
Żeby omówić taki temat, jak podany w tytule, trzeba się nasamprzód zastanowić, co to jest wczoraj, a co to jest dziś. Trzeba zdefiniować te terminy nie w sensie absolutnym, czy astronomicznym, ale w odniesieniu do pojmowania i odbierania muzyki właśnie. Trzeba się wręcz zastanowić, czy w ogóle istnieje jakieś jedno wczoraj i jakieś jedno dziś. Czy można wyróżnić dwa, jeden przeszły, a drugi teraźniejszy obszar czasowy, odróżniające się od siebie sposobem pojmowania i odbioru muzyki, a zarazem takie, aby wewnątrz jednego obszaru to pojmowanie i odbiór były w miarę jednorodne i spójne. Tym więc zajmujemy się w niniejszym tekście poświęconym procesowi ewolucji, a może rewolucji odbioru i pojmowania muzyki przebiegającym w czasie. Musimy więc sięgnąć do źródeł o czasach dawnych i późniejszych i porównywać to, co nam o pojmowaniu i odbiorze muzyki wiadomo. Trzeba więc zacząć od ustalenia ram czasowych naszych rozważań. Jako, że o muzyce starożytności i wczesnego średniowiecze wiemy stosunkowo niewiele, rozważania nasze proponuję zacząć od pełnego średniowiecza, czyli od około roku 1000 i troszkę później. Według dostępnych nam danych w tym czasie i w naszym kręgu geograficzno-kulturowym muzyka stanowiła system w miarę jednorodny. Oczywiście z racji braku polskich zapisów z tego okresu i niewielkiej ich liczbie z bezpośrednio po nim następującego o jednolitości muzyki możemy wnioskować z jednolitości instrumentarium. „Pisarz arabski Al.-Becri , piszący o Polsce i Słowianach w wieku X i XI powiada, że mają różne instrumenta muzyczne ze strunami i dęte, ze „mają jeden dęty, którego długość przechodzi dwa łokcie i drugi z 8-miu strunami, płaski a niewypukły"" (Gloger).„Jak wynikałoby ze szczegółowych dociekań w tym zakresie, gdzieś do przełomu XII i XIII wieku istniało jednolite instrumentarium rodzime. Składały się na niego różne formy gęśli, piszczałki, dudy, bębenki i in. Budowali je domorośli amatorzy. Wraz z narastającym od przełomu tych wieków zróżnicowaniem społecznym i podziałem pracy. Następuje rozwój muzykowania na dworach i w środowiskach miejskich, a stąd wzmożone zapotrzebowanie na instrumenty. Stąd w ciągu średniowiecza budowanie instrumentów muzycznych rozdwaja się na rzemieślnicze, miejskie, prowadzone przez specjalistów, ale bez reglamentacji cechowej, oraz na półamatorskie, chłopskie, obsługujące rynek wiejski. (..) W przypadku muzyki instrumentalnej mamy do czynienia z klasycznym przykładem rozdzielenia się w okresie od końca średniowiecza kultury ogólnopolskiej na dwa odrębne nurty: profesjonalny i ludowy." (Burszta). Wraz z rozdwojeniem instrumentarium paralelnie nastąpiło więc rozdwojenie muzyki. O ile dotąd była tylko jedna muzyka właściwa dla naszego kręgu kulturowego, odtąd były już dwa niezależne od siebie nurty: muzyki ludowej i muzyki profesjonalnej. Początkowo mimo wszystko nieodległe od siebie, z biegiem stuleci oddalały się coraz bardziej. Muzyka ludowa wykazywała się większą statycznością, profesjonalna zaś ulegała głębokim przemianom. Mamy już więc dwa okresy, wyraźnie odmiennego funkcjonowania muzyki. Archaiczny model jednonurtowy i średniowieczny model dwunurtowy. Czy możemy więc powiedzieć, że jeden z nich reprezentuje wczoraj, a drugi dziś? Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy model dwunurtowy jeszcze funkcjonuje? Funkcjonował on jeszcze do przełomu XVIII i XIX wieku. Pisał o dwóch Goethe, choć już zupełnie inaczej, nietradycyjne wręcz widział granice między nimi: „Muzyka jest sakralna, albo świecka. Sakralność całkowicie odpowiada jej wzniosłości i tu oddziaływa ona najsilniej a życie, które we wszystkich czasach i epokach pozostaje bez zmiany. Muzyka świecka powinna być muzyką całkowicie radosną. Muzyka, która łączy w sobie charakter sakralny i świecki, jest bezbożna, a muzyka mierna, która znajduje
upodobanie w wyrażaniu uczuć mdłych, żałosnych i nędznych, jest godna pogardy. Nie jest ona bowiem wystarczająco poważna, żeby być sakralną i brakuje jej głównej cechy muzyki świeckiej: nie jest radosna." Ten goetheański rozdział sacrum i profanum w muzyce jest absolutnym novum i zaprzeczeniem dotychczasowej tradycji. Jest to swego rodzaju konsekwencja epoki oświecenia. Do czasów oświecenia, a na terenach wiejskich znacznie dłużej nie było rozdziału między sacrum i profanum tak rozumianego, aby była inna muzyka, czy też szerzej kultura świecka, a inna sakralna. Nie było tak, żeby pieśń kościelna nie mogła być wesoła. Choćby polskie, czy ukraińskie kolędy przeczą takiej tezie. A czy tradycyjna pieśń o tematyce świeckiej nie bywa poważna i refleksyjna? Wreszcie, czy w pieśni ludowej o tematyce świeckiej, mniejsza już o to, czy wesołej, czy smutnej nie można dostrzec specyficznego sacrum? Samo zresztą przeciwstawienie muzyki sakralnej i ludowej mocno dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę na przykład definicję kolęd: „ludowe piosenki, śpiewane w Polsce od Bożego Narodzenia, aż do święta M. B. Gromnicznej i utrzymane w charakterze radosnych pieśni i tańców". (Mizgalski) Jest więc kolęda kwintesencją sakralności i ludowości zarazem, bo ani jednego, ani drugiego nikt poważny jej nie odmówi. Wydaje się więc , że zacytowana teoria Goethego jest mocno naciągana i całkowicie abstrakcyjna. Stwierdza jednak przy tern jeden rzeczywisty fakt. Otóż w osiemnastym i dziewiętnastym wieku rozeszły się drogi muzyki religijnej i świeckiej. Nie chodzi zresztą tyle o rzeczywiste rozejście się stylu i formy, co o rozejście się muzyki w świadomości odbiorców. Mamy wiec drugi przełom, druga rewolucję w muzyce. Są więc już przynajmniej trzy oddzielne periody, jeśli chodzi o historie muzyki. Po tej rewolucji oświeceniowej przyszły jej konsekwencje. W nurcie muzyki profesjonalnej nastąpiły daleko idące rozszczepienia. Obok dominującej dotychczas muzyki kameralnej pojawiła się symfoniczna. W wieku XIX nastąpił też rozdział muzyki profesjonalnej na wysoka (poważną) i popularna (rozrywkową). To wszystko sprawiło, że dwunurtowość został zastąpiona wielonurtowościa, która w pełni rozkwitła w wieku XX i rozkwita nadal. Dziś odrębnych nurtów muzycznych, lokalnych i globalnych rządzących się własnymi prawami są tysiące. Być może sprawą nieodległej przyszłości jest stan, w którym tyle będzie odrębnych nurtów, ilu jest muzyków. Każdy będzie grał i śpiewał, swój styl, swoją muzykę. A to paradoksalnie będzie powrót do pierwotnego stanu jednonurtowego. Tym, co będzie łączyło poszczególnych muzyków i ich twórczość nie będzie taki, czy inny nurt, czy styl, skoro każdy będzie miał swój własny, ale muzyka jako taka. Znowu wiec będziemy mieli jedną muzykę, a nie muzykę poważną, rozrywkową, ludowa, dawna etc, etc, etc. Oczywiście przyszłości przewidzieć nie sposób, ale taki rozwój wypadków zdaje się wielce prawdopodobny. Jednak wyodrębnienie epok w dziejach obrazu muzyki nie jest głównym celem tej pracy. To dopiero fundament pod właściwe rozważania. Te zaś będą dotyczyć odbioru muzyki w poszczególnych epokach, w tym tytułowym wczoraj i dziś. Teraz już możemy określić, co jest wczoraj, a co jest dziś, czym zaś może być jutro. Mamy trzy okresy: pierwotny, do średniowiecza, dawny od średniowiecza do oświecenia i nowożytny od ośw
iecenia do czasów współczesnych, wyodrębnione według kryteriów zastosowanych powyżej. Nazwy poszczególnych epok są umowne, podobnie zresztą jak same epoki. Myślę więc, że epoka dawna , będzie wczoraj, a epoka nowożytna dziś. Epoka pierwotna, byłaby dniem przedwczorajszym, a owa wyimaginowana przyszła reunifikacja muzyki jutrzejszy. Zarówno o przedwczorajszym, jak o jutrzejszym dniu niewiele rzec możemy, chociaż z różnych przyczyn.