Na wstępie zaznaczę, że filmu nie oglądałem i opieram się tylko na książce. To trzecia książka Małeckiego ale pierwsza, w której dostrzegłem wyraźny rys metafizyczny, w stylu realizmu magicznego. Nię będę zdradzał szczegółów, niech to każdy sobie sam znajdzie. Tyle napiszę, że chodzi o patrzenie.
Dopiero przy trzeciej powieści zauważyłem, że u Małeckiego w każdej ksiące są samobójstaw i próby samobójcze. Dziwne to. Sam Małecki wspomina o tym w wywiadzie, ale tego nie wyjaśnia: W moich książkach dosyć często pojawia się motyw samobójstwa. Zastanawiam się, na ile są one zaplanowane, a na ile spowodowane impulsem.
Jest to niepokojące, ale nie przekreśla to tych książek. Jak już wspomniałem wcześniej Małecki pięknie uzupełnia polski rynek książki. Oby takich Małeckich było w polskiej literaturze jak najwięcej. Bo sami Myśliwki, Tokarczuk, Szostak i Twardoch nie zaspokoją potrzeb polskich czytelników. Gdyby więc nie było Małeckich, musielibyśmy czytać Mrozów. A tego byśmy nie chcieli.
Zapowiedziałem już, że w ramach wypisów duchownych z dzieł literackich będę zamieszczał tu nie tylko teksty chrześcijańskie, czy bezwyznaniowe, jakiemuś tam wpływowi chrześcijaństwa podległe (inaczej mówiąc kulturowo chrześcijańskie), ale także żydowskie. Uważam bowiem, że na płaszczyźnie mistycznej judaizm i chrześcijaństwo są sobie znacznie bliższe, niż na płaszczyźnie doktrynalnej. Wcześniej już zamieściłem mistyczny sen Józefa Hena, teraz czas na opis żydowskiego transu religijnego, zamieszczony w książce Wspomnienia z martwego domu Fiodora Dostojewskiego
W wigilię każdej soboty, w piątek wieczorem, przychodzili do nas z innych kazarm aresztanci, aby popatrzeć, jak Isaj Fomicz będzie odprawiał szabas. A on był do tego stopnia chełpliwy i próżny, że ta powszechna ciekawość sprawiała mu zadowolenie. Z pedantyczną, umyślną powagą nakrywał w kąciku swój maleńki stoliczek, otwierał księgę, zapalał dwie świeczki i mrucząc jakieś tajemnicze słowa, zaczynał oblekać się w modlitewną szatę. Była to kraciasta chustka z wełnianej materii, którą starannie chował w swoim kufrze. Obie ręce przystrajał w rękawki, a na środku czoła przymocowywał jakieś drewniane pudełeczko, tak iż zdawało się, że Ickowi z czoła jakiś róg śmieszny sterczy. Potem zaczynała się modlitwa. Czytał ją ze śpiewną modulacją głosu, krzyczał, opluwając się, obracał się wokoło, robił dzikie i śmieszne ruchy. Naturalnie, wszystko to było według przepisów obrzędowych i nic w tym nie było śmiesznego, chyba to, że Icek jakby umyślnie z tym wszystkim popisywał się przed nami. Bywało, nagle zakryje rękami głowę i zaczyna czytać, łkając. Łkanie wzmaga się, Icek jakby w omdleniu, niemal z wyciem chyli głowę uwieńczoną Arką Przymierza na księgę; gdy wtem nagle pośród najsilniejszego łkania zaczyna chichotać i wyśpiewywać jakimś słodko uroczystym, jakby od zbytku szczęścia osłabionym głosem. „Widzisz go, jak go rozbiera” — mawiali, przypatrując mu się aresztanci. Spytałem raz Isaja Fomicza, co znaczą te łkania i te nagłe potem przejścia w ton szczęścia i błogości? Icek niezmiernie był rad, gdy o takie rzeczy zapytywałem. Natychmiast objaśnił mnie, że płacz i łkania oznaczają myśl o utracie Jerozolimy, i że zakon nakazuje przy tej myśli jak najgłośniej płakać i bić się w piersi. Ale wśród najsilniejszego łkania, on, Isaj Fomicz, powinien nagle, jakby mimowolnie przypomnieć sobie (to nagle jest także zakonem przepisane), że jest przepowiednia o powrocie Żydów do Jerozolimy. I tuż natychmiast powinien wybuchnąć radością, pieśniami, śmiechem i odmawiać modlitwy w taki sposób, żeby samym głosem wyrazić jak najwięcej szczęścia, a w twarzy jak najwięcej triumfu i szlachetności. To nagłe przejście i konieczny obowiązek tego przejścia nadzwyczaj podobały się Ickowi; widział w tym jakiś szczególny, niezmiernie dowcipny kunsztyk i z chełpliwym wyrazem twarzy mówił mi o tym przepisie obrzędowym.
Pewnego razu wśród najgorętszej modlitwy Icka wszedł do izby plac-major w towarzystwie oficera karaulnego i straży wojskowej. Wszyscy aresztanci stanęli u swoich nar, wyciągnięci jak struny, jeden tylko Icek jeszcze silniej zaczął krzyczeć i gestykulować. Wiedział, że modlitwa dozwolona, że przerywać jej nie wolno, i krzycząc wobec majora na nic się, naturalnie, nie narażał. Sprawiało mu to wielką przyjemność, że może wobec majora zucha udawać i popisać się przed nami. Major podszedł ku niemu i stanął na krok przed nim: Icek obrócił się tyłem ku swemu stolikowi i prosto w twarz majorowi zaczął wyśpiewywać swoje uroczyste proroctwo, wymachując przy tym rękami! Ponieważ i w tej chwili według przepisów religijnych należało mu wyrazić w twarzy bezmiar szczęścia i radości, więc uczynił to niezwłocznie, przymykając oczy, śmiejąc się i kiwając do majora głową. Major był zdziwiony; wreszcie parsknął mu w oczy śmiechem, nazwał głupcem i odszedł, a Icek jeszcze z większym wytężeniem począł krzyczeć. W godzinę potem, kiedy wieczerzał, zapytałem go:
— A cóż by się stało, gdyby plac-major przez głupotę obraził się na was?
— Jaki plac- major?
— Jak to jaki? Czyście go nie widzieli?
— Nie!
— A przecież on stał tuż przed wami, wprost twarzą w twarz.
Ale Isaj Fomicz zaczął najpoważniej zapewniać, że stanowczo nie widział żadnego majora, że w takiej chwili przy podobnych modlitwach wpada w ekstazę i nic już wtedy nie widzi, co się wkoło niego dzieje.
Książka bardzo kojarząca się z „Oberkami do końca świata” Wita Szostaka. Jednak wyraźnie płytsza. Poświęcona muzykowaniu ludowemu, zwłaszcza śpiewom pogrzebowym. Trochę za mało tu Ducha muzyki. Odnoszę wrażenie, że autorka nie poświęciła tej książce wystarczająco dużo czasu. To nie jest zła książka, ale mogła być dużo lepsza, gdyby została jeszcze ze dwa razy przepisana.
Dziwna i trudna książka. W nurcie szulcowskim. Świat niby jak nasz, ale jednak nie nasz. Sporo tu niekontrolowanej magii. Bleknące banknoty o nominale stu koron polskich, czerwone nitki niosące śmierć. Umarli, którzy nadal robią to, co za życia…
Można powiedzieć, ze jest to metaforyczna opowieść o śmierci
Zmarły w 2017 ksiądz Jan Górecki zebrał dowcipy opowiadane przez górnośląskich księży. Są to utwory bardzo różnorodne. Mamy tu dowcipy świeckie, ledwie przypudrowane klimatem religijnym. Mamy dowcipy religijne pochodzenia amerykańskiego, a więc czasami katolickiego, czasami protestanckiego. Wiele z nich czytałem wcześniej w zbiorze „Humor kościelny”. Mamy tu w końcu anegdoty lokalne, oparte mniej lub bardziej wiernie na prawdziwych osobach i wydarzeniach. I te s najciekawsze, choć nie zawsze najśmieszniejsze. Są świadectwem miejsca i czasu. Kilka z nich wybrałem do osobnego tekstu.
Ks. Rudolf Stencel (1884–1955) – urodził się 18 I 1884 r. we Lwowie, doktor nauk lekarskich. W czasie I wojny światowej był kolejno (1914–1916) lekarzem pułkowym na Syberii w Omsku i Tiumeniu, (1916–1918) wojskowym lekarzem austriackim, (1918–1921) polskim lekarzem wojskowym na wschodnim froncie, (1921–1923) lekarzem powiatowym i szkolnym w Brodach i Złoczowie. Po śmierci żony (28 II 1941) rozpoczął starania o przyjęcie do Seminarium Duchownego we Lwowie i zdawał kolejno przedmioty: w 1941 r. historię Kościoła, w 1943 r. teologię fundamentalną. Nieprzyjęty w warunkach wojny do seminarium we Lwowie, przebywal w Krakowie u bonifratrów, u których odbył (1 XII 1943–25 II 1945) nowicjat. 26 VII 1945 r. zwrócił się do biskupa katowickiego o przyjęcie do seminarium. Otrzymawszy jego zgodę 3 VIII 1945 r. i prymasa Polski 7 XII 1945 r., oprócz przedłożenia zaświadczeń ze Lwowa o zdanych egzaminach, otrzymywał w 1946 r. kolejno w kaplicy Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie i w kościele Misjonarzy w Krakowie świecenia oraz posługi; (15 III) pierwszą tonsurę, minorki (16 i 17 III), subdiakonat (6 IV), diakonat (7 IV). Świecenia kapłańskie otrzymał 22 VI 1946 r. z rąk bpa S. Adamskiego po złożeniu odpowiedniego oświadczenia, że jako ksiądz nie będzie prowadził praktyki lekarskiej. Pracował w duszpasterstwie diecezji katowickiej, najpierw (od 31 VII 1946 r.) na zastępstwie w Bogucicach, potem jako wikariusz w Nowym Bytomiu (od 26 VIII 1946 r.), w Starym Bieruniu (od 1 III 1950 r.). W 1948 r. zwrócił się do biskupa katowickiego o skierowanie do pracy w szpitalu w charakterze kapelana. W tym czasie dwukrotnie był wikariuszem substytutem w zastępstwie chorych proboszczów (od 4 IX 1948 r.) w Świerklanach i (od 31 XII 1949 r.) w Żyglinie. W czasie swojej pracy duszpasterskiej, zwłaszcza w czasie zastępstw chorych proboszczów, oskarżany był o podejmowanie praktyk lekarskich. Będąc w Bieruniu Starym, z powodu pogarszającego się stanu zdrowia czynił starania u wikariusza kapitulnego diecezji katowickiej o przeniesienie w stan spoczynku. Uzyskawszy na to zgodę, 1 VII 1953 r. wyjechał z diecezji na stały pobyt do córki w Krakowie, gdzie do końca życia odprawiał mszę św. w kościele Świętej Katarzyny. Zmarł w Krakowie 17 IX 1955 r.Źródło
W zbiorku księdza Jana Góreckiego „Anegdoty z koloratką” można znaleźć kilka anegdotek o księdzu Stenclu.
Ks. Rudolf Stencel został wyświęcony na księdza w wie-ku 62 lat. Był wdowcem, z zawodu lekarzem. Miał zamężną córkę. Kiedyś powiada ks. Józefowi Smandzichowi: „Żebyś ty wiedział, kim byłem. Pokażę ci mój dyplom.” Wyjął opatrzony wiszącą ciężką pieczęcią pergamin i podał do przeczytania. A tam było napisane: „Kaiserlich doppelt geprüfter Kreisphysikus“ („Cesarsko podwójnie egzaminowany fizyk powiatowy” – rodzaj dzisiejszego sanepidu). (J.S.)
Podobno na swoich prymicjach w kościele Mariackim ks. Rudolf Stencel powiedział: Cieszyłaby się moja nieboga żona, gdyby dożyła tego dnia. –Ależ ks. doktor nie byłby księdzem. – A prawda.
Ks. Rudolf Stencel leczył. Przychodzili pacjenci na plebanię. „Wiesz – wyznał koledze mam pensję jak dwóch Ligoniów. Jeno nie mów Bieńkowi (bp Juliusz Bieniek), że leczę, Adamski (bp Stanisław Adamski) wie, nic nie mówi. Bieniek by zasuspendował. Spojrzawszy za okno, dodał: Chodź no tu. Patrz przez okno. Był tu ten chłop z Połomi. Rozharatał paskudnie rękę. Wyczyściłem, dałem swój spirytus, klasycznie obandażowałem, a ten bałwan daje mi dwa jajka.” Po pewnym czasie koledze temu powiedział: „Pamiętasz tego chłopa z Połomi? Był do opatrunku. Porządny chłop, dał 100 zł.”
Zbiór czterech opowiadań. Dominuje tu Tanatos, można znaleźć też przymieszkę Erosa. Można ten zbiorek uznać za współczesną wersję opowieści tajemniczych czy niesamowitych pisanych dwa wieki temu przez Poego i Turgieniewa. Metafizyka wylewa się tu z każdego kąta, ale nieuważny czytelnik może ją przeoczyć. To naprawdę solidna literatura, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdemu przypadnie do gustu.
Kaczor strzelił samobója Kandydatem czyniąc zbója A chachary żyją I gorzałę piją Saszetki wciągają Wszystkich w nosie mają Pan Nawrocki dwie godziny Nie strzymał bez nikotyny A chachary żyją I gorzałę piją Saszetki wciągają Wszystkich w nosie mają Ma gangsterskie tatuaże Wszystkich naraz nie wymaże A chachary żyją I gorzałę piją Saszetki wciągają Wszystkich w nosie mają Na ustawki chętnie chadza Wielki Bu mu nieprzeszkadza A chachary żyją I gorzałę piją Saszetki wciągają Wszystkich w nosie mają Jeśli wygra te wybory Mieć będziemy problem spory A chachary żyją I gorzałę piją Saszetki wciągają Wszystkich w nosie mają