Książkę tę dostałem w październiku 2024 w kościele w Białce Tatrzańskiej. Książka trudna i nieco nierówna, ale bardzo wartościowa. Mogę ją z czystym sumieniem polecić każdemu polskiemu mężczyźnie zainteresowanemu mistyką. Sporo w niej też bliskiej mi tematyki symboli chrześcijańskiej. Czytałem ją jednak nieco krytycznie i taką lekturę zalecam. Nie jestem bowiem przekonany do wizji męskości opierającej się na udowadnianiu, że się nie jest dzieckiem, kobietą i homoseksualistą, a ta koncepcja przewija się przez tę książkę.
Na koniec prezentuję dwa cytaty, świetnie ukazujące wartość tej książki:
„Wielka radość, jaką jest Bóg, otwiera drogę do wielu małych radości, jakich pełen jest świat.”
„Jezus jest równocześnie lwem i barankiem i jako lew-baranek jest Zwycięzcą. Zarówno „samotny lew”, jak i „samotny baranek” w duchowości mężczyzny degenerują się: „lew” staje się bandytą, „baranek” niedorajdą i „ofiarą” – w potocznym, czyli pejoratywnym znaczeniu.”
Od lat poszukuję w literaturze pięknej fragmentów duchowo poruszających. Czasami znajduję je w zaskakujących miejscach. Tak jest i tym razem. Andrzej Sapkowski nie zalicza się bowiem do twórców literatury szczególnie uduchowionej. W trylogii husyckiej tematyka religijna pojawia się bardzo obficie, ale zasadniczo ujęta z areligijnej, czy nawet antyreligijnej perspektywy. Dostaje się po równo tak katolikom, jak i husytom. A jednak w ostatnim tomie pojawia się ściśle mistyczny wątek tytułowej światłości. Elementy tego tomu są rozproszone po całej książce, dlatego gorąco zachęcam do jej całościowej lektury, Natomiast kulminacją rzeczonego wątku jest rozmowa Reynevana z proboszczem wiejskiej parafii w księstwie opawskim:
***
– Nie słyszałem – dodał – słów twej modlitwy. Ale pewnym, żem sam już kiedyś podobną odmawiał. Na tyle często i długo, by słowo „litania” cisnęło się na usta.
– Doprawdy?
– Niestety – potwierdził poważnie duchowny. – Wiem, co to ciężar straty, wiem, jak potrafi przytłoczyć. Tak, że ni wstać, ni głowę unieść. Praesens malum auget boni perditi memoria, obecną niedolę potęguje pamięć o utraconym szczęściu. Ale wszyscy będziemy przemienieni. Na odgłos trąby ostatecznej, albowiem zabrzmi trąba i umarli powstaną nieskażeni, a my będziemy przemienieni. Bo to, co skazitelne, musi przyoblec się w nieskazitelność, i to, co śmiertelne, przyoblec się w nieśmiertelność.
– Eschatologia. Coś ponadto?
– Owszem. Pojednanie z Bogiem.
– Pokuta?
– Pojednanie. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania. Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, wszystko stało się nowe. Kto wybierze właściwą drogę, będzie miał lux vitae, światło życia.
– Życie jest ciemnością. In tenebris ambulavimus, kroczymy w mrokach.
– Będziemy przemienieni. I stanie się światło. Chcesz się wyspowiadać?
– Nie.
Podsumowanie tej rozmowy pojawia się kilka akapitów dalej, w rozmowie Reynevana z Szarlejem:
– W drodze spotkałem księdza, ten przypomniał mi inne jeszcze słowa Pisma, słowa Ewangelii Janowej. Ego sum lux mundi, qui sequitur me non ambulabit in tenebris sed habebit lucem vitae. Dość mam błądzenia wśród cieni, idę po światło życia.
Ten tekst jest kontynuacją wpisów o mołokanach i Aladurze. Dlatego zacznę od powtórzenia wstępu do tamtych dwóch. Czego my katolicy możemy uczyć się od chrześcijan niekatolików? Na pewno nie zasad wiary i moralności, bo tego uczy nas Urząd Nauczycielski Kościoła. Już prędzej gorliwości stosowania tych zasad, ale i to z zachowaniem zdrowego rozsądku, gdyż jedną z kardynalnych cnót jest Umiarkowanie. Natomiast niewątpliwie możemy od niekatolików przejmować niektóre ich tradycje muzyczne, w tym śpiewacze. I od zawsze Kościół to robił. Wiele pieśni katolickich powstałe jako prawosławne, czeskobraterskie, luterańskie, czy metodystyczne. Dziś pragnę zaprezentować piękne pieśni mołokanów.
A teraz przeskok tematyczny. Od ponad trzydziestu lat praktykuję Medytację Chrześcijańską w formie zbliżonej do Modlitwy Jezusowej. W ostatnich latach wypracowałem sobie własny styl tej medytacji, który nazwałem Modlitwą Wewnętrznego Śpiewu. Polega ona na tym, że wyobrażam sobie we własnej głowie śpiew religijny (często dowyobrażam sobie też akompaniament) oparty na krótkich, powtarzalnych , melodyjnych (to ważne) zwrotkach. Może to być w kółko ta sama zwrotka, mogą to być kolejne zwrotki o ile tylko da się je łatwo zapamiętać. Bo ten śpiew musi być z pamięci, nie z książki, książka rozprasza, a medytacja wymaga skupienia.
Bogiem się należy cieszyć! Oj, oj! – prawda świeta! Choć czasami może zgrzeszyć Żyd i goj! Kto tę prawdę zapamięta? Oj, oj! – nie od świeta Bogiem sie należy cieszyć! O, jo, joj!
No i od czasu do czasu natrafiam na pieśni, które się szczególnie dobrze nadają do takiej medytacji. Najczęściej są to oczywiście pieśni katolickie, czasami trafi się protestancka, a niekiedy żydowsko -popkulturowa jak ta tutaj. Dziś bowiem śpiewem duchowym, który chciałbym zaproponować do wielokrotnego powtarzania jest druga zwrotka piosenki Wszyscy braćmi być powinni! z płyty Alkimija Justyny Steczkowskiej z niggunowym refrenem. Muzyka jest ludowa, a autorem tekstu jest nieodżałowany Roman Kołakowski.
Bogiem się należy cieszyć – to może być motto ścieżki duchowej, którą propaguję. Scieżki duchowej, którą ja praktykuję w wariancie chrześcijańskim, ale można nią też kroczyć w wariancie żydowskim i przynajmniej kilku innych. Ale o tych innych będzie innym razem.
W roku osiemdziesiątej rocznicy zakończenia II wojny światowej czytam nieco lektur nawiązujących do tej dziejowej tragedii. Książka Cezarego Harasimowicza to opowieść o dziewczynce uratowanej z warszawskiego getta i jej dwóch rodzinach. W tle opowieść o Warszawie, Polsce i polskiej kulturze.
Staram się czytać każdą nową powieść Twardocha. Z reguły czytałem je i omawiałem mniej więcej rok po premierze. Skoro jednak autor przyspieszył z pisaniem i wydał dwie powieści rok po roku, to i ja przyspieszyć musiałem.
Dotąd w każdej jego powieści była szczypta metafizyki. W przedostatniej nawet znacznie większa niż szczypta. Tutaj odwrotnie. Jawnej metafizyki nie ma tu wcale. To do bólu realistyczna współczesna opowieść wojenna. Książka bardzo ważna. Nie napiszę, że każdy Polak i każdy Ślązak powinien ją przeczytać. Bo wiem, że nie każdy przeczyta. Ale jak najwięcej czytelników powinno tę książkę przeczytać.
Muszę też wspomnieć o kolejnym przypadku dziwnej koincydencji lekturowej jaka mi się zdarzyła. Fausterię i Nulla czytałem mniej więcej w tym samym czasie i w tym samym miejscu, na tym samym białogórskim tarasie. Skończyłem je czytać w odstępie kilku dni. Obydwie książki kończą się tak samo. Domniemaną, acz niedopowiedzianą śmiercią głównego bohatera/głównej bohaterki. Nie planowałem lektury tych dwóch książek obok siebie. owszem, Null był zaplanowany na ten wyjazd od wiosny. Zawsze planuję na urlop poważniejszą, trudniejszą lekturę. Ale o Fausterii przed przybyciem do Białogóry nawet nie wiedziałem, że istnieje. W ubiegłym roku miałem tak samo z książkami z wątkiem siostry zmarłej przed urodzeniem głównej bohaterki. Wtedy to były trzy książki – Szostaka, Ernaux i Kang. Jedynie tą pierwszą lekturę miałem zaplanowaną od miesięcy. Od dawna jestem przekonany, że moimi lekturami w dużym stopniu kieruje Ręka. Mam na to coraz więcej dowodów.
Pierwsza z książek kupionych w tym roku w białogórskim namiocie (będą tym razem tylko dwie). Zarazem pierwsza z książek, które wybrałem na kontynuację lektury „Uniwersalnego Chrystusa”.
Prezentując „antyhagiografię” Antyfaustyny-Fausterii autor ukazuje znaczenie świętości i mistyki dla świata. Mistyka ratuje świat i zmienia go na lepsze, choć czyni to niedostrzegalnie. Książkę uzupełniają doskonale wybrane cytaty z „Dzienniczka” świętej Faustyny. Wszystkie zaprezentowane fragmenty są mistycznie gęste.
Jest to najważniejsza z książek jakie przeczytałem w tym roku. Główną jej ideą jest konsekwentne potraktowanie koncepcji omniprezencji Boga. Skoro Bóg jest obecny wszędzie i we wszystkim, w co jako chrześcijanie wierzymy, to całe stworzenie jest Chrystusem, a akt stworzenia jest pierwszym aktem wcielenia.
Można powiedzieć, że treścią tej książki jest chrześcijańska implementacja żydowskiej mistyki Bereszit, czyli mistyki stworzenia. W konsekwencji autor mniej zajmuje się zbawieniem jednostki ludzkiej (uznając je za oczywiste), a bardziej przebóstwieniem wszystkiego co istnieje. Zmartwychwstanie Chrystusa jest tu ujęte jako akt o znaczeniu kosmicznym. Jest to więc tej też książka o apokatastazie, rozumianej jednak nie tylko jako powszechne zbawienie ludzi, ale jako odnowa całego stworzenia.
Zainspirowany tą lekturą postanowiłem pogłębić temat i przeczytać jeszcze w tym roku kilka książek powiązanych z tą ideą. Zarówno takich, które autor cytuje, jak i takich, które mnie samemu się nasunęły. W roku następnym zaś kolejnych kilka, bo utworzona przeze mnie lista liczy już trzynaście pozycji.
Kilka lat temu zapoczątkowałem cykl o youtubowych kanałach z wykładami. Niestety utknąłem po dwóch odcinkach – o kanałach profesora Adama Wielomskiego i księdza doktora Henryka Paprockiego. Potem co prawda natrafiałem na różne kanały, ale jakoś nie byłem w stanie żadnego polecić na równi z tymi dwoma. Dopiero w tym roku dodałem do tej listy kanał Wolne Lektury.
Dziś prezentuję kolejny kanał z wykładami. Kanał profesora Marcinna Majewskiego. Ten jest chyba najpopularniejszy z dotychczasowych. Bo na profesora Majewskiego jest teraz moda. Moim zdaniem bardzo warto go słuchać. Trzeba jednak pamiętać, że są to treści naukowe, a nie religijne. Dlatego ten wpis nie trafia do kategorii „Religia”.
Doskonały temat, doskonale zmarnowany. Powieść o rodzinie wybitnych intelektualistów, o dworze, w którym często bywał Roman Dmowski i inni wybitni ludzie, sprowadzona do poziomu romansidła. Zero analizy tekstów bohaterów, zero analizy realiów historycznych. Napisane sprawnie, ale po co?