Jakieś pół roku temu dowiedziałem się, że tynieccy benedyktyni wydają dotąd niewydane książki znanego rybnicznina dra Innocentego Libury. Od razu kupiłem sobie dwie i swoim zwyczajem, ledwie przekartkowawszy pierwszą zabrałem się za drugą, czytanie książek po kolei uważam bowiem za niczym nieuzasadniony przesąd. Tym razem zrobiłem tak dlatego, że w pierwszej było za dużo harcerstwa. Tu też go jest niemało, ale sporo jet też Rybnika, dwóch uniwersytetów, religii, literatury, wędrowania, więc całość jest całkiem strawna. Jest to powieść aurobiograficzna, pisana dość nietypowo w trzeciej osobie. Sporo tu jest religijnoścgo pasji, ale też obsesji, a także różnych cech charakteru tak pozytywnych, jak negatywnych. Co ciekawe, jedne i drugie jakby wyrastają z harcerstwa. Bohater jest bowiem kimś w rodzaju wiecznego harcerza. Ciekawie się to porównuje na przykład z autobiografią Miłosza. Oczywiście, są diametralnie różne, ale mają w sobie też punkty styczne. A różnice tkwią właśnie głównie w tym, że Miłosz nie miał w sobie nic z harcerza.
8/52/2023
****


















