Co dwa lata w czasie wakacji czytam kolejne, najnowsze powieści Twardocha: w 2017 Króla, w 2019 Królestwo, w 2021 Pokorę i teraz Chołod. Najnowsza powieść mnie nie zawiodła. Warto zwrócić uwagę, że pierwszosobowy narrator większości teksu (bo fabula jest nieco szkatułkowa) jest bohaterem zasadniczo negatywnym, a ostatnio pierwszoosobowe narracje bohaterów negatywnych (choć dla odmiany niefikcyjnych i pewnie właśnie w tem problem) budzą w Polsce duże emocje. Dużo jednak ciekawsze jest paraetnograficzny quasiesej o życiu fikcyjnej wspólnoty etnicznej. Zaskakująco kompletny i, w odróżnieniu od wielu podobnych przypadków w literaturze dawniejszej, mało utopijny.
W zasadzie nie kupuję i nie czytam dramatów, bo ich miejsce jest na scenie, a w mojej biblioteczce powinny się znajdować zasadniczo tylko wtedy, gdybym zamierzał je wystawiać. Wątpię, bym kiedykolwiek miał cokolwiek wystawiać, ale gdyby się nawet tak zdarzyło, na pewno nie będzie to omawiana dziś sztuka. Dlaczego więc ją kupiłem? Po pierwsze, bo była tania, a ja, jako książkowy nałogowiec, rzucam się na tanie książki, choś w domu tyle, że trudno zmieścić. Po drugie, bo to Głowacki, a po trzecie bo to retelling, a ja lubię Głowackiego i retellingi. Sam zamierzam w przyszłości jakiś retelling popełnić. Po czwarte, jest doskonale zilustrowana i czytanie jej z ilustracjami jest niezłą namiastką oglądania na scenie. Uważam, że to doskonały pomysł. Dramaty powinny być wyawane w formie ilustrowanej.
Kolejna pozycja z cyklu nadrabiania klasyki i licealnych lektur. Spośród tych drugich chyba najciekawsza. Na tyle ciekawa, że zachęciła mnie do lektury innych książek tej autorki. Dotatkowym impulsem były wzmianki o niej u Putramenta i Kabatca. W każdym razie, Granica stała się dla mnie furtką do nieznanego mi wcześniej solidnego kawałka polskiej literatury.
Na wakacje zabieram ze sobą zawsze poważniejszą lekturę, zazwyczaj dwie książki. To pierwsza z nich. Zarazem jedna z kilku książek religijnych, jakie staram się czytać co roku. No i co ważne, Ojciec Kościołą, a właśnie na literaturze patrystycznej zamierzam swoją religijność opierać, toteż w końcu trzeba było to przeczytać. Solidna porcja wiedzy i mądrości. Autobiografia, rozważania o pamięci i o czasie, wiele ciekawych spostrzeżeń na temat Chrystusa i obecności Boga w świecie. Ciekawe podejście do pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju. Niełatwe, ale niezwykle budujące.
Z tą książką historia jest trochę skomplikowana. W ramach nadrabiania klasyki i licealnych lektur zabrałem się za Granicę. Zanim skończyłem ją czytać, uznałem, że jest to na tyle dobre, by zapoznać się z innymi dziełami autorki. Będzie tego więcej, ale jako piewszą jej książkę ukończyłem Między zwierzętami. Bardzo ciekawa książka, składająca się z opowiaań i fragmentów, w których zwierzęta są istotami równie skomplikownymi jak ludzie.
Trudna to była do czytania książki. Powieścioesej z pierwszoosobowym narratorem w osobie prawosławnego księdza budującego cerkiew we Florencji. Dość nachalna promocja słowianofilstwa. Z drugiej strony sporo cennych wiadomości o życiu i twórczości Brzozowskiego. Ale ogólnie chyba i ten autor nie poradziłn sobie z powieścioesejem.
Portal Niezależna (od rozumu) robi wielkie larum, bo w Gdańsku niemiecka kapela folklorystyczna zaśpiewała na gdańskim jarmarku Ein Heller und ein Batzen, ludową piosenkę, która miała tego pecha, że bardzo spoodobała się wehrmachtowcom.
Tak się na tym świecie dzieje, że ludowe piosenki podobają się nie tylko ludziom dobrym i szlachetnym, ale także zbrodniarzom. I tak na przykład gruzińska piosenka Suliko, stała się ulubioną piosenką Józefa Stalina.
Jednak trzeba pamiętać, że Ein Heller und ein Batzen nie jest Pieśnią Horsta Wessela, a Suliko nie jest Międzynarodówką, dlatego ludowe piosenki śpiewajmy i dajmy śpiewać innym, nawet te, które bardzo podobały się wehrmachtowcom. czy Stalinowi.
Książki Carolla czytałem na studiach, czytałem je też kilka lat temu. W sumie przeczytałem może pięć, może sześć jego powieści. Teraz sięgnąłem po tomik drobnych form, gdyż mogłem go kupić za grosze, dołączony do jakiegoś kolorowego pisma. Jest to bardzo dobra książka, wręcz rewelacyjna, nie można jej jednak czytać zbyt szybko. Te opowiadania trzeba przyswajać pojedynczo, co najwyżej po kilka naraz. Dlatego czytałem tę niedużą książkę ponad miesiąc. Czytałem i rozważałem, są to bowiem teksty o charakterze medytacji. Śwwieckich edytacji. Byłem zachwycony, jak niektóre z nich współgrają z moimi własnymi doświadczeniami i odczuciami.
Doznanie religijne nie jest czymś odmiennym od tego, co można by nazwać doznaniem istnienia albo doznaniem jedności bytu. Jest to ten sam wstrząs zachwytu, że się jest wtopionym w świat, że jest się z nim związanym tożsamością istoty. Można to uczuć jako uniesienie radości i tryumfu, że nie jest się samemu w ogromnej próżni świata. Można też jednak uczuć to w kategoriach typowych, jako uniesienie i pokorę wobec bezmiaru rzeczy. W obu wypadkach jest to afirmacja Jedności ze światem. Ukorzenie się w wielkim szczęściu pokory przed wszechmocą Boga jest tylko jednym z wielu tekstów, wyrażających ten stan. – W związku z tym i jako ślad sporu z Halinką -myślę teraz: pytanie, czy istnieje „nieśmiertelność duszy”, jest niekonieczne, jest z dziedziny złego tekstu. Nieśmiertelność i nieskończoność już w tym życiu – ze wszystkimi udręczeniami i całym upojeniem tego doznania. Nicśmiertelność jest konsumowana podczas życia, jest całkowicie wyczerpana, do dna wypita. Myślę, że wszystko jest zawarte i dotrzymane w obrębie życia. Mam niechęć do nieśmiertelności jako wznowienia życia indywidualnego. Cala reżyseria nieśmiertelności – zmartwychwstanie, metampsychoza, życie wieczne- to jest wciąż ten niepotrzebny, zly akt czwarty dobrze zbudowanego, rozdzierającego dramatu życia. Grzech śmiertelny przeciw jedności czasu i miejsca.
Powyższy tekst pochodzi z Dzienników czasu wojny. Moim zdaniem jest to bardzo zbliżone do wizji duchowości proponowanej przez Piotra Augustyniaka w książce Jezus Niechrystus. Ukazuje to, że i niewierzący mają swoje życie duchowe, choć zanurzone w doczesności. Dotyczy to przede wszystkim twórcó kultury: literatów, muzyków, plastyków, aktorów, reżyserów, ale także intensywnych jej odbiorców: melomanów, bibliofilów, kinomaniaków i tak dalej. Myślę, że jeszcze temu zagadnieniu poświęcę może jeden, a może kilka wpisów.
W tym moim tegorocznym nadrabianiu klasyki sporo jest nadrabiania licealnych lektur, głównie z trzeciej klasy. Może to nie być widoczne, bo obecnie lista lektur jest inna niż za moich czasów. Akurat Sklepy cynamonowe w czasach licealnych przeczytałem, ale niewiele z nich pamiętałem, dlatego postanowiłem powtórzyć. O ile w Ferdydurke znajdojdowałem elementy oneironautyki, o tyle sklepy są dla mnie oneironautyką czystą. Tę książkę traktuję jako fabularyzowany zapis snów i w tym widzę klucz do jej interpretacji.