Od „Koko Euro spoko” do polskiego turbofolku
Wybór utworu „Koko Euro spoko” zespołu „Jarzębina” z Kocudzy na polski przebój Euro 2012 może być punktem zwrotnym jeśli chodzi o popkulturową recepcję polskiego folkloru muzycznego i momentem przełomowym w rozwoju polskiego turbofolku. Po pierwsze bowiem piosenka ta wskazuje dokładnie ten kierunek, w którym, moim zdaniem powinien zmierzać polski turbofolk, po drugie zaś, żaden podobny utwór nie zdobył dotąd w naszym kraju takiej popularności. Czym jest ten polski turbofolk, napiszę niżej.
Piszę o popularności piosenki a nie o jej sukcesie, bo jak dotąd, jak się zdaje „Koko Euro spoko” zdobyło sobie więcej krytyków aniżeli fanów. Najczęstrzym zarzutem jest wiejskość, czy też plebejskość utworu określana zazwyczaj epitetem „wiocha”, natomiast drugim, niemal równie rozpowszechnionym jest jego mniemana kiczowatość. Skupmy się tutaj na zarzucie pierwszym. Jest rzeczą wielce znamienną, że wśród tych masowych narzekań na rzekomą wiochę, bardzo rzadko pojawia się zarzut przynależności omawianej piosenki do disco polo. Najwyraźniej nawet zapiekli krytycy zdają sobie sprawę z jego absurdalności. Wszyscy, bowiem, którzy mają chociażby elementarne rozeznanie w gatunkach muzycznych zdają sobie sprawę, że „Koko Euro spoko” do disco polo nie należy, chociaż posiada niektóre jego cechy, a mianowicie: ludowość, taneczność, wykorzystanie elektronicznego instrumentarium oraz prostotę formy literackiej i muzycznej.
O wiele istotniejsze są jednak różnice. Po pierwsze ludowość disco polo i ludowość europiosenki bardzo się od siebie różnią. Disco polo jest muzyką ludową w sensie funkcjonalnym. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, niestety nie pamiętam, kto, że folklor muzyczny, to jest to, co się gra na wiejskich weselach. W tym sensie disco polo jest współczesnym polskim folklorem muzycznym. Z „Koko…” sprawa wygląda zgoła odmiennie. Jego ludowość ma charakter genetyczny. Melodia utworu jest stricte ludowa, a tekst, chociaż zupełnie nowy, jest ułożony zgodnie z zasadami ludowej poetyki. Natomiast funkcjonalnie daleko mu do folkloru. Jego potencjalnym odbiorcą nie jest bowiem ludność wiejska, rolnicza, pasterska, czy też jakaś inna niewielka grupa społeczna żyjąca w strukturach zbliżonych do tradycyjnych wspólnot lokalnych. Potencjalnym odbiorcą omawianej piosenki jest całe społeczeństwo polskie. Jest to zupełnie nowa jakość, przynajmniej jeśli chodzi o warunki polskie. Dotąd bowiem muzyka ludowopochodna miała u nas dosyć ograniczony zasięg. Disco polo trafiało do tak zwanego „ludu”, a rozmaite recepcje folkloru tradycyjnego, czy to wierne, purystyczne, czy też wolne, folkowe, czy wreszcie symfoniczne, do wąskich grup inteligenckich, w przeważającej mierze miejskich. Poza krótkotrwałą modą na folk w latach 2000-2001, powszechności nie było. Jeśli europiosenka zapoczątkuje jakiś trend, to jest szansa, aby to zmienić. Po drugie, disco polo jest w zasadzie monotematyczne. Wystarczy przez czas niedługi oglądać Polo Tv, aby przekonać się, że prawie wszystkie teksty obracają się wokół tematyki relacyj damsko-męskich. Piosenka na Euro w oczywisty sposób łamie ten schemat. Po trzecie sfera wokalna disco polo jest zdominowana przez męskich solistów. Żeński chórek to zupełnie inna kategoria. Oczywiście, takie przypadki już w disco polo były, na przykład zespół Gronicki, ale zawsze było ich bardzo mało i nigdy nie zyskały takiej popularności i rozpoznawalności w społeczeństwie jak obecnie Jarzębina. W końcu po czwarte, disco polo opiera się wyłącznie lub prawie wyłącznie na instrumentarium elektronicznym, a w przeboju Jarzębiny występują również instrumenty tradycyjne i odgrywają w nim znaczącą rolę.
Tak więc utwór ten reprezentuje nie disco polo, a inny, zbliżony gatunek muzyczny. Tym gatunkiem jest postulowany przeze mnie polski turbofolk. Piszę „postulowany przeze mnie”, bo od lat kibicuję jego powstaniu i oręduję za nim. Mam nadzieję, że prędzej czy później disco polo przekształci się w taki właśnie gatunek, wzorowany na analogicznych stylach bałkańskich, a oparty na dominacji żeńskiego wokalu, szerokiej tematyce tekstów, nie stroniącej od akcentów patriotycznych i obfitym czerpaniu z melodyj ludowych. Powstanie i rozpowszechnienie w szerokich warstwach społeczeństwa takiej muzyki, dobrze wpłynie na rozwój całej kultury polskiej i jej osadzenie na rodzimych podstawach. Ja osobiście uważam za sytuację idealną taką, w której rozwijają się wszystkie ludowopochodne prądy: tradycyjna muzyka ludowa, wierny folkloryzm (np. „Domy Tańca”), muzyka biesiadna, folk, muzyka inspirowana etnicznie, pop folk, a także etniczna muzyka dyskotekowa. Zjawiska te – rosnąc obok siebie – wzajemnie się czasami przenikają i uzupełniają, to po pierwsze. Po drugie zaś, wzięte łącznie, mają sporą rzeszę odbiorców, można więc myśleć wtedy o własnych mediach – i tak dalej, co jest raczej niemożliwe w przypadku pojedynczych, niszowych gatunków. W różnorodności wykorzystania motywów ludowych tkwi ich siła na przyszłość. W tych krajach, gdzie taki, w rozmaity sposób rozwodniony folk jest bardzo rozwinięty, tam i ambitniejsze gatunki muzyki etnicznej mają się świetnie. Tak jest na przykład w krajach bałkańskich, tak też może, a nawet powinno być i w Polsce. Rozbudowany rynek muzyki opartej na rodzimym i bliskim folklorze może nas ochronić, przynajmniej częściowo, przed zalewem muzycznego chłamu zza oceanu.
Druga Msza Trydencka w Wodzisławiu Śląskim

BURN SELECTOR FESTIVAL 2012 1-2 VI
1 czerwca:
Cyan Stage:
18.30 – Com Truise
20.00 – Neon Indian
22.00 – Hadouken!
24.00 – Chase & Status (Live)
Magneta Stage:
17.30 – Blossom
19.00 – Rebeka
21.00 – Redinho
23.00 – Stay+
01.00 – Totally Enormous Extinct Dinosaurs
2 czerwca:
Cyan Stage:
18.30 – Niki and the Dove
20.00 – Buraka Som Sistema
22.00 – Miike Snow
24.00 – Magnetic Man
Magneta Stage:
17.30 – We Call It a Sound
19.00 – Sinusoidal
21.00 – The KDMS
23.00 – Disclosure
01.00 – Sub Focus (DJ Set)
Ceny biletów:
Karnet 2 dni – 200 zł
Bilet jednodniowy – 135 zł
Smerfy dla wszystkich

Jesienią ubiegłego roku na ekrany naszych kin weszły fabularno-animowane „Smerfy”. Jest to bardzo sympatyczny film dla całej rodziny składający się niejako z dwu warstw- z jednej strony to wciągająca bajka dla dzieci, a z drugiej miła komedia romantyczna dla ich rodziców. Zachęcam gorąco wszystkich do obejrzenia tego filmu. Nie chce mi się go jednak recenzować, zamiast tego ograniczę się do przytoczenia garści cytatów. „Złota struno rozkoszy”- Gargamel do wyplutej przez Klakiera kępki włosów Smerfetki. „Ktoś tu odprawiał mroczne i straszne rytuały” – Gargamel na widok wnętrza publicznej toalety. „Nad wszelkie wyobrażalne wyobrażenie” – oczywiście to znów Gargamel. „Cały świat pozna imię wielkiego Garbatela” – szefowa koncernu kosmetycznego do Gargamela. „To słowo upaja jak najprzedniejszy nie bimber, samogon” – Gargamel do tejże bizneswoman. „Leć mały orle”, „Ty niedorobiony motylu” – Gargamel do ćmy. „Jestem skromnym magiem i mam skromne wymagania- nieskończona moc i władza nad światem” – Gargamel do całego świata. „Co cię nie zabije, to mnie wzmocni” – Gargamel do Papy Smerfa. „Zdechłeś, tak?” – Gargamel do Klakiera et vice versa. Myślę, że te cytaty mówią o filmie więcej niż mogłaby rzec rozwlekła recenzja mojego autorstwa.
Wysocki Maleńczuka
Na płytę „Wysocki Maleńczuka” czekałem z niecierpliwością, bo bardzo lubię i wysoko cwenię zarówno Wysockiego, jak i Maleńczuka. Cóż więc się stało takiego, że piszę o niej dopiero teraz? Ano to, że płyta ta nieco mnie zawiodła. Wychwalana przez krytykę instrumentacja, która miała być arcyciekawa, nie rzuciła na kolana, ale szczególny niesmak wzbudził przekład. Maleńczuk przetłumaczył Wysockiego nie na język polski, a na jakiś polsko-rosyjski żargon. Zadbał przedewszystkim o zbieżność brzmieniową, a nie znaczeniową. Rozumiem przyczyny takiego postępowania, ale go nie akceptuję. Tłumacz zapewne pragnął zachować w polskim przekładzie poetykę rosyjskiego oryginału, jego rym, rytm, akcent i melodykę. Zachował to wszystko, ale trudno to uznać za rozwiązanie szczęśliwe. Już Czesław Miłosz w „Rodzinnej Europie” ostrzegał przed przeszczepianiem poetyki rosyjskiej na grunt poezji polskiej. Pisał on tak: „Wiersz, jako gatunek literacki przywędrował dość późno, bo w XVII wieku do Rosji z Polski, z kolei jednak niektórzy poeci polscy mnie współcześni zapożyczali od Rosjan technicznych sposobów. Zauważyłem, eksperymentując, że wpływ rosyjskiej muzyczności jest zawsze bardzo szkodliwy: kiedy ucho jest czułe na język o mocnych akcentach, powstaje chęć rywalizacji, dla języków o słabych akcentach, jak polski, albo czeski, zgubnej. Dokładność rysunku i intelektualnych odcieni, do czego te języki są zdolne, zostaje wtedy zabita przez dziki poryw plemiennej pieśni, albo przez miarowe stukanie.”
Zły przekład psuje tę płytę, sprawia, że nie da się jej słuchać. Ale verba docent, exempla trahunt, tedy zamiast rozwlekać się dłużej, poprę swój wywód przykładem. Na załączonych filmikach prezentuję piosenkę „Moskwa-Odessa” w rosyjskim oryginale, w złym przekładzie Macieja Maleńczuka i w dobrym przekładzie Wojciecha Młynarskiego. Na koniec chciałbym zaznaczyć i mocno podkreślić, że mimo jego wpadki z Wysockim nadal uważam Maleńczuka za jednego z najlepszych, najciekawszych i przedewszystkim najmądrzejszych polskich piosenkarzy i że na pewno jeszcze nieraz coś dobrego o nim napiszę. Teraz wystarczy, że wspomnę, iż uważam go za jedynego zdolnego chociaż w części wypełnić pustkę po Jacku Kaczmarskim. Nawet jednak tak wybitnym twórcom jak Maleńczuk zdarzają się dzieła wyraźnie słabsze, inaczej mówiąc wpadki. Omawiana płyta jest bez wątpienia taką właśnie wpadką.
Festiwal gitarowy w Żorach

Założenia projektu badawczego "Głupie Maile"
Wbrew pozorom i wbrew tytułowi projekt „Głupie Maile”, którego istotnymi częściami składowymi są dwa blogi pod tym samym tytułem nie jest, a przynajmniej nie ma być, projektem głupim. Paradoksalnie jest to projekt naukowy, poświęcony badaniu i analizowaniu tytułowych głupich maili. Mam zamiar zwieńczyć go za kilka lat publikacją książkową. Badania nad głupimi mailami, które podjąłem mają bardzo niewielki zasięg, ograniczają się bowiem do wiadomości otrzymanych przeze mnie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Większość z nich to korespondencja niechciana i niezamawiana, czyli tak zwany spam, bywają jednak wśród nich także maile przychodzące do mnie w ramach zaprenumerowanych przeze mnie newsletterów. Nie ma natomiast tu żadnych maili, które bym zaprenumerował, czy w inny sposób zamówił dla ich głupiego charakteru. Projekt ma więc charakter klasycznego badania metodą analizy źródeł zastanych, nie zaś eksperymentu.
Głupie maile badam uznawszy je za specyficzną formę kuriozum literackiego. Kurioza literackie uważam zaś za jeden z najważniejszych przedmiotów badań z zakresu antropologii literatury. Są one bowiem skarbcem wiedzy o kulturze jako takiej. Śmiem twierdzić, że „Liber Chamorum”, „Nowe Ateny” i „Polski Kodeks Honorowy” więcej nam mówią o polskiej kulturze szlacheckiej, aniżeli „Pan Tadeusz” i Trylogia. Projekt „Głupie Maile” jest więc uzupełnieniem i kontynuacją projektu „Napisy drobne” poświęconego krótkim, z różnych powodów zaskakującym, tekstów na które natknąłem się w ostatnim czasie, zarówno w moim bezpośrednim otoczeniu, jak też we wszelkiego rodzaju mediach, tak elektronicznych, jak i drukowanych. Chociaż między obydwoma projektami zachodzi szereg podobieństw wynikających przedewszystkiem z faktu, że obydwa penetrują dalekie obrzeża literatury, to występują między nimi także fundamentalne różnice, przedewszystkim w długości omówień. W projekcie „Napisy drobne”, już na etapie blogowym opierają się na zestawieniu krótkiego tekstu źródłowego i dosyć długiej jego analizy, która zresztą w planowanej na dalszą przyszłość wersji książkowej będą jeszcze znacznie dłuższe. Zupełnie inaczej jest z „Głupimi Mailami”. Tu tekst, źródłowy jest zazwyczaj znacznie dłuższy niż tam, a komentarz jest zdawkowy, lub zgoła nieobecny. Dłuższy pojawi się najprawdopodobniej w wersji książkowej, o ile takowa w ogóle kiedykolwiek powstanie, co do czego oczywiście brak jest jakiejkolwiek pewności. Nawet i wtedy jednak zamierzam te teksty analizować grupami, nie zaś każdy z osobna.
Różnice są więc niemałe, ale chyba mimo wszystko podobieństw jest więcej. Należy do nich i to, że obydwa projekty nawiązują wyraźnie do prac ojca polskiej antropologii literatury, czyli Jana Stanisława Bystronia. Rozważania na podobne tematy zawarł on w swej arcyciekawej i pod pewnymi względami fundamentalnej książce „Tematy, które mi odradzano”. Badania nad napisami drobnymi nawiązują do jej rozdziału o napisach, a nad głupimi mailami do rozdziału o „łańcuszkach szczęścia”. Zaliczenie obydwu tematów do antropologii literatury nie powinno wzbudzać większych wątpliwości. Dyscyplina ta bowiem, aby naprawdę mieć konkretny, rzeczywisty wkład w zbadanie i opisanie kultury, musi zajmować się nie tylko głównym nurtem literatury, ale także jej obrzeżami.
Na koniec jeszcze słówko o wspomnianych dwu blogach, noszących identyczny tytuł „Głupie Maile”. Blog w serwisie blox.pl ma charakter zestawienia materiałów źródłowych. Znajdują się tam kompletne teksty wszystkich maili wybranych przeze mnie do projektu i tylko tych. Nie ma tam żadnych pochodzących ode mnie komentarzy, czy analiz, a jeśli jakieś krótkie wyjaśnienie uznaję za absolutnie konieczne, umieszczam je wyłącznie w tytule wpisu. Z kolei blog w serwisie deser.pl kierować się będzie znacznie swobodniejszymi zasadami. Trafiają tutaj tylko niektóre teksty z projektu badawczego, te mianowicie, które mają szansę zainteresować ewentualnych czytelników. Czasami trafią tu też maile, które do tegoż projektu się nie kwalifikują, np. różnego rodzaju dowcipy. Wszystkie są opatrzone krótkimi komentarzami wprowadzającymi. Blog na bloksie prawdopodobnie będzie funkcjonował kilka lat, ten na deserze może zniknąć za kilka tygodni, jeśli nie znajdzie uznania u czytelników.
ROW to nie tylko piłka

W jednym z poprzednich tekstów tego cyklu, traktującym o wynajmowaniu lokali, zahaczyłem o kwestię precyzji wypowiedzi. Uważam, że jest to bardzo ważna sprawa. Jak nauczał Święty Ignacy Loyola: „Kto mało precyzuje, ten mało wie, a jeszcze mniej uczy innych”. Stwierdzenie, że nieprecyzyjne wypowiedzi wprowadzają odbiorców w błąd, brzmi jak banał, ale jest bez najmniejszej wątpliwości prawdziwe. Nadawca nieprecyzyjnego komunikatu często nie zdaje sobie sprawy z jego nieprecyzyjności, wieloznaczności i możliwości niewłaściwego zrozumienia, nie zna bowiem wszystkich jego możliwych znaczeń. Miał więc rację Święty Ignacy, nauczający, że ten, kto mało precyzuje, ten mało wie, bowiem nieznajomość rozmaitych znaczeń nieprecyzyjnego wyrażenia jest niewątpliwie rodzajem niewiedzy. Brak precyzji wypowiedzi nabiera powoli rozmiarów poważnego problemu społecznego. Zwrócili nań uwagę także twórcy kampanii Polszczyzna-Lubię to. W jednym ze spotów należących do tej akcji została przedstawiona scenka rodzinna, której uczestnicy wyrażają się wybitnie nieprecyzyjnie, wskutek nadużywania zaimków. W scence tej ów brak precyzji prowadzi do konfliktu.
Oczywiście nadużywanie zaimków nie jest jedynym powodem nieprecyzyjności wypowiedzi, ba, nie jest nawet najczęstszym. O wiele częściej jest nim używanie wieloznacznych słów. Taki właśnie przypadek opisywałem w tekście o wynajmie i taki też chcę opisać dzisiaj. Tekst zamieszczony na zdjęciu powyżej jest wybitnie nieprecyzyjny. „ROW RYBNIK TO TYLKO PIŁKA!” – cóż to właściwie znaczy? Możliwych znaczeń jest wiele. Słowa „ROW” i „PIŁKA” są wieloznaczne, a do tego znaczenie tekstu jest mocno zaciemnione przez użycie samych wielkich liter. ROW to albo Rybnicki Okręg Węglowy, albo Spółdzielnia Mieszkaniowa ROW, albo klub sportowy K.S. Energetyk ROW Rybnik, albo wreszcie nowo powstały klub sportowy ROW Rybnik, kontynuujący tradycje klubu RKM Rybnik. Piłka zaś to albo 1. narzędzie do cięcia (mała piła), na przykład piłka do metalu, albo 2. okrągły lub owalny sprzęt do zabaw i gier sportowych, a przykład piłka tenisowa, albo 3. dyscyplina sportowa wykorzystująca takiż sprzęt, na przykład piłka nożna, piłka ręczna, albo wreszcie 4. Marian Piłka, polityk Prawicy Rzeczypospolitej.
Przyjmijmy wersję najbardziej prawdopodobną, a więc opierającą się na przyjęciu założenia, że „ROW RYBNIK” to „klub sportowy K.S. Energetyk ROW Rybnik”, a „PIŁKA” to „piłka nożna (dyscyplina sportu)”. Nawet to nie prowadzi nas jednak do jednoznaczności. Otrzymujemy bowiem zdanie w postaci: „Klub sportowy K.S. ENERGETYK ROW Rybnik to tylko piłka nożna (dyscyplina sportu)!”, które nadal ewidentnie trąci bełkotem. Rozumienie dosłowne jest niemożliwe. Klub sportowy należy bowiem do zupełnie innej kategorii bytów niż dyscyplina sportowa, toteż nie może zachodzić między nimi relacja równości, czy też tożsamości. Zrozumieć ten napis może tylko osoba mająca pewne, choćby minimalne rozeznanie w realiach rybnickiego sportu. Otóż wspomniany K.S. ENERGETYK ROW Rybnik posiada dwie sekcje: piłki nożnej i koszykówki. Kiedyś posiadał owych sekcyj kilkanaście, ale to już odległa historia. Natomiast wzmiankowany wyżej klub ROW Rybnik, powstał w tym sezonie i zajmuje się żużlem. Autor napisu chciał więc zapewne zaprotestować przeciwko przyjęciu przez nowy twór nazwy łudząco podobnej do starego. Prawdopodobnie uznaje on używanie przez żużlowców szyldu „ROW Rybnik” za swego rodzaju uzurpację. Można domniemywać, ze za napisem tym stoją środowiska kibiców piłki nożnej. Można przyznać im rację, co do meritum, przynajmniej częściowo. Kluby sportowe, podobnie zresztą jak partie polityczne, związki wyznaniowe, stowarzyszenia etc. nie powinny mieć nazw łudząco podobnych i mogących wprowadzać w błąd. Nie można jednak pochwalać niedbalstwa językowego autorów napisu. Kibicowanie drużynie piłkarskiej nie zwalnia z obowiązku precyzyjnego wyrażania się. Gdyby ów zbulwersowany kibic dopisał do swego napisu jeszcze jedna linijkę tekstu, na przykład „A NIE ŻUŻEL”, jego przekaz byłby klarowny i zrozumiały. W obecnej postaci zaś daleko mu do tego.
Autor napisu wpadł w tak zwana pułapkę oczywistości. Dla niego ten tekst był jednoznaczny i z tego wyciągnął on nieuprawniony wniosek, że i dla odbiorców takim będzie. O tej pułapce warto pamiętać, bo wpadnięcie w nią grozi nie tylko kibicom piłkarskim, ale wszystkim autorom jakichkolwiek tekstów.
Walka z „ciepłym” wizerunkiem zginionego prezydenta Kaczyńskiego
Telewizja PULS, niegdyś katolicka, obecnie zaś rozrywkowa, w nietypowy sposób czci pamięć poległych w Katastrofie Smoleńskiej. Zarówno w roku ubiegłym jak i w bieżącym w wigilię rocznicy tego tragicznego wydarzenia przypomniała film „O dwóch takich, co ukradli księżyc” z młodymi Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi w rolach głównych. Kierownictwo stacji argumentowało następująco: „Nie mamy w naszej ofercie programów informacyjnych, w których moglibyśmy przekazać np. relacje z obchodów drugiej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Dwukrotna emisja w tym okresie filmu, w którym jako dziecko wystąpił prezydent Lech Kaczyński jest odpowiednią formą uczczenia Jego pamięci na naszej antenie”.
Ta sympatyczna forma upamiętnienia wielkiego Polaka nie spodobała się redaktorom związanego z Gazetą Wyborczą internetowego serwisu rozrywkowego deser.pl. Napisali oni na swojej stronie tak: „Wiemy już, że to nie przypadek, ale ciągle nie jesteśmy pewni, czy pokazywanie tego lekkiego filmu z młodym Lechem Kaczyńskim nie godzi w podniosły i smutny nastrój rocznicy jednej z największych katastrof w historii Polski”. Zadziwiająca jest ta troska o podniosły nastrój wychodząca ze środowiska nieustannie wyśmiewającego pamięć o katastrofie i jej ofiarach. Najwyraźniej najbardziej środowisku temu najbardziej przeszkadzają te formy upamiętniania JE Lecha Kaczyńskiego, w których jest on przedstawiony jako postać sympatyczna i ciepła. Nie są to incydentalne przypadki, lecz reguła. Pisze na przykład Piotr Zaremba w najnowszym Uważam Rze „ciepłą historię o żonie prezydenta przerywającej o północy jego spotkanie z przyjaciółmi portal Lisa przedstawił jako dowód na … niekompetencję zmarłego”.
Te działania mają ściśle przemyślany charakter. Chodzi o to, by pamięć o ofiarach nie pociągała mas, by można ja było zamknąć w getcie dla moherów z Krakowskiego Przedmieścia. Nie da się, przynajmniej na razie, całkowicie zlikwidować narracji pamięci, władcy mediów postanowili więc, że trzeba nagłaśniać te jej fragmenty, które można społeczeństwu zohydzić, jako agresywne, a wyciszać i tłamsić te, które mają wydźwięk jednoznacznie sympatyczny. Tak właśnie media „salonowe” czynią od dwóch lat. Nie jest to bynajmniej strategia nowa. Stosowano ją już wcześniej.
Przykładem jest postawa lewicowych macherów medialnych wobec mediów katolickich w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jak pisał kilka tygodni temu na łamach Uważam Rze Piotr Semka: „Mało kto też pamięta, że Radio Maryja początkowo było akceptowane w KRRiT przez polityków lewicy jako mniejsze zło. Tacy ludzie jak Marek Siwiec byli wówczas bardziej zaniepokojeni nowoczesnym konserwatyzmem w stylu „Frondy”, czy „pampersów” z Woronicza. I przyznawali po cichu, ze skoro już ma być jakieś radio katolickie, to niech to będzie radio dla babć, które nikogo młodego nie przyciągnie”. Wtedy ta strategia nie odniosła takiego sukcesu, jakiego oczekiwali jej twórcy. Próbują jednak nadal.
Chodzi również o to, by środowiska patriotyczne, kultywujące pamięć o zginionych, podzielić. By tych, którzy oddają ofiarom hołd na ulicznych marszach poszczuć przeciw tym, którzy czynią to oglądając sympatyczny film. Skoro skutecznie udaje się dzielić patriotów na gruncie politycznym, próbuje się zdziałać to samo na gruncie kulturowym. I tu musimy się sprzeciwić lewicowym władcom dusz. Politycznie obóz patriotyczny może, a do pewnego stopnia nawet musi być podzielony, ale kulturowo, cywilizacyjnie, musimy stanowić jedność. Dotyczy to zarówno szacunku dla tragicznie zmarłych, jak też stosunku do życia, do religii, do kulturalnego dorobku Polaków i do historii. Jeśli o to nie zadbamy, za kilka lat na stołku zajmowanym obecnie przez Donalda Tuska zasiądzie Janusz Palikot, lub ktoś jego pokroju. A wtedy walka z chrześcijaństwem, Polskością, pamięcią i wszystkimi wartościami tradycyjnej zachodniej (łacińskiej) cywilizacji znacznie się zaostrzy. Wtedy sprzeciw będzie dużo trudniejszy, bo i pozycja nasza będzie dużo słabsza.