Odkąd pamiętam, nigdy nie miałem wątpliwości, iż rzeczony zaimek w rodzaju męskim brzmi „ów”, a „owy” jest rażącym błędem. Podpieram się w tym twierdzeniu „Słownikiem poprawnej polszczyzny”: ów (nie: owy), owa, owo (nie: owe) odm. jak przym., D. m n owego, z owej, B. ż ową (nie: owe), Im M. m-os. owi, ż-rzecz. owe «zaimek wskazujący (mający dziś najczęściej zabarwienie książk. lub podn.)» 1. «towarzyszący rzeczownikom a) <<służący do wyróżnienia, wyodrębnienia kogoś, czegoś spośród istot, przedmiotów podobnych; ten, ten właśnie»: Tak zginął ów bohater, ów rycerz bez skazy. b) «będący określeniem tego, o czym była już mowa; ten»: Milczeli, a owo milczenie przygniatało wszystkich. ΔW tej funkcji zaimek ów używany jest często w połączeniu z wyrazami oznaczającymi czas, zwłaszcza odległy, np.: Pamiętał wiele z owych lat wojny. Jak na owe czasy była bardzo postępowa. 2. rzad. «występujący samodzielnie, odpowiadający zaimkowi on»: Spojrzał na ojca, a ów się uśmiechnął. 3. «towarzyszący rzeczownikom, występujący w zdaniu nadrzędnym, z którym się wiąże zdanie określające; taki, ten»: Reprezentował ów rodzaj gry, jakim się odznaczają się pianiści starej szkoły.
W ostatnim jednak czasie natknąłem się na tekst, który nieco nadwyrężył moją pewność. W ubiegłym tygodniu umieściłem na niniejszym blogu wpis, zatytułowany Pan Jezus i Burek. Cytuję w nim fragment „Chłopów” Reymonta zaczynający się od słów: ….W owy czas daleki… Trzeba jednak zauważyć, że u Reymonta jest to fragment stylizowany na gwarę, a poza tem Co wolno Mickiewiczu, to nie tobie, Nitschu.
Kilka tygodni temu publikowałem na tym blogu fragmenty Zbrodni i kary Dostojewskiego prezentujące gorliwą i głęboką pobożność pijaka Marmieładowa. Takie religijne perełki są ukryte w dziełach twórców różnych epok, kulltur i wyznań. Lubię je wyszukiwać. Dziś chciałbym zaprezentować piękną opowieść o Panu Jezusie i jego psie zawartą w pierwszym tomie „Chłopów” Władysława Stanisława Reymonta.
***
….W owy czas daleki…
Kiej Pan Jezus jeszcze po ziemi chadzał i rządy nad narodem sam sprawował, stało się
to, coć wam rzeknę…
Szedł se Pan Jezus na odpust do Mstowa, a drogi nikaj nie było, ino piachy srogie
a parzące, bo słońce przypiekało i gorąc był taki, jak kieby przed burzą…
A cienia nikaj ni osłony.
Pan Jezus szedł z cierpliwością wielką, bo do lasu był jeszcze kawał drogi, ale że już
tych świętych nóżków nie czuł z utrudzenia i pić mu się okrutnie chciało, to se raz wraz
przysiadał na wydmach, chocia tam i barzej przygrzewało, i rosły same ino koziebródki, a cienia było tyla, co od tych poschniętych badyli dziewann, że i ptaszek by się nie
schronił…
Ale co przysiadł, to i nie odzipnął nawet rzetelnie, bo zaraz Zły, jako ten jastrząb
paskudny, co bije z góry w ustałego ptaszka, tak ci on zapowietrzony bił racicami w piach
a tarzał się jako to bydlę, że taka kurzawa, taka ćma się podnosiła, co i świata widać nie
było…
Pan Jezus, choć mu piersi zapierało i ledwie się już ruchał, to wstawał i szedł, a ino
się pośmiewał z głupiego, bo przeciech wiedział, że Zły chciał mu zmylić drogę, coby nie
szedł na odpust na zbawienie grzesznego narodu…
I szedł Pan Jezus… szedł… aż i przyszedł do lasu…
Odpoczął se w cieniu niezgorzej, ochłodził wodą i coś niecoś z torby przegryz, potem
wyłamał niezgorszy kijaszek, przeżegnał się i wlazł w bór.
A bór był stary i gęsty, a błota nieprzebyte, a chrapy i oparzeliska takie, że musi sam
Zły tam domował, a gąszcze, że i niektóremu ptakowi łacno przemknąć się nie było. Jeno
Pan Jezus wszedł, a tu kiej Zły borem nie zatrzęsie, kiej nie zacznie wyć, kiej nie pocznie
łamać chojarów — a wiater, jako że to jego parob piekielny, pomagał w te pędy i rwał
suszki, rwał dęby, rwał gałęzie i huczał, i hurkotał po borze, jako ten głupi.
Ciemność się stała, że chocia oko wykol — a tu szum, a tu trzask… a tu zawierucha…
a tu jakieś zwierzaki, pomioty diabelskie wyskakują i szczerzą kły… i warczą… i straszą…
i świecą ślepiami, i… ino… ino chycić pazurami, ale juści, że nie śmiały, bo jakże by…
Pan ci Jezus był w swojej świętej osobie…
Ale i Panu Jezusowi dość było tego głupiego strachania, i że pilno na odpust, to
przeżegnał bór i zaraz wszystkie Złe i ze swoimi kumami przepadli w oparzeliskach.
Ostał się ino taki dziki pies, bo w ony czas pieski nie były jeszcze z ludźmi pobratane.
Ten ci to pies ostał i leciał za Panem Jezusem, szczekał, to docierał do świętych nóżek
Jego, to udarł zębcami za porteczki, to kapot Mu ozdarł i za torby chytał, i sielnie się
dobierał do mięsa… ale Pan Jezus, jako że był litościwy i krzywdy nijakiemu stworzeniu
zrobić by nie zrobił, a mógł go kijaszkiem przetrącić abo i zasie samym pomyśleniem
zabić, to ino powieda:
— Naści, głupi, chlebaszka, kiejś głodny — i rzucił mu z torby.
Ale pies się rozeźlił i zapamiętał, że nic, ino kły szczerzy, warczy, ujada, a dociera
i całkiem już psuje Jezusowe porteczki.
— Chlebam ci dał, nie ukrzywdził, a obleczenie mi rwiesz i szczekasz po próżnicy.
Głupiś, mój piesku, boś Pana swego nie poznał. Jeszcze ty za to człowiekowi odsłużysz
i żyć bez niego nie poradzisz… — powiedział Pan Jezus mocno, aż pies siadł na zadzie,
potem zawrócił, ogon wtulił między nogi, zawył i kiej ogłupiały pognał w cały świat.
A Pan Jezus przyszedł na odpust.
Na odpuście narodu jak drzew w boru abo tej trawy na łąkach — aże gęsto.
Ale w kościele było pusto, bo w karczmie grali, a przed kruchtą cały jarmark i pijaństwo, i rozpusta, i obraza boska, jako i w te czasy bywa.
Wychodzi Pan Jezus po sumie i patrzy, aż tu naród kiej to zboże pod wiatrem, to
w tę, to w oną stronę się kolebie i ucieka, a niektóry z biczem bieży, kto żerdkę z płotu
wyciąga, kto znów po kłonice sięga, a inszy zasię i kamienia szuka, a baby w krzyk i na
płoty się drą, to na wozy, a dzieci w bek, a wszyscy krzyczą:
— Wściekły pies, wściekły pies!
A pies środkiem ludzi, kieby z nagła rozstąpioną ulicą, gna z wywieszonym ozorem
i wprost na Pana Jezusa.
Nie uląkł ci się Pan nasz, nie… poznał, że to ten sam piesek z boru, to ino rozpostarł
tę swoją świętą kapotę i powieda do zwierza, któren z nagła przystanął:
— Pójdź tu, Burek, przespieczniejszyś ty przy mnie niźli w borze.
Okrył go kapotą, ospostarł nad nim ręce i powiada:
— Nie zabijajcie go, ludzie, bo to też stworzenie boskie, a biedne jest, głodne, zgonione i bezpańskie.
Ale chłopi jęli krzyczeć, jęli wydziwiać a mamrotać i trzaskać kłonicami o ziemię: że
to zwierz dziki i wściekły, że im już tyla gąsków i owieczek porwał, że cięgiem szkody
czyni, a i człowieka uszanować nie uszanuje, ino zaraz kłami… że nikt bez kija na pole
nie wyjdzie, bo bez tego piekielnika przespieczności nijakiej nie ma… że zabić go trza
koniecznie…
I chcieli przez moc psa spod Panajezusowej kapoty wziąć a zakatować.
Aż się Pan Jezus ozgniewał i krzyknął:
— Nie ruchaj, jeden drugi! To się, łajdusy i pijanice, psa boita, a Pana Boga to się nie
boita, co?…
Odstąpili, bo mocno rzekł, a Pan Jezus im dalej powieda — że są łajdusy… że przyszli
na odpust, a piją ino po karczmach, a Boga obrażają, a pokuty nie czynią i przeklętniki
są, a katy jedne la drugich, złodzieje, bezbożniki i kara boska ich nie minie.
Skończył Pan Jezus, podniósł kijaszek i chciał odejść…
Ale już Go naród poznał i kiej nie rymnie przed Nim na kolana, kiej nie rykną płaczem
i kiej nie zaczną skomleć…
— Ostań z nami, Panie! Ostań, Panie Jezu Chryste! Ostań! A to Ci wierne będziemy,
kiej ten pies… pijanice my, bezbożniki my, złe my ludzie, ale ostań!… Ukarz, bij, ale
ostań!… Sieroty my opuszczone, ludzie bezpańskie… — i tak płakali, tak żebrali, tak
całowali Go po rękach i po tych nogach świętych, że zmiękło serce Pańskie, ostał z nimi
przez parę pacierzów, nauczał, rozgrzeszał i błogosławił wszystkiemu.
Jakieś pół roku temu dowiedziałem się, że tynieccy benedyktyni wydają dotąd niewydane książki znanego rybnicznina dra Innocentego Libury. Od razu kupiłem sobie dwie i swoim zwyczajem, ledwie przekartkowawszy pierwszą zabrałem się za drugą, czytanie książek po kolei uważam bowiem za niczym nieuzasadniony przesąd. Tym razem zrobiłem tak dlatego, że w pierwszej było za dużo harcerstwa. Tu też go jest niemało, ale sporo jet też Rybnika, dwóch uniwersytetów, religii, literatury, wędrowania, więc całość jest całkiem strawna. Jest to powieść aurobiograficzna, pisana dość nietypowo w trzeciej osobie. Sporo tu jest religijnoścgo pasji, ale też obsesji, a także różnych cech charakteru tak pozytywnych, jak negatywnych. Co ciekawe, jedne i drugie jakby wyrastają z harcerstwa. Bohater jest bowiem kimś w rodzaju wiecznego harcerza. Ciekawie się to porównuje na przykład z autobiografią Miłosza. Oczywiście, są diametralnie różne, ale mają w sobie też punkty styczne. A różnice tkwią właśnie głównie w tym, że Miłosz nie miał w sobie nic z harcerza.
Od lat wrzucam tu zdjęcia rybnickich murali, zwłaszcza tych obok Parku nad Nacyną, w jakiś sposób utrwalając te dość ulotne dzieła. Dziś wrzucam kilka w miarę nowych.
Jako antropolog kulturowy na różne zjawiska społeczne patrzę pod kątem kulturowym. Ostatnio na parkingach mojego miasta rzuciła mi się w oczy nowa moda, mająca właśnie charakter zjawiska kulturowego. Nazwałem ją modą na gratokampery. Są to stare, używane kampery, sprowadzane zapewne z zachodu, choć nie wiem, czy przez obecnych właścicieli, czy przez poprzednich. Tak, czy inaczej jest w tych autach coś artystycznego.
Najnowsza powieść naszej noblistki inspirowana „Czarodziejską górą” Tomasza Manna. Jest to jednak zupełnie inna książka niż tamta. Co najbardziej zaskakujące, nie ma tu takich silnych przeżyć metafizycznych głównego bohatera, jak u Manna. Są za to ewdentne zjawiska nadprzyrodzone, jakich tam z kolei nie było. Podstawowym tematem powieści jest płeć, a zwłaszcza różne oblicza kobiecości, co jest nieco zaskakujące, że bohaterami pierwszo- i drugoplanowymi są w zasadzie sami mężczyźni.
Bardzo dobrze jest w książce oddany klimat pruskiego Śląska. Jako Ślązaka bardzo mnie to cieszy. Szczególnie radowało mnie odnajdywanie wśród bohaterów nazwisk obecnych wśród mieszkańców wsi mojego dzieciństwa. Nic więc dziwnego, że książkę oceniam bardzo dobrze.
Odkąd Inpost zintensyfikował działania zmierzające do egzekwowania zastrzeżenia wyłączności słowa paczkomat do ich urządzenia Paczkomat®, do których to działań należy wezwanie do zaprzestania odmiany tego słowa w korepondencji biznesowej, pojawia się pytanie, jak nazywać automaty paczkowe innych firm, skoro nie można już ich nazywać paczkomatami.
Można oczywiście mówić i pisać po prostu „automat paczkowy”, ale język ma tendencję do zastępowania wyrażeń kilkuwyrazowych pojedynczymi wyrazami. Dlatego ja chciałbym niniejszym zaproponować słowo paczkator, które z jednej strony jest na tyle podobne do słowa paczkomat, że jest automatycznie zrozumiałe, a z drugiej jest na tyle od niego różne, by nie można go było posądzić o plagiat.
Jednocześnie paczkator nawiązuje do postaci doktora Heinza Dundersztyca (oryg. Doofenshmirtza) z animowanego serialu „Fineasz i Ferb” i jego licznych inatorów. Ja uwielbiam takie zapożyczenia kulturowe.
Mam na swoim blogu kilka wpisów, w których kojarzę znane filmy ze znanymi książkami, pozornie w ogóle z tymi filmami nie związanymi. I tak Konklawe Christopha Schrewego powiązałem z Jesienią Średniowiecza Johana Huizingi, a Córkę d’Artagnana Bertranda Taverniera z Imieniem róży Umberta Eco.
W tym kontekście chyba nikogo nie zdziwi, że w Locie Roberta Zemeckisa dopatrzyłem się wyraźnych inspiracyj Zbrodnią i karą Fiodora Dostojewskiego. Whitaker jest tu Raskolnikowem, Nicole Sonią, a działącz zwiąkowy Razumichinem. Główny bohater jest zdegenerowany, ale przeżywa nawrócenie pod wpływem kobiety (której zresztą również sam udziela konkretnej pomocy), doznaje przemiany i pokutuje w więzieniu. Co więcej, również w fazie degeneracji pozostaje wielkim człowiekiem. Doprawdy Raskolnikow naszych czasów.
Tematy, wątki i motywy krążą w literaturze, filmie i sztukach pokrewnych nieustannie. Te same są wykorzystywane dziesiątki i setki razy. Na tym polega obieg kulturowy. Tu się rzadko wymyśla coś zupełnie nowego.
To w zasadzie nie książka, tylko cykl wykładów spisany z nagrań. Jednak z racji rozmiarów i formy, w jakiej się z ta treścią zapoznałem, zaliczam ją do książek. Autor jest fundamentalistą biblijnym, który w tych wykładach tropi elementy okultyzmu we współczesnym chrześcijaństwie. A okultyzm rozumie bardzo szeroko. W zasadzie jakikolwiek mistycyzm jest dla niego okultyzmem. Mówił tak: W okultyzmie istnieją trzy główne techniki. To, co nazywamy mentalną alchemią, a chemicy starali się odkryć metodę zamiany zwykłych metali na szlachetne. Alchemia mentalna jest czymś jeszcze potężniejszym. Możecie stwarzać własne wszechświaty w waszych umysłach, jeśli tylko wiecie, jak się do tego zabrać. Mamy trzy techniki. Myślenie i pozytywne myślenie. Mówienie, czyli mantrowanie, aż się stanie i najpotężniejsza z pośród technik okultystycznych, czyli wizualizacja. Tymczasem rozmyślanie, powtarzanie formuł modlitewnych i wizualizacja są też podstawowymi praktykami chrześcijańskiej, a zwłaszcza katolickiej mistyki. Nic więc dziwnego, że był on totalnym wrogiem Kościoła katollickiego. Dużo dziwniejsze jest to, że fundamentaliści katoliccy przejmują jego poglądy i podpisaliby się pod znakomitą większością tych wykładów. Gdy z nimi dyskutuję, często czytam u nich te same sformułowania, co u Hunta. To niesamowite, jak fundamentalizm katolicki jest przesiąknięty antykatolicyzmem. Dobrze by było, aby tacy ludzie przeczytali wykłady Hunta. Gdy zobaczą ile zaczerpnęli od wroga Kościoła katolickiego, może się opamiętają.
W najnowszym trailerze gry Diablo IV przedstawiono malarstwo Adama Millera w konwencji łączącej barokową sztukę sakralną i tematykę gry. Trailer nagrano w zdesakrowanej jezuickiej kaplicy w Cambrai we Francji pełniącej obecnie rolę galerii sztuki. Jak napisał jeden z kometatorów na fejsbukowej grupie poświęconej historii sztuki: Niesamowite, jak wyższy jest poziom tych malowideł od większości tego, co umieszcza się obecnie w kościołach pod pozorem „sztuki sakralnej” lub – tym gorsza – „rekonstrukcji”. Ten zwiastun jest niewątpliwie przykładem udanego połączenoa sztuki dawnej i popkultury. Jeśi już trzeba gdzieniegdzie zamieniać kościoły w galerie sztuki (nad czym boleję), to niech wiszą w nich takie obrazy.