czymś ‘zewnętrznym’, lecz w pewnym sensie jest ‘wewnętrzna’ naszej własnej religii. Z judaizmem więc mamy relację, której nie mamy z żadną inną religią. Wy jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i w pewnym sensie można by powiedzieć, że jesteście naszymi starszymi braćmi” (Przemówienie w synagodze rzymskiej, 13 kwietnia 1986).

Całkowicie niezrozumiały jest także drugi zarzut, który stawia się organizatorom, a mianowicie, że część pieśni miała być wykonywanych w języku niemieckim. Trudno mieć pretensje o to, że promując twórczość jakiegoś kompozytora, pragnie się usłyszeć jego dzieło w oryginalnym języku, w którym tworzył. Także w tych dniach przeżywać będziemy 60-tą rocznicę „Orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich”. Ten zainspirowany przez bł. Prymasa Stefana Wyszyńskiego dokument był prawdziwie chrześcijańskim głosem czerpiącym z głębi nauki o przebaczeniu samego Chrystusa. Biskupi zwracali się wtedy do Niemców: „wyciągamy do Was nasze ręce oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Dziś te słowa uznawane są za początek polsko-niemieckiego pojednania, tak potrzebnego po dramacie II wojny światowej. Ten gest polskich Katolików był niezrozumiały dla komunistycznych władz naszej ojczyzny, którzy oskarżyli biskupów o narodową zdradę. Historia pokazała, że jedynie pozbawiona odniesienia do Boga komunistyczna ideologia mogła bardziej skupiać się na nienawiści, niż w duchu chrześcijańskiego braterstwa szukać dróg wzajemnego pojednania.

W stawianych organizatorom zarzutach często pojawiało się stwierdzenie, że „nie byłoby problemu, gdyby koncert odbywał się w przestrzeni świeckiej”. Nie podzielam tego poglądu. Uważam, że pieśni chwalące Boga mogą, a nawet powinny być wykonywane w świątyni. Pewnie najwłaściwszym miejscem na ten koncert byłaby wrzesińska synagoga, w której pierwsze kroki w swojej muzycznej karierze stawiał Louis Lewandowski. Nie jest to jednak możliwe, bo w czasie wojny zburzyli ją, przeniknięci nienawiścią do Żydów, niemieccy żołnierze.

Wspominane wielokrotnie w pisanych protestach Dzieci Wrzesińskie, które patronują Państwa Fundacji, występowały w obronie prawa do życia w prawdziwej wolności. Do tego, by można było mówić, jak kto chce, by można się było modlić tak, jak się chce. Zmuszenie kogoś do tego, by odwołał koncert, jest zaprzeczeniem tego ich pragnienia wolności. Jestem przekonany, że ten bolesny, ale jednak – taką mam nadzieję – pojedynczy incydent, nie przeszkodzi Państwu nadal – tak, jak do tej pory – dbać o rozwój kulturalny Wrześni, promując postawę jej najdzielniejszych młodych Obywateli, których 125. rocznica strajku przypada w przyszłym roku.

Załączam wyrazy życzliwości oraz pamięci w modlitwie i z serca błogosławię.

† Wojciech Polak
Arcybiskup Metropolita Gnieźnieński

Prymas Polski

***

Ten list jest bardzo ważny, dlatego zdecydowałem się go dołączyć do tekstu wpisu, aby także ci, którzy ten wpis będą czytali po latach, znali kontekst sprawy

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij