Godzinki

Kiedy ostatnio odnosiłem się w mojej publitystyce do Gościa Niedzielnego, pisałem nie o zawartych w nim artykułach, ale o dołączonej do niego płycie z Akatystem maryjnym. Smutna prawda jest bowiem taka, że zarówno Gazety Wyborczej, jak i Gościa Niedzielnego nie warto kupować dla zamieszczonych w nich tekstów, warto natomiast to czynić przynajmniej od czasu do czasu dla dołączanych do nich dodatków. Obydwa te tytuły nie są zresztą przypadkami odosobnionymi, ale raczej skrajnymi przykładami zjawiska powszechnego, obejmującego w większym lub mniejszym stopniu, większość prasy drukowanej w naszym kraju. O zjawisku tym, a nieuniknionym zresztą, pisałem już kilka lat temu, w tekście „Gwiazdka z gwiazdami”.

 

Dziś
będę pisał o kolejnej płycie dołączonej do Gościa, pod wieloma względami podobnej do poprzedniej. Na początku grudnia ukazały się jako dodatek Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny w wykonaniu dwóch chórów Ośrodka Liturgicznego w Chorzowie.
Podobieństwo tych płyt polega nie tylko na zazębieniu się części wykonawców, ale przedewszystkiem na pewnym pokrewieństwie wykonywanych utworów. Jest to podobieństwo o charakterze głównie funkcjonalnym. Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny pełnią w Kościele łacińskim,  osobliwie zaś w Polsce, tę samą, a przymajmniej bardzo zbliżoną rolę, co Akatyst ku czci Bogurodzicy w Kościołach bizantyjskich, czyli najważniejszego i najpopularniejszego nabożeństwa paraliturgicznego o charakterze maryjnym. Obydwa też są zdecydowanie najpopularniejsze w swoich grupach. Chociaż na wschodzie są dziesiątki akatystów, a na zachodzie dziesiątki godzinek, to ten konkretny akatyst i te konkretne godzinki pod względem popularności dystansują całą konkurencję o kilka długości.

 

Do podobieństw funkcjonalnych dochodzą też strukturalne.  Akatyst ma strukturę typowo litanijną, a godzinki przynajmniej paralitanijną. Obydwa nabożeństwa opierają się bowiem na wyliczeniu przymiotów Matki Bożej. Te podobieństwa zostały dostrzeżone bardzo wcześnie, bo już w XVII stuleciu, w kilkadziesiąt lat po powstaniu polskich godzinek. Wtedy to Symeon Połocki dokonał pierwszego w dziejach polskiego przekładu akatystu zwersyfikował go właśnie na wzór godzinek.  W dzisiejszych czasach, kiedy wielu chrześcijan czerpie z duchowych skarbców obydwu płuc Kościoła, godzinki i akatyst doskonale się uzupełniają. Dlatego wydanie obydwu utworów w krótkim odstępie czasu na płytach dołączanych do Gościa Niedzielnego było bardzo dobrym pomysłem. Tym razem nie będę pisał o wykonaniu, bo nie mam do niego żadnych zastrzeżeń.

Wręcz Przeciwnie i Prime

 

Pisałem już na łamach swoich blogów o dwóch debiutach prasowych Anno Domini MMXI. Były to debiuty całkiem nowego Uważam Rze i odrodzonego jako Fenyx jaki z popiołów swoich Maxima. Moim zdaniem obydwa były całkiem udane, a pisma owe są na rynku niezwykle potrzebne. Dziś chcę napisać o nieudanych debiutach dwóch innych pism, będących w rzeczy samej konkurentami tamtych dwóch. Mowa o tygodniku Wręcz Przeciwnie i magazynie dla mężczyzn Prime. Obydwa zniknęły z rynku ledwo się na nim pojawiły, tygodnik po trzech a magazyn (nieco zderegulowany
dwumiesięcznik) po dwóch numerach. Oczywiście każdemu nowemu pismu jest niezwykle  trudno utrzymać się na zatłoczonym rynku prasowym i każde, nawet najlepsze może rychło upaść, ale w tym przypadku do klapy przyczyniły się w dużym stopniu ewidentne błędy wydawców i redakcyj. Warto niniejszym części owych błędów przyjrzeć się bliżej.

Tygodnik pierwotnie miał nosić tytuł Wprost Przeciwnie, nieprzypadkowo kojarzący się z tygodnikiem Wprost, niegdyś zacnym, ale obecnie przejętym przez Ciemną Stronę Mocy. Nowy tygodnik miał być tworzony przez zespół dziennikarzy usuniętych ze starego po jego lewoskręcie. Co się jednak od razu rzucało w oczy, to brak w owym zespole byłego właściciela, a zarazem założyciela i wieloletniego redaktora naczelnego pisma – Marka Króla, oraz ostatniego prawicowego redaktora naczelnego Stanisława Janeckiego. Brak tych dwóch osób niewątpliwie odbierał przedsięwzięciu sporą dozę wiarygodności. Bo czyż załoga bez kapitana i pierwszego oficera jest nadal tą samą załogą? Należało więc zrobić wszystko, aby byłych szefów wciągnąć do zespołu, choćby tylko formalnie. Ciężki cios zadał tygodnikowi Ruch, potentat dystrybucyjny dyktujący warunki na rynku. Pod pretekstem zaspokojenia pretensyj aktualnego wydawcy tygodnika Wprost, dystrybutor ów kategorycznie odmówił rozprowadzania Wprost Przeciwnie, zmuszając tym samym to pismo do zmiany tytułu na Wręcz Przeciwnie. Oczywiście zmiana ta odbiła się bardzo negatywnie na kampanii reklamowej i sprzedaży nowego tygodnika. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że twórcy pisma taką reakcję w pewnym sensie sami sprowokowali. O ile można jeszcze zrozumieć nawiązanie w tytule, o tyle skopiowanie czcionki i układu graficznego było już sporą przesadą. Wydawca Wprost miał się do czego doczepić i się doczepił. A Ruch miał pretekst do działania, którego rzeczywiste przyczyny pozostają ukryte. Trzecim strzałem w stopę była bluźniercza okładka pierwszego numeru. Spowodowała ona odejście  od pisma połowy jego autorów i połowy potencjalnych czytelników. Tych ostatnich bez wątpienia odstraszała też cena, o dwa złote wyższa niż Uważam Rze. Każdy z tych elementów osobno był niegroźny, ale w połączeniu dokonały dzieła zniszczenia. W ten oto sposób całkiem interesujący i bardzo dobrze zapowiadające się pismo upadło wskutek błędów swoich twórców.

 

Magazyn dla mężczyzn Prime również prawdopodobnie upadł (w przypadku pism rzadko wychodzących, dopóki nie ma oficjalnego komunikatu, trudno odróżnić upadek od znacznego opóźnienia w wydaniu kolejnego numeru) i też prawdopodobnie w wyniku błędów popełnionych przez jego twórców. Jest jednak pewna znacząca różnica. O ile w przypadku WP upadek spowodowało kilka drobnych błędów i niesprzyjająca sytuacja ogólna, o tyle w przypadku Prime można mówić o jednym tylko błędzie, ale za to kardynalnym. Błędem tym było nieprawidłowe wycelowanie pisma. Skierowało się na grupę docelową, która albo jest bardzo nieliczna, albo w ogóle nie istnieje.  Prime był bowiem bardzo specyficznym pismem dla mężczyzn. Specyfika ta polegała na tym, że zamiast dominujących w innych pismach tego rozebranych, czy skąpo ubranych pań, w Prime’ie królowali kompletnie odziani panowie. Ich całostronicowe fotki zajmowały jakąś jedną czwartą objętości pisma. Oczywiście miało to służyć przedewszystkiem prezentacji modnych strojów. Również znaczna część artykułów poświęcona była modzie męskiej. Oczywiście jest sporo mężczyzn interesujących się modą. Problem jednak jest w tem, że część wspólna zbioru mężczyzn interesujących się modą i zbioru czytelników pism dla mężczyzn jest zbiorem bardzo mało licznym, lub wręcz pustym. To położyło ów magazyn, bo położyć musiało. Do tego jeszcze tytuł pisma został dobrany niezbyt fortunnie. Jest oczywiście rzeczą normalną, że magazyny dla mężczyzn mają zazwyczaj anglojęzyczne. Wynika to z faktu, iż większość z nich jest mutacjami tytułów brytyjskich lub amerykańskich. Dobrze by jednak było, by takie tytuły łatwo się odmieniały przez przypadki, zgodnie z zasadami języka polskiego. Gdy jakiś tytuł, tak jak Prime, wymaga używania do odmiany apostrofu, to w konsekwencji, jako ciało obce, źle leżące w języku polskim, gorzej się wpisuje w zbiorową pamięć i świadomość, co z kolei stanowi poważną przeszkodę na drodze do osiągnięcia rynkowego sukcesu. Moim zdaniem pismo nie było skazane na porażkę. Zachowując dokładnie tę samą zawartość mogło osiągnąć sukces, gdyby zostało odpowiednio wycelowane i zatytułowane, co zresztą do tego samego się w gruncie rzeczy sprowadza. Według mnie idealnym byłby tytuł „Modny Pan” z podtytułem „Magazyn nie tylko o modzie”. No ale teraz to już chyba musztarda po obiedzie.

Powrót Maxima

maxim

 

W mijającym roku na polskim rynku prasowym miało miejsce kilka ciekawych debiutów i kilka równie ciekawych powrotów. Bodaj najciekawszy debiut (Uważam Rze) omówiłem już kilka miesięcy temu, teraz przyszedł czas na następne. Dziś omówię pewien powrót. Są na świecie oraz w Polsce takie gazety lub czasopisma, które wielokrotnie upadają, ale i wielokrotnie powstają z upadku. Upadają trzy, a nawet trzydzieści trzy razy, ale też powstają z padłych siedem razy, a nawet siedemdziesiąt siedem razy. Sztandarowym przykładem takiego bytu jest Życie redaktora Wołka, które trzy razy powstawało i trzy razy padało. Upadki i powroty ogólnopolskich gazet codziennych są głośne,  bo takowych gazet jest niewiele i wszystkie są znane wszystkim zainteresowanym. Miesięczników jest wielokrotnie więcej, dlatego miesięczniki upadają i powracają wśród ciszy i milczenia.

 

To właśnie ostatnio przydarzyło się ostatnio Maximowi, pojawiającemu się na naszym rynku po raz co najmniej trzeci. O jego powrocie dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy ujrzałem jego okładkę na sklepowej półce. Wcześniej nie dotarły do mnie żadne doniesienia medialne na ten temat. Powrót Maxima na rynek ucieszył mnie, gdyż zawsze uważałem to pismo za najlepsze w segmencie magazynów dla panów. Playboy był i jest dla mnie zbyt bezpośredni, a CKM zbyt plebejski. Maxim zaś jest akurat tak w sam raz. Jest tu oczywiście sporo tematyki erotycznej, ale nie ma dosłownej golizny. Szczególnie cieszy mnie obszerne poruszanie tematyki trunkowej. Inne pisma nieco od niej stronią, a przecież napoje alkoholowe są arcyważnym substratem europejskiej cywilizacji.  Oprócz seksu i alkoholu na łamach Maxima goszczą: sport, motoryzacja, kryminalistyka, kino i muzyka.

 

 

Brak natomiast polityki, co trochę mnie dziwi, wszak należy ona do kluczowych zainteresowań przeciętnego mężczyzny. Dziwi mnie też nieco dobór felietonistów. Zazwyczaj do tej roli dobiera się doświadczonych literatów, publicystów, naukowców, oraz tych spośród polityków i szansonistów, którzy mają już za sobą szczyt długotrwałej i niekwestionowanej kariery w swoich dziedzinach. Odrodzony Maxim poszedł inną drogą. Jego felietonistami zostali popwokalistka Doda i popbloger Kominek, oboje słynący z głośnej, lecz płytkiej refleksji nad rzeczywistością. Można więc się spodziewać, że te felietony będą raczej popfelietonami. Brak polityki i płytka felietonistyka to niestety objawy możliwego obniżenia poziomu pisma w stosunku do jego poprzednich wcieleń. Być może jednak w tym segmencie nie da się jednocześnie utrzymywać wysokiego poziomu i utrzymywać się na rynku. Wszak i Playboy w ostatnich latach obniżył poziom, co celnie, choć może nieco przesadnie skwitował niejaki forumowiecgwna na łamach forum dyskusyjnego portalu gazeta.pl: Playboy stał się w pewnym momencie zakładnikiem photoshopa, plastiku i silikonu, o innych korektach nie wspominając. Normalny zdrowy facet od dobrych 5-10lat nie ma po co brać tego pisma do reki – artykuły są banalne i powierzchowne, zdjęcia lalek zainteresują chyba tylko dzieciaki. CKM z kolei co prawda poziomu nie obniżył, ale to tylko dlatego, że nie miał z czego obniżać. Zapewne nie jest łatwo prowadzić pismo tego rodzaju. Jest się bowiem wówczas atakowanym ze wszystkich stron, od wysublimowanych intelektualistów, poprzez religijnych moralistów, aż po antyreligijne feministki. Skoro się ma tylu wrogów, to przynajmniej potencjalnym klientom trzeba schlebiać i nie wymagać od nich zbyt wiele.

 

 

 

 

XXX rocznica stanu wojennego

Cytat:

old.european

Rok 1939.
Rydz-Smigly wysyla note do Hitlera: Adolf, my sie tym sami zajmiemy.
Armia polska pacyfikuje kraj, Polacy buduja obozy koncentracyjne, osadzaja w nich przeciwnikow.
Robia lapanki, wysylaja ludzi na roboty do Niemiec.

Hitler zadowolony w podziece odznacza Rydza – Smiglego Krzyzem Zelaznym.
A Polacy wielbia Rydza-Smiglego, bo uchronil Polske przed inwazja wojsk III Rzeszy.

 

Akatyst

akatyst

 

„Gościa Niedzielnego” jedynie wtędy kupuję, gdy płyty z muzyką sakralną są do niego dołączone. Ogólnie bowiem jest to pismo dosyć słabe, do pięt nie dorastające konkurencyjnemu „Przewodnikowi Katolickiemu”. Kupiłem tedy Gościa z 14 lipca, do którego dołączona była płyta zatytułowana „Akatyst ku czi Bogurodzicy”.  Tej płyty odpuścić sobie nie mogłem, bo akatysty od lat należą do moich ulubionych modlitw, czemu wielokrotnie dawałem wyraz na swoich blogach. Płyta z Gościa została przygotowana przez Ośrodek Liturgiczny Ruchu Światło-Życie. Nagrane są niej trzy utwory: bizantyjski hymn maryjny Agni Parthene, tytułowy akatyst i utwór zatytułowany „Modlitwa Jezusowa”. Pierwszy utwór jest pięknie zaśpiewany po grecku pod przewodnictwem obdarzonej wspaniałym głosem solistki  . Również aranżacja tego utworu jest bardzo interesująca, utrzymana w konwencji pośredniej pomiędzy bizantyjską monodią, a wielogłosowością w stylu gruzińskim.

 

Akatyst jest zaśpiewany tak, jak akatyst śpiewać należy, czyli tradycyjnie i bez udziwnień. Jest zaśpiewany po polsku, co w tym przypadku jest jak najwłaściwsze, bo tego rodzaju modlitwa powinna być zrozumiała dla słuchaczy, którzy mają być nie tylko słuchaczami, ale także współuczestnikami. Daleki jestem oczywiście od twierdzenia, że nie rozumiejąc słów modlitwy nie można w niej uczestniczyć. Jestem stuprocentowo przekonany, że jest zupełnie odwrotnie, czego dobitnie dowodzi łacińska Tradycja Kościoła zachodniego.  Używanie w modlitwie łaciny lub greki, nieraz nie zrozumiałej dla modlącego się, nie tylko nie przekreśla aktywnego zaangażowania w modlitwę, ale nadaje temu zaangażowaniu szerszy, wręcz uniwersalny wymiar zarówno w znaczeniu ponadnarodowości, jak i ponadczasowości. Z akatystami jednak rzecz ma się nieco inaczej. Istotnym elementem tej modlitwy jest jej treść fabularna, którą podczas śpiewu, czy słuchania należy rozważać. Dobrze jest więc ową treść rozumieć. Dlatego też praktykę śpiewania akatystów w językach narodowych zdecydowanie pochwalam, jednocześnie i bez paradoksu zdecydowanie nie pochwalając śpiewania w tychże samych językach narodowych części stałych Mszy Świętej.

 

Trzeci utwór, choć zatytułowany „Modlitwa Jezusowa”, Modlitwą Jezusową w sensie ścisłym nie jest. Składa się bowiem z trzech wersetów trzykrotnie powtarzanych, podczas gdy Modlitwa Jezusowa polega na wielokrotnym powtarzaniu jednego i tego samego wersetu.  W tradycyjnej wersji tej modlitwy wersetem tym jest wezwanie: „Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną” lub jego skrócone bądź wydłużone wersje. Pierwszy werset omawianego utworu „Izuse, Izuse Synu Bożyj pomyłuj, pomyłuj nas” mógłby uchodzić za dopuszczalną  modyfikację formuły klasycznej ale nieco niepokojące jest usunięcie tytułów mesjańskich Pana Jezusa Chrystusa. Pozostałe wersety, a zwłaszcza drugi, posiadający charakter maryjny, nie mieszczą się w formule Modlitwy Jezusowej. Problemem jest też kwestia języka. Utwór nie jest bowiem zaśpiewany ani po starocerkiewnosłowiańsku, jak się należało spodziewać, ani po ukraińsku, jak się na pierwszy rzut ucha wydaje. Może zdanie: „Sława Otcu i Synowi i Swiatomu Duchowi” jest poprawne w jakimś istniejącym języku, ale na pewno nie jest to język liturgiczny. Ja jednak jestem przekonany, że jest to czyste językotwórstwo, które  przystoi w poezji świeckiej, ale nie w religijnej, a już na pewno nie modlitewnej. Chociaż więc jestem entuzjastą Modlitwy Jezusowej, to z bólem muszę przyznać, że utwór trzeci pełni na tej płycie rolę biblijnej nieżywej muchy.

 

 

Avra

 

 

Karierę muzyczną Mai Sikorowskiej z rozmaitym natężeniem śledzę od lat kilku, przy czem od mniej więcej roku daję temu wyraz w postaci recenzyj publikowanych na moich blogach. Zachwycałem się więc nagraną z ojcem, liderem zespołu „Pod Budą” płytą „Kraków-Saloniki” i okazywałem dystans wobec treści wyrażanych na „Sprawie rodzinnej”, drugim regularnym krążku tegoż duetu. Ich płyty kolędowej dotąd nie omawiałem, ale na wszystko przyjdzie czas. Dzisiaj przyszedł czas na najnowszy krążek wokalistki zatytułowany Avra, a nagrany tym razem nie z ojcem, a z najsłynniejszym polskim zespołem klezmerskim „Kroke”.  Płyta ta jest znacznie się różni od poprzednich nie tylko pod względem obsady, ale także stylu.  O ile na pierwszych dwóch krążkach grecki folk stanowił raczej uzupełnienie dla typowego dla zespołu „Pod Budą” stylu będącego hybrydą amfolku i bluegrassu, o tyle na „Avrze” to on dominuje, obficie podlany typowym dla „Kroke” sosem klezmersko-bałkańskim.

 

Ale „Avra” to nie tylko folk. Wszystkie piosenki na tej płycie są po grecku, ale nie wszystkie są ludowego pochodzenia. Obok melodyj tradycyjnych pojawiają się tu współczesne przeboje muzyki   pop.  Wszystko zaś zaśpiewane przepięknym głosem Mai Sikorowskiej i ubrane w doskonałe, porywające aranżacje zespołu Kroke. Takiej płyty dawno u nas nie było, a może nawet nigdy u nas nie było. Płyty całe po grecku nagrywała bowiem co prawda swego czasu Eleni, ale były to inne czasy i inne płyty. Obecnie płyta z muzyką grecką, zarówno ludową,  jak i popową, ma szansę odegrać wieloraką rolę w polskiej popkulturze. Ważne miejsce na płytowych półkach miłośników folku z jednej strony, a muzyki literackiej z drugiej jest oczywiste. „Avra” otworzy też Sikorowskiej drzwi do kariery na zachodzie, a zwłaszcza w Niemczech, gdzie Kroke jest od dawna zespołem bardzo znanym, zwłaszcza w kręgach fanów muzyki klezmerskiej i bałkańskiej. Jednak na tym znaczenie tej płyty się nie kończy.

 

Może ona bowiem odegrać niebagatelną rolę w tworzeniu się nowego gatunku muzycznego w Polsce. Mam na myśli polski turbofolk, który mógłby i moim zdaniem powinien się ukształtować na bazie disco polo jako jego ambitniejsza i ściślej z ludowymi tradycjami powiązana odmiana. W ubiegłym roku napisałem pozytywną recenzję płyty Moniki Brodki „Granda”, którą uznałem za krążek inauguracyjny tego gatunku. Jak jednak pisałem w artykule o bułgarskim popfolku i w wielu innych miejscach, poszczególne gatunki muzyki etnicznej najlepiej rozwijają się w tych krajach, w których dobrze rozwinięte są inne gatunki etniczne. Popfolk powaga w rozwoju ambitniejszemu folkowi, ale i sam nie może dobrze funkcjonować bez oparcia w tamtym. Dlatego też „Avra”, choć jest zdecydowanie za ambitna na płytę popfolkową, może się doskonale sprawdzić w roli łącznika pomiędzy popularnymi a niszowymi formami muzyki etnicznej.

 

Wspomnienie o Karin Stanek

Polską muzykę rozrywkową lat sześciesiątych poznawałem jako dziecko w dwie dekady później, słuchając winylowych płyt z kolekcji mojego ojca. Z tego okresu zapamiętałem trzy wokalistki, które zresztą w owych dziecięcych i młodzieżowych czasach nieraz zlewały mi się w jedno. Były to: Kalina Jędrusik, Katarzyna Sobczyk i Karin Stanek. Dziś wszystkie trzy są już „po tamtej stronie”. Pierwsza zmarła wiele lat temu, o drugiej pisałem w ubiegłym roku, trzecią wspominam dzisiaj. Karin Stanek, najpierw wokalistka Czerwono-Czarnych, a następnie solistka, znana była z takich nieśmiertelnych przebojów jak „Chłopiec z gitarą”, czy „Jedziemy autostopem”. Zdaniem znawców, gdyby nie ograniczenia wynikające z ówcześnie panującego ustroju, niewątpliwie zrobiłaby światową karierę. To że jej nie zrobiła to wina władców PeeReLu, polskojęzycznych Bolszewików. Śmiało można to dopisać do listy zbrodni komunistycznych. Bowiem zbrodnie kulturowe nie są bynajmniej mniej znaczące od fizycznych.

Trzeci sezon "Prawdziwego Bożego Narodzenia"

Od początku adwentu rusza trzeci sezon blogu Prawdziwe Boże Narodzenie, poświęconego promowaniu religijnego przeżywania świąt. W tym roku plan jest następujący. W adwencie omówię lub zacytuję te modlitwy i nabożeństwa tego okresu, których jeszcze nie wspomniałem w latach poprzednich. Wpisy w tym okresie będą dwa lub trzy tygodniowo. Od Wigilii, aż do Gromnicznej, będę pisał o kolędach, w miarę możliwości codziennie. Przedstawię kilku krajowych i zagranicznych wykonawców kolęd, a także zaprezentuję teksty i nagrania kilkudziesięciu kolęd zagranicznych. W ubiegłym roku przedstawiłem kolędy po angielsku i po ukraińsku, teraz myślę o chorwackich, czeskich, niemieckich i hiszpańskich. Można więc powiedzieć, że ciągnę ubiegłoroczny temat świętowania przez śpiew. I coś mi się zdaje, że tematu tego jeszcze i na rok przyszły wystarczy.

Wspomnienie o Ottonie von Habsburgu

Otto von Habsburg 

Jednym z głównych założeń mojego cyklu wspomnieniowego jest unikanie omawiania polityków. Tylko, czy monarcha jest politykiem? Niekiedy nim bywa, niekiedy nie, ale zawsze jest czymś o wiele więcej niż jakikolwiek polityk. Władcę, zwłaszcza reprezentującego starą monarchię i dynastię otacza pewien metafizyczny nimb. Zmarły na początku lipca Jego Cesarsko-Królewska Wysokość Otto von Habsburg, dla jednych był cesarzem, dla innych arcyksięciem, dla innych jeszcze tylko doktorem Ottonem Habsburgiem, jednym z wielu europejskich polityków. Dla nikogo jednak nie był, ani nie mógł być postacią bez znaczenia. Jego pogrzeb był iście cesarski, pisałem już o nim pod kątem jednego ze składających się nań rytuałów. Przyjmijmy więc, że zmarły był cesarzem, jeśli nie w sensie politycznym, to przynajmniej metafizycznym. Bo cesarstwo rzymskie, podobnie jak królestwo francuskie jest tworem nie tylko politycznym, ale także metafizycznym. Jest jednym z fundamentów cywilizacji łacińskiej, a zdaniem Dantego także Kościoła katolickiego. W kanonie tradycyjnej Mszy rzymskokatolickiej imię cesarza jest wymieniane obok imion papieża i biskupa miejsca. Dlatego śmierć prawie stuletniego cesarza, który metafizycznie panował przez lat prawie dziewięćdziesiąt, jest symbolicznym końcem pewnej epoki. Jakiej? Tego nie wiem. Oby tej, w której cesarze i królowie byli spychani na margines, a często nawet fizycznie eliminowani.

XXI Mikołajki Folkowe AD MMXI

mikołajki

Program Festiwalu

czwartek, 8 grudnia 2011

  • 20.00 – Mikołajkowa Scena Ad Hoc – Lia Fail

piątek, 9 grudnia 2011

sobota, 10 grudnia 2011

niedziela, 11 grudnia 2011

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij