Lamentacja smoleńska (na motywach Jacka Kaczmarskiego)

Zapłakały brzozy przenikliwym głosem

Zapłakały brzozy nad narodu losem

Zapłakały brzozy, zapłakały wierzby

Olchy, jarzębiny, graby, buki, dęby

 

To nie pole bitwy, to nie grób zarazy

Każde z ciał na ziemi ma ma inne urazy

Narodu polskiego najlepsi synowie

Krwią swą użyźnili to mgliste pustkowie

 

Drzewa są świadkami, świadkami niemymi

Wiedzą, jak się stało, że leżą na ziemi

Ci, co hołd zdradzonym oddać polecieli

Lecz nic nie powiedzą, chociażbyśmy chcieli

 

Nic nam nie powiedzą, tylko łkają z cicha

Dla nas z tego płaczu pociecha jest licha

Póki nad swym losem nie zapłaczem sami

I o jego zmianę sami nie zadbamy

 

Jeśli nad grobami toczyć będziem waśnie

Wrogowie się z tego cieszyć będą właśnie

Chcąc uczcić ofiary tamtej katastrofy

Trzeba nam się zabrać ostro do roboty

 

Trzeba winnych znaleźć, trzeba ich ukarać

Lecz stukrotnie bardziej należy się starać

O to, by się nigdy to nie powtórzyło

Co w smoleńskim lesie wiosną się zdarzyło

 

Uczcijmy ofiary nie setką pomników

A mądrym wyborem takich polityków

Którzy dobro kraju będą mieć na względzie

A wtedy niechybnie w Polsce lepiej będzie.

 

O mglistym brzasku, w smoleńskim lasku

Spadł nasz samolot na ziemię.

 

Muzyka Jednogłosowa w Płocku

FMJ

Muzyka jednogłosowa jest w szeroko rozumianym europejskim kręgu kulturowym ściśle powiązana z sacrum. Monodia panuje w tradycyjnej muzyce liturgicznej wszystkich z jednym wyjątkiem starożytnych Kościołów chrześcijańskich, a także głównych nurtów judaizmu i islamu. Bez zrozumienia monodii nie da się zrozumieć religii chrześcijańsko-sakramentalnej, a bez zrozumienia tejże religii nie da się zrozumieć Europy. Dlatego też, odbywający się w tym roku już po raz siedemnasty, Festiwal Muzyki Jednogłosowej w Płocku jest, pomimo swej niewątpliwej niszowości, ważnym wydarzeniem kulturalnym, o którym warto przypominać, co też niniejszym czynię, umieszczając tę imprezę już na stałe w moim cyklu festiwalowym. Ponizej, jak zwykle, program tegorocznej edycji, za stroną festiwalową.

FMJ

Drugi etap konkursu książki historycznej

Na wstępie chciałbym bardzo gorąco podziękować tym wszystkim spośród Was, którzy głosowali na moją książkę „Religie w Polsce” w pierwszym etapie konkursu książki historycznej Historia Zebrana, w którym startuje ona w kategorii wydawnictw popularnonaukowych. Ten pierwszy etap zakończył sie 31 marca, a jego wyniki zostały ogłoszone 4 kwietnia. Moja książka przeszła do drugiego etapu plebiscytu internautów, oczywiście dzięki Wam, jest to bowiem Wasza zasługa.

 

Drugi etap głosowania trwa od 4 do 12 kwietnia. Głosować można na tej stronie: http://historiazebrana.pl/index.php?content=glosowanie . Zachęcam do głosowania zarówno tych, którzy już to zrobili w pierwszym etapie, jak i tych, którzy tego nie uczynili. Głosy nie przechodzą z pierwszego etapu, liczą się od nowa, dlatego ważne jest głosowanie również teraz. Szkoda by było zmarnować okazję. Po oddaniu głosu trzeba go koniecznie potwierdzić kliknięciem w link zawarty w otrzymanym wówczas mailu.

 

Wśród głosujących zostaną rozlosowane książki biorące udział w konkursie. Kto zagłosuje dwukrotnie, będzie miał również dwukrotnie większą szansę na wygranie zestawu książek. A wygląda na to, że szansa na to jest całkiem duża, bo ogół głosujących w tym konkursie nie jest zbyt liczny i nie przekracza kilkuset osób. Warto więc powalczyć, nie tylko dla mnie, ale też dla siebie. Raz jeszcze zachęcam wszystkich do głosowania.

Zastrzeżenia wobec zapowiedzianej beatyfikacji Jana Pawła II

Od Redakcji: Autor niniejszego blogu Artur Rumpel aka Svetomir nie wszystkie poniższe zastrzeżenia w równym stopniu podziela, uważa je jednak za wystarczająco ważne, by były nagłośnione. Całość oświadczenia mozna znaleźć tutaj. Poniżej publikuję najważniejsze fragmenty.

Oświadczenie opublikowane 21 marca 2011 r. na stronie internetowej dwutygodnika „The Remnant”.

Zapowiadana na 1 maja 2011 r. beatyfikacja Jana Pawła II wzbudziła poważne obawy wśród niemałej liczby katolików, zatroskanych o kondycję Kościoła i zaniepokojonych skandalami, jakie wstrząsnęły nim w minionych latach – skandalami, które skłoniły mającego wkrótce wstąpić na Stolicę Piotrową Benedykta XVI do wypowiedzenia w Wielki Piątek 2005 roku słów: „Jak wiele brudu można znaleźć w Kościele, nawet wśród tych, którzy – otrzymawszy święcenia kapłańskie – powinni w całości przynależeć do niego”.

(…)

Na samym początku podkreślamy, że nie prezentujemy tych uwag jako argumentu przeciwko osobistej pobożności czy prawości Jana Pawła II, których nie kwestionujemy. Problemem nie jest jego osobista pobożność, ale to, czy – obiektywnie rzecz biorąc – istnieje podstawa do twierdzenia, że Jan Paweł II, pełniąc obowiązki urzędu papieskiego, praktykował cnoty w stopniu heroicznym, tak więc powinno się natychmiast rozpocząć procedury prowadzące do jego przyszłej kanonizacji, w wyniku której byłby on przedstawiany jako wzór do naśladowania wszystkim swoim następcom.

Kościół zawsze nauczał, że heroiczność cnót wymaganych do beatyfikacji jest nierozerwalnie związana z tym, czy kandydat wypełniał w stopniu heroicznym obowiązki swego stanu. Jak wyjaśnił to w nauczaniu dotyczącym beatyfikacji papież Benedykt XIV (1675–1758), heroiczne wykonywanie obowiązków zakłada akty tak trudne, że ich materia „przewyższa zwykłe siły ludzi”, a przy tym „pełnione ochoczo, z łatwością”, „ze świętą radością” oraz „dość często, gdy tylko zdarza się okazja”1.

 

(…)

Z całą bezstronnością jesteśmy zmuszeni stwierdzić, że biorąc po uwagę kondycję Kościoła, jaką pozostawił po sobie zmarły papież, jego pontyfikat – obiektywnie patrząc – wcale nie uzasadnia wezwania do jego natychmiastowej beatyfikacji, a w jeszcze mniejszym stopniu – kanonizacji, której zgromadzone tłumy głośno się domagały. Uczciwa ocena faktów skłania nas do wniosku, że pontyfikat Jana Pawła II cechowały nie odnowa czy ożywienie, jakie widzieliśmy podczas pontyfikatów jego najczcigodniejszych poprzedników, ale – jak to zauważył ówczesny kard. Ratzinger – przyśpieszenie „postępującego procesu rozpadu”2, przede wszystkim wśród tradycyjnie chrześcijańskich narodów Europy Zachodniej, Ameryki i rejonu Pacyfiku.

Staje się to jeszcze bardziej oczywiste, gdy się wspomni, że sam zmarły papież pod koniec swojego pontyfikatu ubolewał nad „milczącą apostazją” chrześcijańskiej niegdyś Europy3. Również jego następca na Stolicy Piotrowej opłakiwał „proces sekularyzacji”, który „wywołał poważny kryzys zmysłu wiary chrześcijańskiej i przynależności do Kościoła”. Przy tej okazji Benedykt XVI ogłosił powołanie do życia nowej rady papieskiej, której szczególnym zadaniem miało się stać „wspieranie odnowionej ewangelizacji w krajach, w których wiara była już głoszona, (…) a które przechodzą obecnie proces postępującej sekularyzacji społeczeństwa i rodzaj «zaćmienia zmysłu Boga»”4.

Pogrążanie się ludzkiego elementu Kościoła w „milczącej apostazji” stawało się coraz wyraźniej widoczne od czasu II Soboru Watykańskiego. Przed soborem świat znajdował się – jak ostrzegali kolejni papieże – w wielkiej mierze na równi pochyłej, jednak wewnątrz Kościoła wiara była nadal silna, liturgia – nienaruszona, było wiele powołań, rodziny miały wiele dzieci – aż do czasu wielkiego soborowego „otwarcia na świat”.

Częściową diagnozę tego obserwowanego po soborze, bezprecedensowego kryzysu w Kościele postawił obecny papież, pisząc jako kard. Ratzinger w czasie trwającego 27 lat pontyfikatu swego poprzednika: „Jestem przekonany, że kryzys w Kościele, w jakim się obecnie znajdujemy, wiąże się w wielkim stopniu z upadkiem liturgii”5.

Nie trzeba dowodzić, że „upadek liturgii” jest czymś, czego Kościół nigdy w swej przeszłości nie doświadczył – aż do czasu Vaticanum II i reform podejmowanych w jego imię. Zaledwie 15 lat po soborze, w drugim roku swego pontyfikatu, Jan Paweł II publicznie prosił o wybaczenie za nagły i dramatyczny spadek wiary i pobożności eucharystycznej po „reformach liturgicznych” zaaprobowanych przez Pawła VI:

Może więc trzeba, ażebym kończąc ten fragment moich rozważań, w imieniu własnym i Was wszystkich, Czcigodni i Drodzy Bracia w Biskupstwie, wypowiedział słowa przeproszenia za wszystko, co z jakiegokolwiek powodu, na skutek jakiejkolwiek ludzkiej słabości, niecierpliwości, zaniedbania, na skutek tendencyjnego, jednostronnego, błędnego rozumienia nauki II Soboru Watykańskiego o odnowie liturgii – mogło stać się okazją zgorszenia i niewłaściwości w interpretacji nauki oraz czci należnej temu wielkiemu Sakramentowi. I proszę Pana Jezusa, aby w przyszłości pozwolił nam uniknąć w naszym sposobie traktowania tej Najświętszej Tajemnicy wszystkiego, co w jakikolwiek sposób mogłoby osłabić lub zachwiać poczucie czci i miłości naszych wiernych. Niech Chrystus sam dopomoże nam iść dalej drogą prawdziwej odnowy ku tej pełni życia i kultu eucharystycznego, poprzez które buduje się Kościół w tej jedności, którą już posiada i którą jeszcze pełniej pragnie urzeczywistnić ku chwale Boga żywego i ku zbawieniu wszystkich ludzi6.

Niestety, tym poruszającym słowom nie towarzyszyły żadne zdecydowane działania, mogące powstrzymać postępujący upadek liturgii w trakcie następnych 25 lat pontyfikatu Jana Pawła II. Wręcz przeciwnie, w roku 1988, 25 lat po promulgowaniu konstytucji Sacrosanctum Concilium, papież wychwalał „reformy, jakie [konstytucja] umożliwiła” jako „najbardziej widoczny owoc soborowego dzieła”, zauważając, że „przez wielu ludzi orędzie II Soboru Watykańskiego zostało zrozumiane przede wszystkim za pośrednictwem reformy liturgicznej”. To bez wątpienia prawda. Jednak w kwestii oczywistego upadku liturgii papież wspomniał jedynie o różnych nadużyciach, które zdarzają się „okazjonalnie”, podkreślając, że „tak pasterze, jak i lud chrześcijański, w swojej ogromnej większości, przyjęli reformę liturgiczną w duchu posłuszeństwa i z radosnym zapałem”7.

Obecnie jednak większość ludu chrześcijańskiego nie wierzy nawet w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii. Przyjmują ją na rękę od świeckich szafarzy, jak gdyby to był zwykły opłatek – i rzeczywiście tak ją traktują. Ponadto, wskutek wybiórczego posłuszeństwa Magisterium, praktyka antykoncepcji jest obecnie wśród katolików szeroko rozpowszechniona, a ich poglądy na tę kwestię – jak dowodzą liczne sondaże – mało się różnią od zapatrywań protestantów. Świadczy o tym również spadek liczby urodzeń w katolickich krajach Zachodu, w których nie przychodzi na świat nawet tak niewielka liczba dzieci, by mogły one zastąpić umierające pokolenia. Sam Jan Paweł II postrzegał „coraz powszechniejszy lęk przed dawaniem życia nowym istotom ludzkim” jako jeden z objawów „milczącej apostazji”, nad którą ubolewał w Ecclesia in Europa. Jest niepodważalnym faktem, że najwyższy wskaźnik urodzeń w świecie katolickim występuje wśród tradycyjnych katolików, którzy nie uczestniczą w zreformowanej liturgii lub – nie mając innego wyjścia – znoszą ją bynajmniej bez „radosnego zapału”.

Jest również niezaprzeczalnym faktem, że sam Jan Paweł II przyczynił się do upadku liturgii. Podczas jego pontyfikatu Kościół po raz pierwszy w swej historii doświadczył nowinki w postaci „ministrantek”, w stosunku do których papież zmienił swą wcześniejszą decyzję, zakazującą tej innowacji jako niezgodnej z liczącą dwa tysiące lat tradycją Kościoła. Trzeba też pamiętać o „zinkulturowanych” liturgiach papieskich z muzyką rockową i elementami jawnie pogańskimi – w tym o szokującym spektaklu, podczas którego półnaga kobieta z Nowej Gwinei czytała lekcję, o wirujących w tańcu i potrząsających grzechotkami azteckich tance­rzach oraz o „rycie oczyszczenia” w Meksyku, a także aborygeńskim „obrzędzie okadzania”, który zastąpił w Australii przepisowy ryt pokutny. Teza, że papież nie był wcześniej informowany o planowanych szaleństwach liturgicznych, została zdementowana przez ich autora i współwykonawcę, księdza prałata Piotra Mariniego, który był papieskim mistrzem ceremonii przez niemal 20 lat, pomimo dochodzących z całego świata protestów wobec dokonywanych pod jego rządami groteskowych wypaczeń liturgii rzymskiej. Ostatecznie abp Marini został w 2007 r. zwolniony ze stanowiska przez Benedykta XVI.

Uczciwość każe przyznać, że gdyby wielkim przedsoborowym papieżom było dane ujrzeć owe papieskie liturgie Jana Pawła II albo ogólny stan rytu rzymskiego za jego pontyfikatu, zareagowaliby na to mieszaniną niedowierzania i gniewu.

Jednak nie tylko liturgia znajdowała się w stanie upadku pod koniec pontyfikatu Jana Pawła II. Jak zauważyliśmy na początku, w Wielki Piątek 2005 r., na krótko przed wstąpieniem na Stolicę Piotrową, wówczas jeszcze kardynał Ratzinger zauważył: „Jak wiele brudu znaleźć można w Kościele, nawet wśród tych, którzy – otrzymawszy święcenia kapłańskie – powinni w całości przynależeć do niego”. Brud, o którym wspominał kardynał, to niewiarygodna wręcz liczba skandali seksualnych z udziałem duchownych – owoc dziesięcioleci „soborowej odnowy” w seminariach.

Zamiast zdyscyplinować biskupów, którzy popierali ten brud w swoich seminariach diecezjalnych, tuszując go i przenosząc złoczyńców z miejsca na miejsce, a następnie doprowadzali do bankructwa swoje diecezje w wyniku wypłacania odszkodowań, Jan Paweł II zapewnił bezkarność kilku najbardziej winnym zaniedbań prałatom. Być może najbardziej znanym przykładem jest sprawa kard. Bernarda Lawa. Zmuszony do tłumaczenia się wobec wielkiej ławy przysięgłych z milczenia w sprawie nadużyć seksualnych, jakich dopuszczali się wobec młodych chłopców kapłani z archidiecezji Bostonu, czego skutkiem było wypłacenie 100 mln dolarów odszkodowania ponad 500 ofiarom, kard. Law został „ukarany” przez papieża w taki sposób, że po swej rezygnacji w atmosferze skandalu został przeniesiony do Rzymu, gdzie mianowano go archiprezbiterem jednej z czterech wspaniałych bazylik.

A co mamy powiedzieć o abp. Weaklandzie, głośnym ze swego sprzeciwu wobec nauki Kościoła, który sam przyznał, że świadomie przywrócił do pełnienia funkcji kościelnych przestępców homoseksualnych w diecezji Milwaukee, nie uprzedzając o tym parafian ani nie informując policji o popełnionych przez nich wykroczeniach? Doprowadziwszy archidiecezję do bankructwa wskutek odszkodowań, jakie musiała wypłacić, abp Weakland zakończył swą długą karierę podkopywania integralności wiary i moralności dopiero wówczas, gdy ujawniono, że sprzeniewierzył 450 tys. dolarów z kasy archidiecezji, aby zapłacić człowiekowi, z którym sam pozostawał w związku homoseksualnym. Jan Paweł II pozwolił temu drapieżnemu wilkowi przejść na emeryturę bez najmniejszego uszczerbku dla jego reputacji, a wkrótce potem pewien protestancki dom wydawniczy opublikował jego wspomnienia pod tytułem A Pilgrim in a Pilgrim Church. Memoirs of a Catholic Archbishop (‘Pielgrzym w Kościele pielgrzymującym. Wspomnienia katolickiego arcybiskupa’). Pewien recenzent napisał z podziwem, że książka ta „przedstawia postać człowieka przepojonego wartościami II Soboru Watykańskiego, który miał odwagę pozostać im wierny zarówno jako opat benedyktynów, jak i jako arcybiskup Milwaukee”.

Brudy, które skalały Kościół podczas poprzedniego pontyfikatu, to również długa historia nadużyć seksualnych popełnionych przez ks. Marcjalisa Maciela Degollado, założyciela Legionistów Chrystusa, zgromadzenia będącego rzekomo ucieleśnieniem soborowej „odnowy”. Jan Paweł II odmawiał wszczęcia dochodzenia w sprawie ks. Maciela mimo mnóstwa dowodów popełnianych przez niego ohydnych występków. (…) Nie zwracając uwagi na powszechnie znane i oczekujące od dawna na rozpatrzenie zarzuty o molestowanie przez ks. Maciela ośmiu seminarzystów, Jan Paweł II uhonorował go podczas ceremonii mającej miejsce w listopadzie 2004 r. Nie minęło wiele czasu, gdy kard. Ratzinger „osobiście nakazał wszczęcie dochodzenia w sprawie ks. Maciela”8. Mówiąc wprost, dopóki żył Jan Paweł II, ks. Maciel nie mógł zostać zdyscyplinowany. Odsunięto go od pełnienia funkcji kapłańskich i zesłano do klasztoru niemal natychmiast po wstąpieniu Benedykta XVI na Stolicę Piotrową. Jak pisał pewien znany katolicki komentator:

Ambitny Jan Paweł pozwolił na to, by zgorszenie szerzyło się niemal u jego stóp, a sprzątać po tym miał pozbawiony charyzmy Ratzinger. Dotyczyło to również innych kwestii, których poprzedni papież starał się unikać – upadku katolickiej liturgii czy wzrostu znaczenia islamu w chrześcijańskiej niegdyś Europie9.

Jeszcze innym powodem do wysuwania zastrzeżeń wobec tej beatyfikacji jest fakt, że w trakcie długiego pontyfikatu Jana Pawła II wierni katolicy byli dezorientowani i gorszeni przez liczne, jawnie nieroztropne słowa i gesty papieża, niepodobne do niczego w liczącej dwa tysiące lat historii Kościoła. Wymieńmy w tym miejscu jedynie kilka lepiej znanych przykładów:

— Liczne i zarazem wątpliwe pod względem teologicznym przeprosiny za rzekome grzechy katolików, popełnione w minionych wiekach historii Kościoła. Oczywiście świat nie postrzegał tych bezprecedensowych mea culpa papieża jako demonstracji pokory ze strony Kościoła. Jak można było przewidzieć, wydarzenia te zostały potraktowane jako przyznanie się Kościoła do winy za wszelkie rodzaje przestępstw przeciwko ludzkości. Poza wyjątkiem powszechnie zapomnianych przeprosin w Dominicæ cœnæ nie doczekaliśmy się jednak żadnego mea culpa za katastrofalne w skutkach zaniedbywanie ze strony żyjących członków hierarchii starań o zachowanie wiary i dyscypliny wobec „postępującego procesu rozkładu” oraz „milczącej apostazji”.

— Spotkania w Asyżu w październiku 1986 r. oraz styczniu 2002 r.

Podczas spotkania w 2002 r. Jan Paweł II umożliwił wyznawcom „wielkich religii”, od animistów po zoroastrian, sprawowanie ich obrzędów w katolickim sanktuarium – klasztorze franciszkańskim w Asyżu. Podkreślając fakt, że dla poszczególnych kultów przygotowano osobne miejsca, papież powiedział do wielobarwnego zgromadzenia, obejmującego m.in. wyznawców wudu: „będziemy się modlili na różne sposoby, szanując tradycje religijne innych”10.

Powszechne wrażenie, jakie pozostawiło po sobie spotkanie w Asyżu, zwłaszcza wyrażane przez świeckie media, było takie, że wszystkie religie są w mniejszym lub większym stopniu miłe Bogu – podobne twierdzenie zostało potępione przez Piusa XI w encyklice Mortalium animos z 1928 r. W jakim innym celu papież gromadziłby wszystkich przedstawicieli religii świata w Asyżu, by „modlili się o pokój”? Czy ktoś może zaprzeczyć, że każdy z przedsoborowych papieży potępiłby tego typu widowiska?

— Publiczne ucałowanie przez papieża Koranu podczas wizyty w Rzymie grupy irackich chrześcijan i muzułmanów w 1999 r.

Chaldejski katolicki patriarcha Iraku wychwalał ten akt jako „gest szacunku” dla religii, której istota polega na negowaniu Trójcy Świętej i Bóstwa Jezusa Chrystusa i której historia jest znaczona prześladowaniami chrześcijan – czego świadkami jesteśmy i obecnie w Iraku oraz innych „republikach” świata arabskiego.

— Zdumiewające zdanie wypowiedziane 21 marca 2000 r. w Ziemi Świętej: „Niech św. Jan Chrzciciel strzeże islam i cały naród Jordanii”.

Jakie wyjaśnienie można by podać dla tej bezprecedensowej modlitwy o ochronę samej fałszywej religii (a nie jej wyznawców), wygłoszonej podczas papieskiej wizyty w Ziemi Świętej – wyzwolonej od islamu podczas pierwszej krucjaty?

— Obdarowanie pektorałami – symbolami władzy biskupiej – Jerzego Careya oraz Rowana Williamsa.

Anglikańscy tzw. arcybiskupi Canterbury (w sprawie ważności ich święceń kapłańskich i biskupich wypowiedział się autorytatywnie Leon XIII w bulli Apostolicæ curæ) nie wyznają wiary katolickiej nawet w podstawowych kwestiach moralnych, wynikających wprost z prawa Bożego naturalnego i stanowionego11.

— Aktywne uczestnictwo Jana Pawła II w kulcie pogańskim w „świętym lesie” w Togo.

Jak donosił organ Stolicy Apostolskiej, po przybyciu papieża na to miejsce „czarownik zaczął przyzywać duchy: «Wzywam was. Przodkowie, przyzywam was»”. Po tym przyzwaniu „duchów” papieżowi wręczono „misę pełną wody i mąki. [Ojciec Święty] wykonał najpierw lekki pokłon, a następnie skropił tą mieszaniną cztery strony świata. Rano, przed Mszą, dokonał tego samego obrzędu. Ów pogański rytuał oznacza, że ten, kto zostanie spryskany wodą, symbolem pomyślności, dzieli ją [pomyślność] ze swoimi przodkami”12.

Wkrótce po powrocie do Rzymu papież wyraził zadowolenie z publicznego uczestnictwa w modlitwie i obrzędach animistów: „Spotkanie modlitewne w sanktuarium nad jeziorem Togo było szczególnie poruszające. Po raz pierwszy modliłem się tam z animistami”13. Można by się spodziewać, że już sam ten incydent – za który Jan Paweł II nie tylko nie wyraził skruchy, ale nawet publicznie się nim przechwalał – powinien być wystarczającym powodem do wstrzymania procesu beatyfikacyjnego. Wedle własnych słów papieża modlił się on z animistami, a tego rodzaju zachowanie – bezpośredni i formalny udział w kulcie pogańskim – Kościół zawsze traktował jako obiektywny grzech ciężki. Jak uczy Katechizm Kościoła katolickiego:

Bałwochwalstwo nie dotyczy tylko fałszywych kultów pogańskich. Pozostaje stałą pokusą wiary. Polega na ubóstwianiu tego, co nie jest Bogiem. Ma ono miejsce wtedy, gdy człowiek czci i wielbi stworzenie zamiast Boga, bez względu na to, czy chodzi o innych bogów czy o demony (na przykład satanizm), o władzę, przyjemność, rasę, przodków. (…) Bałwochwalstwo odrzuca jedyne panowanie Boga; jest nie do pogodzenia z Boską komunią14.

A był to przecież tylko jeden z najbardziej skandalicznych incydentów, mających miejsce podczas pontyfikatu Jana Pawła II. Trzeba w tym miejscu przypomnieć o wydanym przez Kościół pośmiertnym wyroku na żyjącego w IV wieku papieża Liberiusza, pierwszego z biskupów Rzymu, który nie został ogłoszony świętym. Liberiusz w pełni zasłużył na to wątpliwe wyróżnienie, ponieważ – przebywając na wygnaniu i znajdując się pod silną presją prześladującego go cesarza – podpisał się pod dwuznaczną formułą doktrynalną sprzyjającą arianizmowi, a następnie ekskomunikował św. Atanazego, obrońcę trynitaryzmu i ortodoksji. Pomimo tego, że już po odzyskaniu wolności i powrocie do Rzymu natychmiast wycofał się z tych pożałowania godnych decyzji i do końca swego pontyfikatu trzymał się prawowiernej doktryny, uznano to za przeszkodę do jego kanonizacji.

— „Ekumeniczne nieszpory” w bazylice pw. Świętego Piotra, w samym sercu Kościoła Rzymskiego, w których papież zgodził się uczestniczyć i modlić wspólnie z luterańskimi „biskupami” – wśród których była kobieta utrzymująca, że jest następczynią Apostołów.

Wydarzenie to wywołało oczywiście spekulacje, czy papież nie podkopuje w ten sposób własnego nauczania o nieważności święceń kobiet15.

Podsumowując, obiektywna ocena faktów skłania nas do wniosku, że Jan Paweł II kierował i pozostawił Kościół w stanie kryzysu, który wybuchł natychmiast po II Soborze Watykańskim. To prawda, że jego pontyfikat ma również osiągnięcia pozytywne, w tym godną podziwu, niezachwianą obronę życia ludzkiego w obliczu „kultury śmierci”, cenne nauczanie społeczne zawarte w ważnych encyklikach, deklarację dotyczącą niemożności przyjmowania świeceń kapłańskich przez kobiety czy motu proprio Ecclesia Dei, które było pierwszym krokiem w kierunku przyszłego „uwolnienia” tradycyjnej Mszy św. przez Benedykta XVI. Nie zamierzamy też kwestionować jego osobistej pobożności i religijności, oczywistych dla wszystkich, którzy mieli z nim styczność, a które uznaliśmy i my na początku tego oświadczenia.

(…)

W obliczu tego, co siostra Łucja z Fatimy słusznie nazywała „diaboliczną dezorientacją” w Kościele, musimy zachować świadomość, że beatyfikacja nie cieszy się charyzmatem nieomylności. Nie ustanawia ona obowiązkowego kultu, udziela jedynie zgody na oddawanie czci beatyfikowanej osobie. W tym jednak przypadku stoimy w obliczu niebezpieczeństwa poważnego błędu popełnionego w wyniku pochopnego osądu, do czego mogą się przyczynić pewne okoliczności, jak popularność i przywiązanie, które nie powinny wpływać na zasadniczy proces, polegający na drobiazgowym badaniu i osądzie, zwłaszcza w przypadku tej beatyfikacji, ze wszystkimi jej implikacjami dla Kościoła powszechnego.

Raz jeszcze pytamy: skąd ten pośpiech? Być może istnieje obawa, że jeśli akt ten nie zostanie dokonany natychmiast, w przyszłości bardziej dojrzały werdykt historii mógłby uniemożliwić beatyfikację, jak to się bez wątpienia stało w przypadku Pawła VI. Jeśli tak jest, dlaczego nie pozwolić, by werdykt został wydany w oparciu o spojrzenie z dalszej perspektywy, jak to zawsze czynił Kościół w sprawach beatyfikacji i kanonizacji? Jeśli nawet taki tytan [wiary] jak Pius V został kanonizowany dopiero 140 lat po swej śmierci, czy nie możemy poczekać choćby kilka lat dłużej z oszacowaniem wartości spuścizny po Janie Pawle II, który to osąd powinien stanowić najpoważniejszy argument przy decyzji o jego beatyfikacji? Czy Kościół nie może poczekać nawet 37 lat, jakie minęły od śmierci Piusa X do jego beatyfikacji przez Piusa XII w roku 1951 (został kanonizowany w 1954 r.)? Czy jest rzeczą roztropną beatyfikowanie już teraz – bez dalszych badań i na podstawie jednego tylko cudu, którego autentyczność jest podawana w wątpliwość – papieża, pozostawiającego po sobie w spuściźnie Kościół przeniknięty tym samym duchem, któremu tak heroicznie opierał się i z którym walczył swego czasu św. Pius X?

Z tych wszystkich powodów uważamy za słuszne i uzasadnione prosić Ojca Świętego o odłożenie beatyfikacji Jana Pawła II do czasu, gdy – patrząc z dłuższej perspektywy – będzie można w sposób bezstronny i obiektywny podjąć decyzję w sprawie tego uroczystego aktu. Dobro Kościoła wymaga w tej kwestii roztropnej zwłoki, podczas gdy pośpieszny proces, nie chroniony od błędu przez charyzmat nieomylności, naraża to dobro na niebezpieczeństwo.

Virgo Prudentissima, ora pro nobis! Ω

 

Msza szalonego kapelusznika

kapelusznik

W  niedzielę szóstego marca miałem okazję uczestniczyć we Mszy Świętej z Udziałem Dzieci w kościele parafialnym pod wezwaniem świętej Jadwigi Śląskiej w Rybniku. Unikam zasadniczo udziału w takich Mszach, gdyż nie lubię infantylizacji religii w ogólności, a liturgii w szczególności. Ta konkretnie celebracja nie była jednak taka zła, jak się obawiałem i oprócz licznych minusów, miała również wiele plusów,  zwłaszcza na tle innych „Mszy dziecięcych”. Pozwolę sobie wyliczyć jedne i drugie, poczynając od plusów.

 

Oto więc owe plusy:

-części stałe, w tym pierwsza forma aktu pokutnego, były normalne, tak jak w mszale, a nie zastąpione infantylnymi wierszykami.

-Czytania obsługiwali dorośli lektorzy w albach, śpiewał diakon.

-Jedna czwarta śpiewów w czasie Mszy to tradycyjne pieśni kościelne.

-Treść kazania była katolicka i dostosowana do okresu liturgicznego, czyli przedpościa. Mówiono o grzechu, który przedstawiony został jako wewnętrzny brud, o konieczności oczyszczenia z tegoż w Sakramencie Pokuty, o wartości wielkopostnych praktyk pobożnych, takich jak Droga Krzyżowa, czy Gorzkie Żale.

 

Minusów jest niestety więcej:

-Forma kazania. Nie mam oczywiście nic przeciwko kazaniu w formie rozmowy kilku kapłanów, rozmieszczonych w różnych miejscach kościoła. Jest to przecież jak najbardziej katolicka, tradycyjna i starodawna praktyka, sięgająca swoimi korzeniami czasów głębokiego średniowiecza. W wielu starych kościołach możemy znaleźć po dwie, a nawet po trzy ambony. Oczywiście wolałbym, żeby byli oni w komżach i stułach, a nie samych tylko sutannach, ale w dzisiejszych czasach totalnego rozwolnienia w Kościele i z sutanny należy się cieszyć. Bardziej już niepokoją wprowadzone do kazania elementy spektaklu teatralnego. Co prawda, to również nic nowego, bo w Kościele przedtrydenckim zdarzało się to nieraz, ale z takimi elementami trzeba być bardzo ostrożnym, aby nie naruszały one powagi miejsca. W czasie omawianej Mszy powaga ta została niestety mocno naruszona. W kaznodziejskiej inscenizacji została wykorzystana postać brudnego mężczyzny w kapeluszu. To, że był on brudny, jest w pewnym sensie usprawiedliwione, bo wynikało wprost z fabuły kazania. Chodziło o ukazanie ciągu analogij między brudem zewnętrznym, a brudem wewnętrznym, a następnie pomiędzy myciem ciała, a sakramentem Pokuty i tak dalej. Z tejże fabuły nie wynikało jednak nic, co usprawiedliwiałoby ustrojenie delikwenta w kapelusz. Mężczyzna noszący kapelusz, czy inne prywatne nakrycie głowy w kościele, a szczególnie podczas trwania Mszy Świętej, ciężko obraża Pana Boga, bez dwóch zdań.

-Modlitwa wiernych w formie spontanicznych wypowiedzi dziecięcych ochotników nie obyła się, jak  można się było spodziewać, bez takich kuriozów jak „módlmy się za wszystkich świętych”. Byłem przez lat kilka oazowiczem i nie uważam modlitwy spontanicznej za zło samo w sobie. Kiedyś byłem nawet jej entuzjastą. Uważam jednak, że sens jej stosowania w liturgii istnieje tylko w małych, jako tako uformowanych modlitewnie grupach, takich jak Oaza właśnie, czy Duszpasterstwo Akademickie. Stosowanie jej wśród osób nieprzygotowanych może być szkodliwe. -Użyto „II Modlitwy  Eucharystycznej z Udziałem Dzieci”. Jeszcze kilka lat temu nie czyniłbym z tego zarzutu, gdyż uznałbym, że lepsza już ta infantylna modlitwa, aniżeli oklepana dwójeczka, pozbawiona odniesień do Ofiary Krzyżowej Jezusa, a używana na 90% Mszy w naszym kraju. Sytuacja się jednak zmieniła. Modlitwy Eucharystyczne z Udziałem Dzieci zostały, z racji swojej infantylności, wycofane przez Stolicę Apostolską z użytku liturgicznego. Ich użycie we Mszy jest absolutnie zabronione. Byłem więc świadkiem poważnego nadużycia.

-Dwie trzecie śpiewów stanowiły nieliturgiczne piosenki wykonywane przy akompaniamencie kilku gitar przez grupkę dziewcząt stojących w prezbiterium.

-Do tego dochodzą dwa poważne nadużycia, obecne w tym kościele permanentnie, nie tylko na Mszach dla dzieci. Po pierwsze kielich trafia na ołtarz bez obowiązkowego welonu. Niekiedy zdejmują go ministranci jeszcze przy kredencji, niekiedy zaś nie ma go już od początku Mszy. Po drugie koło ołtarza stoją trzy świece, zamiast obowiązkowych dwóch, czterech lub sześciu.

 

Mszy dziecięcej na Nowinach daleko oczywiście do ekscesów ze smokiem (rzekomo przyjaznym)  mających miejsce w innym mieście naszej diecezji, ale niestety równie daleko do pobożnie odprawionej Mszy Świętej, zgodnej ze wszystkimi normami liturgicznymi. Oczywiście uczestnicy nowińskiej celebracji  wynieśli z niej bez wątpienia wiele łask wynikających przedewszystkiem z faktu, że była ona, podobnie jak każda Msza Święta, bezkrwawym uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Wiele pożytku mogą też przynieść duszom wiernych prawidłowo wygłoszone czytania, katolickie w treści kazanie, czy tradycyjne pieśni. Jednocześnie jednak wymienione nadużycia liturgiczne, mogą przynieść wiele szkód duchowych w postaci zgorszenia i osłabienia a nawet utraty wiary.

Materializacja niematerialnego w „Podróżach z Herodotem”Ryszarda Kapuścińskiego

 

„Podróże z Herodotem” to wśród dzieł Ryszarda Kapuścińskiego książka nietypowa. Nie jest monograficznym reportażem z jakiegoś kraju jak „Cesarz”, czy „Padyszach”, lecz luźnym zbiorem wspomnieniowych szkiców, nasyconym eseistycznymi rozważaniami o kulturze. Wśród różnych ciekawych spostrzeżeń rzuca się tu w oczy specyficzny sposób kategoryzowania rzeczywistości. Kilkakroć autor opisuje rzeczy niematerialne, tak, jakby były one bytami na wskroś fizycznymi. Najpierw, we wspomnieniach z z Indyj jest to język:

„Poczułem się nagle schwytany w pułapkę, osaczony. Osaczony przez język. Język zdał mi się w tym momencie czymś materialnym, czymś istniejącym fizycznie, murem, który wyrasta na drodze i nie pozwala iść dalej, zamyka przed nami świat, sprawia, że nie możemy się do niego dostać.”

Następnie, w Sudanie, cień:

„Dotarłem do pnia i osunąłem się na ziemię, w cień. Cień w takich chwilach jest rzeczą zupełnie materialną, ciało przyjmuje cień tak samo łapczywie jak spieczone usta – łyk wody. Daje ulgę, zaspokaja pragnienie.”

Wreszcie, w rozdziale końcowym materialną niejako formę, choć mniej konkretnie niż w dwóch poprzednich przypadkach, nadaje czasowi, snując rozważania o prowincjonalizmie czasu:

„Bałem się, że mogę wpaść w pułapkę prowincjonalizmu. Pojęcie prowincjonalizmu wiążemy zwykle z przestrzenią. Prowincjonalny to ktoś, czyje myślenie ograniczone jest do pewnej marginalnej przestrzeni, której przypisuje on nadmierne, uniwersalne znaczenie. Ale T.S. Eliot ostrzega przed innym prowincjonalizmem – nie przestrzeni, lecz czasu. „W naszej epoce – pisze w eseju o Wergiliuszu w 1944 roku – kiedy ludzie skłonni są bardziej niż kiedykolwiek mylić mądrość z wiedzą, a wiedzę z informacją i usiłują rozwiązać problemy życiowe w terminach techniki, rodzi się nowa odmiana prowincjonalizmu, która zapewne prosi się o inną nazwę. Jest to prowincjonalizm nie przestrzeni, ale czasu; dla niego historia to jedynie kronika ludzkich wynalazków, które swoje odsłużyły i zostały wyrzucone na śmietnik; dla niego świat jest wyłącznie własnością żyjących, w której umarli nie mają żadnego udziału. Tego rodzaju prowincjonalizm niesie ze sobą tę groźbę, że my wszyscy, wszystkie ludy planety, możemy stać się prowincjonalni, a ci, którym się to nie podoba, mogą tylko zostać pustelnikami”.

Są więc prowincjusze przestrzeni i prowincjusze czasu. Każdy globus, każda mapa świata pokazuje tym pierwszym, jak są w swoim prowincjonalizmie zagubieni i zaślepieni, podobnie jak każda historia, w tym – każda strona Herodota – pokazuje tym drugim, że teraźniejszość istniała zawsze, bo historia jest tylko nieprzerwanym ciągiem teraźniejszości, a najbardziej odległe dzieje były dla ludzi wówczas żyjących ich najbliższym sercu dniem dzisiejszym.”

Odnoszę wrażenie, ze te dwie pierwsze materializacje niematerialnego są jedynie swoistym preludium do tej trzeciej, bez wątpienia najważniejszej. Koncepcja prowincjonalizmu czasu zdaje się być kwintesencją rozważań zawartych w całej książce. Ciąg elementów narracji konsekwentnie zmierza do takiej właśnie konkluzji.

Święto Prawicy we Wrocławiu – II Konferencja o Legitymizmie

konferencja wrocław

Koło Doktryn Politycznych i Prawnych wspólnie z Organizacją Monarchistów Polskich zaprasza na II Konferencję o Legitymizmie pt. „Państwo katolickie i jego wrogowie”

 

31 marca 2011 r., godz. 16:30

Referaty wygłoszą:

1. dr hab. Jacek Bartyzel, prof. UMK„Monarchia katolicka – propozycja zawsze aktualna”

2. dr Norbert Wójtowicz„Wolnomularstwo a Kościół. Droga do światła czy droga do Światła?”

3. Jakub Jerzy Skoczylas„Państwo katolickie i jego wrogowie w myśli prof. Pliniusza Corrêi de Oliveira”

 

 

 

 

http://www.legitymizm.org

Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii UWr, budynek A, sala 218, ul. Uniwersytecka 22/26, Wrocław

Prowadzenie: dr Mirosław Sadowski

Po referatach przewidziana jest dyskusja.

Rewolucja w czeskim piśmie

comenia script

Chyba każdy z nas zauważa, że jednym z najszybciej zmieniających się aspektów ludzkiego życia jest pisanie. Coraz rzadziej piszemy piórem, ołówkiem, czy nawet długopisem, coraz częściej zaś za pomocą różnego rodzaju klawiatur, oczywiście najczęściej komputerowych, ale także telefonicznych. Jest oczywiste, że te zmiany nie są zjawiskiem izolowanym. Procesom o charakterze ilościowym towarzyszą także jakościowe. Pismo odręczne nie tylko traci na znaczeniu, ale również ulega daleko idącym przekształceniom.

 

Z dosyć spektakularnym przykładem takiego przekształcenia mamy do czynienia obecnie w Czechach. Tradycyjne czeskie pismo odręczne jest dosyć skomplikowane, a dla cudzoziemców często wręcz trudne do odczytania, z racji całkowicie odmiennego niż w innych językach sposobu pisania kilku liter: wielkich Q, S, Z, małych r, z. Dlatego w sumie nie ma nic dziwnego, że to właśnie w tym kraju podjęto próbę reformy tego pisma, trzeba przyznać, że dosyć radykalnej. Grupa pedagogów związanych z Uniwersytetem Karola w Pradze: Radana Lencová, Tomasz Brousil i Franciszek Štorm stworzyła nowy wzór pisma odręcznego, nazwany Comenia Script na cześć siedemnastowiecznego lidera czeskich protestantów Jana Amosa Komenskiego, będącego zarazem twórcą czeskiej pedagogiki naukowej. Pismo Comenia Script jest wzorowane na piśmie drukowanym, w wersji podstawowej zakłada rozdzielne pisanie poszczególnych liter. Pismo ma dwa warianty – prosty i ukośny. Projekt jest do pewnego stopnia otwarty na indywidualizację – dopuszcza fakultatywne łączenie liter, a część znaków ma różne warianty do wyboru. Obecnie nowe pismo jest testowane. Naucza się go w czterdziestu wybranych szkołach podstawowych na terenie całego kraju. Faza testowa ma trwać dwa lata, do jesieni 2012 roku. Po tym okresie projekt ma być albo rozszerzony, albo zaniechany. Propozycja, choć niewątpliwie daleko idąca, nie jest niczym zaskakującym, jeśli się weźmie pod uwagę opisaną na wstępie sytuację aktualną.

czeskie pismo 

Zaskakująca jest natomiast reakcja Czechów. Nie jest to naród jakoś szczególnie znany ze swego konserwatyzmu. Wręcz przeciwnie, w dość konserwatywnej Europie Środkowej uchodzą oni za względnych postępowców. Nowinki obyczajowe i kulturowe przyjmują się u nich znacznie szybciej, aniżeli w Polsce, czy na Słowacji. A jednak propozycja zmiany nauczanego w szkołach wzoru pisma odręcznego na inny wywołała falę krytyki. Przeciwni są niektórzy grafologowie, obawiający się, że reforma spowoduje ograniczenie zindywidualizowania pisma, co znacznie utrudniłoby ich pracę. Ich protest jest więc jak najbardziej zrozumiały – bronią swoich konkretnych interesów. Protestują jednak również rodzice, a nawet młodzież. Podnoszony jest często argument, że reforma jest zamachem na tradycyjną czeską kulturę. Jest to nieco dziwne, zważywszy że wzór pisma, który ma być zastąpiony przez Comenia Script, nie jest wcale taki stary i dostojny, powstał bowiem po pierwszej wojnie światowej. Można jednak Czechów zrozumieć, gdyż był to okres intensywnego kształtowania się czeskiej tożsamości narodowej, toteż wszystko, co w nim powstało, cieszy się ich szczególnym sentymentem. W taki sposób, między innymi , przejawia się czeski patriotyzm. Dlatego też sprawa nie jest tak jednoznaczna, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

 

Jako konserwatysta jestem przeciwny zmianom złym, głupim i niepotrzebnym. Nie jestem jednak przeciwny zmianom dobrym, mądrym i potrzebnym, a to, że przydarzają się one po wielekroć rzadziej, niż te pierwsze, to już zupełnie inna sprawa. Zmiana niepraktycznego, skomplikowanego, a dla obcokrajowców praktycznie nieczytelnego, międzywojennego kroju pisma na prostszy i bardziej uniwersalny, wydaje się należeć do tej drugiej kategorii. Należałoby jednak uszanować historycznie uwarunkowane uczucia Czechów i mając je na względzie,  nowe pismo wprowadzać na zasadzie całkowitej dobrowolności.

 

Wiosenny tekst organizacyjny 8

W tym roku piszę wiosenny tekst organizacyjny nieco później niż zazwyczaj i to z dwóch powodów. Po pierwsze tegoroczny Wielki Post zaczął się bardzo późno, a ja zawsze piszę ów tekst na początku tego okresu liturgicznego. Po drugie, nie zdążyłem go napisać na czas, bo musiałem najpierw ukończyć kilka innych, pilniejszych tekstów. Zastanawiałem się zresztą, czy jest on w ogóle potrzebny, bo na moich blogach niewiele się zmieniło. Będę więc pisał krótko, a tych czytelników, którzy mało jeszcze znają moje blogi zachęcam do zapoznania się z poprzednim tekstem organizacyjnym. Tu napiszę tylko o tym, co się zmieniło. Późną jesienią, z racji uczestnictwa w konkursie nowych blogów, założyłem pięć blogów wąskotematycznych, w większości wtórnych w charakterze: „Piwo Okiem Svetomira„, „Kofeina to jest to„, „Tytoń nie gryzie” (trzy powyższe tworzą moją drugą „tryblogię”), „Wspomnienia o ludziach kultury” i „Polski Turbofolk„. Ten ostatni zamierzam prowadzić najaktywniej. Jego trzon stanowią pisane przeze mnie teksty piosenek tworzone w intencji przynajmniej częściowego zbliżenia odradzającej się muzyki disco polo do tradycyjnego słowiańskiego folkloru muzycznego i nadania jej formy i funkcji analogicznej do bułgarskiej czalgi i serbskiego turbofolku.  Większość tych tekstów to tłumaczenia słowiańskich, zwłaszcza zaś ukraińskich piosenek ludowych. Obok nich pojawiają się i pojawiać się będą parodie rozmaitych piosenek i całkiem oryginalne moje utwory, luźno inspirowane folklorem. Zamiar wpłynięcia na potężny nurt muzyczny przez takiego szaraczka jak ja, może wydawać się nazbyt zuchwały, ale jak często powtarzam za moim ulubionym poetą „choćbyś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”. Oczywistą jest rzeczą, że blog o tak rozrywkowej treści, w okresie Wielkiego Postu uaktualniany nie jest. Okres ten ma też wpływ na inne moje blogi. Na moim głównym blogu, którym jest „Kultura Okiem Svetomira” nie pojawiają się w tym czasie recenzje muzyki rozrywkowej i filmów. W tym okresie aktywny jest też specjalny blog wielkopostny „Prawdziwy Wielki Post„. W Wielkim Tygodniu zmieni go „Prawdziwa Wielka Noc„, ostatnia część mojej pierwszej tryblogii. W lecie reaktywuję „Moje Ulubione Produkty„. Wróciłem na ProPolonię, bo poprosił mnie o to jej wydawca, a Andrzej Lepper przestał tam pisywać, zaś jego zwolennicy przycichli.  Na innych moich blogach, sytuacja pozostaje bez zmian w stosunku do opisanej jesienią. Miało być krótko, a wyszło jak zawsze. No, ale czego można się spodziewać po tak zatwardziałym grafomanie, jak ja.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij