Alice- od Eurowizji do chorału

 

Wydawałoby się, że moje galerie dźwiękowe, poświęcone muzyce sakralnej, a przede wszystkim liturgicznej i moje, również ubarwione materiałem dźwiękowym, teksty o artystach eurowizyjnych, to dwa różne światy, które oddziela wielka przepaść i których nic łączyć nie może. A jednak jest inaczej. Doskonałym przykładem przenikania eurowizyjnej i liturgicznej rzeczywistości muzycznych jest twórczość włoskiej piosenkarki Carli Bissi, znanej jako Alice. Artystka ta, urodzona w 1954 roku, wygrała w 1981 festiwal w San Remo, a w 1984 reprezentowała swój kraj na Konkursie Piosenki Eurowizji. W swej bogatej dyskografii ma ona płytę, która zasługuje na zapamiętanie. Chodzi o album God is my DJ z roku 1999.


Jest to produkcja, na którą składają się utwory dosyć różnorodne, pochodzące nie tylko od różnych twórców ale także z różnych epok, a mimo to stanowiąca całość bardzo harmonijną. Można tu usłyszeć chorał gregoriański reprezentowany przez interesujący zestaw, składający się z wielkopiątkowych improperiów i wielkanocnej sekwencji, muzykę tak zwaną poważną w postaci śpiewu Pie Jesu z Requiem Gabriela Faure i sporą dawkę popu.


W odróżnieniu od większości tego typu produkcji, płyta Alice cechuje się autentycznym nastrojem religijnego rozmodlenia a jednocześnie wysokim poziomem artystycznym. Z każdej tego rodzaju produkcji, zwłaszcza jeżeli prezentują tak wysoki poziom jak ta, należy się cieszyć i każdą warto zauważać. Każda bowiem jest krokiem w kierunku przywrócenia religii należnego jej miejsca w głównym nurcie kultury. Z tego też powodu pozwoliłem sobie na napisanie słów paru o płycie, która nowością już dawno być przestała. Na koniec, jak zwykle,przykład muzyczny.

Victimae paschali laudes

Teksty utworów

 

Komes de Wątory

 

 

Kiedy komes de Wątory,

Wpadł był w nastrój niewesoły,

Z racji braku gotówki, no a jak?

To namyślił się głęboko,

Że aż mu zbielało oko,

A tok myśli jego szedł mniej więcej tak:


Jestem komes de Wątory,

Mam łan jeden, a trzy dwory,

W których gąb do wyżywienia, że aż strach.

A na łanie nędza z biédą,

Żadne zboża tam nie idą,

Bo to ziemia byle jaka, raczej piach.


Moje życie tak się plecie,

Że reklamy w internecie

Potrzebuję na ten tychmiast i od dziś.

Dobrze, żeby w tej reklamie,

Było pozycjonowanie,

Żeby każden jeden wiedział, gdzie ma iść.


Bo na całym świecie nie ma,

Może oprócz Münchausena,

Gawędziarza takiego jak ja.

Me gawędy można sprzedać,

Trza je tylko drukiem wydać

I rozreklamować wszędzie gdzie się da

Krytycy.pl Krytycy.pl

Spis lektur

 

 

Rzadko piszę o edukacji, bo sam już dawno szkoły pokończyłem, zaś mój synek ma jeszcze lat kilka do ich rozpoczęcia. Czasem jednak pojawiają się tematy o których nie sposób milczeć.

 

O spisie lektur obowiązkowych miałem już okazję pisać, gdy jeden z poprzednich ministrów edukacji, Roman Giertych dokonał w nim swoistej rewolucji. Przypomnijmy że wzmocnił on nadreprezentację Sienkiewicza i Żeromskiego na liście, dodał do niej kolejnego nadreprezentowanego pisarza w osobie Dobraczyńskego oraz zlikwidował możliwość dokonania przez nauczyciela jednej lektury spośród kilku dostępnych opcyj.

 

Wspomniana nadreprezentacja była miażdżąca. W cyklu edukacyjnym każdy uczeń miał przeczytać cztery powieści Sienkiewicza oraz po trzy Żeromskiego i Dobraczyńskego, nie licząc pomniejszych utworów dwóch pierwszych autorów. Nadreprezentacja taka rodzi dwojakiego gatunku negatywne konsekwencje dla procesu edukacji literackiej. Primo uczeń nie ma możności zapoznać się z dziełami innych, nieraz wybitnych pisarzy którym miejsce blokują nadreprezentowani. Secundo u niektórych uczniów może to spowodować swoistą alergię na dzieła nadreprezentowanych i sprawić że po ukończeniu szkoły nigdy już po ich książki nie sięgną. Dlatego rozsądnym według mnie byłoby przyjęcie zasady, aby przerabiać najwyżej dwa duże dzieła (powieści, poematy, dramaty lub zbiory opowiadań) jednego autora w całym cyklu edukacyjnym.

 

Zniesienie wolności wyboru lektur jest równie szkodliwe. Po pierwsze zabija indywidualność nauczyciela i czyni go z twórcy rzemieślnikiem, z artysty urzędnikiem. Po drugie niwelując różnice miedzy klasami i szkołami co osłabi konkurencję między nimi a w konsekwencji doprowadzi do obniżenia poziomu. Co prawda reformy Giertycha nie w pełni weszły w życie, bo jego następca Ryszard Legutko wprowadził do nich kosmetyczne poprawki, ale kierunek zmian pozostał zachowany.

 

Dlatego z ulgą i zadowoleniem przyjąłem informację, że następczyni Legutki, minister Katarzyna Hall postanowiła przywrócić wybór i znieść nadreprezentację. Stała się niestety z tego powodu obiektem nagonki ze strony pewnych środowisk uważających się za prawicowe. Jedni wzywają do jej odwołania, inni szkalują ją bełkotliwymi artykułami, przedstawiającymi rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Oprócz tych dwóch zmian pani minister wprowadza jeszcze jedna, również bardzo dobrą. Odtąd spis lektur obejmować będzie nie tylko książki ale także pojedyncze filmy. Komiksy i czasopisma. Jest to niesłychanie ważne dla edukacji kulturalnej młodego pokolenia. Należy więc życzyć Katarzynie Hall powodzenia w tej materii.

Strach

Benedykt 

Zapanowała w naszym kraju moda na strach. Najsłynniejszy jest strach politpoprawnych przed wygaśnięciem "polskiego antysemityzmu". Zauważyli oni, że ten zamiera i przerazili się. Z czym bowiem będą walczyć, jakiego będą mieli haka na Polaków, gdy już nie będzie antysemityzmu. Wymyślili wiec , że trzeba go rozbudzić, reanimować. Okazało, się że doskonale można taką reanimację antysemityzmu, przynajmniej chwilową przeprowadzić przy pomocy dyletanckiej, pseudohistorycznej, niewątpliwie zaś histerycznej książki, jaka jest „Strach” Jana Tomasza Grossa.


Gross zreanimował polski antysemityzm obecnie ten twór ma się całkiem nieźle, wątpię jednak by potrwało to długo. Inna bowiem rzecz jest wskrzesić, a inna utrzymać przy życiu. Gdy święty Józef z Kupertynu wskrzeszał martwe owce, mówił im „wstań”. One wstawały, ale po chwili znów padały martwe. Dopiero, gdy święty zaczął mówić „wstań i stój”, zwierzęta na trwałe wracały do świata żywych. Wiemy już, ze Gross ma dość mocy, aby powiedzieć antysemityzmowi „wstań”. Moc tę pompują w pisarza lewicujące ośrodki opiniotwórcze z GazoWnią na czele. Wątpię jednak, by tej mocy wystarczyło na skuteczne powiedzenie „wstań i stój”.


Nie jest to jedyny strach krążący po Ojczyźnie naszej. Nie mniej kuriozalny jest strach części kleru katolickiego przed katolicka Tradycją, która powoli zaczyna się odradzać za pontyfikatu Benedykta XVI. Pierwsze symptomy tego strachu były widoczne już na jesieni, wtedy też napisałem o nim pierwszy tekst zatytułowany Modernistów strach obleciał.


Teraz objawy chorobliwego strachu nasilają się, gorączka rośnie. Jak donoszą moi informatorzy, w jednym z największych miast Polski w Modlitwie Wiernych podczas Mszy Świętej można usłyszeć takie wezwania: żeby papież Benedykt XVI doceniał dziedzictwo Soboru Watykańskiego II. Mnie taka “modlitwa” wydaje się bluźniercza. Przecież ona tak naprawdę nie jest skierowana do Boga, ale do wiernych, których kapłan-modernista stara się nakłonić do buntu przeciwko Tradycji i Ojcu Świętemu. Wielki strach w takim kapłanie czuję. Oprócz strachu widać w nim jeszcze pychę. Musi być wielka, skoro owładnięty nią człowiek czuje się na siłach pouczać Papieża, czym jest dziedzictwo Soboru. Nie mogą oni znieść tego, że Benedykt XVI odczytuje Sobór w świetle Tradycji, nie zaś w świetle modernistycznego posoborowia.


Jako przejaw tego samego strachu postrzegam, inspirowane przez modernistyczna część kleru katolickiego medialne naciski, aby Ojciec Święty czym prędzej,a najlepiej jeszcze w tym roku beatyfikował swojego poprzednika. Tak rychła beatyfikacja Jana Pawła II jeszcze przed upływaem pięciu lat od śmierci, byłaby dowodem na pełna akceptację i afirmację wszelkich jego zachowań, słów, postaw i czynów przez obecnego Pontifexa, a przynajmniej tak byłaby powszechnie odczytywana. Osłabiłoby tradycyjny wyraz wizerunku Benedykta XVI, a o to właśnie modernistom chodzi.


Nie sądzę jednak, by Ojciec Święty dał się w to wkręcić. Jan Paweł II niewątpliwie beatyfikowany zostanie, ale jeszcze nie teraz. Ja obstawiam, że nastąpi w 2010 i obejmie łącznie dwóch Namiestników Chrystusowych: Jana Pawła II i Piusa XII. W ten sposób Papież pokaże, że dla obydwu z nich, tak różnych przecież, żywi tę sama aprobatę i ten sam szacunek. Taka łączona beatyfikacja osłabi też protesty przeciwników jednego i drugiego Papieża. Tak się bowiem składa, że ci, którzy protestują przeciwko wyniesieniu na ołtarze Piusa, chcą jak najszybciej umieścić tam Jana Pawła i odwrotnie. Niezręcznie więc będzie protestować. A tradycyjny, ale nie pozbawiony szacunku również dla posoborowych poprzedników wizerunek Benedykta XVI ulegnie wzmocnieniu, a nie rozmyciu.

Śląska dzieje uproszczone

Korta 

Kiedyś czytelnik, pragnący zapoznać się z dziejami Śląska, tak Górnego, jak i Dolnego miał do wyboru tylko pracę Popiołka, która primo upraszczała te dzieje, sprowadzając je do nieustannego do konfliktu polsko-niemieckiego i całkowicie lekceważąc wpływ elementów trzecich tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych, secundo, co zresztą zrozumiałe w tamtym okresie, skupiała się na historii politycznej, mniej uwagi przywiązując do kwestii kulturowych i religijnych.


W wolnej Polsce ukazał się szereg prac w mniejszym lub większym stopniu pozbawionych tych mankamentów. Między innymi w roku 2003 ukazała się książka zmarłego w 1999 wrocławskiego historyka, Wiesława Korty, zatytułowana Historia Śląska do 1763 roku. Niestety praca ta nie jest pozbawiona wszystkich mankamentów historii peerelowskiej.


W sprawach narodowościowych jest bowiem bardzo schematyczna. Dla Korty również dzieje Śląska, to dzieje polsko-niemieckiej rywalizacji na tych terenach. Najbardziej widać to w rozdziałach dotyczących wieków średnich. Po trzech rozdziałach wstępnych dotyczących geografii i pradziejów mamy rozdział czwarty, zatytułowany: W obrębie Państwa Polskiego (do 1372). Już ten tytuł jest nieścisły, wiemy bowiem, że przynależność państwowa Śląska w tym okresie była zmienna, czego zresztą Korta nie neguje, choć panowanie wielkomorawskie na tych terenach podważa, a czas trwania czeskiego do granic możliwości i prawdopodobieństwa skraca. Tu jednak jego wnioski choć jednostronne są uprawnione, z powodu skąpego materiału dokumentacyjnego . Bardziej kuriozalne są stwierdzenia na temat ludności Śląska w średniowieczu. Korta pisze m.in.: Śląsk do końca XII wieku był kraina zamieszkałą wyłącznie przez ludność polską. Świadczą o tym bezspornie zapisane w źródłach dziesiątki polskich nazw miejscowych i osobowych. Pozostanie dla mnie tajemnica jak Korta odróżnia nazwy polskie od czeskich, zwłaszcza zważywszy, ze mówimy o bardzo archaicznych formach obydwu języków, które były do siebie dużo bardziej zbliżone od dzisiejszych. Zresztą parę akapitów dalej sam sobie zaprzecza, przyznając, że Żydzi w śląskich miastach pojawili się już w tymże XII wieku. Podejrzenie, że Korta używa w stosunku do średniowiecza anachronicznej dziewiętnastowiecznej definicji narodowości, umacnia się, gdy czyta się takie słowa na stronie następnej: Zetknięcie się na Śląsku dwóch całkowicie odrębnych nacji, Polaków i Niemców, sprzyjało budzeniu się po obu stronach świadomości narodowościowej. Takie zjawiska owszem zachodziły, ale nie w wieku XIII, a kilka wieków później. Co więcej, Korta zdaje się przypisywać świadomość narodowościową również masom ludowym, co nie miało miejsca aż do XIX wieku.


Jest więc główną wadą tej pracy jej anachroniczna, narodowościowa optyka; patrzenie na dawne dzieje tej ziemi tak jak na ostatnie dwa wieki, kiedy to faktycznie omawiana rywalizacja miała znaczenie dominujące. Natomiast pod innymi względami jest to opracowanie bardzo dobre. Po pierwsze zwraca duża uwagę na procesy ekonomiczne, kulturalne i religijne, zwłaszcza w dziedzinie tych ostatnich wypełniając solidnie istniejącą lukę. Po drugie dostarcza ogromnej ilości szczegółów faktograficznych dotyczących najrozmaitszych dat, wydarzeń i postaci. Po trzecie dużo uwagi poświęca nie tylko najznaczniejszym księstwom jak Wrocław, Opole, Oleśnica i Brzeg, ale tez pomniejszym, często w pracach ogólnych pomijanym, jak Racibórz, Cieszyn, czy Ziębice. Jest więc to niewątpliwie praca niezła, ale dla publicystów, czy innych osób nie będących historykami, a marginalnie zajmujących się historią, jak socjologów, antropologów kultury, religioznawców czy literaturoznawców nie może być źródłem jedynym z racji licznych uproszczeń, jakich się autor dopuszcza.

Czerwień i śmierć

Nazywam się czerwień

Orhan Pamuk był w Polsce pisarzem szerzej nieznanym, dopóki nie otrzymał Literackiej Nagrody Nobla za 2006 rok. Nie ma wątpliwości, ze nagroda ta ma i to nie od dziś, czy wczoraj, ale od wielu lat, wyraźne skrzywienie lewicowe. Mimo to jednak w wielu, a może nawet w większości przypadków promuje pisarzy, którzy na to zasługują. Wyjątki są nieliczne, choćby osławiony Dario Fo. Problem z tą nagroda leży więc nie w tych, których nagrodzono, bo większości z nich nagroda się należała, ale w tych, których z racji konserwatywnych poglądów pominięto, a wielu było takich , którzy zasłużyli a nie dostali. Nie jest więc rzeczą mądrą odrzucać noblistów z powodu zastrzeżeń wobec trybu przyznawania nagrody, należy jednak przy tym pamiętać o Wielkich Pominiętych.


Te wstępne zastrzeżenia były konieczne, aby we właściwym świetle przedstawić twórczość niewątpliwie wybitnego noblisty, jakim jest turecki pisarz Orhan Pamuk. Nobliści wybitni zdarzają się dwa, trzy razy na dekadę. W mojej opinii w bieżącym dziesięcioleciu na taka opinie oprócz Pamuka zasłużył jeszcze Coetze, laureat z 2003.


Najsłynniejsza powieść Pamuka, Nazywam się czerwień, jest nieraz porównywana do Imienia Róży. Czytałem niejedną powieść, która była przyrównywana do dzieła Eco. Myślę, że warto dla porównania kilka takich książek wspomnieć. Najpierw godna wzmianki jest powieść Impimatur, włoskiego duetu Sorti-Monaldi. Przypomina ona Imię, głównie dlatego, ze autorzy bardzo chcą, żeby przypominała. Jest to ewidentne naśladownictwo, szkoda tylko, ze brak mu polotu. Zarówno akcja jak i liczne dygresje niewątpliwie przypominają prozę Eco, ale najwyżej w takim stopniu, w jakim napisana przez hrabiego Fredrę XIII księga Pana Tadeusza przypomina oryginalnych dwanaście. Podobieństwo powieści Crimen Józefa Hena do wspomnianego dzieła zasugerował sam autor w audycji radiowej, której miałem kiedyś okazji słuchać. Istotnie, pewnych cech wspólnych można się doszukać. Jest intryga kryminalna, jest romans, są sekty i są dygresje. Ale tez nie ma tego formatu i polotu, jaki widzimy u uczonego autora włoskiego. Muszę też, choć z bólem, wspomnieć, ze do Imienia róży przyrównywano także Kod Leonarda da Vinci Dana Browna. Nie muszę chyba udowadniać, że dzieło to zasługuje za role podnóżka dla półki na której spoczywać będą pozostałe ze wspomnianych powieści.


Nazywam się czerwień jest jedyną powieścią, spośród czytanych przeze mnie, która na postawienie obok Imienia zasłużyła. Nie jest naśladownictwem, ma swój własny, urokliwy klimat, który zawdzięcza doskonałemu połączeniu dwóch gatunków literackich: europejskiej powieści i bliskowschodniej opowieści mądrościowej, bliskiej Baśniom z 1001 nocy, ale również mniej nieco u nas znanym perskim quasihistorycznym opowieściom zawartym w dziele Firdausiego Szachname. Tak więc dygresje, które u Eco i jego naśladowców, a także u innych europejskich powieściopisarzy postmodernistycznych były półnaukowymi esejami, u Pamuka są urokliwymi wschodnimi półbaśniami.


Tak jak stylistycznie książka ta stoi na pograniczu stylów wschodu i zachodu, tak tez to samo pogranicze reprezentuje pod względem klimatu i treści. Jej akcja dzieje się w tureckim Stambule pod koniec XVI wieku. W mieście tym niewiele wskazuje już na to, że jeszcze 160 lat wcześniej było ono zdominowane przez żywioł grecki. W powieści Grecy nie pojawiają się wcale, a inni chrześcijanie są jedynie wspominani w epizodach. Występuje za to garstka Żydów. Żydówka Estera odgrywa ważna, chociaż mimo wszystko drugoplanowa rolę. Natomiast świat islamu nie jest tu bynajmniej jednobarwny. Z jednej strony są zakony derwiszów, a z drugiej strony występujący przeciw nim fanatyczni kaznodzieje. Występują oni zresztą nie tylko przeciw derwiszom, ale też przeciw kawiarniom i iluminatorom ksiąg.


Właśnie w środowisku tych ostatnich toczy się akcja tej powieści. Jej głównym wątkiem jest tajemnicza księga, której zresztą na razie nie ma dopiero ma zostać napisana. I wbrew odwiecznemu porządkowi rzeczy zanim powstanie jej treść są tworzone. I właśnie to zaburzenie porządku wzbudza niepokój zarówno części iluminatorów z ich mistrzem, starym Osmanem na czele, jak tez ludu postronnego. Gdybyż to jeszcze było naruszenie jedyne. Księga powstaje na zlecenie sułtana, który koordynacje prac nad nią powierzył nie zwierzchnikowi zdobników, wspomnianemu Osmanowi, lecz tajemniczemu, jak dziś byśmy rzekli lobbyście, w przeszłości dyplomacie, zwanemu Wujem. Ten zaś jest miłośnikiem kultury Zachodu. Toteż ilustracje zgodnie z wolą Wuja nie są utrzymane w stylu dawnych mistrzów, ale w konwencji zachodniego renesansu. Są więc już nie iluminacjami, ale obrazami. Te zaś uchodzą za zakazane przez islam. W mieście, w którym rosną wpływy muzułmańskich fanatyków musi to doprowadzić do tragedii.


I oczywiście doprowadza. Prace nad księgą zakłócone zostają przez trzy morderstwa. Najpierw ginie jeden z czwórki najbieglejszych iluminatorów, potem Wuj, a przy końcu historii, jak gdyby przez przypadek kawiarniany opowiadacz historii. Wyjaśnienia zbrodni musi się podjąć niedawno przybyły z odległych prowincji Czarny, siostrzeniec Wuja i adorator jego córki. Pierwotnie miał on napisać treść do tajemniczej księgi, ale teraz nie pozwolą mu na to okoliczności. Czarnemu w poszukiwaniach zbrodniarza, prowadzonych na sułtański rozkaz pomaga volens nolens Osman. Od początku wiedzą oni, ze zbrodni dokonał jeden z trójki pozostałych mistrzów farby. Na pytanie, który z trójki maja odpowiedzieć żmudne analizy ich opowieści i dzieł plastycznych.


Śmierć opowiadacza też ma swoje znaczenie. Jest to związane znów bardziej z formą niż z treścią powieści (zresztą i w tym przejawia się wielkość tego dzieła, że treść i forma wzajem się przenikają). Powieść nie ma jednego narratora, a osiemnastu różnych. Są nimi: Czarny, Wuj, jego córka, jej synek, trzej iluminatorzy, Żydówka, mistrz Osman i co najciekawsze kilka postaci i przedmiotów z ilustracji wiszących za zamordowanym opowiadaczem w czasie jego kawiarnianych występów. Wśród tych ostatnich jest tytułowa czerwień, której pr
zypada zaszczytny prawie środkowy rozdział. Niektórzy krytycy błędnie wymieniają dziewiętnastu narratorów. Dziewiętnastym jest morderca, ale jak wiemy jest on tożsamy z jednym z iluminatorów. Zastosowanie większej liczby narratorów nie jest zabiegiem szczególnie nowatorskim. W powieści równie obszernej, mianowicie w Mężu z Nazaretu trzech narratorów wykorzystał przed niemal wiekiem Szalom Asz. Ale osiemnastu to pewna nowość.


Zarówno forma jak , treść, styl i polot tej powieści umieszczają ja wśród dzieł wielkich. Nie sposób w tak krótkim omówieniu przedstawić bogactwa jej sensów, więc nawet tego nie próbuję. Zresztą w powieściach tego rodzaju każdy czytelnik znajduje swój własny sens.

Jak zdobyć popularność?

reklama
Jestem sobie skromnym blogerem, konserwatywnym publicystą, który między innymi za pomocą swoich blogów chce się przedrzeć do głównego obiegu krajowej publicystyki. Aby mi się to choć po części udało, muszę czynić swoje blogi popularnymi. Jako, że nie znam zaklęć, które mogłyby im popularności przydać, jestem skazany na stosowanie zabiegów z zakresu reklamy.


W dużej mierze chodzi o to, żeby potencjalni czytelnicy mnie znajdowali. A więc, żebym był w wyszukiwarkach i to na nie najgorszych miejscach. To prowadzi nasza myśl w kierunku działań z zakresu pozycjonowania. W zasadzie, jeśli owo pozycjonowanie rozumieć szeroko, jako zbiór wszelkich działań mających poprawić pozycję w wyszukiwarkach, to w zasadzie każdy webmaster, czy nawet bloger w tym i ja, jakieś takie działania, zwykle amatorskie stosuje, często nawet nieświadomie, tak jak bohater sztuki Moliera, który nie wiedział, ze mówi prozą.


Ja jako skromny bloger mogę sobie pozwolić na amatorszczyznę, bo od efektów moich działań reklamowych w sumie niewiele zależy. Jednak przedsiębiorcy, którzy reklamują produkty i usługi od których sprzedaży zależy byt ich, ich rodzin oraz ich pracowników z rodzinami na prowizorkę i amatorszczyznę pozwolić sobie nie mogą. Oni kwestie reklamy i pozycjonowania powinni powierzyć specjalistom.

Krytycy.pl Krytycy.pl

Złoty Kłos 26

kłosy

Skoro pisałem już w tym roku o festiwalu muzyki dawnej i festiwalu folkowym, przyszła kolej na tekst o imprezie poświęconej trzeciemu rodzajowi muzyki tradycyjnej, a mianowicie muzyce ludowej. W odróżnieniu od wspomnianych wyżej dwóch poprzednich artykułów nie będę dziś pisał o imprezie z krajowej czołówki, ale o lokalnym konkursie folklorystycznym w mojej okolicy.


Przegląd Zespołów Folklorystycznych Złoty Kłos odbywa się w Zebrzydowicach koło Cieszyna już po raz XV. Jak sama nazwa wskazuje nie jest to typowy festiwal z występami gwiazd, ale przede wszystkim przegląd konkursowy dla twórców folkloru z okolic nieodległych od miejsca organizacji.


Jak podaje strona festiwalowa cele imprezy są następujące:

• Prezentacja, ochrona i dokumentacja tradycji ludowego śpiewu, muzyki i tańca z uwzględnieniem autentycznego repertuaru i sposobów wykonania. Istotne też jest zachowanie lokalnej gwary, tradycyjnego ubioru, składu kapeli oraz stylu własnego regionu.

• Pielęgnowanie lokalnych tradycji / wsi – osiedla – miasteczka – gminy/ przekazywanie jej wzorów dzieciom i młodzieży.

• Zapoznanie się z wartościami folkloru z różnych regionów Polski w tym Śląska Górnego i Cieszyńskiego, Zagłębia Dąbrowskiego i Ziemi Częstochowskiej oraz Republiki Czech i Słowacji.

• Popularyzacja dorobku zespołów i ich repertuaru.


Na koniec ramowy program przeglądu, za tą samą stroną:


01. 05. 2008 godz. 10.00 Amfiteatr Zebrzydowice

Przesłuchania konkursowe dziecięcych i młodzieżowych zespołów –

„ZŁOTY KŁOSIK” 2008


02.05. 2008 godz.10.00 Amfiteatr Zebrzydowice

Przesłuchania konkursowe (dorośli i zespoły wielopokoleniowe)

02.05. 2008 „ZLATÝ KLAS” ČESKÝ TĚŠÍN

Koncerty Polskich Zespołów w Czeskim Cieszynie


03.05.2008 godz.10.00 Amfiteatr Zebrzydowice

Przesłuchania konkursowe (dorośli i zespoły wielopokoleniowe)


04 .05.2008

Gala Finałowa Jubileuszowego XV Międzynarodowego Przeglądu Zespołów Regionalnych „Złoty Kłos” EURO–FOLKLOR 2008

Nowa Tradycja

Nowa Tradycja

Muzyka folk istnieje w naszym kraju od kilkudziesięciu lat. Szczególny rozwój, aczkolwiek niszowy i poza głównym obiegiem muzycznym odnotowała w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. W tym rozwoju niebagatelna rolę odegrały festiwale folkowe, z których najważniejszymi były Mikołajki Folkowe w Lublinie i dwie imprezy dziś już nie istniejące: Folkfiesta w Ząbkowicach Śląskich i „Tam gdzie biją źródła” na Równicy w Ustroniu. Pod koniec dekady dołączyła warszawska „Nowa Tradycja” organizowana przez Radiowe Centrum Kultury Ludowej.

 

W dekadzie kolejnej uformowała się nowa wielka trójca festiwali folkowych: lubelskie mikołajki, warszawska NT i krakowskie „Rozstaje”. Ugruntowaniu się pozycji akurat tych trzech imprez sprzyja kalendarz. NT odbywa się wiosną, Rozstaje w lecie, a MF późną jesienią nie ma więc przeszkód, a by fani folku mogli uczestniczyć we wszystkich nie uprawiać przy tym forsownych maratonów festiwalowych. Nowa Tradycja, organizowana już po raz jedenasty odbędzie się w tym roku w dniach 10-13 kwietnia w warszawskiej siedzibie Polskiego Radia. Od kilku lat temu festiwalowi towarzyszy prestiżowy konkurs na Folkowy Fonogram Roku, który nie ma w kraju konkurencji, bo Fryderyki, choć czasami były przyznawane w folkopodobnej kategorii często honorowały twórców, których przynależność do folku była mocno wątpliwa.

 

PROGRAM FESTIWALU za stroną festiwalową:

 

10 kwietnia – czwartek:

19:00-19:45 – koncert "Muzyka Źródeł": KAPELA KOŁAZIŃSKICH ze Zdunkowa (Radomskie), STANISŁAW FIJAŁKOWSKI i ZBIGNIEW BUTRYN (Roztocze Zachodnie), KAPELA GACÓW z Przystałowic Małych (Radomskie) oraz PODRÓŻNICZY KOLEKTYW SKRZYPCOWY z Olsztyna (przygotowanie koncertu: Anna Szewczuk-Czech (RCKL) oraz Remigiusz Hanaj)

20:00-21:00 – laureat konkursu na Folkowy Fonogram Roku 2007 (zob. informację o finalistach konkursu)

21:00-22:00 – KARPATIA (Laureat Grand Prix Prezesa Polskiego Radia na Nowej Tradycji 2007)

 

11 kwietnia – piątek:

18:00-19:45 – przesłuchania konkursowe (zob. listę zakwalifikowanych wykonawców)

20:00-21:45 – ANDREW CRONSHAW + goście (Tigran Aleksanyan i Svetlana Spajić oraz Władysław i Krzysztof Trebunia Tutka)

 

12 kwietnia – sobota:

18:00-19:45 – przesłuchania konkursowe (zob. listę zakwalifikowanych wykonawców)

20:00-21:30 – JEAN MICHEL VEILLON/ PATRICK MOLARD/ JACKY MOLARD TRIO

 

 

13 kwietnia – niedziela:

19:00-20:15 – koncert laureatów konkursu

20:30-22:00 – DONA ROSA

Antypapież

Antypapież

Mniej więcej rok temu recenzowałem bardzo interesujący film, mianowicie Konklawe. Film ten, co rzadkie w świecie tak literatury, jak kina i telewizji przedstawia w całkiem niezłym swietle Rodryga Borgię, przyszłego papieża Aleksandra VI.

 

Dzisiaj chciałbym przedstawić niejako na rocznicę tamtej recenzji dziełko, które przedstawia tego hierarchę do cna eksploatując jego czarną legendę. Jest to powieść Roberta Rankina Antypapież, która można zaliczyć do gatunku Urban Fantasy.

 

Akcja powieści dzieje się w angielskim miasteczku Brentford, najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych dwudziestego stulecia. Oto do zwykłego, leniwego życia niewielkiego miasteczka, a najkonkretniej do życia tych spośród jego mieszkańców, którym kręci się ono wokół pubu wkracza mit. Mit rozmaity, mit stary i nowy. W życiu zwykłych Anglików pojawiają się motywy z baśni i legend: zaczarowana fasola, Żyd Wieczny Tułacz, podziemne krainy Agarthy i Shamballi, homunkulusy i inne dziwne stwory. Do tego są też niesamowite wschodnie sztuki walki, których adepci mogą działać cuda.

 

Głównym wątkiem akcji jest powrót na ziemię Aleksandra VI, po niemal pięćsetletnim pobycie w piekle. Właściwie nie wiadomo kim jest istota, która pojawiła się w miasteczku: zszataniałą duszą grzesznego papieża, czy też demonem, który przywłaszczył sobie osobowość Aleksandra VI.

 

W każdym razie szatański papież, kimkolwiek by nie był, prowadzi zaiste szatańską działalność. Zakłada sektę, swoisty antykościół, mordując przy tym tych, którzy mu stanęli na drodze. Do walki z wysłannikiem piekieł staje zdziwaczały profesor z pomocą kilku niezbyt pobożnych obywateli i katolickiego księdza, który bardziej wierzy w fitness niż w Boga.

 

A więc mamy tu schemat klasycznie baśniowy. Do walki z wszechwładnym wydawałoby się złem przystępuje gromadka postaci, które wydają się wyjątkowo słabo predysponowane do tego zadania. Ani oni święci, ani mądrzy, ani potężni, może z wyjątkiem dowodzącego nimi profesora, który tez zresztą ma niedostatki, zwłaszcza w zakresie potęgi. A jednak z pomocą magii, religii i sztuk walki odsyłają piekielnika tam, gdzie jego miejsce.

 

Powieści fantasy rzadko bywają współczesnymi baśniami, choć ludzie mało w temacie zorientowani zwykli im taka role przypisywać. Ta jednak książka, nie będąc zbyt typowa fantasy utrzymuje się właśnie w konwencji baśni. Dlatego warto ją przeczytać właśnie jako takie nietypowe cudeńko.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij