Wspomnienie o Tadeuszu Brosiu

Tadeusz Broś

 

Skoro w poprzednich dwu tekstach omówiłem dwóch ludzi, których miałem szczęście osobiście poznać, w tym wpisie będę ten trend kontynuować. W odróżnieniu od obydwu opisanych wcześniej mnichów, Tadeusza Brosia znała swego czasu cała Polska. Prowadził on bowiem Teleranek, w czasach, gdy był to program kultowy. Również wtedy, gdy pewnej nocy wykluła się Wrona z jaja czerwonego, wskutek czego rano tegoż Teleranka nie było.  Dziś jest to tylko jeden z setek programów  dla dzieci emitowanych w dziesiątkach kanałów telewizyjnych, ale w czasach, gdy kanały były tylko dwa, Teleranek miał pozycję absolutnie wyjątkową i absolutnie wyjątkowy wpływ na kształtowanie się świadomości kulturowej młodych widzów. Nic więc dziwnego, że na organizowane w całym kraju spotkania z Brosiem dziatwa waliła tłumnie. W jednym z takich spotkań, zorganizowanym w Gminnym Ośrodku Kultury w Gorzycach, miałem okazję wziąć udział. Niestety, Tadeusz Broś okazał się być gwiazdą jednego programu. Po odejściu z Teleranka niczego znaczącego już nie osiągnął, a z czasem zupełnie się pogubił, mimo że niewątpliwie miał potencjał. Jego smutny przykład ukazuje, że ścieżka Twórcy Jednego Dzieła jest piekielnie niebezpieczna. Tylko artyści największego formatu, tacy jak omawiany kilka wpisów temu Roman Opałka mogą przejść ją zwycięsko.

Wspomnienie o ojcu Romanie Pietce OMI

  Roman Piętka

Ojca archimandrytę Romana Piętkę OMI poznałem w podobnych okolicznościach, jak wcześniej Ojca Jana Berezę OSB, którego omówiłem w poprzednim wpisie. Po prostu w swoich wędrówkach w poszukiwaniu własnej ścieżki duchowej, parę lat po Lubiniu trafiłem do Kostomłotów. Przeszedł mi już entuzjazm do synkretyzmu, teraz fascynowała mnie duchowość Chrześcijańskiego Wschodu. Taką drogą odbywał się mój powrót do korzeni. W Kostomłotach byłem w lecie 2001 roku. Poznałem Ojca Romana i Brata Romana, a także dwie Małe Siostry, których imion nie pamiętam. Bardzo mi się tam podobało, ale niestety późniejsze okoliczności tak się ułożyły, że już tam nie wróciłem. Może kiedyś tam jeszcze pojadę, ale to już nie będzie to samo. Nie ma już monasteru ojców marianów, a parafia stała się de facto birytualna, zaś część jej wiernych wróciła do prawosławia. Mam poważne obawy, że neoński biskup siedlecki Zbigniew Kiernikowski nie czuje neounii i nie życzy jej dobrze. Jego działania, o których pisałem już tutaj i tutaj, sprawiają wrażenie szkodliwych. Ojciec Roman ożywił i rozsławił Kostomłoty. Biskup Kiernikowski może je zadusić, a resztki wezmą prawosławni. Nie można wykluczyć, że świadomość marnowania dzieła jego życia, przyspieszyła rozwój choroby i śmierć archimandryty.

Wspomnienie o ojcu Janie Berezie OSB

Bereza

 

Podobnie jak artyści plastycy, również duchowni katoliccy będą w tegorocznym cyklu wspomnieniowym znacznie szerzej reprezentowani, niż w poprzednim. W ubiegłym roku omówiłem bowiem tylko jednego księdza, w tym poświęcę teksty trzem. Nadal, co prawda, obawiam się wprowadzenia tutaj nadreprezentacji duchowieństwa, jestem jednak  głęboko przekonany, że żadnego z tej trójki nie mogę pominąć. Podobnie jak w przypadku wszystkich omawianych w tym cyklu wspomnieniowym zmarłych ludzi kultury,  tak również jeśli chodzi o duchownych, mój wybór jest całkowicie subiektywny. Czasem wybieram postacie mające fundamentalne znaczenie dla narodowej, a nawet światowej, czasem zaś osoby ogólnie mało znane, mające za to fundamentalne znaczenie dla mojej osobistej formacji kulturalnej. Wśród tegorocznych księży tutaj omówionych, znajdują się przedstawiciele obydwu grup. Opisany w ubiegłym tygodniu arcybiskup Życiński należy do pierwszej z nich, dwaj pozostali księża, a właściwie ojcowie, bo chodzi o zakonników, do drugiej.

 

Ojciec Jan Bereza OSB z Opactwa Benedyktynów w Lubiniu, niedaleko Leszna był bardzo interesującą postacią. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku był blisko związany z początkującym wówczas zespołem Maanam jako jego „nadworny” fotografik. Fotografią artystyczną parał się zresztą aż do końca życia, również jako mnich. Pozostawił po sobie wiele pięknych zdjęć, przedewszystkiem macierzystego opactwa. Nie fotografia jednak dominowała w jego twórczości. Bo twórcą był bez najmniejszej wątpliwości. Uprawiał tę dziedzinę twórczości, która kapłanowi przystoi najbardziej, czyli pisarstwo duchowe. Co prawda zwartych publikacyj pozostawił po sobie niewiele, ledwie dwie, czy trzy niewielkie książeczki, ale czytelnicy i widzowie pamiętają go także z niszowych biuletynów i programów telewizyjnych. Jego największym dziełem była jednak grupa medytacyjna skupiona wokół lubińskiego klasztoru. Jej praktyki łączyły w sobie elementy medytacji chrześcijańskiej opartej na doświadczeniu Ojców Pustyni i buddyzmu zen.

 

Myślę, że ojciec Jan bardzo świadomie wybrał akurat zen, gdyż jest on, wśród dalekowschodnich systemów medytacyjnych, jedynym dającym się praktykować w wersji okrojonej, pozbawionej własnej treści religijnej. Taki okrojony buddyzm zen bez buddyzmu daje się wkomponować w religijność chrześcijańską. Różnie można oceniać takie połączenie. Z jednej strony, skoro wspólnoty takie jak lubińska istnieją i trwają, oznacza to, że jest na nie zapotrzebowanie. Być może istnieją nawet ludzie, dla których są one jedyną drogą do Chrystusa i Kościoła. Z drugiej jednak strony pozostaje niebezpieczeństwo synkretyzmu. Jestem głęboko przekonany, że ojciec Jan synkretystą nie był. Świadczyły o tym jego kazania, jego Msze z Kanonem Rzymskim i wiele innych szczegółów. Nie mogę jednak tego samego szczerze powiedzieć o wszystkich uważających się za jego uczniów. Dlatego nie ganię tej ścieżki, ale też jej nie wychwalam. Dla mnie była ona etapem drogi powrotu do korzeni katolickiej wiary, co sobie cenię, dla kogo innego może być jednak krokiem w kierunku odejścia od Chrystusa i Kościoła, czego nie lekceważę.

Marsz Niepodległości 6

Marsz Niepodległości 

Nie należę bynajmniej do tych, którzy uważają patriotyzm za najważniejszą z cnót. Nie wiem nawet, czy na mojej osobistej liście takowych zdołałby się on zmieścić w pierwszej dziesiątce. Szczerze mówiąc, bardzo w to wątpię. Ojczyzna nie jest dla mnie dobrem najwyższym. Wyżej cenię chociażby Rodzinę, Kościół i Cywilizację. Gdybym musiał wybierać, między dobrem mojej Rodziny, a dobrem mojej Ojczyzny, wybrałbym dobro Rodziny.

 

Jednak mimo to boli mnie, gdy widzę z jaką zaciętością środowiska „politycznie poprawnych” zwalczają polski patriotyzm. Szczególnie widać to na przykładzie warszawskiego Marszu Niepodległości, który stał się dla tych środowisk prawdziwa solą w oku. Imprezę tę zwalcza się za pomocą kłamstwa, oszczerczo przypisując jej organizatorom poglądy neonazistowskie. Przypominam, że Marsz organizuje kilkanaście organizacyj konserwatywnych i kilka narodowych. Żadna z nich nie jest nazistowska, co więcej żadna nie przyjmuje w swe szeregi nazistów. Ale wrogów Marszu fakty nie interesują. Bo marsz jest dla nich tylko pretekstem. Walka z Marszem Niepodległości jest de facto walka z polska Niepodległością, walka z samą Polską.

 

Znamienne, że do walki z patriotami lewacy wezwali na pomoc Niemców. Przeciwko Marszowi staną jutro niemieccy lewaccy terroryści, pogrobowcy Rote Armee Fraktion. Prawdopodobnie będą uzbrojeni i piekielnie niebezpieczne. Mam nadzieję, że policja zdąży ich wyłapać, zanim kogoś zabiją. Przypomnijmy sobie ubiegły rok. Patrioci spokojnie demonstrowali, a lewacy: dokonali wielu pobić, których ofiarami padali tak demonstranci, jak i policjanci, zmusili Marsz do zmiany trasy, eksponowali symbole zbrodniczego komunizmu. To wszystko są poważne przestępstwa, ale lewakom się upiekło i jutro zapewne posuną się dalej. Módlmy się o to, aby kogoś nie zabili, bo te lewackie zdegenerowane ścierwa zdolne są do wszystkiego.

Wspomnienie o Romanie Opałce

 

 

Pierwszym przedstawicielem sztuk pięknych, którego omówiłem w tegorocznym cyklu wspomnieniowym był Jerzy Nowosielski. Drugim będzie artysta stylistycznie krańcowo odmienny od tamtego, a mianowicie Roman Opałka. Zmarł on w sierpniu we Francji, gdzie żył od 1977 roku. Najbardziej znany jest z monumentalnego cyklu obrazów, zatytułowanego   Opałka 1965 /1–. Cykl ten przedstawia ciągi cyfr na początkowo czarnym, a później szarym, stopniowo coraz jaśniejszym tle. Od wielu lat artysta skupiał się na tym cyklu i prawie że nie tworzył niczego innego. Cykl budzi powszechne zainteresowanie na całym świecie, niektóre z należących do niego dzieł znajdywały nabywców za zawrotne sumy, dzięki czemu Opałka zyskał status najdroższego żyjącego malarza polskiego. Nie wszystkim jednak te dzieła przypadły do gustu. Artyście zarzucano monotonię, brak pomysłowości, czy pójście na twórczą łatwiznę. Zwłaszcza ten ostatni zarzut jest totalnie chybiony. Konsekwentna, rozłożona na wiele lat,  realizacja jednolitej koncepcji twórczej, nawet pozornie prostej jest zadaniem niezwykle trudnym, można nawet powiedzieć, że przekraczającym możliwości znakomitej większości twórców.

 

Najdobitniej można się o tym przekonać, gdy się samemu spróbuje coś podobnego stworzyć, oczywiście niekoniecznie w dziedzinie malarstwa. Sam mam za sobą takie doświadczenie, oczywiście w nieporównywalnej skali i do tego zakończone całkowitym niepowodzeniem. Otóż w 2007 roku, pod wpływem impulsu, postanowiłem pisać kilka limeryków tygodniowo. Miałem zamiar kontynuować to przedsięwzięcie aż do osiągnięcia liczby tysiąca owych limeryków. Pierwotnie zamierzałem to osiągnąć w ciągu lat trzech, po roku zmodyfikowałem ten okres do lat siedmiu, a po dwóch całkowicie poniechałem tego dzieła. W sumie napisałem mniej niż trzysta limeryków, z których najwyżej jedna czwarta trzyma jakiś poziom.

 

Tymczasem Opałka tworzył swój cykl przez prawie pół wieku, bez dłuższych przerw, czy dzieł znacząco słabszych. Dzieło tego rodzaju zasługuje na najwyższy podziw, niezależnie od tego, czy zaspokaja nasze indywidualne potrzeby estetyczne, czy też nie.

Wspomnienie o arcybiskupie Józefie Życińskim

 

 

Wspomnienie o arcybiskupie Życińskim, już raz publikowałem. Uważam jednak za słuszne wznowić je w dorocznym cyklu wspomnieniowym.

Wiadomość z Rzymu o nagłej śmierci metropolity lubelskiego arcybiskupa Józefa Życińskiego bardzo mnie zaskoczyła i zasmuciła. Zmarły arcybiskup był zaliczany do postępowego skrzydła polskiego episkopatu, ale zarówno na tle innych przedstawicieli tej frakcji, jak i ogółu polskich biskupów, wyróżniał się pozytywnie, szczególnie na płaszczyźnie intelektualnej. Cechował się nie tylko inteligencją, czy wiedzą, ale także, nie waham się tego rzec, prawdziwą mądrością.

 

Warto podkreślić, że jego otwartość była prawdziwa i obejmowała również tych, których otwartość innych postępowców zazwyczaj nie obejmuje. W swojej archidiecezji otaczał opieką nie tylko ruchy posoborowe ( a robił to bardzo aktywnie, chociażby dając schronienie tak kontrowersyjnemu teologowi jak o. prof. Wacław Hryniewicz OMI), ale także grupę wiernych przywiązanych do liturgii tradycyjnej. Archidiecezja lubelska była pierwszym w naszym kraju kościołem lokalnym, w którym mogli oni liczyć na dostęp nie tylko do regularnie celebrowanej Mszy Świętej Trydenckiej (co i tak należało już w owych czasach do rzadkości), ale także do sprawowanych w starym rycie takich sakramentów jak chrzest i małżeństwo. A działo się to wszystko na długo przed ogłoszeniem przez Ojca Świętego Benedykta XVI motu proprio Summorum Pontificum „uwalniającego” starą Mszę i stare sakramenty. Natomiast po wejściu w życie tego dokumentu, arcybiskup był pierwszym polskim hierarchą od czasów reformy asystującym do Mszy Trydenckiej (tak zwana Msza coram episcopo). Oczywiście nie można ukrywać i tego, że był bardzo sceptyczny co do szans Mszy Trydenckiej na odegranie znaczącej roli w przyszłości i jej powrót na dominujące pozycje w życiu liturgicznym Kościoła.

 

Była więc w postawie arcybiskupa pewna dwoistość. Dotyczyła ona nie tylko liturgii, ale także innych kwestyj, w tym i politycznych oraz za takowe powszechnie uważanych. Z jednej strony był entuzjastycznie nastawiony do Unii Europejskiej i integracji Polski z tym tworem, sceptycznie zaś do tych sił politycznych w naszym kraju, które odwołują się do tradycyj narodowych i religijnych. Całkiem niedawno ukarał starszego wiekiem kapłana za wygłoszenie patriotycznego kazania. Z drugiej jednak strony był konsekwentnym antykomunistą, jednoznacznie krytykującym także ugrupowania postkomunistyczne, obrońcą życia ludzkiego (ostatnimi czasy wypowiadał się stanowczo w sprawie zapłodnienia in vitro) oraz praw Kościoła i chrześcijan w przestrzeni publicznej. Równie niedawno skrytykował polski rząd za popieranie władz afgańskich, które prześladują chrześcijan. Zdecydowanie bronił też minister Radziszewskiej, atakowanej przez lobby homoseksualne.

 

Oczywiście, nie wszystko, co mówił i czynił zmarły metropolita, może się podobać konserwatywnemu publicyście, a zarazem katolickiemu tradycjonaliście. Nie wykluczam nawet, że te elementy, które podobać się nie mogą, stanowią większość. Nie mniej jednak byłbym intelektualnie nieuczciwy gdybym nie dostrzegał i nie chciał wskazywać ewidentnych, a przy tem niezwykle znaczących pozytywów obecnych w postawie arcybiskupa Życińskiego. Zdecydowanie jest mi on bliższy od tych wszystkich hierarchów, którzy formalnie stoją po stronie politycznej prawicy i nie biorą w obronę osób podejrzanych o herezję, ale z drugiej strony Mszy Trydenckiej boją się jak święconej wody, a w sprawie chrześcijan prześladowanych w Afganistanie nie mają odwagi się wypowiedzieć. Dlatego jego śmierć napełniła mnie smutkiem. Pozostaje nam tylko modlić się za jego duszę i pamiętać o jego dziełach, nie tylko tych wątpliwej wartości, ale przedewszystkiem o tych słusznych i wielkich.

Wspomnienie o Jerzym Nowosielskim

Jerzy Nowosielski

 

W ubiegłym roku, w cyklu moich Wspomnień o ludziach kultury najwyraźniej zabrakło plastyków. W tym roku nadrobię ów brak i omówię dla równowagi dwóch. Pierwszym będzie zmarły na początku bieżącego roku Jerzy Nowosielski, którego osobiście uważam za najwybitniejszego polskiego malarza drugiej połowy XX wieku.

 

Za moje wspomnienie o tym artyście najlepiej posłuży poświęcony mu fragment mojego starego tekstu Sztuka, jako współuczestnictwo we wspólnocie Ducha:

 

Gdy się czyta jakiekolwiek teksty Jerzego Nowosielskiego, na przykład jego wywiady ze Zbigniewem Podgórcem rzuca się w oczy ciągłe przeplatanie się tematyki sztuki i tematyki religii. Potwierdza to tezę, którą już wyżej wygłosiłem, że dla tego artysty sztuka, a zwłaszcza malarstwo należy do dziedziny sacrum. „Malarstwo jest usiłowaniem wydobycia się na zewnątrz serca ludzkiego. Jako działalność należącą do sfery sacrum jest w porządku empirycznym czynnością rewolucyjną.” Warto tu wspomnieć, że całe malarstwo Nowosielskiego, nawet to zasadniczo świeckie, nawet abstrakcyjne jest w jakimś stopniu inspirowane ikoną, nie tyle zresztą jej treścią, co jej specyficzna estetyką. (…) Dowodzi to jak bardzo artysta jest przywiązany do swojej wizji sztuki jako sacrum. Centrum zarówno jego sztuki, jak i jego życia jest ikona. Zapytany o podział jego malarstwa na sakralne i świeckie, tak odpowiedział: „Broń Boże! Już sam taki podział jest nieporozumieniem. Moim zdaniem, sztuka jako tajemniczy akt ufności wypływający z wiary w rzeczywistość nie stworzoną należy sama w sobie do dziedziny sacrum i poza nią nie może w ogóle istnieć. Stąd wszystkie próby wyprowadzenia sztuki poza obszar sacrum kończyły się porażką. Przecież nie udało się jak dotąd, stworzenie sztuki materialistycznej, należącej wyłącznie do sfery profanum. Sztuka jest domeną sacrum i bez niego nie może istnieć.”

Jesienny Tekst Organizacyjny MMXI

 

Mamy wrzesień, a więc nadeszła pora na kolejny Jesienny Tekst Organizacyjny. Na moich blogach zmieniło się niewiele, toteż rozpisywać się nie będę. Po informacje odsyłam do tekstów poprzedniego i zapoprzedniego. Dziś napiszę krótko o najważniejszych zmianach. Na Kulturze Okiem Svetomira pojawiła się nowa kategoria zatytułowana „Napisy drobne”. Składają się na nią antropologiczne eseje zainspirowane krótkimi tekstami napotkanymi w różnych sektorach przestrzeni publicznej: na ulotkach, plakatach, murach, tablicach, porzuconych opakowaniach po różnych produktach, a także w książkach, prasie i internecie. Z tego ostatniego czerpię w tym cyklu stosunkowo rzadko, bo nie chcę by świat wirtualny dominował w tych tekstach. Nie wykluczam nadania w przyszłości „Napisom drobnym” formy książkowej. Cały czas szukam formuły dla cyklu festiwalowego. Zrezygnowałem  z pisania omówień poszczególnych festiwali, aby nie pisać co roku tego samego lub prawie tego samego. Teraz ograniczam się do zamieszczania plakatów i programów. Cykle o mediach i książkach będą przez cały kolejny rok kontynuowane. Pozostałe założenia moich blogów pozostają prawie bez zmian. Niektóre będą do końca roku pracować na zwolnionych obrotach, gdyż jestem obecnie bardzo zajęty intensywnym pisaniem nowej książki. Jednocześnie przypominam potencjalnie zainteresowanym, że nadal poszukuję wydawcy dla dwóch już napisanych pozycyj, a mianowicie bajek dla małych dzieci i wzorowanych na Dekameronie nowel fantasy dla dorosłych. Zainteresowanych proszę o kontakt na mejla svetomir@gazeta.pl

"Teatr bez granic" w Cieszynie

Teatr bez granic

 

W różnorodnym programie tegorocznego festiwalu, który odbywa się pod patronatem polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, znajdziemy przedstawienia nagradzane na festiwalach i absolutne nowości, dzieła autorów współczesnych i klasykę, artystów offowych i gwiazdy pierwszej wielkości. 

29 września (czwartek),
godz. 16.00, w Teatrze im. Mickiewicza w Cieszynie

SINGIELKA

Występuje Anna Guzik (Teatr Polski Bielsko-Biała). 
Finałowa piosenka ze spektaklu

godz. 20.00 na rynku w Cieszynie

DYWIDENDA

Poznański Teatr Fuzja zaprasza do największej w Polsce gry planszowej 3D na cieszyńskim rynku.   

30 września (piątek), 
godz. 18.00, w Teatrze w Czeskim Cieszynie

PODZIEMNY BLUES

Sztuka znanego austriackiego pisarza Petera Handke w reżyserii Eduarda Kudláča, z udziałem Borisa Zachara i ulubienicy słowackiej publiczności Jany Oľhovej. Przedstawienie Teatru Miejskiego w Żylinie zdobyło nagrodę specjalną jury na bratysławskim festiwalu Nová dráma/ New drama 2011.

godz. 19.30, na wzgórzu zamkowym w Cieszynie

MAKBET

Wersja plenerowa spektaklu Sceny Polskiej z Czeskiego Cieszyna

godz. 20.00, Teatr Polski w Bielsku-Białej

HOTEL NOWY ŚWIAT

Historia Polski opowiedziana tańcem w przedstawieniu Magdaleny Piekorz

1 października (sobota), 
godz. 17.00, w Teatrze im. Mickiewicza w Cieszynie

 

SMAKOSZE CZEKOLADY

(Jedlíci čokolády)

Klicperovo divadlo (Hradec Kralové) – najnowsza sztuka Davida Drábka, kierownika artystycznego teatru, który otrzymał prestiżową czeską Nagrodę im. Alfreda Radoka jako „teatr roku” (napisy po polsku!). 
   

godz. 20.00 Piwnica Stary Targ 

VASTI JACKSON BLUES BAND

 

2 października (niedziela), 
godz. 16.30, w Teatrze w Czeskim Cieszynie

 

KORESPONDENCJA V+W

(Korespondence V+W)

Národní divadlo Brno – Reduta. Listy Wericha i Voskowca, wybitnych artystów teatru czeskiego XX w., rodzielonych przez „żelazną kurtynę”, które zainspirowały autorkę scenariusza Dorę Viceníkovą, stały się kanwą spektaklu, który był m.in. nominowany do nagrody im. Alfreda Radoka w kategorii „przedstawienie roku”.

godz. 19.30, w Teatrze im.  Mickiewicza w Cieszynie

DZIENNIKI

Teatr IMKA, Warszawa – Mikołaj Grabowski, reżyser i autor adaptacji Dzienników Gombrowicza, stworzył spektakl dotykający celnie współczesności. W obsadzie same znakomitości, m.in. Piotr Adamczyk, Jan Peszek, Magdalena Cielecka, Iwona Bielska, Tomasz Karolak, Andrzej Konopka.

 

Akcje plastyczne i czas na rozmowę

W czasie festiwalu będzie można w foyer Teatru im. Mickiewicza oglądać wystawę plakatów teatralnych prof. Michała Klisia, wybitnego plakacisty, związanego z katowicką Akademią Sztuk Pięknych. Prof. Kliś doprowadził do usamodzielnienia się  tej uczelni (która przez lata funkcjonowała jako filia krakowskiej ASP) i był jej pierwszym rektorem. Jego plakaty wystawiane były i zdobywały nagrody i wyróżnienia w konkursach na całym świecie. Prof. Michał Kliś jest także autorem logotypu województwa śląskiego (charakterystyczne „fale” można zobaczyć poniżej), a także zwyciężył w konkursie na logo  Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Wernisaż 29 września ok. godz. 18.00.

23 września w czeskocieszyńskiej Galerii Půda (ul. Střelnični) zostanie otwarta wystawa  prac słowackiego artysty Otisa Lauberta pod tytułem „Flagi nad częścią globu”.

W trakcie festiwalu odbędą się również akcje plastyczne w przestrzeni publicznej.  29 września o godz. 21.00, na fasadzie sali gimnastycznej II LO im. M. Kopernika przy ul. Stalmacha w Cieszynie wyświetlana będzie prezentacja multimedialna Łukasza Matuszka „Architektura Cieszyna w lekko krzywym zwierciadle”, natomiast 30 września o godz. 21.30 na ścianie kościoła Jezusowego przy ul. Stalmacha wyświetlana będzie prezentacja multimedialna pt. „Krzyż”, której autorami są Piotr Klaja i Monika Serafin.

Festiwal cieszyński będzie też miejscem debaty. Po większości przedstawień przewidziane są spotkania publiczności z widzami, a 30 września o godz. 14.00 na Zamku Cieszyn odbędzie profesjonalna dyskusja w międzynarodowym gronie na temat sytuacji dramatu w Europie Środkowej. Rozmowa krytyków i praktyków sceny będzie transmitowana na żywo w formie telewizyjnej przez internet.

Widz aktywny

W tym roku to publiczność przyznaje tradycyjną nagrodę „Złamany szlaban”. Na odwrocie biletu należy wpisać ocenę w skali od 0 (najgorsze) do 5 (najlepsze). Średnia ocen zadecyduje, kto otrzyma tegoroczną nagrodę. Warto również wpisać tam swoje dane kontaktowe, bo podczas ogłoszenia wyników (podczas spotkania po ostatnim przedstawieniu) odbędzie się losowanie nagród dla widzów.

Za stroną festiwalu

Podyskutujmy o lekcjach religii

 

Odkąd w 1990 roku przywrócono katechezę do szkół, nie milknie w naszym kraju dyskusja na temat nauczania tego przedmiotu. Czasem się ona nasila, czasem słabnie, ale trwa stale. Niestety jest to dyskusja bardzo płytka. Dyskutuje się więc w zasadzie wyłącznie o tym gdzie nauczać, całkowicie pomijając kwestie o wiele ważniejsze, czyli jak nauczać i czego nauczać. A jest o czym dyskutować. Gdyby program nauczania religii katolickiej był racjonalnie skonstruowany i dobrze skorelowany  z całokształtem nauczania szkolnego, przeciwnicy nauczania tego przedmiotu w szkole mieliby znacznie mniej argumentów niż mają ich obecnie. Szczególnie program dla szkół ponadgimnazjalnych wymaga gruntownej rewizji. Nie ma najmniejszego sensu powtarzanie po raz trzeci czy czwarty tych samych rudymentów katechizmu za każdym razem nieco inaczej ujętych.

Należy raczej odejść od pouczania, którego młodzież nie lubi i na które reaguje alergicznie na rzecz nauczania w sensie ściślejszym. Dużo większy pożytek niż wspomniane powtarzanie katechizmu przyniesie prezentacja wiedzy o Kościele w szerokim kontekście nie tylko ściśle religijnym, ale i ogólnokulturowym.

Jako że większość szkół ponadgimnazjalnych pracuje w trybie trzyletnim, kurs taki może przybrać formę trzech rocznych bloków. Blok pierwszy należałoby poświęcić kulturze chrześcijańskiej, a więc przejawom chrześcijaństwa w literaturze, muzyce, sztukach plastycznych i architekturze. Blok ten jest komplementarny z nauczaniem szkolnym, będzie się w dużej mierze opierał o wiedzę, którą uczniowie wynieśli z lekcyj języka polskiego, plastyki i muzyki. Nauczanie podstaw kultury chrześcijańskiej pozwoli uczniom docenić rolę Kościoła na tym polu. Zdaję sobie sprawę, że ten blok może sprawiać pewne trudności organizacyjne. Nie ma podręczników, a katecheci  nie są przygotowani do wykładania takiego materiału. Jednak kilka lat powinno wystarczyć do uzupełnienia tych braków.

 

Drugi blok to historia Kościoła. Uważam go za najistotniejszy i dlatego proponuję jego umieszczenie w drugim roku cyklu, kiedy uczniowie mają już za sobą problemy z adaptacją w nowej szkole, a jeszcze przed sobą okołomaturalne zamieszanie, spychające na drugi plan wszystko, co nie jest bezpośrednio związane z egzaminem dojrzałości. Historia Kościoła jest tak ważna, bo na tym polu trzeba nie tylko uzupełnić braki w wiedzy, ale także sprostować wiedzę fałszywą. Ludzie młodzi, a zresztą nie tylko młodzi, informacje o historii Kościoła czerpią zazwyczaj ze źródeł Kościołowi niechętnych. W ich głowach tkwią liczne czarne legendy dotyczące inkwizycji, krucjat, palenia czarownic, czy papieży renesansu. Te czarne legendy trzeba zastąpić rzetelną wiedzą, a to jest znacznie trudniejsze niż zapełnienie czystej karty. Nauczanie historii Kościoła na lekcjach religii, poza wspomnianym wyżej odkłamaniem przekazu, przyniesie również inne pożytki w postaci ważnego uzupełnienia edukacji szkolnej prowadzonej w ramach innych przedmiotów. Ciekawie o tym aspekcie pisze Czesław Miłosz w „Rodzinnej Europie”:”Odpowiedzi szukałem w podręczniku, któremu zawdzięczam sporą część mego wykształcenia. Był to podręcznik historii Kościoła. Nie wyniosłem wiele z posiekanych na fragmenty kronikarskich wiadomości wtłaczanych nam w głowy jako historia Polski i innych krajów. Tu natomiast miało się przed sobą historię całej Europy. Dlatego sądzę dzisiaj, że przejście przez szkołę katolicką jest bardzo pożyteczne dla kogoś, kto chce rozwinąć w sobie „świadomość europejską””. Dzisiaj w dobie integracji europejskiej jest to jeszcze istotniejsze niż w czasach młodości Miłosza. Z nauczaniem historii Kościoła będzie zapewne dużo mniej problemów organizacyjnych niż z kulturą chrześcijańską. Katecheci są w tej materii lepiej przygotowani, jest też sporo podręczników tak nowych, jak i starych. Ja osobiście wolę te starsze, ale do wykorzystania w szkołach ponadgimnazjalnych znacznie bardziej nadają się nowsze. Można też łatwo opracować nowe, w oparciu o książki podręcznikami w sensie ścisłym niebędącymi. Dobrym materiałem wyjściowym dla ewentualnego podręcznika byłaby na przykład książka księdza Zbigniewa Kowalczuka „Zarys historii Kościołów chrześcijańskich”. Co prawda swego czasu bardzo krytycznie zrecenzowałem tę pracę, zarzucając jej liczne błędy merytoryczne, pominięcia ważnych kwestyj i nadmierną ogólnikowość, lecz błędy można usunąć w  kolejnym wydaniu, niezależnie od tego, czy będzie ono podręcznikiem, czy też nie, a pominięcia, czy ogólnikowość przekreślają wprawdzie użyteczność książki dla studentów, czy badaczy, pozostaje ona jednak bardzo użyteczna na poziomie licealnym.

 

Trzeci blok to podstawy literatury religijnej. Polegałby on na czytaniu i omawianiu zróżnicowanych tekstów liturgicznych, filozoficznych i teologicznych. W ramach tego bloku można by też zapoznać uczniów z podstawowymi tekstami modlitewnymi i liturgicznymi w języku łacińskim w myśl Konstytucji o Liturgii przyjętej na Soborze Watykańskim II.  Ten trzeci blok organizacyjnie jest łatwiejszy od pierwszego i trudniejszy od drugiego. Podręczników co prawda nie ma, ale dużo łatwiej je stworzyć niż do kultury chrześcijańskiej, bo wystarczy je skompilować z ogólnie dostępnych tekstów. Natomiast katecheci do nauczania takiego przedmiotu są, a przynajmniej powinni być dobrze przygotowani. Wbrew pozorom wartość formacyjna takiego cyklu edukacyjnego jest nie tylko nie mniejsza, ale nawet większa niż standardowego nauczania katechizmowego. Uczeń poznaje bowiem wartość religii katolickiej w aspektach dotąd mu nie znanych, a przy tem w dosyć interesującej formie, co ma niebagatelne znaczenie. Poza tem teksty w bloku trzecim mogą, a nawet powinny być tak dobrane, by stanowiły swoiste repetytorium katechetyczne.

 

W zależności od typu szkoły podany schemat można modyfikować. Zaprezentowana wyżej wersja podstawowa nadaje się dla wszystkich szkół trzyletnich. W dwuletnich zawodówkach można zrezygnować z bloku trzeciego czyli analizy tekstów i elementów łaciny. Natomiast w czteroletnich technikach rozwiązaniem optymalnym byłoby rozciągnięcie historii Kościoła na dwa lata. Powyższy schemat nie jest oczywiście gotowym projektem, ani nawet zarysem takowego. Jest jedynie luźną propozycją i zaproszeniem do dyskusji. Będę wielce uradowany, jeśli takowa się wywiąże.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij