Ile Kopciuszka w Kopciuszku?

kopciuszek

 

W dniu 1 czerwca bieżącego roku w Rybnickim Centrum Kultury został wystawiony spektakl muzyczny pod tytułem „Kopciuszek” w wykonaniu znanego rybnicko-żorskiego zespołu Carrantuohill z  nową wokalistką Katarzyną Sobek i dziecięco-młodzieżowego zespołu tańca irlandzkiego Salake. Nie była to premiera tego spektaklu, bo ta odbyła się w tym samym miejscu pod koniec lutego. Przedstawienie stało na wysokim poziomie artystycznym i wzbudzało wyraźne zainteresowanie tak widzów dorosłych, jak i dzieci.

 

Od samego początku spektaklu zadawałem sobie jednak pytanie, a myślę, że nie byłem w tych rozterkach osamotniony, czy w tym widowisku jest więcej Kopciuszka, czy też może Irlandii? Towarzyszyło mu drugie, mianowicie, czy to naprawdę jest spektakl, czy może jednak koncert? Gdy czytałem zapowiedzi przedstawienia, biorąc pod uwagę fakt, że na owych afiszach zawsze wyszczególnione było nazwisko Katarzyny Sobek, spodziewałem się, że ważnym elementem prowadzącym fabułę będą piosenki w jej wykonaniu. Tymczasem w rzeczywistości piosenki te, bardzo zresztą nieliczne, wszystkie w języku angielskim, nie mają żadnego związku z fabułą i pełnią funkcję elementów oddzielających od siebie poszczególne swego rodzaju akty spektaklu. Były to utwory raczej typowe dla Carrantuohill. Również muzyka grana przez zespół podczas całego przedstawienia pochodziła z jego standardowego repertuaru. Gdyby więc z owego spektaklu usunąć taniec, nie byłby to już żaden spektakl, ale zwykły, przeciętny koncert zespołu Carrantuohill, niemający nic wspólnego z tytułową bajką. Tak więc wkład zespołu w widowisko zawiera 100% Irlandii i 0% Kopciuszka. Fabułę spektaklu w całości konstytuuje taniec, zaś muzyka pełni funkcję podkładu, niewątpliwie niezwykle ważną, ale jednak nie pierwszoplanową. Taki podział ról między tańcem i muzyką czyni  z owego widowiska swego rodzaju balet. Jako ciekawostkę warto wspomnieć fakt, że zespół Salake ma swój wkład także w muzyczną warstwę spektaklu. W części utworów podeszwy butów tancerek zostały wykorzystane w charakterze instrumentu muzycznego, a w jednym z nich stanowiły nawet instrument jedyny. Był to zresztą utwór niezwykły, przesycony specyficznym humorem. Opowiadał o kotach, ale opowiadał przewrotnie, gdyż przebrane za nie tancerki, w przeciwieństwie do prawdziwych zwierząt tego gatunku, przez cały czas jego trwania ustawicznie i donośnie tupały. Drewniane podeszwy butów tancerek i same tancerki za koty poprzebierane, prowadzą nas wprost do kolejnej ciekawostki. Znamy z historii kultury teatry, w których występowali sami tylko mężczyźni. Tak było między innymi w starożytnej Grecji, czy dawnej Japonii. Role kobiet także grali mężczyźni. Tutaj mamy do czynienia z sytuacją właściwie odwrotną. Występują tu prawie wyłącznie dziewczęta. Grają one także role zasadniczo męskie. Jedynie w roli księcia obsadzony jest chłopak. Ot taka nowa, świecka tradycja. Dzięki tym i jeszcze innym ciekawostkom, albo, jak kto woli smaczkom, spektakl może zainteresować nie tylko dzieci, ale także dorosłych

 

Przejdźmy jednak do tego, co w „Kopciuszku” najważniejsze, czyli do fabuły opowiedzianej w tym spektaklu, jak już zaznaczono wyżej, za pomocą tańca. Łatwo opowiada się jakąś historię słowami, dużo trudniej jest uczynić to tańcem. Twórcy spektaklu sprostali jednak temu niełatwemu zadaniu. Fabuła została przedstawiona w sposób klarowny i zrozumiały, co uczyniło spektakl przystępnym nawet dla małych dzieci. Nie uniknięto jednak niepotrzebnych dłużyzn w jednych miejscach i nadmiernych skrótów w innych. Zbyt długi jest stanowczo okres między metamorfozą Kopciuszka, a jej pojawieniem się na balu, stanowczo za krótki zaś jej pobyt na tej imprezie. To powinny być przynajmniej trzy pełne tańce z królewiczem, a nie jeden krótki utwór. Nie do końca też zrozumiała jest rola sceny ze szczudlarzami, mająca miejsce po ucieczce Kopciuszka z balu. Być może jest to jakaś alegoria odnosząca się do rodziców dziewczynki: zmarłej matki i nieobecnego de facto w bajce ojca. Tak, czy inaczej jest to niejasne. Ogólnie rzec biorąc spektakl jest bardzo dobry, jednak jak na mój gust, w tym „Kopciuszku” jest za mało Kopciuszka. Na przykład kilka piosenek odnoszących się do fabuły bajki na pewno by nie zaszkodziło.

 

Więcej zdjęć

Znaki inaczej znaczące

  znak warszawa

Jeśli napisy rozumieć szeroko, a ja osobiście jestem za szerokim rozumieniem wszelkich pojęć kulturowych, to zaliczyć do nich należy nie tylko długie ciągi liter, ale także pojedyncze litery, cyfry i znaki specjalne. A jeśli tak je rozumiemy, to w cyklu poświęconym napisom drobnym możemy bez zbytniego naciągania ram tematu omówić żartobliwe przeróbki znaków drogowych. Tego rodzaju dzieła pod względem przynależności gatunkowej mieszczą się na obrzeżach graffiti. O ile jednak to ostatnie jest zasadniczo sztuką miejską (to znaczy jest miejską, bo sztuką zaledwie bywa), o tyle rozmaite modyfikacje znaków drogowych znaleźć można równie często na wsi, jak i w mieście. Modyfikacje znaków drogowych są dosyć zróżnicowane, a co więcej, pewne ich typy dominują w określonych lokalizacjach, inne zaś w innych. I tak dla przykładu niewielkie naklejki zwane wlepkami są charakterystyczne dla kultury wielkomiejskiej. Z kolei typowe przemalowania znaków, sprawiające że udają one prawdziwe znaki o zupełnie innej treści są typowe dla wiosek i to raczej zapadłych. Nie oznacza to wcale, że tylko tam się one pojawiają, bo można przypuścić, że ma to miejsce w całym kraju z mniej więcej równą częstotliwością, z tym że na wioskach utrzymują się one dłużej, bo rzadziej tam zaglądają służby zainteresowane ich usuwaniem. Różne typy przekształceń znaków drogowych mają też różne funkcje. O ile wlepki niosą zazwyczaj ze sobą jakiś przekaz ideologiczny, o tyle przemalowane znaki należy, jak się zdaje, rozumieć przedewszystkiem w kategorii żartu. Żart ów jest może trochę nietypowy, bliższy nieco prezentowanym za pomocą prasy, radia, czy telewizji, aniżeli opowiadanym bezpośrednio większemu, czy mniejszemu gronu słuchaczy. W przypadku dowcipów znakowych nie tylko odbiorcy są nieznani twórcy, tak jak to ma miejsce przy dowcipach prezentowanych przez media, ale także, w odróżnieniu od tamtych, twórca jest nieznany odbiorcom. Można powiedzieć, że w pewien sposób, nieświadomie zapewne, nawiązuje się tu do sztuki średniowiecza, która to epoka, za wyjątkiem swego okresu schyłkowego, nazywanego niekiedy prerenesansem, cechowała się anonimowością twórców. Sztuka bowiem nigdy nie powstaje w próżni, istnieje jedynie w skomplikowanym systemie świadomych i nieświadomych nawiązań do dzieł i epok dawniejszych. Nawiązania te nie zawsze polegają na zapożyczaniu wątków i motywów. Równie częste są nawiązania na płaszczyźnie funkcjonalnej, to znaczy w obszarze funkcyj społecznych spełnianych przez dzieła sztuki i inne byty kulturowe.

 znak kamesznica

Niestety, przekształcenia znaków drogowych nie zawsze są tylko niewinnymi dziełami sztuki niskich lub średnich lotów. Czasami odgrywają też inną, mniej przyjemną rolę. Przekształcenie bowiem przekształceniu nierówne. Użyteczny wydaje się podział na przekształcenia niezupełne i zupełne. Przekształceniem niezupełnym nazywam takie, które nie znosi czytelności znaku. Spośród przykładów ilustrujących niniejszy tekst, do tej kategorii należą opatrzony wlepkami znak przejścia dla pieszych i obdarzony uśmiechem znak podporządkowania. Natomiast określenie przekształcenia zupełnego należy się tym ingerencjom artystycznym, które znoszą czytelność pierwotnego znaku. Z prezentowanej w tym tekście trójki dzieł do tej kategorii należy przerobiony znak zakazu. Oryginalnie zakazywał ruchu pojazdów o masie przekraczającej pięć ton. Po przerobieniu zakazuje jazdy z prędkością większą niż 150 km/h. Chociaż na pierwszy rzut oka widać, że znak został przerobiony, jego oryginalną treść trudno odczytać, zwłaszcza zza kierownicy samochodu. Przekształcenia zupełne nie mogą być oceniane wyłącznie w kategoriach artystycznych i estetycznych, rodzą one bowiem poważne implikacje prawne i etyczne. Oczywiście z punktu widzenia prawa wszystkie ingerencje w znaki drogowe są czynami zabronionymi, ale przekształcenie zupełne to nie tylko zniszczenie mienia publicznego, ale także sprowadzenie ryzyka katastrofy w ruchu drogowym, a to już przestępstwo dużo poważniejsze. Przekształcenia zupełne są naprawdę niebezpieczne dla uczestników ruchu drogowego. W tym konkretnym  przypadku, nawet jeśli nie pojawią się na tej drodze szaleńcy pędzący sto pięćdziesiąt na godzinę, to samo pojawienie się tam dużych ciężarówek, które jest o wiele bardziej prawdopodobne, może nastręczyć nielichych problemów. Dróżka ta jest bowiem wąska, kręta, stroma i upstrzona lichymi mostkami. Prowadzi nas to wszystko do kwestii odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło i za wpływ, jaki to dzieło wywiera na rzeczywistość. Z jednej strony jest rzeczą oczywistą, że jakąś odpowiedzialność za dzieło ponosi. Nie może być bowiem tak, że działania twórcze są wyłączone spod odpowiedzialności, a co za tem idzie spod ogólnoludzkich zasad współżycia społecznego. Z drugiej jednak strony trudno  wymagać od twórców, aby ponosili oni pełną odpowiedzialność za wszystkie skutki wpływu swoich dzieł na rzeczywistość. Wpływ ten bowiem jest kształtowany nie tylko przez samych twórców, ale w nie mniejszym stopniu także przez odbiorców, w pierwszym rzędzie prominentnych (krytycy i recenzenci), a w dalszej kolejności i tych całkiem zwykłych. Każdy bowiem uczestnik kultury, choćby nawet pozornie był tylko zwykłym jej konsumentem, ma wpływ na jej kształt i jest w rzeczy samej jej współtwórcą. To rozłożenie wpływu szczególnie nasiliło się w ostatnich latach, kiedy to nawet najbardziej szeregowy uczestnik   kultury, pozornie tylko odbiorca, może ucieleśnić swój wkład w nią, chociażby klikając facebookowy przycisk „lubię to”. Proces ten został dobrze opisany przez Zygmunta Baumana, który nazwał kulturę „spółdzielnią spożywców”. Do tej samej sytuacji można też odnieść znacznie szerszy znaczeniowo cytat z Miłosza: „Choćbyś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”.

 znak rybnik

Pozornie odeszliśmy znacznie od tematu, ale tylko pozornie. Tak naprawdę bowiem przeszliśmy do analizy kolejnego aspektu artystycznego przekształcania znaków drogowych, a mianowicie ich autorstwa. Zacznijmy od momentu powstawania tych dzieł. Większość z nich ma zapewne jednego autora, nie są to bowiem twory zbyt skomplikowane. Odróżniają się w ten sposób od przeważającej części klasycznego graffiti, którego wytwory są zazwyczaj dziełami dosyć skomplikowanymi i mającymi wielu autorów, nawet jeżeli jeden z nich jest głównym. Dzieła naprawdę indywidualne zdarzają się rzadko. Nawet gdy takie się pojawi, to długo indywidualnym nie pozostaje, gdyż inni twórcy rychło dokonują jego przeróbki lub rozbudowy. W przypadku „graffiti znakowego” jest zupełnie odwrotnie. Szczupłość miejsca wymusza prostotę dzieła, a ta z kolei nie daje pola do popisu większej liczby twórców. Oczywiście są też wyjątki od tej prawidłowości. Należy do nich wzmiankowany już parokrotnie w toku powyższych rozważań owlepkowany znak przejścia dla pieszych. Można śmiało założyć, z bliskim pewności prawdopodobieństwem trafności osądu, że dzieło to ma więcej niż jednego autora. Nawet jednak w tych wszystkich przypadkach, gdy pierwotny twórca jest jeden, wpływ na społeczny odbiór dzieła mają także osoby, które można by nazwać twórcami wtórnymi. Będą to na przykład wszyscy ci, którzy taki zmodyfikowany znak sfotografują, a następnie w jakikolwiek sposób rozpowszechnią zdjęcia, na przykład w internecie. Zmodyfikują w ten sposób odbiór dzieła, zmieniając jego charakter z lokalnego na nielokalny. Z powyższych rozważań jasno wynika, że pozornie banalne  bazgroły na tarczach znaków drogowych niosą ze sobą wiele treści i są ważnym składnikiem kultury. Zresztą elementów nieważnych w kulturze nie ma. Wszystkie są na swój sposób istotne.

Humanistyka z marketowego koszyka – Rodzina Borgiów

 puzo

Tak się ciekawie złożyło, że trzema kolejnymi książkami omówionymi w cyklu „Humanistyka z marketowego koszyka” są trzy powieści. Nie wynikało to z jakiegoś mojego zamiaru, czy planu, ale raczej z czystego przypadku, po prostu  w takiej kolejności książki te nabywałem i czytałem. To że są to trzy powieści nie wyczerpuje podobieństw między nimi. Wszystkie trzy należą do tego typu literatury, jaka zyskała szczególną popularność po sukcesie „Kodu Leonarda da Vinci” autorstwa Daniela Browna, a więc powieści sensacyjnej z wątkiem religijnym. W dwóch poprzednio omówionych książkach, podobnie jak w dziełach pomienionego wyżej Browna, akcja dzieje się współcześnie, ale zawiera wiele odniesień do dosyć odległej przeszłości. Dziś chcę omówić powieść, która nie przestając być sensacyjną, jest także typowo historyczną, gdyż jej akcja dzieje się na przełomie piętnastego i szesnastego stulecia, a przedstawione w książce wydarzenia z grubsza odpowiadają prawdzie dziejowej.

 

Chodzi o powieść Maria Puzo „Rodzina Borgiów”. Dzieło to jest znane przedewszystkiem ze swojej ekranizacji w postaci serialu emitowanego aktualnie w jednej z wiodących polskich telewizyj. Warto jednak poznawać książki takimi jakie są, nie zaś za pośrednictwem z konieczności uproszczonych ekranizacyj. Mario Puzo, zanim zabrał się za Aleksandra VI i jego rodzinę, pisał o włoskich rodach i klanach mafijnych. W tej samej konwencji pisał też o Borgiach. Dlatego też polski wydawca opatrzył książkę podtytułem „Borgia przedstawieni jako pierwsza włoska mafia”, dowodząc przy tem własnej kompletnej nieznajomości języka polskiego, powinien bowiem napisać „Borgiowie”. Porównanie do mafii to pewne uogólnienie, ale jak dokładnie zostali w tej książce przedstawieni poszczególni członkowie papieskiej rodziny? Borgiowie, a zwłaszcza Rodrigo często pojawiają się w literaturze i filmie, najczęściej jako postacie negatywne, ale natężenie tej negatywności jest bardzo zróżnicowane. Dwa tego rodzaju dzieła przedstawiłem już na swoim blogu. W powieści „Antypapież” Aleksander VI został przedstawiony jako demon i Wcielone Zło, a w filmie „Konclawe” był postacią niemal pozytywną, łajdakiem, ale sympatycznym.

 

W powieści Puzo narysowany jest nieco ciemniejszą kreską niż we wspomnianym filmie, ale i tu liczne przywary są zrównoważone niebłachymi cnotami. Osławiony papież ma na sumieniu nie tylko rozpustę i przekupstwa, ale także mordertswa, ale z drugiej strony kocha swoje dzieci, dba o poddanych, wspiera rozwój kultury, dąży do umocnienia papiestwa i mądrej, a nie pochopnej reformy Kościoła, jest też autentycznie pobożny. W bardzo zbliżony sposób autor charakteryzuje także papieskiego syna Cezara. Z kolei Juan jest przedstawiony jako człowiek słaby i ograniczony, natomiast Lukrecja jako postać zasadniczo pozytywna. To wszystko jest właściwie zgodne z najnowszymi ustaleniami nauk historycznych, które podważyły czarną legendę Borgiów, lansowaną przedewszystkiem przez dawniejszych dziejopisów protestanckich i francuskich beletrystów w rodzaju Wiktora Hugo i Aleksandra Dumasa.

 

Niewątpliwie jednak popuścił Puzo wodze fantazji pisząc o najmłodszym synu ostatniego, jak dotąd hiszpańskiego papieża. Na kartach powieści Jofre morduje swego brata Juana, przykłada rękę do otrucia ojca, w końcu zaś zostaje kardynałem. Tego, że ich zabił wykluczyć nie można, choć historycy takiej tezy nie stawiają, mało zresztą o nim piszą, bo niewiele się na jego temat zachowało dokumentów. Natomiast jego nominacja kardynalska to absolutnie bzdurny wymysł pisarza. Stanowi to zgrzyt szkodzący wiarygodności zarówno powieści, jak i jej autora.

Humanistyka z marketowego koszyka – Klub Dumas

  klub dumas

Kupując książki z hipermarketowych koszyków najczęściej wybieram pozycje, o których wcześniej nie słyszałem, ale po pobieżnym przejrzeniu wyglądające na mieszczące się w zakresie moich zainteresowań. Pozycje popularne, o których mógłbym coś wcześniej słyszeć, rzadko bowiem do takich koszy trafiają. Jeszcze rzadziej zdarza się, abym w koszu, czy na wyprzedażowej półce trafił na książkę, której od dawna szukałem.  Bardzo rzadko to jednak nie to samo, co nigdy. Ostatnio bowiem coś takiego się zdarzyło. W Biedronce, za dziesięć złotych nabyłem pozycję, której poszukiwałem od dawna i za którą skłonny byłem dać nawet pięciokrotnie więcej, tyle że zawsze trafiałem na nakład wyczerpany.

 

Tą pozycją jest „Klub Dumas” Artura Pereza Reverte. Poszukiwałem tej książki dlatego, że bardzo mi się spodobał nakręcony na jej podstawie film Romana Polańskiego „Dziewiąte wrota”, który oglądałem wielokrotnie. Bardzo więc byłem ciekaw, jakie też dodatkowe treści, pominięte w filmie są obecne w książce. Okazuje się, że jest ich bardzo wiele. Fabuła powieści zasadza się na dwóch równoważnych głównych wątkach. Pierwszym jest, eksploatowane również w filmie, poszukiwanie autentycznego egzemplarza satanistycznej księgi „Dziewięcioro wrót królestwa ciemności”, a drugim, zupełnie pominięte w ekranizacji, badanie źródeł i autorstwa powieści Aleksandra Dumasa. Właśnie do tych badań nawiązuje tytuł książki. Można więc śmiało rzec, że Polański zekranizował nie powieść Péreza, a połowę  tejże powieści. Aby zaś w filmie nie było zbyt małej liczby bohaterów i by nie zabrakło tych najbarwniejszych, niektóre postacie z wątku dumasowskiego przeflancował do satanistycznego. Uczynił to zresztą tak zręcznie, że ten, kto nie czytał książki, nie zauważy przeklejki.

 

Ja natomiast zrobię odwrotnie. W dalszej części swoich rozważań odpuszczę sobie wątek satanistyczny, wyeksploatowany przez film i tych wszystkich, którzy obejrzawszy go, dzielili się ze światem swoimi spostrzeżeniami, poświęcę parę zdań wątkowi dumasowskiemu, dzięki któremu książka ta nadaje się do cyklu „Humanistyka z marketowego koszyka”. Fabuła książki jest bowiem przepleciona podzielonym na fragmenty obszernym esejem o życiu i twórczości Aleksandra Dumasa. Dla czytelnika polskiego, zwłaszcza zaś takiego, który ma elementarną wiedzę o dziejach naszej literatury, esej ten jest podwójnie interesujący. Daje bowiem możliwość nie tylko zapoznania się z mało u nas znanym życiorysem francuskiego pisarza, ale także dostrzeżenia licznych paralel z życiem i twórczością Henryka Sienkiewicza. O ile jeszcze trzykrotnie żonaty Sienkiewicz i posiadający liczne grono kochanek Dumas stanowią podobieństwo umiarkowane, mało znaczące i raczej przypadkowe, to w przypadku metody pisarskiej możemy mówić o świadomym naśladownictwie. Podobieństwa widać najwyraźniej na przykładzie trylogii o d’Artagnanie Dumasa i Trylogii Sienkiewicza. Wiele wskazuje na to, że ten ostatni zaczerpnął od swego poprzednika ogólne założenia metody pisarskiej. Po pierwsze już sam przyjęty przez Sienkiewicza format historycznej powieści przygodowej wyraźnie nawiązuje do dzieł Dumasa. Wcześniej obecne w naszej literaturze powieści historyczne nie posiadały charakteru wyraźnie przygodowego. Po drugie Sienkiewicz, podobnie jak Dumas, głównymi bohaterami swych powieści czynił nie figury fikcyjne, a drugoplanowe postacie historyczne. D’artagnan, Skrzetuski, Kmicic i Wołodyjowski nie tylko istnieli naprawdę, ale i legitymowali się zbliżonymi do powieściowych. Po trzecie, obydwie trylogie ukazywały się pierwotnie w odcinkach, na łamach prasy, dopiero później zaś, po zdobyciu ogromnej popularności, w formie książkowej. W końcu po czwarte, tak Dumas, jak i Sienkiewicz mieli dosyć niefrasobliwy stosunek do prawdy historycznej. Wydarzenia przedstawiali nieraz w kształcie dalekim od rzeczywistego, a pierwszoplanowe postacie historyczne bądź to idealizowali (Wiśniowiecki), bądź też demonizowali (Richelieu). Oczywiście nie jest tak, że Sienkiewicz skopiował metodę Dumasa w najdrobniejszych szczegółach. Oprócz wielu podobieństw można też zauważyć bardzo istotne różnice.  Najważniejszą jest ta, że Sienkiewicz był od Dumasa znacznie samodzielniejszy. Po pierwsze opierał się wyłącznie na źródłach historycznych i własnych badaniach, podczas gdy autor „Trzech Muszkieterów” czerpał pełnymi garściami ze wcześniejszych dzieł literackich. Po drugie, Polak pisał sam, w odróżnieniu od Francuza, któremu asystent przygotowywał surowy tekst powieści. Sam Dumas ów tekst uzupełniał, wygładzał i nadawał mu blasku. Myślę, że już wystarczy tych analiz.

 

Chciałbym jeszcze na koniec napomknąć o czem innym. Tak się ciekawie złożyło, że w dwóch kolejnych tekstach tego cyklu napisałem o powieściach dwóch autorów hiszpańskich i to równych sobie wiekiem. Tematyka obu powieści też jest w zasadzie podobna. Omawianie ich po kolei nie było  zamierzone, po prostu w takiej kolejności owe książki wpadały w moje ręce, a piszę o nich na świeżo, tuż po skończeniu lektury. I właśnie lektura tych dzieł obok siebie skłoniła mnie do pewnych refleksyj.  Co ciekawe, dopiero  porównanie tych, pozwala właściwie ocenić wartość pisarstwa obydwu autorów. Jako przypadek izolowany, Molist wypada całkiem nieźle, ale na tle Pereza niezwykle blado. Myślę, że na innym materiale porównawczym również można by dojść do tych samych wniosków.

Humanistyka z marketowego koszyka – Zdrada

molist

  

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, iż być może na wszystkich polach kulturowej działalności człowieka, z całą zaś pewnością przynajmniej na polu literatury nie istnieją dzieła jednoznacznie złe, to jest takie, które wyłącznie złe wydają owoce. Powiada bowiem Dobra Księga „Nie może złych owoców dobre drzewo wydawać, ani drzewo złe owoców dobrych wydawać nie może”. Nie jest więc całkiem złym drzewem, czy dziełem takie, które oprócz całego nawet mnóstwa owoców złych, wydaje chociaż małą przygarść dobrych. W tym miejscu, przed podjęciem dalszych rozważań, warto zaznaczyć, że wyrażenie „złe dzieło”, ma przynajmniej dwa znaczenia: estetyczne i etyczne. W znaczeniu estetycznym będzie ono oznaczało dzieło słabe, mizerne, pozbawione walorów artystycznych. Jestem przekonany, że i w tym przypadku zaprezentowana teza jest słuszna, na razie jednak nie mam zamiaru tego wątku rozwijać. Bardziej bowiem interesuje mnie znaczenie etyczne, zgodnie z którym wyrażenie to oznaczać będzie dzieło przepełnione Złem moralnym lub duchowym.

 

Dobrym przykładem będzie tu osławiona książka Daniela Browna „Kod Leonarda da Vinci”. Jest to książka zła i szkodliwa, przesycona jadem, kłamstwem i agresją. Niewątpliwie jej ukazanie się i szalona popularność przyniosły wiele szkód, wydały wiele złych owoców, zwłaszcza duchowych. Wielu bowiem ludzi, nieposiadających gruntownej wiedzy religijnej uwierzyło w bajeczkę, że Jezus Chrystus założył rodzinę i miał dzieci, a kierujący się złymi intencjami Kościół ukrył tę wiedzę przed rzeszami wiernych. Wbrew pozorom jednak moda na „Kod” wydała też, może nieliczne, ale bez wątpienia znaczące, owoce dobre. Najważniejszym jest ukazanie się na fali popularności tej książek wielu dzieł podejmujących podobną tematykę, ale czyniących to zdecydowanie uczciwiej. Niektóre z tych książek były bardzo dobre, niektóre osiągnęły znaczący sukces, a było wśród nich nawet kilka takich, które wywarły pewien wpływ na rzeczywistość.

 

Mam tu na myśli przedewszystkiem dwie pozycje. Pierwszą jest „Pierścień rybaka” Jana Raspaila. Książka ta wywołała  spore zainteresowanie w kręgach katolików tradycyjnych i konserwatywnych. Jej autor wszedł do swoistego panteonu pisarzy kultowych dla katolickiej prawicy. Na popularność załapało się także kilka innych jego dzieł.  Recenzje powstające we wzmiankowanych środowiskach (inne tę książkę konsekwentnie zamilczały) mieściły się zasadniczo w zakresie od umiarkowanie pozytywnych do bardzo entuzjastycznych, chociaż zdarzały się również znamienne wyjątki, takie jak mocno krytyczna recenzja autorstwa sedewakantystycznego księdza Franciszka Ricossy. Powieść jest zasadniczo rozumiana alegorycznie, choć w szczegółach jej interpretacje potrafią się znacząco różnić.

 

Drugą wpływową książką z tej półki jest „Imprimatur” Rity Monaldi i Franciszka Sortiego. Opierając się na dokumentach, powieść ta stawia poważne zarzuty błogosławionemu Innocentemu XI, papieżowi z czasów Odsieczy Wiedeńskiej, dotychczas uważanemu za postać kryształową. Plotka głosi, że podniesienie tych zarzutów spowodowało przerwanie jego procesu kanonizacyjnego i przeniesienie grobu z kaplicy św. Sebastiana, w której obecnie spoczywa błogosławiony Jan Paweł PP II, w inne, mniej eksponowane miejsce Bazyliki Św. Piotra na Watykanie.

 

Naiwnością jednak byłoby sądzić, że wszystkie dzieła składające się na tę wielką falę zainspirowaną elukubracjami Browna są dobre, wzniosłe i pożyteczne. Wśród nich zdarzają się też zarówno książki słabe i głupie, jak też zręcznie napisane, ale przy tem przewrotne i szkodliwe. Do tej ostatniej kategorii należy powieść Jerzego Molista, w naszym kraju wydana jako „Zdrada”, co jest swego rodzaju kuriozum, gdyż dosłowny przekład tytułu oryginalnego brzmi „El retorno cátaro” co się dosłownie tłumaczy jako „Powrót katarów”.  Książka opisuje walkę tytułowych katarów ze skrajnym odłamem mormonów zwącym się „Strażnikami Świątyni” o władzę nad najpotężniejszą na świecie korporacją medialną, a pośrednio również i nad całym światem. W książce role są wyraźnie podzielone. Katarzy, których poglądy polityczne są określone jako skrajnie lewicowe („na lewo od Partii Demokratycznej”), domagający się zwiększenia reprezentacji kobiet i latynosów na kierowniczych stanowiskach, przedstawieni są jednoznacznie jako bohaterowie pozytywni. Również doktryna katarów została w omawianej powieści wyidealizowana, wygładzona i pozbawiona elementów odstręczających. Z kolei prawicowi, opowiadający się za swobodą posiadania broni, poważnie traktujący religię i krytykujący rząd federalny są przedstawieni jak diabły wcielone. Sugestie o sympatiach politycznych poszczególnych sekt są jednak zarysowane dyskretnie, tak, aby nie wywołać wrażenia przesytu. Powieść ma wyraźny lewoskręt, ale jest on zręcznie zakamuflowany. Nieuważny czytelnik go nie dostrzeże i może zostać zmanipulowany.

 

Manipulacja jest więc subtelniejsza niż u Browna, ale nie byłaby przez to mniej groźna, gdyby „Zdrada” zyskała popularność równą „Kodowi”. Nie zyskała jej jednak. Jej polskie wydanie ukazało się pięć lat temu, a ja nabyłem ją w ubiegłym miesiącu za pięć złotych na stoisku z tanią książką.

Babyonline

 babyonline

Strona Babyonline jest portalem internetowym, skierowanym do przyszłych, potencjalnych i obecnych rodziców bardzo małych, małych i względnie małych dzieci, a zwłaszcza zaś do tych spośród pomienionych rodziców, którzy chcą zadbać o prawidłowy rozwój swoich dziatek. Rozwój bowiem następuje zawsze, a rzecz w tym, żeby następował m pożądanym kierunku i w pożądanym tempie. Program Babyonline ma tedy na celu promocję aktywnego stylu życia rodzinnego. Na owej stronie znaleźć możemy informacje o aktualnym repertuarze dziecięcym kin i teatrów całej Polski a także o innego rodzaju wydarzeniach kulturalnych , tudzież o najnowszych a wartościowych grach i zabawach dla dzieci, bowiem jak wiadomo, rzeczą jak najbardziej właściwą jest, aby dzieci się bawiły, ale jeszcze ważniejsza jest, aby czyniły to mądrze. Serwisy tego rodzaju są bardzo potrzebne, albowiem często się zdarza, ze informacje o wydarzeniach kulturalnych nie docierają do zainteresowanych, albo tez docierają do nich zbyt późno. Instytucje kulturalne rzadko kiedy mogą sobie pozwolić na wystarczająca promocję swoich, często bardzo cennych inicjatyw. Nie trzeba zaś chyba nikogo przekonywać do tego, że wychowanie do partycypacji w dobrach kultury jest jednym z najważniejszych elementów wychowania dzieci w ogóle. Co się zaś tyczy gier, które niewątpliwie również nalezą do dóbr kultury, choć oczywiście nie wszystkie do tej jej części, którą zwiemy kultura wysoka, to mamy tu do czynienia raczej z problemem przesytu. Gier dla dzieci jest ogromne mnóstwo, jednak nie wszystkie są wartościowe. Serwisy takie jak Babyonline mogą pomóc w wyborze tych najlepszych.

Muzyka dawna w Starym Sączu

stary sącz

 

Program za stroną festiwalu:

KONCERTY FESTIWALOWE

28 czerwca 2011 (wtorek)

godz. 19.30, kościół św. Trójcy, klasztor klarysek
Koncert inauguracyjny: Msza Wazowska – rekonstrukcja liturgii mszalnej Władysława IV
Zespól Instrumentów Barokowych Il Tempo (Warszawa)
Kierownik artystyczny: Agata Sapiecha

29 czerwca 2011 (środa)

godz. 19.30, SCKiS „Sokół”, ul. Batorego 23
Koncert specjalny: 125. rocznica urodzin Ady Sari
Kamila Kułakowska (sopran), Szymon Komasa (baryton), Bartłomiej Wezner (fortepian)
laureaci Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Ady Sari w Nowym Sączu

godz. 21.00, SCKiS „Sokół”, ul. Batorego 23
Giovanni Battista Pergolesi – opera komiczna Livietta e Tracollo
Krakowska Opera Kameralna (Kraków)
Kierownik artystyczny: Jadwiga Leśniak-Jankowska

30 czerwca 2011 (czwartek)

godz. 19.30, kościół św. Elżbiety
Koncert promocyjny młodzieżowego zespołu Capella Al’Antico (Zamość)
laureata tegorocznego festiwalu „Schola Cantorum” w Kaliszu
Kierownik artystyczny: Krzysztof Obst

godz. 21.00, kościół św. Elżbiety
Johann Sebastian Bach – Motety
Kammerchor Stuttgart (Niemcy)
Dyrygent: Frieder Bernius

1 lipca 2011 (piątek)

godz. 19.30, Plac św. Kingi przed klasztorem *
Muzyka dawna Kurdystanu – zespół Kamkar (Iran)
Kierownik artystyczny: Hooshang Kamkar

godz. 21.00, kościół św. Trójcy, klasztor klarysek
Ptasi Sejmik – pieśni z manuskryptu Chantilly XIV w.
Zespół wokalny De Caelis (Francja)
Kierownik artystyczny: Laurence Brisset

2 lipca 2011 (sobota)

godz. 19.30, kościół św. Trójcy, klasztor klarysek
Misterio & Fantasia zespół instrumentalny Tercia Realidad (Hiszpania)
Kierownik artystyczny: Jorge Jiménez

godz. 21.00, kościół św. Elżbiety
Mikołaj Zieleński – Offertoria i Communiones  – premiera!

prawykonanie w 400 lecie wydania w Wenecji (1611)
Collegium Zieleński (Kraków)
Dyrygent: Stanisław Gałoński

3 lipca 2011 (niedziela)

godz. 20.00, Plac św. Kingi przed klasztorem *
Starożytna muzyka z Chang’an
Drum Music Ensemble Uniwersytetu Muzycznego w Xian (Chiny)
Kierownictwo artystyczne: AN Ning
Honorowy patronat Ambasadora Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce

* W razie niepogody koncerty plenerowe odbędą się w Starosądeckim Centrum Kultury i Sztuki „Sokół”, ul. Batorego 23

IMPREZY TOWARZYSZĄCE

22 czerwca – 24 lipca 2011

Nowy Sącz – Miasteczko Galicyjskie, ul. Lwowska 226
Wystawa: Wojownicy piękności i demony – chiński teatr lalek

24 czerwca – 4 lipca 2011

Stary Sącz – Dom św. Kingi, klasztor klarysek
Wystawa strojów dawnych – Szyk wieków średnich

28 czerwca 2011 (wtorek)

godz. 17.00, Stary Sącz – SCKiS „Sokół”, ul. Batorego 23
Małopolski Konkurs Plastyczny – Stary Sącz muzyką malowany
Ogłoszenie wyników i otwarcie wystawy pokonkursowej

29 czerwca 2011 (środa)

godz. 18.00, Nowy Sącz – Miasteczko Galicyjskie, ul. Lwowska 226
Zbór ewangelicko-augsburgski: koncert młodzieżowego zespołu Capella Al’Antico (Zamość)

1 lipca 2011 (piątek)

godz. 18.30, Tarnów – kościół OO. Bernardynów
Koncert zespołu instrumentalnego Tercia Realidad (Hiszpania)

godz. 19.00, Barcice – kościół Wniebowzięcia NMP
Koncert młodzieżowego zespołu Capella Al’Antico (Zamość)

2 lipca 2011 (sobota)

godz. 9-13, Stary Sącz – Dom św. Kingi, klasztor klarysek
Otwarte seminarium tematyczne: Kontrasty muzyczne – Europa i Azja

godz. 16-19, Stary Sącz – plac św. Kingi przed klasztorem
Jarmark historyczny – pokazy rycerskie, muzyka i stroje dawne, jadło klasztorne

godz. 18.30, Kraków – kościół garnizonowy św. Agnieszki
Koncert zespołu wokalnego De Caelis (Francja)

3 lipca 2011 (niedziela)

godz. 16.00, Krynica-Zdrój – Deptak*
Koncert zespołu Drum Music Ensemble Uniwersytetu Muzycznego w Xian (Chiny)

* W razie niepogody koncert odbędzie się w Sali Balowej Starego Domu Zdrojowego

Słowo wprowadzające – Marek Dyżewski
Na wszystkie koncerty oraz imprezy towarzyszące wstęp wolny!
Organizatorzy zastrzegają sobie prawo zmian w programie.

Media religijne – Noursat

 

noursat

Skoro tak się złożyło, że od wielu miesięcy, idąc śladem telewizyj katolickich, przemieszczamy się coraz bardziej na południe Europy, to dziś będziemy kontynuować ten trend i pozostaniemy w basenie Morza Śródziemnego. Libańska telewizja katolicka Noursat, dla odbiorcy polskiego będzie zapewne najbardziej egzotycznym spośród omawianych w moim cyklu mediów religijnych. Pierwszym przejawem owej egzotyki jest język arabski w którym ta telewizja nadaje, a który raczej mało kojarzy się z religią katolicką. Po drugie program stacji silnie jest osadzony w kulturze bliskowschodniej, a więc dla Europejczyków zdecydowanie egzotycznej. Po trzecie Noursat jest telewizją katolików obrządków wschodnich – Maronitów i Ormian, które to obrządki znacznie się różnią od dominującego u nas obrządku łacińskiego i również mogą uchodzić za nieco egzotyczne. W naszym kraju odbiór telewizji Noursat jest możliwy jedynie za pośrednictwem satelity. Telewizja ta bowiem z powodów finansowych nie prowadzi na chwilę obecną transmisji swego programu w internecie. W telewizji Noursat dominują programy liturgiczne i muzyczne. Jest też sporo audycyj mówionych, ale nie wiem, czy mają one charakter katechetyczny, czy też publicystyczny, gdyż nie znam języka arabskiego i nie jestem w stanie tego rozróżnić. Jeśli chodzi o liturgię, to transmitowane są przedewszystkiem Msze Święte maronickie i ormiańskie. Msze ormiańskie, transmitowane przez tę stację są zawsze bardzo pięknie i pobożnie sprawowane, natomiast z Mszami maronickimi, których transmituje się tu znacznie więcej niż ormiańskich, jest niestety bardzo różnie. Obok równie pięknych i pobożnych można też zobaczyć polowe koncelebry mocno przypominające niedbały NOM. Kiedyś obrządek maronicki mocno ulegał wpływom tradycyjnej liturgii łacińskiej, co jeszcze nie było takie złe, współcześnie zaś równie mocno ulega wpływom zachodniej liturgii zreformowanej, co jest już znacznie gorsze, gdyż prostą drogą prowadzi do desakralizacji życia liturgicznego. Bardzo mi się podoba obfity repertuar muzyczny Noursatu. Składa się nań nie tylko muzyka sakralna, ale też ludowa i poważna. Telewizja ta jest więc najlepszym ambasadorem libańskiej kultury dla całego świata. Obyśmy się i my doczekali takiego medialnego ambasadora kultury polskiej. Wyraźny nacisk na liturgię i muzykę, jaki możemy zaobserwować w Noursacie jest tym, co w moim przekonaniu winno charakteryzować wszystkie media religijne, przedewszystkiem zaś katolickie. Bowiem chrześcijaństwo sakramentalne jest ściśle związane z własną kulturą, szczególnie muzyczną, literacką i plastyczną. A jeśli chrześcijanie porzucą swe tradycyjne wzorce kulturowe i zastąpią je obcymi, będą już o krok od porzucenia samego chrześcijaństwa. Dlatego chrześcijańskie media muszą promować nie tylko religię, ale całą tradycyjną chrześcijańską kulturę. Radio i telewizja powinny się skupić na muzyce, a prasa i serwisy internetowe na literaturze i plastyce.

Leśny Gród po raz kolejny

Milówka

 

O Leśnym Grodzie w Milówce pisałem już parę lat temu, jako o miejscu atrakcyjnym, ale nieco niedopracowanym i zaniedbanym. Narzekałem też na zbyt wysokie ceny biletów. Myślę, że obecnie jest dobry czas na to, aby napisać o tym miejscu ponownie. Niektóre niedoróbki zostały usunięte, dużo dziś trudniej natknąć się tam na przepełniony kosz na śmieci, inne zaś wtopiły się w specyficzny klimat, który się tu wytworzył i już tak nie rażą, jak raziły, gdy wszystko było nowe. Wytworzenie się owego klimatu polega na tym, że to miejsce w pewnym sensie zdziczało. Niektóre ścieżki zarosły, niektóre rzeźby z ledwością wystają spomiędzy gałęzi, innych zaczyna dotykać proces rozpadu. I paradoksalnie, w tym procesie swoistej degeneracji dzieła ludzkich rąk zaczyna kiełkować piękno. Leśny Gród staje się prawdziwie leśnym grodem, eklektyczną ponowoczesną puszczą. Oprócz szlachetnego i wartościowego dziczenia, w Leśnym Grodzie mamy też do czynienia z rozwojem zamierzonym, zaplanowanym i kontrolowanym. Pojawiła się bowiem w parku nowość w postaci widowisk z bykami, już oprotestowanych przez ekooszołomów, których na Podbeskidziu jest w bród. Jako że widowisko ma ponoć charakter wybitnie łagodny (za wiele na ten temat powiedzieć nie potrafię, gdyż byłem tam jeszcze przed inauguracją tych pokazów), arbuzy nic nie zdziałają, bo nie ma się do  czego przyczepić, tylko zrobią mu darmową reklamę. Krokiem w dobrą stronę jest obniżka cen biletów rodzinnych z 30 do 20 złotych, co jest ceną dosyć atrakcyjną. Mam nadzieję, że utrzyma się ona na stałe.

Więcej zdjęć tutaj.

Dwa konkursy

 

Wybierasz- wygrywasz to serwis organizujący konkursy z atrakcyjnymi nagrodami. Aby w którymś z tych konkursów wygrać, trzeba jak najszybciej udzielić prawidłowej odpowiedzi na pytanie konkursowe. Pytanie to otrzymuje się w mailu wysłanym na adres zarejestrowany do konkursu. Aktualnie trwają dwa interesujące konkursy. W pierwszym z nich, zaadresowanym do rodziców małych dzieci, można wygrać wózek spacerowy firmy Chicco i kołyskę firmy Fisher Price. Obydwie firmy są znane jako producenci dobrej jakości sprzętów dla dzieci. Nagrodą, o którą walczyć będą uczestnicy drugiego konkursu, jest ciśnieniowy ekspres do kawy firmy Krups, również będącej liderem rynku w swojej branży.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij