Bedziemy se śpiywać razem kochanie

  Kapela

Ostatnimi czasy tak w stylizowanym folklorze jak i w folku można zaobserwować ciekawe zjawisko. Otóż muzycy góralscy, zarówno podhalańscy, jak i beskidzcy wzbogacają swoje granie już nie tylko motywami z różnych stron świata, co ma miejsce już od wielu lat, ale także z nizinnych zakątków Polski, przedewszystkiem zaś z Rzeszowszczyzny. Pierwszym okazem takiego grania była wydana w 2004 roku płyta grupy „Rybka i przyjaciele” zatytułowana „I to i to”, na której obok nut góralskich zgodnie funkcjonowały także rzeszowskie. Może właśnie do tej „kołogzystencji” nawiązuje tytuł albumu. Ale zespół ten należał do nurtu folkowego i tworzyli go muzycy młodzi, więc taki synkretyzm raczej nie dziwił, wszak w folku jest on zjawiskiem powszednim. Ten sam synkretyzm muzyczny staje się jednak zaskakujący, gdy pojawia się w twórczości tradycyjnej, rodzinnej, wielopokoleniowej kapeli góralskiej, jak to ma miejsce w przypadku Kapeli Antoniego Gluzy ze Szczyrku. Istniejąca od 1979 roku kapela nagrała niedawno płytę zatytułowaną „Bedziemy se śpiywać razem kochanie” z podtytułem „Nuty żywieckie i karpackie”. Na wkładce tej płyty muzycy napisali między innymi coś takiego: „Od pewnego czasu łączymy folklor z różnymi stylami muzycznymi wzbogacając rdzenną muzykę o nowe melodie i awangardowe aranżacje eksperymentując min. z jazzem, sambą, dixielandem” (pisownia oryginalna). To wszystko, o czym piszą, na tej płycie oczywiście jest. Są jednak na niej też rzeczy, o których nie wspominają, osobliwie zaś owe melodie rzeszowskie z tekstami lekko stylizowanymi na góralskie. W kilku zaś piosenkach typowo góralskich przemyca się elementy rzeszowskiego grania. Ogólnie aranżacje są dobrze przemyślane, a całość płyty bardzo spójna. Nawet z piosenki „Góralu, czy ci nie żal” kapela Gluzy potrafiła zrobić ciekawy utwór. Jest to niewątpliwie najlepsze wykonanie tej kompozycji, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć. Nie ma jednak większych szans trafić na jakieś listy przebojów, bo liczy sześć i pół minuty, a rozgłośnie radiowe nie lubią tak długich utworów. Tak czy inaczej Kapela Antoniego Gluzy ze Szczyrku należy do najciekawszych i najoryginalniejszych zespołów ludowych w zachodnich Beskidach, wobec czego warto się z jej twórczością bliżej zapoznać.

Przypadek Mai Frykowskiej – nawrócenie, czy odstępstwo?

 

 

Maja Frykowska, dawniej znana jako Agnieszka i pod pseudonimem Frytka, od wielu już lat gości od czasu do czasu na łamach mediów, tak drukowanych, jak i elektronicznych osobliwie zaś te, które lubują się w wyszukiwaniu i publikowaniu rozmaitego autoramentu sensacyj. Stała się słynna, gdy uczestnicząc w którymś z idiotycznych widowisk telewizyjnych typu reality show uprawiała publicznie seks z innym uczestnikiem tego programu. O nim słuch zaginął, ale ona od tej chwili zaczęła funkcjonować gdzieś na obrzeżach krajowego showbiznesu. Można więc przypuszczać, że erotyczny eksces był starannie zaplanowanym sposobem na zaistnienie w przestrzeni publicznej, a nie zatraceniem się w cielesnej chuci. Metoda okazała się dosyć skuteczna, ale i obarczona niemałymi skutkami ubocznymi. Frykowska stała się znana, ale wielkiej kariery nie zrobiła, bo została zaszufladkowana do kategorii twórców erotycznych. Próbowała swoich sił jako piosenkarka i aktorka, ale bez większego powodzenia. Nie zagrała żadnej poważnej roli i nie nagrała samodzielnej płyty długogrającej. Lepiej poszło jej w dziennikarstwie. Prowadzi programy telewizyjne i portale internetowe. Od jakiegoś czasu widać wyraźnie, że przeszłość zaczęła jej ciążyć. Od mniej więcej dwóch lat dziennikarka podejmuje próby odcięcia się się od swojej przeszłości i związanego z nią nie do końca pożądanego wizerunku. Punktem zwrotnym wydaje się być zmiana imienia z Agnieszka na Maja, dokonana w 2010 roku. Jest to zmiana poniekąd dosyć dziwna. Zazwyczaj bowiem jest tak, że jeśli ktoś chce się odciąć od swojej lub rodzinnej przeszłości, to zmienia raczej imię, niż nazwisko, bo to wszak po nazwisku kojarzy się ludzi. Wyjątkiem jest może taka sytuacja, kiedy ktoś ma bardzo pospolite nazwisko i niezwykle rzadkie imię, wskutek czego kojarzony jest raczej po imieniu niż po nazwisku. Ale w omawianym przypadku taka sytuacja bynajmniej nie zachodzi. Agnieszka Frykowska miała pospolite imię i stosunkowo rzadkie nazwisko. Ta zmiana imienia jest więc dosyć tajemnicza. Tajemnica nieco się rozjaśnia w świetle późniejszych poczynań naszej bohaterki. Pod koniec 2011 roku media obiegła wieść, że Maja Frykowska nawróciła się, postanowiła zmienić swój styl życia i wstąpiła do Chrześcijańskiego Kościoła Reformacyjnego. Kościół ten jest jedną z dynamicznie rozwijających się w naszym kraju wspólnot pentekostalnych, czyli zielonoświątkowych.

 

Zdaję sobie sprawę, że to co teraz napiszę będzie kontrowersyjne, niepoprawne i nie do przyjęcia dla większości czytelników. Jednak amicus Plato sed magis amica veritas. Nie jestem pewien, czy posunięcie Frykowskiej można nazwać nawróceniem. Myślę, że można bezpiecznie przyjąć założenie, iż przed konwersją była ona katoliczką, przynajmniej nominalną. Oczywiście nie można wykluczyć i tego, że nie była ochrzczona, ale wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Przesłanką, która mnie skłania do przyjęcia takich wniosków jest owa tajemnicza sprawa zmiany imienia. Odnoszę wrażenie, że ten akt i późniejsza o rok konwersja są kolejnymi etapami tego samego duchowego procesu odchodzenia od katolicyzmu. Zastanówmy się, w jakich okolicznościach ludzie zazwyczaj zmieniają imię? Nie wtedy, gdy chcą się odciąć od swojej przeszłości, ale gdy przeżywają głęboką duchową przemianę, gdy zostają zakonnikami, muzułmanami, czy krysznaitami. Myślę więc, że urzędowa zmiana imienia przez Frykowską miała charakter swego rodzaju rytuału, może nawet nie do końca sobie przez jego bohaterkę uświadamianego. Zmiana imienia ze chrztu na inne jest w pewnym sensie zerwaniem, a przynajmniej osłabieniem więzi ze patronem chrzcielnym. Można nawet rzec, że jest to symboliczne przekreślenie katolickiego chrztu. Był to więc pierwszy wyraźny krok w kierunku odrzucenia katolickiej wiary i potencjalnego przyjęcia nowej. Obiór opcji zielonoświątkowej i przystąpienie do adekwatnej denominacji, nie było co prawda nieuniknioną konsekwencją owego pierwszego kroku, pozostawał jeszcze do wyboru cały wachlarz innych możliwości, ale było jego logicznym następstwem. Jestem przekonany, że wcześniejsza decyzja o konwersji znacznie ułatwiła późniejszą decyzję o konwersji. Jeśli w ogóle można tu mówić o jakimś nawróceniu, to w nie mniejszym stopniu zachodzi tu także odstępstwo. Maj Frykowska porzuciła wiarę katolicka dla protestanckiej. A lepiej być złym katolikiem, niż dobrym protestantem.

Nie sądźmy jednak, abyśmy nie byli sądzeni. Mamy prawo wytykać Mai Frykowskiej błędne wybory życiowe, mamy prawo te wybory krytykować, a nawet potępiać. Nie mamy jednak prawa potępiać jej osoby. Zwłaszcza, ze istnieją liczne i poważne okoliczności łagodzące, które znacznie zmniejszają ciężar moralny jej błędów. W szczególności należy tu wspomnieć o jej ciężkiej sytuacji rodzinnej. Od trzech pokoleń jej przodkowie po mieczu giną śmiercią tragiczną. Jej pradziadek, drobny przedsiębiorca, zginął w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia w dosyć tajemniczym wypadku samochodowym. Jej dziadek Wojciech Frykowski, producent filmowy, 9 sierpnia 1969 w domu Romana Polańskiego w Beverly Hills został zamordowany przez bandę Charlesa Masona. Jej ojciec Bartłomiej, operator filmowy zginął w tajemniczych okolicznościach 8 czerwca 1999 w Wyszkowie, w dworku córki Andrzeja Wajdy, Karoliny. Prokuratura uznała jego śmierć za samobójczą, lecz wiele wskazuje a morderstwo. Przy takim obciążeniu żyje się pod wielka presja i różne błędne decyzje są do pewnego stopnia usprawiedliwione.

 

Halid Bešlić

 

Z wakacji zagranicznych zazwyczaj przywożę płyty z muzyką. Ostatnio jednak, z  tej racji, że jestem ojcem dwojga małych dzieci, nie mam na wczasach czasu na  bieganie po sklepach muzycznych . Z tego więc powodu podczas tegorocznego pobytu  w Chorwacji tradycji uczyniłem zadość, idąc po lini najmniejszego oporu. Nie  szukałem sklepów muzycznych, ani stoisk z płytami. Płytę, a właściwie dwupłytowy  album kupiłem w kiosku z prasą po drodze na plażę. Wyboru dokonałem na chybił trafił spośród dwóch dostępnych tam tytułów, nazwiska artystów nic mi bowiem nie  mówiły. Okazało się, że szczęśliwie trafiłem na muzyka folkowego. Co ciekawe  jednak, Halid Bešlić, którego nagrania nabyłem w kiosku na chorwackim wybrzeżu,   jest nie Chorwatem, a Bośniakiem. Bośniackiej muzyki ludowej wcześniej  praktycznie w ogóle nie znałem. Trochę to dziwne, bo jestem dosyć obsłuchany z  tradycyjnym i współczesnym folklorem bałkańskim, głównie bułgarskim i  chorwackim, ale też serbskim, greckim, macedońskim i rumuńskim.

 

 

Wyliczam to z premedytacją, bo po kilkukrotnym przesłuchaniu owych dwóch płyt  Halida Bešlicia, na których towarzyszy mu cała plejada bośniackich artystów  przekonałem się, że choć bośniackiej muzyki wcześniej nie słuchałem, nie była mi  całkiem obca. Na tych dwóch płytach odnalazłem bowiem wpływy folkloru wszystkich  wymienionych krajów. Oczywiście dwie płyty nie są wystarczająco obszernym  materiałem, abym mógł na tej podstawie formułować jednoznaczne sądy. Nadal więc  nie wiem, czy to folklor bośniacki jest tak eklektyczny, czy też tylko repertuar  samego Bešlicia i jego przyjaciół. W obydwu jednak przypadkach rzecz jest warta  odnotowania. Eklektyzm w folklorze i folku bośniackim istnieje niewątpliwie.  Kwestią otwartą jest tylko jego zasięg. Tak więc i płyta kupiona w kiosku może  stać się przyczynkiem do ważnych obserwacyj.

Największe przeboje operowe

opera gość niedzielny 

Niedawno pisałem, że Gościa Niedzielnego, podobnie jak Gazetę Wyborczą, warto kupować jedynie dla dodatków. Skoro więc powiedziałem A, wypada abym teraz powiedział B i zajął się regularniejszym niż dotąd recenzowaniem owych dodatków. W bieżącym roku będę się starał wyłapać i omówić wszystkie płyty z muzyką dołączane do tego czasopisma. W szczególności będę chciał zbadać i ocenić, czy układają się one w jakąś spójną i logiczną całość. W związku z tym na koniec roku planuję napisać swoiste podsumowanie tego cyklu recenzyj. Dziś natomiast chcę ów cykl zainicjować, omawiając płytę „Najpiękniejsze przeboje operowe” dołączoną do numeru z ósmego stycznia bieżącego roku. Tytuł płyty jest adekwatny do jej zawartości. Są to bowiem właśnie przeboje, czyli najpopularniejsze, najbardziej rozpoznawalne fragmenty oper. Są tu nie tylko arie, ale także duety, pieśni chóralne, uwertury i inne partie instrumentalne. Wybrano utwory czterech najwybitniejszych kompozytorów operowych: Pucciniego, Verdiego, Mozarta i Bizeta. Co ciekawe, pominięto Wagnera. Ciekaw jestem, czy uznano jego utwory za zbyt trudne, czy też zbyt niebezpieczne ideologicznie dla czytelników Gościa Niedzielnego? Pominięto także kompozytorów polskich, co również jest bardzo zastanawiające. Mam nadzieję, że jest to podyktowane chęcią poświęcenia polskiej operze osobnej płyty. W przeciwnym bowiem razie oznaczałoby to lekceważący stosunek do kultury polskiej i byłoby bardzo smutne. Wykonawcami utworów są filharmonie w Hamburgu i Lublanie, często angażujące się w takie projekty, jak płyty do gazet i tanich seryj. Poziom jest więc całkiem przyzwoity, choć pewnie żadnego melomana do muzycznej ekstazy nie doprowadzi. Również tu budzi się odrobina żalu, że nie skorzystano z nagrań wykonawców polskich, ale widocznie nie było możliwości nabycia takowych. Dobrze, że taka płyta się ukazała. Choć prezentowane na niej utwory mają charakter świecki, to powstały one w katolickim klimacie. Media katolickie powinny promować tradycyjną kulturę europejską, gdyż nawet jej bardziej świeckie elementy są przepojone katolickim duchem. Ta płyta spełnia więc podwójnie pozytywną rolę. Po pierwsze składa się na kulturalną formację czytelników Gościa Niedzielnego, po drugie zaś osłabia argumenty tych rzekomych obrońców wiary i moralności, którzy twierdzą, że opera jest okazją do grzechu.

"Upiór Manhattanu"

 upiór

Omawiając powieść „Zamieć” Kena Folleta postawiłem tezę, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich. Tak śmiałej tezy nie można jednak opierać na odosobnionym przykładzie jednej powieści, do tego jeszcze rozumianej alegorycznie. Dlatego też w dzisiejszym tekście chciałbym wzmocnić argumentację, poprzez podanie drugiego przykładu. Wybrałem nań powieść Fredericka Forsytha „Upiór Manhattanu”, będącą sequelem znanej powieści „Upiór Opery” zapomnianego francuskiego pisarza Gastona Lerou, zdaniem niektórych zaś raczej sequelem opartego na tejże powieści musicalu Antona Lloyda Webera pod tym samym tytułem. Między Folletem i Forsythem zachodzą liczne podobieństwa. Obydwaj są brytyjskimi dziennikarzami oraz światowej sławy autorami powieści sensacyjnych. Książki obydwu są przekładane na dziesiątki języków, wydawane w milionach egzemplarzy i często ekranizowane. Obydwaj często wplatają w akcję postacie i fakty historyczne. I obydwaj, co wykazują moje analizy, opierają swoją twórczość na światopoglądzie chrześcijańskim.

 

W omawianej powieści autor czerpie pełnymi garściami nie tylko ze wspomnianego dzieła Leroux, ale też z twórczości Edgara Allana Poe, czy Clive’a Staplesa Lewisa. Wykorzystuje też wątek naczelnego mitu amerykańskiej popkultury, streszczający się w zdaniu „od zera do bohatera”. Specyficzna jest narracja utworu. Opiera się ona na wypowiedziach kilkunastu narratorów, będących zarazem bohaterami utworu. Ten rzadko stosowany zabieg literacki, szerszemu gronu czytelników znany przedewszystkiem z powieści Orhana Pamuka „Nazywam się czerwień”, pozwala osiągnąć ciekawy efekt spojrzenia na akcję z różnych punktów widzenia. Każdy rozdział powieści Forsytha ma innego narratora. Problematyka religijna poruszana jest przedewszystkiem w dwóch rozdziałach: „Wizja Dariusa” i „Modlitwa Josepha Kilfoyle (powinno być Kilfoyle’a, ale polski przekład tej powieści najwyraźniej jest dziełem jednego z tych tłumaczy, którzy doskonale znają język angielski, ale nie za dobrze polski). Rozdziały te, zwłaszcza czytane obok siebie doskonale wyrażają obecne w chrześcijańskiej teologii mistycznej rozróżnienie między prawdziwym i fałszywym mistycyzmem. Wizja Dariusa jest przejawem mistycyzmu fałszywego, pogańskiego, napędzanego narkotykami i niskimi żądzami, zaś modlitwa ojca Józefa mistycyzmu prawdziwego, chrześcijańskiego, opartego o silną i autentyczną więź z Bogiem. Rozmowa Jezusa Chrystusa z tym irlandzkim księdzem wykazuje liczne podobieństwa do rozmowy Aslana z kalormeńskim oficerem w ostatnim tomie cyklu narnijskiego. W obydwu dyskursach w bardzo podobny sposób ujęty jest stosunek religii prawdziwej do religij fałszywych. Całkiem być może, że Forsyth w tej kwestii zapożyczał od Lewisa. Literatura jest zresztą w dużej mierze ciągiem zapożyczeń. Odnoszę wrażenie, że właśnie na tej fundamentalnej rozmowie u Forsytha oparła się J.K. Rowling, konstruując równie fundamentalną rozmowę pomiędzy Harrym Potterem i Albusem Dumbledorem w ostatniej części przygód młodego czarodzieja. Przyjrzyjmy się krótkim fragmentow obydwu rozmów. U Forsytha Chrystus mówi: „Możesz mi to powiedzieć, bowiem, jak się domyślasz, jestem w twojej głowie”. U Rowling natomiast Harry pyta „Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej głowie?”, na co otrzymuje odpowiedź „Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie, Harry, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?”. Między tymi stwierdzeniami, wbrew pozorom, nie ma sprzeczności. U Forsytha również to, co dzieje się tylko w głowie, jest równie rzeczywiste, jak to, co dzieje się w świecie zewnętrznym.

 

Dwa wspomniane rozdziały, owe mistyczne interludia, nie stoją obok akcji, ale stanowią jej kluczowe elementy. Bez nich powieść byłaby niespójna, natomiast one same mogłyby funkcjonować samodzielnie, jako minitraktaty mistyczne, ukryte pod maską utworów fabularnych. Szczególnie „Modlitwa Josepha Kilfoyle” zawiera zdumiewająco głębokie i zarazem rozległe refleksje teologiczne, zwłaszcza, jeśli się zważy, w jakiego typu powieści jest umieszczony. Polski wydawca nazwał „Upiora Manhattanu” „połączeniem romansu z kryminałem”. Jest to oczywiście prawda, ale nie cała. „Upiór Manhattanu” jest prawdopodobnie jedną z najpoważniejszych książek Fredericka Forsytha. To, że mimo tego nie traci ona przebojowego charakteru, świadczy o niewątpliwym geniuszu autora.

Akcja wymiany drzwi

 akcja

Jak powszechnie wiadomo, branża usług budowlanych jest prężna i ma się nieźle. Jednak nawet najprężniejsza branża potrzebuje niekiedy reklamy i promocji. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że właściciele domów i mieszkań są wręcz bombardowani reklamami usług budowlanych. Co ciekawe, poszczególne segmenty tej branży reklamują się z różną intensywnością.

 

Najbardziej nachalni są producenci i instalatorzy drzwi. Posuwają się oni do metod budzących poważne wątpliwości. Starają się, co prawda, nie przekraczać granic prawa, niewątpliwie za to przekraczają wszelkie granice dobrych obyczajów i dobrego smaku. Na przykład, chodzą od mieszkania do mieszkania jak Świadkowie Jehowy i namawiają na wymianę drzwi, sugerując przy tem, że większość sąsiadów już się na to zdecydowała, co oczywiście, zazwyczaj nie ma nic wspólnego z prawdą. Inni sięgają po metody bardziej wyrafinowane. Dogadują się na przykład z agentami firm ubezpieczeniowych, które zazwyczaj nie chcą ubezpieczać mieszkań nieposiadających solidnych drzwi. Jeśli więc klient takowych nie ma, agent chętnie poleci zaprzyjaźnionego instalatora. Niektóre firmy idą jeszcze dalej. Gdy w jakiejś okolicy zdarzają się włamania do mieszkań, często pojawia się plotka, że łupem padają jedynie mieszkania bez drzwi antywłamaniowych i że złodzieje przed akcją z rozmysłem takowe typują. Oczywiście nie da się firmom branży drzwiowej udowodnić inspirowania takich plotek. Tak jednak zazwyczaj w życiu bywa, że is fecit, cui prodest. A największą korzyść z owych plotek wynosi właśnie rzeczona branża.

 

Ja osobiście za najbardziej perfidną i niesmaczną formę reklamy producentów i instalatorów drzwi uważam praktykę takiego redagowania ulotek i plakatów reklamowych, aby przypominały urzędowe komunikaty. Takie ulotki, czy plakaty są zazwyczaj wydrukowane monochromatycznie, prostą czcionką, bez żadnych ilustracyj, czy grafik. Ich treść prawie zawsze zaczyna się od słów „Uwaga lokatorzy!” W kolejnych zdaniach pojawiają się sformułowania w stylu „odbędzie się akcja wymiany drzwi”. Czasami w nagłówku występuje słowo „komunikat”. Rzadko natomiast pojawia się w tych materiałach nazwa firmy, zazwyczaj jest tylko numer telefonu.   Dla osób mało zorientowanych w temacie, wyglądają one łudząco podobnie do komunikatów administracyj spółdzielni mieszkaniowych. Zwłaszcza ludzie starsi, gdy czytają o „akcji” skierowanej do „lokatorów”, nabierają przekonania, że jest ona obowiązkowa, toteż wydają ostatnie zaskórniaki, często od ust sobie odejmując i kupują zupełnie im do niczego niepotrzebne drzwi. Oczywiście przedsiębiorcy stosujące takie niemoralne metody będą się zaklinać i przysięgać, że pod nikogo się nie podszywają, a wszelkie skojarzenia są absolutnie przypadkowe. Zdarzyło mi się kilka razy dzwonić do szefów takich firm. Wszyscy oni butnie i bezczelnie stwierdzali, że nic złego nie robią. Faktycznie, prawa wprost nie łamią. Można by co prawda od biedy podciągnąć ten proceder pod podstępne skłonienie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, ale byłoby to bardzo trudne do udowodnienia. Pozostaje jednak jeszcze ocena moralna takich działań, a ta jest jednoznacznie negatywna.

Pro Fide Rege et Lege 2/2011

 

 

pfrl

W sprzedaży pojawił się nowy numer sztandarowego pisma polskich antysystemowych konserwatystów „Pro Fide Rege et Lege”.

SPIS TREŚCI

Od Redakcji

Dział numeru: Reforma gregoriańska

Adam Wielomski: Teologia polityczna Grzegorza VII

Mariusz Matuszewski: Jan z Salisbury a idee gregoriańskie: zarys problemu

Grzegorz VII: List XXI do Herimana (Hermanna) biskupa Metzu rok 1080/1081, tł. M. Masny

Dział Politologia i Prawo

Stanisław Niwiński: Funkcjonowanie systemu politycznego Chin. Możliwe kierunki zmian

Piotr Bukowczyk: Kara śmierci we współczesnym prawie międzynarodowym publicznym

Bartosz Olcha: Dwie szkoły realizmu wobec rzeczywistości PRL-u: realizm Bolesława Piaseckiego i Kościoła

Piotr Biegasiewicz: Liberalizm w Polsce po 1989 r. wobec problemu braku klasy średniej

Dział Idee

Artur Granacki: Ludzie i bogowie. Gradacja bytów w filozofii Platona

Maciej Zakrzewski: Idea „króla-patrioty” Henry’ego St. Johna wicehrabiego Bolingbroke’a

Kamil Eckhardt: Napoleon – rewolucjonista czy reakcjonista? – Szanse owocnego dyskursu

Grzegorz Dmitruk: Człowiek w obliczu końca. Mariana Zdziechowskiego wizja zagrożeń cywilizacji

Marek Rostkowski: Upiorne oblicze Zachodu. Refutacja egalitaryzmu w pismach René Guénona

Piotr Bukowczyk: Pojęcie wolności w myśli ks. Józefa Tischnera

Ignacy Kleszczyński, Żelazna Gwardia działa. Rozmowa z wodzem Żelaznej Gwardii Corneliu Zelea Codreanu

Wywiad z dr Patrykiem  Tomaszewski na temat polskiego ruchu korporacyjnego

Dział Religia

Marcin Ł. Makowski: Integryzm czy chrześcijański liberalizm? Wokół sporu o rolę Kościoła po upadku PRL

Artur Rumpel: Stosunek Czesława Miłosza do katolicyzmu wyrażony w „Rodzinnej Europie”

Dział Filozofia

Michał Zembrzuski: Głupota i jej formy według św. Tomasza z Akwinu

Tomasz Barszcz: Ralpha McInerny’ego interpretacja św. Tomasza z Akwinu koncepcji  analogii

Michał Krajski: Filozoficzne źródła cywilizacji śmierci

Dawid Lipski: Kilka uwag o historii filozofii i jej znaczeniu

Dział Recenzje

Lech Mażewski, Posttotalitarny autorytaryzm w PRL 1956–1989. Analiza ustrojowo polityczna [rec. Dawid Bunikowski]

Henry Kamen, Imperium Hiszpańskie. Dzieje rozkwitu i upadku [rec. Arkadiusz Meller]

Pismo w promocyjnej cenie dostępne TUTAJ

Zamieć bożonarodzeniowa

 

Wiele jest książek o Bożym Narodzeniu. Z rozmysłem napiałem to pierwsze  zdanie tak, aby było ono dwuznaczne. Bo wyrażenie „książki o Bożym Narodzeniu” można rozumieć dwojako. Pierwsza grupa to dzieła literackie opowiadające o tym, jak to Nasz Pan Jezus Chrystus narodził się w ubogiej stajence w Dawidowym Mieście Betlejem. Druga zaś to opowieści o świętach Bożego Narodzenia. Te dwie grupy razem tworzą całkiem pokaźną literaturę bożonarodzeniową. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na książkę należącą do grupy drugiej. Gdy mówimy o książkach poświęconych świętom Bożego Narodzenia, to chyba większości z nas na myśl przychodzi przedewszystkiem „Opowieść wigilijna” wraz ze swymi niezliczonymi literackimi i filmowymi mutacjami. „Zamieć” Kena Folleta do grona  owych mutacyj się nie zalicza,  wykazuje jednak pewne podobieństwa strukturalne do owego bożonarodzeniowego klasyka. Jej zasadnicza akcja rozgrywa się podobnie jak u Dickensa w bardzo króttkim okresie czasu, w tym przypadku jest to kilka przedświątecznych i świątecznych dni. Jednak nie brakuje w tej powieści również wspomnień o przeszłości poszczególnych bohaterów, o której zresztą dowiadujemy się całkiem sporo i wybiegania w przyszłość. Ta ostatnia pojawia się przedewszystkim w epilogu, w którym są krótko ukazane kolejne święta Bożego Narodzenia. To również jest pewne nawiązanie do „Opowieści wigilijnej” i jej Ducha Przyszłych Świąt. Nawiązań do tej książki jest tam zresztą więcej, w tym też bardziej bezpośrednich. Przyjemność ich wyszukiwania pozostawiam szanownym czytelnikom. Nieuważny lub nieoczytany czytelnik może uznać „Zamieć” za płytką powieść sensacyjną, pozbawioną głębszej treści. Będzie to jednak opinia absolutnie błędna. Powieść ta bowiem nie jest pozbawiona metafizycznej głębi. Jej bohaterowie ratują ludzkość od śmiercionośnego wirusa skradzionego z laboratorium przez szalonych terrorystów. Można to odczytać jako alegorię Bożego Narodzenia, a konkretnie Wcielenia Jezusa Chrystusa, które jest wszak ratowaniem ludzkości  od śmiercionośnego pod względem duchowym wirusa grzechu. Dodatkowym, ale również istotnym przesłaniem powieści jest podkreślenie wartości rodziny. „Zamieć” jest dowodem na to, że literatura europejska, zwłaszcza zaś brytyjska, nadal jest, a przynajmniej bywa, nośnikiem wartości chrześcijańskich.

Cytryniaki śpiewają najpiękniejsze kolędy

 


Zapowiadałem, co prawda, że recenzje albumów kolędowych pojawią się na moim blogu bożonarodzeniowym i na innych moich blogach już adwencie, wyszło jednak tak, że pierwszy z nich, czyli wpis niniejszy, pojawia się dopiero po świętach. Złożyły się na to dwie przyczyny. Po pierwsze, miałem wystarczającą ilość materiałów czysto adwentowych. Po drugie zaś, nie wpadła mi na czas w ręce odpowiednia płyta.

 

Nabyłem takową co prawda cztery dni przed świętami, ale jej wielokrotne przesłuchanie, zanalizowanie i opisanie zajęło mi trochę czasu. Była to dołączona do Superexpresu płyta „Cytryniaki śpiewają najpiękniejsze kolędy” z podtytułem „z gościnnym udziałem Zenona Martyniuka”. Jeszcze przed włożeniem płyty do odtwarzacza, zorientowałem się, że jest ona fatalnie opisana. Nie podano, jakie instrumenty akompaniują wokalistom, ani kto na nich gra. Skład zespołu Cytryniaki podany jest w postaci wyliczenia imion i wieku jego członków. Nie podano nazwisk. Można co prawda przypuszczać, że wszyscy wymienieni noszą nazwisko Cytryniak, ale to tylko domysł, nie wiem, czy prawdziwy. Nie wymieniono też na okładce płyty jej producenta, czy kierownika produkcji, być może po prostu nie było takiej osoby, która wzięłaby na siebie odpowiedzialność za całość projektu. Wiele wskazuje na to, że nie było. Nie tylko niedbale sporządzona okładka, ale też inne sprawy, o których wspomnę później.

 

Jeśli chodzi o stronę muzyczną tej płyty, to jest całkiem nieźle. Co prawda, jak dla mnie jest tam za dużo syntezatorów, ale zważywszy na charakter produkcji, należy się cieszyć, że są też inne instrumenty. Można bowiem powiedzieć, że zawartość tej płyty, to kolędy w stylu disco polo. To bynajmniej nie jest zarzut. Disco polo też może być dobre i to właśnie takie jest. Dzieciaki śpiewają bardzo dobrze, często wręcz zaskakująco dojrzale. Aranżacje są dosyć ciekawe. W zasadzie najgorzej wypada gościnnie występujący Zenon Martyniuk, który miejscami fałszuje i źle akcentuje. Wielkim plusem tej płyty jest śpiewanie wielu zwrotek poszczególnych kolęd. Jest to kultywowaniem jak najlepszych tradycyj. Tak powinno się śpiewać nie tylko kolędy, ale wszystkie pieśni kościelne. Kiedyś tak śpiewano – przez całą Mszę jedną pieśń, po dwie, trzy zwrotki na kolejne jej części. Gdzieniegdzie jeszcze można się zetknąć z tym zwyczajem.

 

Gorzej, że kolędy na tej płycie mają pozmieniane teksty. Sam fakt zmiany nie jest jeszcze niczym złym, wszak kolędy, jako pieśni ludowe funkcjonują w systemie wariantywnym. Problem pojawia się wtedy, gdy zmiana jest zła i szkodliwa, to jest wtedy, gdy zaburza sens lub poetykę utworu. A takie zmiany pojawiają się, niestety na omawianej płycie. Na przykład zmiana słów „ledwo od strachu żyjemy” na „ledwo w strachu żyjemy”, psuje, jakby to powiedzieli Staropolacy, zarówno kadens, jak i esens. Słowo „żyjemy” brzmi tu jak „ży-y-jemy”, a to niewątpliwie nie brzmi dobrze. Jeśli komuś przeszkadzał nieco archaiczny styl oryginalnego tekstu, to można go było zmienić na „Od strachu ledwo żyjemy”. Już nie byłoby archaicznie, a sens i poetyka by nie ucierpiały.

Właśnie niedbalstwo tekstowe jest kolejną przesłanką świadczącą o tem, że płyta nie miała producenta z prawdziwego zdarzenia. Mimo to jednak jest ona całkiem niezła. Co prawda sprawia wrażenie przygotowanej na kolanach, ale ten zarzut można by bez trudu postawić znakomitej większości płyt dołączonych do gazet lub czasopism.

 

Radosnych Świąt 5

 
 
 

Nativitas

 

I ghenisis Sou Christe o Theos imon
Anetile to
kosmo to fos to tis gnoseos
En afti gar i tis astris latrevontes
Ipo
asteros ethithaskonto
Se proskinin to iliontis thikeosinis
Ke Se ginoskin
ex ipsus anatolin
Kyrie thoxa Si

Narodzenie Twoje, Chryste Boże nasz, zabłysło
światu światłem wiedzy: gdyż wtedy służący gwiazdom przez gwiazdę pouczeni
zostali, aby kłaniać się Tobie, Słońcu prawdy, i Ciebie poznawać, który jesteś
Wschodem z wysokości: Panie, chwała Tobie!

Radosnych, pogodnych i głęboko przeżytych Świat
Bożego Narodzenia

życzą

Ela, Artur, Pawełek i
Martusia Rumplowie

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij