Iwona Węgrowska

Węgrowska

W odróżnieniu od omawianej w poprzednim wpisie płyty Pan i pani Anny Wyszkoni, krążek dzisiejszej bohaterki, zatytułowany po prostu Iwona Węgrowska nadaje się  bardziej do tańczenia, aniżeli do słuchania. Wyszkoni tworzy muzykę, której miejsce jest w salach koncertowych, kawiarniach, zwłaszcza tych co bardziej zadymionych i w domu, kiedy rozparci w fotelach, paląc cygaro i pijąc wino słuchamy dźwięków płynących z głośników domowego zestawu audio. 

 

Tymczasem twórczość Iwony Węgrowskiej bardziej pasuje do klubów, dyskotek i samochodów. Jest to typowa muzyka klubowa z wyższej półki elementami soulu i r’n’b.  Dominują więc brzmienia elektroniczne, ale są one inteligentnie poprzetykane solówkami gitarowymi, dętymi i smyczkowymi, co robi dosyć interesujące wrażenie. Jeszcze lepsze robi zwieńczenie całości piękną, akustyczną piosenką  Ne Me Quitte Pas. Piosenek po francusku jest zresztą na tej płycie kilka, co również uważam za dobry pomysł, a w każdym razie dużo lepszy od śpiewania po angielsku, choćby dlatego,. Jeśli chodzi o teksty tych utworów, które są śpiewane po polsku, to są one dobrze napisane, lecz niestety monotematyczne, skupione na różnych aspektach relacyj damsko-męskich.  W dobrym tonie jest przełamywać takie monotematyczne albumy pojedynczymi utworami na inny temat, jak to zrobiły Anna Wyszkoni, czy Dorota Miśkiewicz. Tu tego brakuje.

Ogólnie płyta jest całkiem niezła, chociaż nie z mojej bajki.  Jest interesująca i tworzy spójną całość. Warunki głosowe i umiejętności Iwona Węgrowska ma na wysokim poziomie, ale repertuar ma raczej mało perspektywiczny.  Muzykę klubową można wykonywać w wieku lat dwudziestu, czy trzydziestu, ale już nie czterdziestu, czy pięćdziesięciu. Lepsze perspektywy długoterminowe (choć gorsze krótkoterminowe) daje soul, w którym artystka z czterooktawowym głosem może wiele osiągnąć.

 

 

Zmartwychwstał Chrystus Pan!

Χριστός ανέστη εκ νεκρών,

θανάτω θάνατον πατήσας,

και τοις εν τοις μνήμασι,

ζω ήν χαρισάμενος!

 

Chrystus zmartwychpowstał

  • Śmiercią śmierć pokonał

  • Tym, którzy w grobach leżą

  • Żywot wieczny darował

  • Alleluja

 

Radosnych Świąt Wielkanocnych

życzą

Ela, Artur, Pawełek i Martusia Rumplowie

Papież-literat

Mija właśnie pięć lat od śmierci papieża Jana Pawła II, przez niektórych, zwłaszcza w Polsce zwanego Wielkim. Wypada mi, jako blogerowi katolickiemu jakiś tekst na tę rocznicę popełnić. Moją ocenę jego pontyfikatu zawarłem już w tekście Jan Paweł II – konserwatysta, czy postępowiec? i nie ma najmniejszego sensu, abym powtarzał całość zawartej w nim argumentacji. Zacytuję  jedynie jego konluzję:

Powinniśmy się wystrzegać upraszczających ocen rzeczywistości, a zwłaszcza ludzi. Jan Paweł II był postacią niezwykle złożoną. Z jednej strony, wbrew temu, co nam usiłują wmówić niechętne Kościołowi media świeckie, nie należał do największych i najlepszych następców św. Piotra, ale z drugiej strony nie należał też do najgorszych. Na tle takiego Pawła VI wypadał całkiem nieźle, choć na tle Benedykta XVI, czy Piusa XII niewątpliwie blado.”

W świetle powyższego widać jasno i dobitnie, że Jana Pawła II nie sposób nazwać Wielkim w aspekcie religijnym. Nie oznacza to jednak, że nie był on wielkim, a nawet Wielkim w innych aspektach swojej działalności. Niewątpliwie był wielkim mężem stanu – tym, który przywrócił Stolicy Apostolskiej należne jej miejsce na światowej scenie politycznej. Był też bez żadnej wątpliwości wybitnym twórcą kultury chrześcijańskiej. Jego dzieła literackie wciąż funkcjonują w obiegu kulturalnym, zarówno jako takie, jak też w postaci rozmaitych adaptacyj.  Filmowane są jego sztuki teatralne, nagrywane są płyty z muzyką do jego wierszy. W przypadku opata,  biskupa, czy nawet prymasa, wystarczyłoby to do nazwania go Wielkim. Jednak nie wystarczy do postawienia w jednym szeregu z wielkimi papieżami: Leonem, Grzegorzem i Mikołajem. Ale tak jak w Skrzypku na dachu i dla cara znalazło się odpowiednie błogosławieństwo, tak i dla polskiego papieża znajdzie się odpowiednia miara wielkości. Jego następca, Benedykt XVI nazywany jest nieraz największym papieżem od czasów Piusa XII, tak Jan Paweł II może być nazwany największym literatem wśród papieży od czasów Piusa II.

Humanistyka z marketowego koszyka – Gra Endera

Jeśli się omawia książki przydatne w uprawianiu i popularyzowaniu humanistyki, nie sposób pominąć powieści science fiction. Zresztą wiele dzieł tego gatunku to w istocie zakamuflowane prace humanistyczne. Znanych jest wiele przypadków takich powieści będących w gruncie rzeczy poważnymi analizami socjologicznymi, czy antropologicznymi. Dość wspomnieć w tym miejscu Rok 1984 Jerzego Orwella, czy też powieści Janusza A. Zajdla: Paradyzja, Limes Inferior, Cała prawda o planecie Ksi, Cylinder van Troffa i Wyjście z cienia. A jako, że powieści fantastyczno-naukowe często trafiają do marketowych koszy, byłoby nierzetelnością, gdybym jednej, czy dwóch nie omówił w ramach niniejszego tekstu. Zwłaszcza zaś w sytuacji, kiedy rzeczywiście nabyłem tą drogą przynajmniej dwie ważne książki tego gatunku. Ważne przedewszystkiem dlatego, że napisane przez czołowych autorów SF. O obu tych dziełach chciałbym napisać w niniejszym  cyklu, dziś o jednym, w następnym zaś wpisie o drugim. 

 

Gra Endera Orsona S. Carda jest książką niezwykle znaczącą nie tylko dlatego, że wyszła spod pióra bodaj najwybitniejszego spośród żyjących pisarzy SF, ale również dlatego, że jest prawdopodobnie najważniejszym spośród jego dzieł. Książka ta jest równie ważna także ze względu na swą treść. Po pierwsze, przedstawiając losy dzieci uczęszczających do Szkoły Bojowej, kształcącej przyszłych dowódców ziemskiej floty kosmicznej, która ma stoczyć ostateczny bój z najeźdźcami z odległej galaktyki, Gra Endera jawi się jako wielce prawdopodobna inspiracja dla cyklu przygód Harrego Pottera. Po drugie, napisana w latach siedemdziesiątych powieść, jako jedyna w swoim czasie przepowiada powstanie i rolę internetu. Po trzecie, bardzo interesująca, a zważywszy na czas powstania wybitnie nowatorska jest koncepcja nauczania za pomocą gier komputerowych. Po czwarte książka zawiera ważny polski akcent -główny bohater jest z pochodzenia Polakiem. Myślę, że to wystarczy, aby uznać, że książkę tę warto przeczytać

Nowy przekład Szwejka

Szwejk

Niedawno recenzowałem na łamach tego bloga książkę Wacława Sadkowskiego poświęconą niełatwej, a bardzo często niedocenianej sztuce przekładu literackiego.  Teraz mam okazję zrobić krok od abstrakcji w kierunku konkretu i poświęcić kilka zdań trzem polskim przekładom pewnej słynnej czeskiej powieści. Chodzi oczywiście o   Osudy dobrého vojáka Švejka za světové války Jarosława Haška.  Pierwszy z owych trzech przekładów powstał juź po kilku latach od wydania oryginału, wyszedł spod pióra Pawła Hulki-Laskowskiego i nosił tytuł Przygody dobrego wojaka Szwejka w czasie wojny światowej. Tłumacz znał język czeski w stopniu pozostawiającym wiele do życzenia, poznawał go bowiem nie w Czesku, a wśród czeskiej diaspory w podłódzkim Zelowie, której czeszczyzna znacznie różniła się od używanej przez Haška. W związku z tym przekład ów był tak pełen błędów, jak lisie futro pcheł. Błędy są już w tytule.  Słowo wojak, w języku polskim nieco krotochwilne nie jest właściwym tłumaczeniem czeskiego słowa vojak, które oznacza po prostu żołnierza.

 

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia  Józef Waczków dokonał nowego przekładu powieści, który miał być wolny od błędów poprzednika. I był wolny, nawet podwójnie, bo zarówno od błędów, jak też i od wspólnego z oryginałem uroku. Można odnieść wrażenie, że Waczków starał się stworzyć dokładne przeciwieństwo przekładu Hulki-Laskowskiego. Widać to już w samym tytule: Dole i niedole dzielnego żołnierza Szwejka. Tytuł to nawet ładny i zgrabny, tyle że nijak się mający do oryginalnego. Słusznie Waczków oddał słowo vojak jako żołnierz, ale pozostałe odmienności w stosunku do przekładu Hulki-Laskowskiego są co najmniej kontrowersyjne. Twórca drugiego przekładu zrezygnował ze słowa przygody w tytule, twierdząc, że w odróżnieniu od czeskiego słowa osudy, nie ma ono negatywnych konotacyj. Jest to piramidalna bzdura.  Twierdzić, że w polszczyźnie przygody nie mają, obok pozytywnych, także i negatywnych konotacyj, może tylko kompletny ignorant w zakresie literatury i języka polskiego. Podam tylko dwa przykłady, zaczerpnięte z twórczości poetów staropolskich: Żeś mnie z przygody ratował i śmiechów ludzkich uchował (Jan Kochanowski) i Odwracaj nocne przygody, od wszelakiej chroń nas szkody (Franciszek Karpiński). Widać więc wyraźnie, że w staropolszyźnie przygoda kojarzyła się raczej negatywnie, aniżeli pozytywnie. Tymczasem Waczków postanowił oddać czeskie osudy, jako tarapaty. Wybór to mocno kontrowersyjny, sugerujący bowiem, że Szwejkowi na kartach powieści przytrafiały się same nieszczęścia, a to przecież nieprawda. W końcu zdecydował się na „Dole i niedole”, podobno pod wpływem czytelników, którym tarapaty zdecydowanie nie przypadły do gustu. Jednak i to rozwiązanie trudno uznać za dobre.  Nie powinno się bowiem jednego słowa w oryginale zastępować dwoma, a tym bardziej trzema w przekładzie. Jednak najgorszym zgrzytem jest zastąpienie dobrego dzielnym. To słowo nie dość, że jest od oryginalnego zdecydowanie uboższe znaczeniowo, to dodatkowo nie znajduje żadnego uzasadnienia w treści książki. Podobnie jak tytuł, tak i treść powieści w przekładzie Waczkowa pełna jest, delikatnie mówiąc, dziwactw transtlatorskich.

 

Po ośmiu dekadach od wydania oryginalnego mieliśmy więc, co prawda, dwa przekłady genialnej powieści Jarosława Haška, obydwa jednak bardzo dalekie od doskonałości. Sytuacja ta zmieniła się w roku  2009, kiedy to, nakładem wydawnictwa Znak, ukazał się kolejny przekład, dokonany przez znanego etnologa i pisarza Antoniego Kroha, a zatytułowany Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej.   To wydanie jest pod wieloma względami najlepsze z dotychczasowych. Nie powtarza ani błędów Laskowskiego, ani nienaturalności Waczkowa. Doskonale oddaje klimat oryginału, który podkreśla specyficznymi zabiegami stylistycznymi, jak na przykład zachowaniem czeskiej pisowni większości nazw osobowych i miejscowych. Również przypisy są lepsze niż w poprzednich wydaniach, co wynika z lepszej od poprzedników znajomości Czeska i jego kultury przez tłumacza. Na koniec warto podkreślić, że książka jest pięknie i solidnie wydana, w postaci jednego grubego tomu, szyta, w twardej oprawie, zaopatrzona we wstążeczkową zakładkę. Zaiste, edycja godna wiekopomnego dzieła. Wszystkich miłośników Szwejka gorąco zachęcam do nabycia jego nowego wcielenia.

Humanistyka z marketowego koszyka – Kuriozalne wydanie Biblii księdza Wujka

Wujek

Humanistyka to nie tylko opracowania, zarówno te wprost w postaci książek i artykułów naukowych, popularnonaukowych i publicystycznych, jak i te nie wprost, ukryte w literaturze pięknej, ale także, a może nawet przedewszystkiem źródła. A nie ulega wątpliwości, że jednym  z najważniejszych źródeł dla badaczy kultury jest Biblia. Ci, którzy badają samą Biblię, muszą ją czytać przedewszystkiem w językach oryginalnych. Jednak tym wszystkim, którzy przedmiotem swoich badań uczynili inne obszary kultury, w zupełności wystarczą przekłady na łacinę i języki narodowe. Jeśli chodzi o język polski, to dysponujemy już kilkudziesięcioma mniej lub bardziej kompletnymi przekładami Pisma Świętego, z których znakomita większość powstała w ciągu ostatnich stu lat, jednak nadal za jeden z najlepszych, zarówno z teologicznego, jak też i literackiego punktu widzenia uważa się przekład księdza Jakuba Wujka SJ, powstały pod koniec XVI stulecia.  Gdy się mówi o tym przekładzie, to trzeba pamiętać o tym, że poszczególne jego wydania znacznie się od siebie różnią. Wynika to z faktu, że był to przez prawie cztery wieki jedyny oficjalny przekład katolicki i żeby się nadawał do powszechnego użytku trzeba było co jakiś czas uwspółcześnić jego język, a zwłaszcza pisownię. W ostatnich latach wznawiane są nie tylko wydania najbardziej uwspółcześnione, pochodzące z okresu międzywojennego, ale także mniej lub bardziej archaiczne. Wznowień dokonują różni wydawcy, czasami znający się na rzeczy, a czasami nie. W tym drugim przypadku powstają edycje dziwaczne, a czasem nawet kuriozalne.

 

Do tej właśnie grupy należy czterotomowe wydanie wydawnictwa com, które nabyłem pięć lat temu w jednym z hipermarketów sieci Tesco płacąc po dziesięć złotych za tom. A jest to okaz wielce dziwaczny. Pod względem językowym jest on dobrany idealnie, bowiem jego język jest z jednej strony cudownie staropolski, z drugiej zaś łatwo zrozumiały.  Wersja młodsza byłaby uboższa artystycznie, starsza zaś trudna w odbiorze. Kuriozalność tej edycji kryje się więc nie w kwestiach językowych, a teologicznych. Z „Wujkiem” jest w ogóle  pod tym względem taka ciekawa sprawa, że, chociaż jest on w stu procentach katolicki, to w ciągu tych kilku stuleci swojego funkcjonowania w obiegu kulturowym, był on wielokrotnie wykorzystywany również i przez protestantów. Wydawali oni własne wersje Biblii księdza Wujka, pozbawione ksiąg i fragmentów deuterokanonicznych, zaopatrzone za to w odnośniki kierujące do innych miejsc w Piśmie Świętym, w których poruszany jest ten sam temat.  W nielicznych wypadkach terminy katolickie zastępowane są protestanckimi, na przykład pokuta jest zastępowana upamiętaniem, przy czym zmiany takie są zaznaczone w przypisach. Zresztą większości swoich modyfikacyj się nie wypierają, informują o nich bowiem w zawoalowany sposób na kartach tytułowych, z których jedną prezentuję na załączonej ilustracji.  Samo wydanie protestanckiej wersji Wujkowej Biblii nie jest jeszcze, oczywiście, żadną miarą kuriozalne. Jest jednak takim niewątpliwie sposób w jaki to uczyniło wydawnictwo com. Otóż na początku każdego tomu zamieszczono od kilku, do kilkunastu fotografij przedstawiających Jana Pawła II.

 

Umieszczenie licznych fotografij papieża w protestanckiej Bibli jest pomysłem, delikatnie mówiąc, bardzo ekstrawaganckim. W oczywisty sposób świadczy to o tym, że wydawca nie miał zielonego pojęcia, co wydaje. Najwyraźniej wydawnictwo com nie zatrudnia żadnego kompetentnego, znającego się na literaturze redaktora. Dzięki temu udało się mu wydać Biblię, która w taki sposób łączy elementy katolickie i protestanckie, że nie nadaje się ani dla katolików, ani dla protestantów, dla jednych z powodu braku komentarzy i imprimatur, dla drugich z powodu zamieszczenia wizerunków papieża. Jest natomiast taka Biblia, podobnie jak wszystkie kurioza, gratką dla badaczy kultury.

Humanistyka z marketowego koszyka- Fizyka. Siedem teorii, które wstrząsnęły światem

 

.

Myślę, że zdążyłem już przyzwyczaić Szanownych Czytelników do tego, że w cyklu Humanistyka z marketowego koszyka umieszczam nie tylko ksiąźki, które w oczywisty sposób do niego pasują, ale i takie, których obecność tutaj jest mocno zaskakująca.

 

Przypuszczam więc, że nie będzie już dla nikogo szokiem, gdy dziś omówię podręcznik do … fizyki. Nie jest to jednak taki podręcznik, jakie znamy ze szkoły średniej, ani taki, jakie niektórzy z nas znają ze studiów technicznych, czy przyrodniczych. Fizyka. Siedem teorii, które wstrząsnęły światem Nathana Spielberga i Bryona D. Andersona  to amerykański podręcznik do fizyki dla studentów kierunków humanistycznych.  W książce tej w przystępny sposób, bez równań i wzorów, a za to w szerokim kontekście filozoficznym omówione zostało siedem najważniejszych, zdaniem autorów, zagadnień z zakresu fizyki i astronomii: astronomia kopernikowska; mechanika newtonowska i przyczynowosć; koncepcja energii; entropia i prawdopodobieństwo; względność; teoria kwantowa i koniec przyczynowości oraz zasady zachowania i symetrie.

 

Książka taka jest niewątpliwie bardzo użyteczna nie tylko dla studentów.  Taki na ten przykład Dan Brown, gdyby tę książkę uważnie przeczytał, to zapewne nie naplótłby w Aniołach i demonach aż tak piramidalnych bredni o sporze Galileusza ze Świętym Oficjum. Żadnemu humaniście nie zaszkodzi odrobina wiedzy o fizyce, a może wiele pomóc. Warto bowiem wiedzieć coś o wszystkim, nawet wtedy, gdy wie się wszystko o czymś.

Moja pierwsza książka

 

Informuję, że w łódzkim wydawnictwie Księży Młyn ukazała się właśnie moja pierwsza książka, zatytułowana Religie w Polsce. Jest to opracowanie o charakterze popularnonaukowym. Poniżej cytuję notę ze strony wydawnictwa.

Wbrew powszechnie przyjętej opinii, wyznaniowa mapa Polski jest bardzo różnorodna i warto tę cechę poznać. Książka „Religie w Polsce” będzie w tym bardzo pomocna. Przedstawiono w niej ponad dwadzieścia najważniejszych prądów religijnych obecnych w Polsce, zarówno chrześcijańskich, jak i niechrześcijańskich. Za kryterium doboru materiału przyjęto liczbę wyznawców danej wspólnoty, a w niektórych przypadkach, gdy nie jest ona znacząca, za istotny wyróżnik uznano ugruntowaną pozycję w Polsce. Czytelnik będzie mógł poznać nie tylko cechy poszczególnych wspólnot, ale również mechanizmy tworzenia się wielkich ruchów religijnych. Rozdziały, napisane bardzo przystępnym językiem, pozwolą zgłębić wiedzę o wyznaniach obecnych na Ziemiach Polskich, nie tylko osobom, które zajmują się tematyką religioznawstwa, ale również czytelnikowi, który dopiero zaczyna poznawać to zagadnienie. Publikacja została wzbogacona ilustracjami oraz licznymi ciekawostkami.

 

 

Muzyka Jednogłosowa w Płocku 11

Festiwal Muzyki Jednogłosowej w Płocku

Muzyka jednogłosowa jest w szeroko rozumianym europejskim kręgu kulturowym ściśle powiązana z sacrum. Monodia panuje w tradycyjnej muzyce liturgicznej wszystkich z jednym wyjątkiem starożytnych Kościołów chrześcijańskich, a także głównych nurtów judaizmu i islamu. Bez zrozumienia monodii nie da się zrozumieć religii chrześcijańsko-sakramentalnej, a bez zrozumienia tejże religii nie da się zrozumieć Europy. Dlatego też, odbywający się w tym roku już po raz szesnasty, Festiwal Muzyki Jednogłosowej w Płocku jest, pomimo swej niewątpliwej niszowości, ważnym wydarzeniem kulturalnym, o którym warto przypominać, co też niniejszym czynię, umieszczając tę imprezę już na stałe w moim cyklu festiwalowym. Powyżej, jak zwykle, program tegorocznej edycji, za stroną festiwalową.

 

Humanistyka z marketowego koszyka – Ja Michał z Montaigne

 

O Michale de Montaigne wspomniałem już półgębkiem omawiając książkę  Jana Miernowskiego, Piękne banialuki ku najlepszej prawdzie wyłożone, czyli alegoria jako prowokacja w literaturze starofrancuskiej. Choć ów francuski myśliciel zupełnie nie jest z mojej bajki, to jego wpływ na losy Europy jest tak znaczny, że nie sposób go pominąć. Poza tem książka Józefa Hena Ja Michał z Montaigne jest na tyle dobrze napisana, że warto ją przeczytać, a czyta się z przyjemnością. Autor, znany przedewszystkiem z historyczno-kryminalnej powieści Crimen, jak widać doskonale czuje się klimatach szesnastowiecznych. Napomknąłem już o tym, że bohatera dziś omawianej książki, szczególną sympatią nie obdarzam i jest to bardzo delikatny sposób wyrażenia moich wobec niego odczuć. Mniemam nadto, iż żaden ucziwy konserwatysta lubić go nie może.  Michał z Montaigne jest bowiem praojcem wszelkich odmian socjalizmu, jako autor bzdurnej, ale mimo upływu wieków ciągle niezmiernie popularnej tezy, zgodnie z którą, aby ktoś mógł zyskać, ktoś inny musi stracić. Był on niewątpliwie jedną z dwóch najbardziej złowrogich postaci szesnastego stulecia. Drugim był, oczywiście, Jan Kalwin, twórca pierwszego nowożytnego totalitaryzmu. Tymczasem Hen swojego bohatera najwyraźniej lubi i podziwia. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż sam jest lewicowcem, a może nawet lewakiem. Biografia jednak, chociaż niewątpliwie napisana na klęczkach, jest mimo to napisana dobrze. I jest to drugi, po znaczności jej bohatera, powód dla którego warto ją przeczytać.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij