Kiedy na krajowym rynku muzycznym pojawia się płyta nagrana przez artystę z gminy, w której spędziłem zdecydowana większość swojego dotychczasowego życia, czuję się zobowiązany do jej, choćby krótkiego, omówienia. „Ballady bez romansów” – debiutancki krążek Wojciecha Ciuraja są sklasyfikowane jako rock progresywny. Ja jednak zakwalifikowałbym ją do world music. Jakoś więcej we mnie budzi skojarzeń z „Abomejem” Jakuba Żaka, aniżeli z twórczością Pink Floyd czy Marillonu. Nie jest to oczywiście żadna wada, bo płyty dobrze się słucha. W warstwie tekstowej wiele odniesień do polskiego romantyzmu i do świata dzikiej przyrody. Inspirujące. Warto śledzić karierę tego muzyka.
Jako wolnorynkowy konserwatysta, czy też, jak kto woli konserwatywny liberał, jestem zasadniczo przeciwny finansowaniu sportu wyczynowego ze środków publicznych, czyli z pieniędzy podatników. Jest dla mnie oczywiste, że powinien on być finansowany przez kibiców i sponsorów, a proporcje pomiędzy tymi źródłami powinien ustalać rynek. Nie jestem jednak dogmatykiem i dopuszczam pewne wyjątki od tej ogólnej zasady. Do tych dopuszczalnych wyjątków zaliczam państwowe wsparcie dla medalistów igrzysk olimpijskich, obejmujące zarówno aktywnych sportowców, jak i tych, którzy już zakończyli karierę. Uważam więc za zasadniczo słuszną ideę tak zwanych emerytur olimpijskich, wypłacanych medalistom igrzysk, którzy ukończyli już trzydziesty piąty rok życia i zakończyli karierę sportową. Jestem jednak przekonany, że da się w niej wprowadzić pewne ulepszenia.
Wydaje mi się słuszne nadanie idei emerytur olimpijskich pewnych skonkretyzowanych ram organizacyjnych. Postuluję utworzenie dla medalistów igrzysk olimpijskich nowego orderu państwowego, na przykład pod nazwą Order Znicza Olimpijskiego. Miałoby to ze wszech miar korzystne skutki. Bo pierwsze integrowałoby środowisko medalistów, zwłaszcza jeśli w statucie wpisałoby się regularne, na przykład coroczne spotkania wszystkich dam i kawalerów tego orderu. Wielki mistrz i kapituła, wybierani przez odznaczonych ze swego grona mieliby znaczący głos w świecie polskiego sportu i mogliby do pewnego stopnia zrównoważyć zdominowane przez postkomunistyczną nomenklaturę związki sportowe. Istotne jest też to, że kapituła mogłaby dyscyplinować kawalerów i damy, których postępowanie nie licowałoby z godnością orderu. Najwyższą sankcją mogłoby być wykluczenie z orderu, równoznaczne z pozbawieniem emerytury sportowej, która zresztą po ustanowieniu orderu nie byłaby już emeryturą, ale pensją orderową. Jeśli medaliści będą damami i kawalerami Orderu Znicza Olimpijskiego, nadal będą reprezentantami kraju, choć zakończą już karierę sportową. Analogicznie bowiem, jak wcześniej reprezentowali Polskę jako sportowcy, tak odtąd reprezentować ją będą jako rycerze orderowi.
Niemniej ważnym skutkiem wprowadzenia takiego orderu byłby częściowy przynajmniej powrót to pierwotnej funkcji orderów. Pierwsze ordery powstały w czasach Wojny Stuletniej w krajach w niej uczestniczących. Były to Order Podwiązki w Anglii, Order Gwiazdy i Order Świętego Michała we Francji oraz Order Złotego Runa w Burgundii. Były one swego rodzaju świeckimi zakonami rycerskimi stworzonymi w dużej mierze na wzór zakonów religijnych takich jak Templariusze i Krzyżacy. Często zresztą można się spotkać w literaturze z określeniami Zakon Gwiazdy, Zakon Złotego Runa etc. Podstawową przyczyną ich powoływania była chęć monarchy związania ze sobą grupy możniejszych rycerzy swojego państwa. Taka też była przez wieki podstawowa funkcja orderów – związanie grupy wybitnej obywateli z monarchą i zapewnienie ich lojalności wobec niego. Dlatego niechętnie patrzono na przyjmowanie orderów obcych. W niektórych krajach było to absolutnie zakazane, w innych wymagało zgody własnego monarchy. Ten zwyczaj utrzymał się do dnia dzisiejszego, choć podstawowa funkcja orderów dawno się zmieniła. Jest to po prostu relikt dawnych czasów. Dla pełniejszej realizacji tego podstawowego celu istnienia orderów obudowano te specyficzne zakony skomplikowanymi ceremoniałami na wpół religijnymi – ślubami, kapitułami, insygniami, strojami, zjazdami członków. Analogia z kościelnymi zakonami rycerskimi stała się jeszcze pełniejsza, gdy kilka takowych, działających na Półwyspie Iberyjskim, po wypełnieniu swoich funkcyj właściwych, połączyło się uniami personalnymi z koronami hiszpańską i portugalską a następnie uległo przekształceniu w ordery świeckie. Wielkimi mistrzami świeckich bractw orderowych byli zasadniczo monarchowie. W kolejnych wiekach zgromadzenia takie powstawały w większości krajów europejskich.
Również polski Order Orła Białego był pierwotnie swego rodzaju świeckim zakonem. Ustanowił go August II w 1705 roku, tym razem skutecznie. Sytuacja króla była wtedy fatalna. Był w zasadzie wygnany z kraju, opanowanego przez Szwedów i antykróla Stanisława Leszczyńskiego. Order Orła Białego był więc, podobnie jak dawniejsze ordery europejskie powołany w celu skłonienia jak największej grupy wpływowych Polaków do lojalności wobec Wettyna. Tę rolę pełnił, dla kolejnych królów, aż do rozbiorów. Nie dziwi więc to, że kawalerami zostawali mężczyźni młodzi i w sile wieku, mogący być dla króla realnym wsparciem tak politycznym, jak i zbrojnym. Starcy, a tym bardziej nieżyjący roli takiej spełniać nie mogli. Obecnie ordery w Polsce przyznawane są głównie ludziom starym, albo nieżyjącym. Warto, to przynajmniej częściowo zmienić.
Ustanowienie orderu dla sportowców, ludzi zasadniczo młodych, byłoby nawrotem do dawnych tradycyj. Młodzi i silni ludzie byliby kompanią rycerzy symbolicznie chroniących kraj i jego władze. Oczywiście nie ma szans na przekształcenia wszystkich zgromadzeń orderowych w grupę skupiającą wyłącznie ludzi mających prawdopodobnie większość życia przed sobą. Nie ma obecnie realnej potrzeby, aby wszystkie ordery spełniał taką rolę jak przed wiekami. A bez istnienia takiej potrzeby pełna transformacja do dawnych form jest niemożliwa. Możliwe i pożądane jest natomiast udekorowanie pewnej liczby młodych ludzi, którzy choć nie będą stanowić większości wśród ogółu odznaczonych polskimi orderami, będą swoją obecnością przypominać o dawnych tradycjach. Jest to krok w kierunku przywrócenie świetności bractwom orderowym. A przywrócenie świetności bractwom orderowym to krok w kierunku odbudowy cywilizacji łacińskiej, której jednym z filarów były wszelkiego rodzaju zakony rycerskie, tak ściśle religijne, grupujące rycerzy zakonnych, jak i luźniejsze, grupujące rycerzy świeckich. Niech więc nasi medaliści olimpijscy staną się prawdziwymi rycerzami w służbie ojczyzny.
Serii szwedzkiej jeszcze nie zamykam, ale jednocześnie przechodzę do serii, którą rozpocząłem kilka tygodni temu omówieniem powieści Antoniny Domańskiej. Jest to seria książek, tak beletrystycznych, jak eseistycznych, których akcja dzieje się mniej więcej 500 lat temu. Przełom piętnastego i szesnastego wieku to arcyciekawy czas w historii Europy – czas przełomu cywilizacyjnego.
Książka Jacquesa Heersa „Dwór papieski w czasach Borgiów i Medyceuszy” opisuje najważniejszy europejski dwór tego czasu. Zawiera wiele faktów i, często nieoczywistych, ocen.Na przykład dość krytycznie ocenia Poggia, który w innych książkach wyrasta na kolosa, a tu gra raczej postać marną. Niektóre rozdziału mogą trochę nudzić swoją suchością, ale pod koniec książka się rozkręca. Jeśli chodzi o nici łączące tę książkę z poprzednią z mojego osobistego cyklu „1500”, to jest taką nicią postać Kallimacha, pojawiającego się epizodycznie i u Domańskiej i u Heersa.
W 2012 uznałem blog Prawdziwy Wielki Post za w miarę skończony i zaprzestałem jego pisania. Teraz przyszedł czas powrotu. Znalazłem wiele cennych tekstów i nagrań, wartych umieszczenia tutaj. Na razie posprzątałem rzeczy nieaktualne, od Środy Popielcowej zacznę wrzucać nowe wpisy. Pewnie nie będzie ich dużo, planuje około dziesięciu. Ale, jak już nieraz dowiodła historia tego bloga, „Żołnierze strzelają, Pan Bóg kule nosi”. Na początek, wrzucam pieśń, z której chciałbym uczynić drogowskaz naszej wielkopostnej wędrówki. Zachęcam wszystkich do odwiedzania tego bloga, do czytania, słuchania i oglądania, a najbardziej do modlitwy, bo to jej przede wszystkim ma ten blog służyć.
Ciekawe, ilu z Was, Szanowni Czytelnicy, wie bez guglania kim był Alan Hovhaness? Nie martwcie się, jeśli nie wiecie, ja dwa lata temu też nie wiedziałem. Na dzieła tego ormiańsko- amerykańskiego kompozytora, który naprawdę nazywał się Alan Vaness Chakmakjian i żył w latach 1911-2000, natknąłem się przypadkowo na YouTube i od razu się tą muzyką zachwyciłem.
Ten niezwykle płodny kompozytor, twórca między innymi aż 67 synfonij (zazwyczaj dosyć krótkich) wypracował sobie rozpoznawalny styl, ja go określam jako mistyczny, w nastroju podobny do stylu Gustawa Mahlera. To nie są melodie, które sie zapamiętuje, ale jest to muzyka, która niezwykle silnie oddziałuje na ludzkiego ducha, przynajmniej ja to tak odbieram.
Hovhaness był przez wiele lat organistą w ormiańskim kościele, ale muzyki stricte liturgicznej skomponował stosunkowo niewiele. Nie można go też uznać za wzór cnót chrześcijańskich, bo na przykład wielokrotnie żenił się i rozwodził, ale od wybitnych twórców kultury nie oczekujemy cnotliwego życia, a wielkich dzieł. I Alan Hovhaness te wielkie dzieła światu dawał. Aż dziwne, ze w Europie pozostaje tak słabo znany.
W środowisku wielbicieli powieści sensacyjnych Robert Ludlum ma status pisarza kultowego. Toteż i ja, bardzo lubiąc ten gatunek literacki, próbuję się przekonać do tego autora. Niestety, ciągle mi to nie wychodzi. Ostatnią próbę podjąłem z książką „Weekend z Ostermanem”. Książkę przeczytałem w miarę szybko, nawet mnie wciągnęła, ale niestety, nie przekonała. Historia naciągana, zakończenie wydumane, do tego kończy się w zasadzie źle. Ale nie zrażam się. Będę podejmował dalsze próby przekonania się do Ludluma, bo wierzę, ze wielkim pisarzem był.
Są schizmy małe i duże. Małe dotykają Kościoła nieustannie, choćby w dwudziestym wieku było ich kilkadziesiąt, by wspomnieć choćby mariawicką, brazylijską i palmariańską. Duże schizmy zdarzają się rzadko, historia Kościoła pamięta w zasadzie dwie: wielką schizmę wschodnią i wielką schizmę zachodnią. Wiele wskazuje na to, że czeka nas w najbliższym czasie powtórka z tej drugiej.
Jak można przeczytać w wielu miejscach internetu, niejaki „Fra Cristoforo na swoim blogu ANONIMI DELLA CROCE informuje, że za niecały miesiąc dojdzie w Kościele do schizmy.” Jak możemy przeczytać w facebookowych postach osób dobrze poinformowanych „Papież ma podobno ogłosić „przysięgę modernistyczną” 🙂, którą będzie musiał złożyć przed biskupem każdy katolicki kapłan. Ponieważ znaczna część kapłanów nie akceptuje nauczanie Franciszka na temat małżeństwa i rodziny zawartej w AL a szczególnie liberalnej interpretacji tego dokumentu. Ten sprzeciw ma być przyczyną otwartego buntu i schizmy w Kościele. Czy tak będzie czas pokaże.”
Ja mam tutaj nieco odmienne zdanie. Czy papież przeforsuje taką przysięgę, tego nie wiem, ale wykluczyć tego nie mogę, bo jest on człowiekiem nieobliczalnym. Ja jednak myślę, ze schizma wybuchnie, tyle że nie za miesiąc, a w momencie opróżnienia Tronu Piotrowego. Konklawe po zakończeniu pontyfikatu Franciszka będzie burzliwe, istnieje możliwość podziału na dwa zgromadzenia i podwójnej elekcji. Uważam podwójną elekcję za najbardziej możliwy scenariusz schizmotwórczy, bowiem jedynie w tym przypadku obydwa powstałe ugrupowania mogą zachować co najmniej pozory prawowitości, a co za tym idzie prawa do majątku kościelnego, uznania państwowego i tak dalej.
Powstaje też pytanie, po której stronie opowiedzą się polscy biskupi. Otóż moim zdaniem, po raz pierwszy od soboru jesteśmy w sytuacji, w której w razie ewentualnej schizmy polscy hierarchowie opowiedzieliby się raczej po stronie tradycyjnej aniżeli postępowej. Otóż dotychczas osią poru była liturgia, a polscy biskupi są zasadniczo obojętni na sprawy liturgii i mało nią zainteresowani. Nie zależy im ani na łacinie, ani na chorale, ani na Mszy Trydenckiej, ani na Tradycji i tradycji w ogólności. Nie zrobiliby nic, aby tych rzeczy bronić, a nawet z chęcią i ulgą by się ich pozbyli. Nie z nienawiści, bo ich nie nienawidzą, ale z chęci pójścia na łatwiznę.
Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Osią sporu nie jest już liturgia. Msze franciszkowe niewiele odbiegają od benedyktowych, a są nadal dużo staranniejsze od janopawłowych. Teraz osią sporą jest nauczanie moralne, w którym Franciszek odchodzi od linii Jana Pawła II. Szczególnie drastycznym przykładem jest adhortacja „Amoris laetitia”. A polscy biskupi są do linii Św. Jana Pawła II bardzo przywiązani. Dlatego myślę, że w przypadku schizmy powstałej wskutek nauczania Franciszka mogą stanąć po stronie tradycyjnej.
Po serii muzycznej mam króciutką serię szwedzką, Szwecja wyrasta nam na lokalne europejskie mocarstwo literackie. Paradoksalnie stało się to w czasie, gdy Szwedzi zdobywają literackiego Nobla co kilkadziesiąt lat, a nie sto lat temu, gdy zdobywali go co lat kilka. Oczywiście dominują głównie w dziedzinie powieści kryminalnej, ale dzieła rewelacyjne tworzą i na innych polach literatury. W przypadku Jonasa Jonassona takim dziełem rewelacyjnym, które zapewniło mu miejsce w historii światowej literatury był „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. „Anders Morderca i przyjaciele oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół” to książka również bardzo dobra, ale nie aż tak błyskotliwa. Główną różnicą jest to, że „Stulatek” był uniwersalny, miał mnóstwo odniesień do historii wielu kraju, w „Andersie” świat poza Szwecją w zasadzie nie istnieje. Ta książka to jedna wielka satyra na Szwecję i Szwedów. Śmieje się ze szwedzkieko państwa, szwedzkich urzędów, szwedzkiego Kościoła, szwedzkiego społeczeństwa i szwedzkich nazwisk, w tym z nazwiska samego autora. Paradoksalnie jest to też książka proreligijna, choć propaguje religię bardzo specyficzną, religię opartą na luzie i braku powagi. Propozycja może to dziwna, ale w dzisiejszym świecie warta docenienia.
Biorąc do ręki książkę Henninga Mankella „Grząskie piaski” można nabrać przekonania, że jest to autobiografia. Na okładce zamieszczono bowiem jej fragment, zawierający między innymi następujące słowa: „I właśnie o tym jest ta książka. O moim życiu. O tym, co było, i o tym, co jest.”A jednak nie jest to autobiografia. Trudno z niej poznać życiorys autora. Ja, po jej przeczytaniu nadal go nie znałem. Ktoś, kto nie znał wcześniej w ogóle Mankella, może po lekturze tej książki nadal nie wiedzieć, że pisał on kryminały. Bo o tej części twórczości autora są tu tylko dwie małe wzmianki i to pod koniec. Dużo więcej jest o tetrze, najwidoczniej Mankell postrzegał siebie głównie jako dramatopisarza i reżysera, a nie kryminałopisarza. O swoim życiu pisze tu urywkami, nie tworzącymi całości i umieszczonymi nie po kolei. Autor napisał tę książkę, gdy dowiedział się, że jest śmiertelnie chory, wkrótce po jej wydaniu zresztą zmarł. Dlatego tak dużo jest tu o śmierci i cierpieniu. Autor wychodzi od własnych doświadczeń kontaktów ze śmiercią i cierpieniem (co można by nazwać autotanatografią), by następnie snuć rozważania o obliczach śmierci i cierpienia w dziejach ludzkości i świata (a więc pantanatografię). Ten jeden wielki esej antropologiczny jest stale przeplatany trzema tematami: teatru, sztuki prehistorycznej i zlodowaceń, co dodaje mu niesamowitego klimatu.
Dotąd literatura dziecięco-młodzieżowa pojawiała się na moim blogu tylko jako lektura moich dzieci. Tym razem jest inaczej. Powieść Antoniny Domańskiej należy do gatunku, który z wielką pasją czytałem od dzieciństwa – młodzieżowej powieści historycznej. Czytywałem głównie Przyborowskiego i Strumskiego, ale i Domańską się zdarzało. Dwie jej książki zapamiętałem z czasów podstawówki: „Paziów króla Zygmunta” i właśnie „Historię żółtej ciżemki”. Do tej drugiej właśnie z przyjemnością wróciłem. Książka stara, ale nadal aktualna. Młody i nie tylko młody człowiek może się z niej dowiedzieć się wiele i o Krakowie z XV wieku i polskiej kulturze ludowej.