Napisy pobożne w dekanacie tworkowskim

Przez długi czas panowało w etnologii (a w niektórych środowiskach panuje do dzisiaj) przekonanie, że do kultury ludowej można zaliczyć tylko te teksty, które są przekazywane drogą ustną. Wszelakich napisów do kultury ludowej, czy tradycyjnej badacze nie zaliczali. Stan ten próbował już w okresie międzywojennym zmienić Jan Stanisław Bystroń apelując o badanie ludowych napisów, ale bez większego odzewu. Badania tego rodzaju na większą, choć nadal ograniczoną skalę rozpoczęły się dopiero w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wspomnieć tu należy przede wszystkim wielotomowe, niedokończone jeszcze dzieło Corpus inscriptionum Poloniae, jak również liczne artykuły różnych autorów na łamach czasopisma „Literatura Ludowa”. W tę tradycję chciałem się choć skromniutkim wkładem wpisać i ja, tworząc pod kierunkiem pani profesor Haliny Rusek pracę magisterską Napisy pobożne w dekanacie tworkowskim, obronioną w cieszyńskiej filii Uniwersytetu Śląskiego w lecie 2004 roku.

 

Dekanat tworkowski jako teren badań wybrałem nieprzypadkowo. Wraz z sąsiednim dekanatem pietrowickim stanowi on tak zwane pogranicze śląsko-morawskie. Część jego parafii formalnie do 1975, a faktycznie do 1945 roku należała do archidiecezji ołomunieckiej. Przynależność ta miała, a nawet nadal ma znaczące konsekwencje kulturowe. Ludność tej części ziemi raciborskiej, która należała do archidiecezji ołomunieckiej, mówi narzeczem morawskim (obecnie nierzadko już szczątkowym) i określa się nazwą własną „Morawcy”. Zważywszy, ze na omawianym terenie istnieje również dosyć liczna mniejszość niemiecka (w wyniku skomplikowanych procesów historycznych dotyczących nie tylko Raciborszczyzny, ale całego Śląska) jest on niejako tyglem trzech kultur. Odzwierciedla się to również bardzo wyraźnie w napisach pobożnych, znajdujących się licznie na kapliczkach, krzyżach, kościołach, grobach i domach. Zróżnicowanie językowe tych napisów jest zresztą większe niż zróżnicowanie etniczne ludności. Oprócz bowiem napisów polskich, niemieckich i morawskich znajdujemy tu liczne teksty łacińskie, sporadycznie także greckie i francuskie. Dekanat tworkowski obejmuje następujące parafie: Tworków, Krzyżanowice, Bieńkowice, Bolesław, Bojanów, Chałupki, Owsiszcze, Roszków, Rudyszwałd, Sudół, Zabełków. Niektóre (Tworków, Bieńkowice, Rudyszwałd, Krzyżanowice) mają rodowód średniowieczny, pozostałe powstały w czasie dwóch ostatnich stuleci. Parafie Bolesław i Owsiszcze wyodrębniły się z parafii Pišť (obecnie Republika Czeska). Badania terenowe do omawianej pracy prowadziłem w latach 2002-2004 we wszystkich parafiach dekanatu. W niniejszym artykule omówię tylko małą część zebranych napisów. Ułożę je według kryterium językowego.

 

Napisy morawskie występują jedynie na terenie wspomnianych dwóch parafii (Bolesław i Owsiszcze), które należały do archidiecezji ołomunieckiej. I tam są to napisy nieliczne, wręcz pojedyncze, dlatego przytoczę je wszystkie. Większość z nich pochodzi z końca XIX i początku XX wieku. Najmłodszy jest datowany na 1922 rok. Najbardziej charakterystycznym jest napis (1) na krzyżu przydrożnym miedzy Owsiszczami a Nowa Wioska należąca również do parafii Owsiszcze. Są na nim na froncie dwa napisy:

„Klanime se Tobė Pane Jeżisi Kriste dobroŕeċime Tobė.

Nebot skrze swaty kŕiż swet jsi wykaupil” ( Kłaniamy się tobie Panie Jezu Chryste i błogosławimy tobie, Bo przez święty krzyż świat żeś wykupił) i

„O Mariu! Bez pośkwrny poċeta. „Pros za nas!” (O Maryjo! Bez zmazy poczęta. Proś za nami!)

Na rewersie krzyża są następujące napisy:

„Zakladatele: Frantiśek Lassak Marianna manżelka

1892”. Ten tekst najlepiej pokazuje indywidualne cechy miejscowego narzecza morawskiego. Jego zapis graficzny jak również słownictwo różnią się diametralnie od literackiej czeszczyzny. Inne napisy nie są tak wyraziste. Na krzyżu obok stadionu w Owsiszczach jest na postumencie następujący napis (2):

„Ja jsem cesta, a prawda, a żiwot, żaden nepŕichazi k Otcu, jen skrze mnie. Jan XIV.6”

(Jam jest drogą i prawdą i życiem, nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze mnie)

Na tym samym krzyżu umieszczono granitową tablicę z analogicznym, tyle

że krótszym napisem polskim. Jest to dowód na występowanie migracji międzyjęzykowej wśród napisów na krzyżach przydrożnych na omawianym terenie. Na krzyżu koło kościoła w tychże samych Owsiszczach jest również podwójny napis, ten jednak jest mocno zniekształcony i trudno zrozumiały wskutek niekompetentnie przeprowadzonej renowacji. Obecnego kształtu napisu nie potrafię zacytować, gdyż nie jestem w stanie zidentyfikować niektórych liter. Zdaje się, że oryginalne napisy brzmiały następująco(3):

„O Maria bez poškwrny hřichu prworodniho poċeta. Oroduj za nas” ( O Maryjo bez zmazy grzechu pierworodnego poczęta. Módl się za nami) i:

„Ja jsem cesta, a prawda, a żiwot, żaden neprichazi k Otcu, jen skrze mnie. Jan XIV.6” Takie odczytanie opiera się na trzech przesłankach:

– z grubsza pasuje do aktualnego układu liter

-siglum biblijne jest czytelne i kieruje do tego właśnie cytatu

-na innych krzyżach w Owsiszczach są analogiczne napisy, wyżej zresztą przytoczone.

W Bolesławiu znalazłem następujące napisy morawskie:

Na krzyżu z 1903 roku. Przód krzyża (4):

„Pojdte ke mne všichni, kteŕi jste obtiżeni, a ja občerstvim vas

Prosim o pobożni Otec naš a Zdravas za duše zemŕelich” (Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni, a ja was ukoję Prosi o pobożny Ojcze nasz i Zdrowaś za dusze zmarłych)

Prawy bok krzyża:

„Fundator Dominik Fichna i Theresia Manżelka jeho”

Lewy bok krzyża;

„Wyprawen pŕes Jos. Fichna roku 1903”

Front krzyża jest zadbany, pierwsza część napisu jest odnowiona i bardzo czytelna. Część druga mniej. Boki krzyża są w gorszym stanie, napisy mniej czytelne. Inny krzyż w tej samej miejscowości pozbawiony jest napisu z przodu, znajduje się tam tylko czarno białe zdjęcie młodzieńca z początku ubiegłego wieku i data 1916. Z tyłu napis(5):

„Ten křiž fundovali rodiče jého Valentin a Marjanna Watzlawik”

Ten tekst chyba nie wymaga tłumaczenia. Znalazłem jedynie jeden napis nagrobny w języku morawskim, znajdujący się na cmentarzu w Bolesławiu (6):

„Zde v Panu odpočiva

Sophie Trontova klašternim jmenem sestra Adelindis *24,2,1896 hnusnou rukou zastřelena 20.6.1922 Sestra draha modlitba a naša laska hoři srdci našich večna paska R i p” ( Tu w Panu odpoczywa Zofia Trontowa klasztornym imieniem siostra Adelindis *24.2.1896 wstrętną ręką zastrzelona 20.6.1922 Siostro droga modlitwa i nasza miłość płonie serc naszych wieczną opaską Rip”

Napis był bardzo mocno zniszczony, zwłaszcza z lewej strony. Gołym okiem dawało się odczytać jedynie pojedyncze wyrazy. Dzięki zastosowaniu fotografii cyfrowej i komputerowej obróbki zdjęcia udało się cały napis odczytać. Nadal nie mogę tego odczytania być stuprocentowo pewien, ale wydaje mi się ono wysoce prawdopodobne. Z powodu zniszczeń jakich ten napis doznał pod wpływem czasu nie zdołamy pewnie nigdy odczytać go w sposób absolutnie pewny. Jednak i na takim odczycie jak mój można oprzeć analizę tekstu. Niewątpliwie należy on do tych, o których Bystroń mówił jako o poezji ludowej umieszczanej na grobach. Przed odczytaniem nie przypuszczałem, że ten zabytek piśmiennictwa nagrobnego ma formę poetycką. Teraz, nawet, jeśli można mieć wątpliwości, co do odczytania pojedynczych wyrazów, to nie można ich mieć, co do poetyckiego charakteru całości tekstu. Językowo należy on do tych tekstów morawskich, które są najbliższe literackiej czeszczyźnie, ale i ten okoliczna ludność jednoznacznie uważa za morawski nie zaś za czeski. Myślę, ze warto w tym momencie bliżej opisać zastosowana przeze mnie metodę analiza komputerowej, która chociaż prosta technicznie okazała się niezwykle skuteczna. Pracowałem z dwoma wersjami zdjęcia: pozytywową i negatywową. Obydwie poddawałem zwiększeniu kontrastu przy jednoczesnym obniżeniu jaskrawości, najczęściej w proporcjach 100% do 20%. Operację tę powtarzałem w każdym przypadku trzy razy. Następnie porównywałem powstałe w ten sposób osiem wersji obrazu. Ta metoda pozwoliła mi w niedługim czasie odczytać cały tekst

Te wszystkie napisy obrazują fakt, ze w jednej nieraz wsi w odstępie kilkunastu lat funkcjonowały różne warianty morawszczyzny; bądź to bardziej zbliżone do literackiej czeszczyzny (krzyże w Owsiszczach koło boiska i prawdopodobnie koło kościoła, a także krzyż Watzlawików w Bolesławiu) inne bardziej od niej odmienne (krzyż na skraju Nowej Wioski w Owsiszczach i krzyż Fichnów w Bolesławiu). Różnice te są widoczne zarówno w pisowni (szczególnie odbiega tu krzyż Watzlawików, na którym są nad literami czeskie haczyki, nie zaś morawskie kropki, jak na innych krzyżach), jak i w słownictwie ( w takim samym związku frazeologicznym w jednym wariancie występuje spójnik „a”, w drugim zaś wariancie spójnik „i”. Rożnie też wygląda sprawa stosowania liter w i v. Tam, gdzie w niektórych napisach jest w, to w innych jest v. Wszystkie znalezione krzyże z napisami morawskimi są stosunkowo stare, najmłodszy pochodzi z 1916 roku. Mimo braku nowych napisów w tym języku, nie można ich uznać jedynie za historyczne, niemające znaczenia etnograficznego, współczesnego. Warto bowiem zauważyć, ze większość tych krzyży jest regularnie odnawiana z zachowaniem języka pierwotnego, raz jedynie zastąpiono napis polskim, nie niszcząc wszakże morawskiego, raz zaś renowacje przeprowadzono nieudolnie, czyniąc napis nieczytelnym. Świadczy to o tym, że są ludzie, dla których te morawskie napisy są ważne, że są ludzie, którzy te napisy uznają za swoje. Pośrednio świadczy to więc o tym, ze dotąd w Bolesławiu i Owsiszczach są ludzie o morawskiej opcji etnicznej. Nie muszą oni wcale poczuwać się do morawskiej narodowości, ale do pewnych związków z morawską kulturą i językiem. Wydaje się bowiem, że Morawcy na ziemi raciborskiej mogą być uznani za grupę etniczną, lub nawet tylko regionalną, na pewno zaś nie są mniejszością narodową. Przynależność do tej grupy jest mocno związana z faktem zamieszkiwania na terenie dawniej należącym do diecezji ołomunieckiej. Przy tym warto zauważyć, że to, co na Raciborsczyźnie nazywane jest językiem morawskim jest mocno odmienne od innych dialektów morawskich tak w mowie, jak i w piśmie.

W dekanacie tworkowskim dużo częściej niż gdzie indziej spotykamy się z napisami w języku łacińskim. Znajdujemy je zarówno na kościołach, krzyżach, kapliczkach, jak tez na grobach, domach i innych obiektach. Są wśród nich napisy stare, sięgające nawet XVII wieku, ale dominują te, które pochodzą z dwóch ostatnich dekad, zwłaszcza wśród napisów na krzyżach przydrożnych. Wśród napisów w kościołach i na grobach czas ich powstawania jest bardziej zróżnicowany. Przedstawię pewną liczbę najbardziej charakterystycznych dla badanego terenu napisów w tym języku. Do najstarszych należy napis z Krzyżanowic z wielce interesującej figury św. Jana Nepomucena z XVIII wieku:

„Sanct Johannes Nepomuk ora pronobis” (Święty Janie Nepomuku módl się za nami) (7)

Zachowałem oryginalną pisownię tekstu. Jest ona na tyle kuriozalna, że budzi wątpliwości jeśli nie co do tożsamości językowej tekstu jako łacińskiego, to przynajmniej do znajomości choćby słabej tego języka przez autora. Przyjąwszy, że jest to łacina, należy ja uznać, za skażona niemczyzną i czeszczyzną. Pierwszy wyraz jest bardziej niemiecki niż łaciński, imię jest niemieckie przydomek czeski, a ostatnie dwa wyrazy łacińskie błędnie są zlane w jeden. Sama figura jest również bardzo interesująca, jak napomknąłem wyżej, gdyż przedstawia ona świętego nieco nietypowo, jako depczącego demona o żeliwnych, nietoperzowych skrzydłach. Poniżej figury, w jej postumencie znajduje się minikapliczka dzieciątka praskiego, co można uznać za delikatny wpływ morawski. Również w Zabełkowie znajduje się figura tego świętego z podpisem(8): „St. Nepomuk ora pro nobis” (Święty Nepomuku módl się za nami), czyli z powtórzeniem tego samego wpływu czeskiego w radykalniejszej nawet formie, bo z pominięciem imienia. Wydaje się, ze ten napis mógł powstać pod wpływem poprzedniego. Bardzo wiele napisów łacińskich, zarówno starszych, jak i nowszych znajduje się w kościołach. Nie będę ich tu omawiał zbyt wiele, przytoczę jedynie napisy z balasek kościoła w Bolesławiu. Znajduje się tam jest rozdzielony na dwie części napis grecko-łaciński składający się z liter alfa-omega, monogramu chrystusowego ( na obydwu częściach) i następującego napisu łacińskiego:

„Venite ad me omnes qui laboratis et onerati estis et ego reficiam vos” (przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie I utrudzeni jesteście, a ja pokrzepię Was) (9)

Napis ten jest bardzo ciekawym przykładem dyfuzji motywów. W tej samej wsi bowiem znajduje się krzyż przydrożny z napisem morawskim tej samej treści. Balaski wyglądają na młodsze niż ów krzyż (mają wygląd współczesny, a krzyż pochodzi z początków XX wieku) jest to wiec przykład na dyfuzje motywu z krzyża przydrożnego do wnętrza świątyni. O tym krzyżu pisałem już w poprzednim akapicie, przy omawianiu napisów morawskich. Bardzo interesujące są najnowsze napisy łacińskie. Znajdują się one zarówno na krzyżach przydrożnych (Krzyżanowice, Tworków), na kapliczkach (Krzyżanowice) i na innych obiektach. Najciekawsze są te, które znajdują się na tablicach poświeconych parafianom poległym w czasie różnych wojen. Na przykład przy głównym wejściu do kościoła w Bojanowie znajdują się dwie tablice kamienne z napisem łacińskim:

„Caesi et perdidi in bello mundi II ex Bojanow” (Polegli i straceni w II wojnie światowej z Bojanowa) (10)

Po czem następuje lista kilkudziesięciu nazwisk. Szczególnie charakterystyczna dla tego typu napisów jest tablica na cmentarzu w Sudole. Znajduje się tam pomnik poległych w czasie II wojny światowej opatrzony wyłącznie napisami łacińskimi(11):

„In cruce salus” (W krzyżu zbawienie)

„Ecce homo” (Oto człowiek)

„1939 Reqiuescant in pace 1945″ (1939 niech odpoczywają w pokoju 1945)

Specyficzną cecha tego pomnika odróżniającą go od wszystkich innych podobnego rodzaju jest umieszczenie wszystkich imion poległych w wersji łacińskiej np. Henricus, Augustinus etc. Wedle mojej opinii popartej obserwacjami z badań, wnoszę, że napisy łacińskie w dekanacie tworkowskim miały dwie podstawowe funkcje. Pierwszą, spotykaną przede wszystkim w napisach starszych, a głównie tych umieszczonych w kościołach, jest podkreślenie uniwersalności kościoła katolickiego, który nie jest ani polski, ani niemiecki, ani czeski i w pewnym sensie na pewno określenie własnej tożsamości wobec obecnych również na tych terenach dawniej protestantów, którzy byli zdecydowanie bardziej przywiązani do języków narodowych. Obecnie sytuacja się zmienia, protestantów w dekanacie tworkowskim praktycznie nie ma, a od mniej więcej 1990 roku łacina zaczyna zaczęła wchodzić na teren wcześniej zajmowany przez języki narodowe, to jest krzyże i kapliczki przydrożne oraz tablice upamiętniające ofiary wojen. Wydaje mi się, ze te napisy łacińskie po większości powstają z inicjatywy duchowieństwa i pełnią funkcję irenizującą, tudzież łagodzącą napięcia pomiędzy różnymi grupami etnicznymi. W moim mniemaniu teza o irenizującej roli napisów łacińskich jest dobrze udokumentowana. Rolę te niewątpliwie, jak już napisałem wyżej moderowało i moderuje duchowieństwo. Dlatego tez odsetek napisów łacińskich w poszczególnych kategoriach napisów jest tym większy im większy jest wpływ duchowieństwa na daną kategorię obiektów (największy w kościołach, najmniejszy na grobach, wyjąwszy groby kapłanów)

Dekanat tworkowski leży w tej części Górnego Śląska, która w okresie międzywojennym należała do państwa niemieckiego. Również obecnie jest tu spora mniejszość niemiecka. We wszystkich kościołach przynajmniej okazyjnie, a w większości regularnie co tydzień są sprawowane Msze Święte w języku niemieckim. Jest więc rzeczą naturalną, że również wśród napisów język niemiecki jest znacząco obecny. Należy do trzech najczęściej reprezentowanych języków, obok polskiego i łacińskiego. Najczęściej spotykamy go na grobach, dosyć często na przydrożnych krzyżach i jedynie w wyjątkowych przypadkach w kościołach. Na grobach spotykamy w języku tym napisy we wszystkich trzech kategoriach, które ustanowiłem dla klasyfikacji napisów nagrobnych: modlitw i życzeń, sentencji oraz informacji. Najciekawsza jest druga kategoria, przeto z niej tez przedstawię kilka przykładów.

„Christus ist mein Leben und Sterben ist mein Gewinn” (Zabełków) (Chrystus jest moim życiem i śmierć jest moim zyskiem) (12) Jest to trawestacja słów świętego Pawła.

„Mein Kampf ist aus

die leiden Fin vorüber

In Gottes Haus

Ist mir die Ruhe lieber” (Bieńkowice) (Moja walka jest skończona, cierpienia czas minął, w Bożym domu jest dla mnie spoczynek ukochany) (13)

„Stehe still Wanderer

Und bete für mich;

Bald kommt ein Anderer

Und betet für Dich” (Sudół ) (Stój milczący wędrowcze i proś za mną; wkrótce przyjdzie drugi i prosić będzie za tobą) (14)

Kategoria sentencji w języku niemieckim zawiera pewną liczbęe takich tendencji.bo, na czyściec nie ma tu miejsca. ie widać wpływy eschatologii ewangelickiej. takich, w których wyraźnie widać wpływy eschatologii ewangelickiej. „Śmierć jest zwycięstwem”, „walka się skończyła”, „czas cierpienia minął”, to zwroty sugerujące, że dla wierzących jedynym stanem pośmiertnym jest niebo, na czyściec nie ma tu miejsca. W tekstach polskich nie zauważałem takich tendencji. Jednocześnie jednak trzeba podkreślić, że wiele jest też takich, gdzie eschatologia jest jak najbardziej katolicka – jak w sentencji ostatniej.

Spośród napisów niemieckich na krzyżach przydrożnych również warto przytoczyć kilka przykładów. Najciekawszy jest krzyż przed kościołem w Bojanowie.

„So sehr hat GOTT die Welt geliebt daß ihr seinen eingeborenen Dahingab damit alle die an IHN glauben nicht verloren gehen sondern das ewige leben haben” (Tak bowiem BÓG świat umiłował, że swego jednorodzonego zupełnie oddał na to aby wszyscy którzy w NIEGO wierzą nie zostali straceni lecz wieczny żywot mieli) (15)

Jest wysoce prawdopodobne, że napis ten powstał pod wpływem napisu z krzyża w Bieńkowicach, o którym piszę w części poświęconej napisom polskim. Warto zauważyć, że słowo „Bóg” pisane jest samymi wielkimi literami.

Tył Krzyża:

„Dieses zeihen der Erlosung schenkten im Jahre des Herrn 1928 zur grőssere Ehre des gekreuzigte Heilandes die Familien von DWORZYSKO” (Ten znak zbawienia ofiarowały w roku Pana 1928 na większą chwałę ukrzyżowanego zbawiciela rodziny z DWORZYSKA)

Napis jest wykonany bardzo ciekawym zaokrąglonym krojem pisma, z którym się nigdzie indziej nie zetknąłem. W Sudole jest na ulicy Czynu Społecznego krzyż (16) z napisem:

„Gekreuzigter Heiland erbarme Dich unser 1910″ (Ukrzyżowany Zbawicielu zmiłuj się nad nami), zaś przy ulicy Hulczyńskiej krzyż (17) z napisem:

„Im Kreuz ist Heil!1876″ ( W krzyżu zbawienie)

Przy drodze na Krzanowice stoi krzyż z napisem(18):

„Gelobt sei Jesus Christus 1895″ (Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus 1895)

Identycznym napisem, tyle, że bez daty opatrzony jest krzyż na granicy ze Studzienną. Warto zauważyć, ze dwa ostatnie krzyże wyznaczają granice wioski.

W Zabełkowie znajdują się również dwa krzyże z takim jak powyższy napisem, obydwa datowane na 1935 rok, znajdujące się podobnie jak w Sudole na dwóch przeciwległych krańcach wsi. Jeden znajduje się w obrębie zabudowań dawnego dworu, drugi czas przy bocznej drodze na Rudyszwałd. Ten drugi jest jednym z najciekawszych badanych obiektów. Pełny napis (19) na nim brzmi;

„Gelobt sei Jesus Christus!

Gestifiel von Familie Studniczek 1935″ (Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Postawiony przez rodzinę Studniczek)

Uznałem ten krzyż z napisem za wyjątkowo interesujący, gdyż jako jedyny nosi on ślady przemalowania napisu z jednego języka na drugi. W okresie PRLu napis niemiecki był zmieniony na łamaną polszczyznę, co wyraźnie wynika z zachowanych śladów.

Bez najmniejszej wątpliwości można stwierdzić, ze brzmiał on podówczas:

„Pochwalony Jesus Christus!”

Treść taką uzyskano za pomocą następujących zabiegów:

-zatynkowano wytłoczone wgłębnie wyrazy „Gelobt sei” (można to stwierdzić po zachowanych śladach tynku w rowkach)

-nadpisano pędzlem wyraz „Pochwalony” (Można to stwierdzić po zachowanych śladach pędzla, szczególnie w końcówce wyrazu)

W kościołach napisów niemieckich jest mało, ale kilka zasługuje na uwagę.

I tu zacznę od Bojanowa, gdzie jest ich najwięcej. Na tej samej lewej ścianie, tyle że w tylnym jej rogu znajduje się obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy z następującym podpisem (20):

„MARIA Mutter Gottes Helferin der Christen bitte für uns” (MAR
YJO Matko Boża pomocnico Chrystusowa módl sie za nami)

W tymże samym kościele znajduje się rzeźbiona droga krzyżowa z niemieckimi napisami składającymi asie z tytułu danej stacji i krótkiej informacji o jej fundatorach. Podaje przykład podpisu ze stacji pierwszej (21):

„Jesus wird zum Tode verurteilt

I

Im frommen gedenken an meine Eltern Swierczek”

(Jezus został na śmierć skazany

I

Na pobożną pamiątkę moich rodziców Świerczek)

Również w tej świątyni napis niemiecki na organach głównych na chórze (Oprócz tych organów znajdują się tam także organy elektroniczne, aktualnie używane oraz fisharmonia. Dlatego tez pisze o organach głównych)(22):

„Lobet GOTT im Klang der Zimbeln, lobet IHN im Orgelspiel, alles was Odem hat lobe den HERRN” (Chwalcie BOGA w dźwięku cymbałów, chwalcie GO w grze organów, wszystko, co żyje niech chwali PANA)

Jest to trawestacja fragmentu Psalmu 150. Warto zwrócić uwagę, ze podobnie jak na krzyżu przed kościołem rzeczowniki i zaimki odnoszące się do Boga pisane są samymi wielkimi literami. Podobny zabieg został tez zastosowany w podpisie obrazu maryjnego, wspomnianego wyżej. Można więc to uznać za lokalną tradycje bojanowską, wartą zaznaczenia.

W kościele w Tworkowie napisy niemieckie znajdują się jedynie w krypcie i nie ma tu miejsca na ich dokładne opisywanie. Wspomnę jedynie o wmurowanej w ścianę krypty tablicy pamiątkowej z napisem niemieckim wykonanym ozdobnym pismem łacińskim(23):

„Die dankbaren Kinder

ihnen unvergesslichen Mutter

Philippine Gräfin Cappy

geborenen Gräfin Hoverden

geb: den 5 Dezember 1779.

gest: den 11Juny 1839″. (Wdzięczne dzieci swojej niezapomnianej Matce Filipinie hrabinie Cappy urodzonej hrabinie Hoverden urodzonej 5 grudnia 1779 zmarłej 11 czerwca 1839). Warto zauważyć, ze napisy niemieckie nie są równo rozmieszczone w całym dekanacie. Wyraźną ich dominację widać w Bojanowie i Roszkowie, gdzie indziej pozostają w mniejszości.

Napisy polskie są bardzo rozpowszechnione, obecne we wszystkich wsiach. Dominują XX-wieczne, ale zdarzają się również dużo starsze, zwłaszcza w Tworkowie i Bieńkowicach. Przytoczę kilka przykładów, właśnie z dawniejszych wieków. Obok kościoła w Bieńkowicach stoi interesujący krzyż z XIX wieku. Dodatkowymi elementami plastycznymi krzyża są: „Oko Opatrzności” w ornamentyce solarnej i figura Matki Boskiej bolesnej (szczegół bardzo typowy dla starszych krzyży dekanatu tworkowskiego) z wbitym w serce żeliwnym mieczem (to drugi obok skrzydeł krzyżanowickiego demona żeliwny szczegół kamiennych, czy murowanych rzeźb). Na przodzie krzyża napis(24):

„Oto tak umiłował Pan Bóg świat, iż syna jednorodzonego wydał za nas.

Na pamiątkę misyji odbyłej w roku 1852.”

Warto zwrócić uwagę, ze ten sam tekst ewangelii Jana znajduje się po niemiecku na dużo późniejszym krzyżu koło kościoła w Bojanowie. Jest to tym bardziej interesujące, ze parafia bojanowska odłączyła się od bieńkowickiej. Jest to więc dowód na migrację motywów w wytworach religijności ludowej między obszarami językowymi. Jest to o tyle ciekawa, ze pod tym względem ta kategoria napisów różni się od nagrobnych, gdzie takiej migracji praktycznie nie ma (oczywiscie na badanym terenie). Na lewym boku krzyża jest napis:

„fundowany od Agnieszki Gonska rodz. Barciaga”

Na prawym zaś boku jest napis: „1884″, który jest dla mnie kompletnie niezrozumiały, bo mało prawdopodobnym mi się zdaje, aby krzyż na pamiątkę misji stawiano ponad 30 lat po jej odbyciu. Być może w 1884 roku odnawiano ten krzyż. W tej samej wiosce znajduje się otoczony murkiem krzyż o charakterze pomnika upamiętniającego poległych na tak zwanej wojnie francuskiej . Napis do niedawna był prawie zupełnie nieczytelny, zaś po renowacji przeprowadzonej w 2003 roku napisy na tym krzyżu brzmią następująco(25):

„Bóg mocny i potężny w walce. Psalm 23″

„Odpoczynek wieczny daj Panie wszystkim

braciom naszym w wojnie poległym”

Powyższe napisy znajdują się z przodu krzyża. Dysponuję zdjęciem tego napisu sprzed renowacji. Czytelność napisu nie pozwalała na jego samodzielne odczytanie, była jednak wystarczająca, by można było porównywać ten nieczytelny tekst z jego obecną rekonstrukcją. Za pomocą tej samej metody, której użyłem do zbadania tablicy nagrobnej w Bolesławiu mogę stwierdzić, iż rekonstrukcja została dokonana prawidłowo, a napis zachował treść oryginalną i oryginalny krój pisma.Uważam więc, ze metoda ta jest bardzo użyteczna do badania napisów nieczytelnych i może być stosowana również przez badaczy niedysponujących wyrafinowanym sprzętem. Nie wiem, czy ktoś zastosował już identyczną, czy zbliżoną metodę w zakresie nauk etnologicznych, myślę jednak , ze warta jest ona rozpropagowania. Wróćmy jednak do omawianego krzyża pomnikowego w Bieńkowicach. Ciekawa jest forma graficzna napisów. Na całym tym krzyżu niektóre litery są wzbogacone ozdobnikami. Litera c nieraz zawiera krzyżyk w środku, litera y zaś pisana jest zawsze z dwoma kropkami u góry, tak że wygląda jak złożenie liter „ij”. Pozostałe strony krzyża nie wzbudzają kontrowersji. Są to trzy listy owych poległych, nad nimi zaś z jednej strony napis „1871 r.”(rok wystawienia krzyża), a z drugiej „1870-1871″ (lata śmierci poległych). Na wewnętrznej stronie murku okalającego krzyż jest napis:

„Mieszkańcy wsi Bieńkowice którzy polegli w czasie II wojny światowej” obok analogicznego napisu niemieckiego. Również tu zastosowano specyficzną manierę zdobniczą zastępując kreskę w literze „ń” tyldą, być może w jakimś nawiązaniu do zdobień w napisie na krzyżu. Ten krzyż z napisem jest ciekawym świadectwem stosunków etnicznych na badanym terenie w drugiej połowie XIX wieku. Ukazuje on, że język polski był wtedy w Bieńkowicach na tyle powszechny w użyciu, ze stosowano go nawet do celów na wpół urzędowych jak upamiętnienie poległych. W Tworkowie, przed bramą kościoła jest krzyż z napisem (26):

„Patrzcie jaka boleść moja. Grzesznicy nie krziżujcie mnie więcej”

Zaraz za tym krzyżem, a jeszcze przed brama stoi kamienna figura, na postumencie, z napisem(27): „Św. Florian AD 1751″ z tym ze napis „św. Florian” umieszczony jest na tabliczce sprawiającej wrażenie późniejszej, a data jest wyryta w kamieniu osobliwym krojem pisma. Powyżej tabliczki, po lewej stronie stoi jeszcze samotna litera P, jakby ślad po dawnym jakim napisie. Na starej kropielnicy kościoła w tejże samej miejscowości znajduje się napis(28): „Przez to sw. Pokropienie Boże odpuść me zgrzeszenie.” Ten napis może być bardzo stary, zważywszy pochodzenie kościoła z przełomu XVII i XVIII wieku. Warto zaznaczyć, ze Bieńkowice i Tworków miały w XIX wieku opinie „polskich wsi”, co dokumentują miedzy innymi pisma Lucjana Malinowskiego. Nie dziwi wiec koncentracja napisów polskich w tych wsiach.

Oprócz tych czterech języków, które są bardzo rozpowszechnione epizodycznie spotyka się jeszcze napisy greckie (zwłaszcza różne skróty) i francuskie oraz napisy nieokreślone językowo (pojedyncze litery, skróty). Jest tez spora liczba monogramów należących do rezerwuaru symboliki chrześcijańskiej, zwłaszcza w świątyniach.

W toku swoich badań próbowałem powiązać napisy i ich charakter z zagadnieniami świadomości i tożsamości etnicznej ludności badanego obszaru. W wyniku przeprowadzonych badań okazuje się, że na omawianym terenie jest stosunkowo niewiele napisów w języku niemieckim zważywszy na ilość osób deklarujących przywiązanie do niemieckiej kultury i czas przynależności do państwa niemieckiego w ostatnich dwu stuleciach. Choć nie jest tych napisów bardzo mało, jednak nie stanowią one większości, jakiej można by się spodziewać. Z rozmów z proboszczami wiem, ze większość mieszkańców dekanatu posiada obywatelstwo niemieckie. W dekanacie działają prężne organizacje mniejszości niemieckiej. We wszystkich parafiach odprawiane są msze w języku niemieckim. A jednak nie ma prawie wcale nowych obiektów z napisami w języku niemieckim, jeśli nie liczyć grobów i pomników wojennych (a i tych większość ma napisy łacińskie). Większość nowych obiektów (przede
wszystkim myślę o krzyżach i kapliczkach) posiada napisy w języku łacińskim, które raczej maskują tożsamość etniczną fundatorów niż ją ujawniają. Można więc powiedzieć, ze na terenie dekanatu tworkowskiego napisy o treści religijnej obecnie nie pełnią roli indykatora tożsamości etnicznej. Można jednak również na podstawie dogłębnej analizy zebranego materiału stwierdzić, iż nie zawsze tak było. W okresie, którego ramy można umownie określić na 1870-1930 napisy sakralne, zwłaszcza na krzyżach i kapliczkach przydrożnych pełniły rolę indykatora tożsamości etnicznej i narodowej. . O tym tez okresie te napisy najwięcej nam mówią. Wskazują wyraźnie jakie były opcje etniczne w poszczególnych wioskach. Patrząc na napisy pobożne, do dziś możemy wskazać na tym terenie wsie niemieckie, polskie i morawskie. Obraz preferencji wynikający z napisów koresponduje z wynikami plebiscytu, przynajmniej jeśli chodzi o wsie polskie i niemieckie. Wsie morawskie głosowały za Niemcami, przypuszczalnie na zasadzie mniejszego zła. Głębiej w przyczyny tego faktu nie wnikałem, gdyż nie stanowiło to przedmiotu moich badań. Proporcje językowe w poszczególnych grupach napisów są różne:

-wśród napisów na grobach najwięcej jest polskich, następnie niemieckich, potem łacińskich, sporadyczne morawskie i greckie, brak francuskich;

-wśród napisów w kościołach najwięcej łacińskich, następnie polskich, potem niemieckich, sporadyczne greckie, brak morawskich i francuskich;

-wśród napisów na krzyżach, kapliczkach i figurach najwięcej jest polskich, następnie niemieckich, potem łacińskich, w dalszej zaś kolejności morawskich, sporadyczne francuskie i greckie;

-napisów na domach i innych obiektach jest zbyt mało, aby taka statystyka miała jakikolwiek sens.

Wydaje się, że teza o irenizującej roli napisów łacińskich jest dobrze udokumentowana. Rolę te niewątpliwie moderowało duchowieństwo. Dlatego tez odsetek napisów łacińskich w poszczególnych kategoriach napisów jest tym większy im większy jest wpływ duchowieństwa na daną kategorie obiektów (największy w kościołach, najmniejszy na grobach, wyjąwszy groby kapłanów). Rolą napisów greckich wydaje się przede wszystkim nawiązywanie do symboliki ogólnochrześcijańskiej i do powszechnej i uniwersalnej misji kościoła. Rola napisów polskich, niemieckich i morawskich jest oczywista i wiąże się z manifestowaniem świadomości narodowej i etnicznej. Krótkie napisy, a zwłaszcza monogramy nieraz pełniły rolę ozdobników.

Wykaz piśmiennictwa

  1. Jan Stanisław Bystroń , Tematy, które mi odradzano, Warszawa 1980

  2. Corpus inspictiorum Poloniae, t. I: Woj. Kielecki, zesz. I – miasto Kielce i powiat kielecki, oprac. B.Trelińska, Kielce 1975

  3. Kornelia Lach, Wierzenia, zwyczaje i obrzędy, folklor pogranicza polsko-czeskiego; Wrocław 2000

  4. Lucjan Malinowski, Zarysy życia ludowego na Szląsku. W Jerzy Pośpiech, Stanisława Sochacka, Lucjan Malinowski a Śląsk, Opole 1976

  5. Halina Klimsza, Inskrypcje nagrobne na cmentarzach ewangelickich w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego; „Literatura Ludowa” nr 4-6/1993 s. 119-128

  6. Władysław Kupiszewski, Groby mówią; „Literatura Ludowa” nr 2/1986 s. 27-46

  7. Jan Kurek, Góralska poezja ryta w kamieniu i kuta w metalu na cmentarzach Podhala oraz północnej części Spisza i Orawy; „Literatura Ludowa” nr3-4/1985 s.29-61

Zmiany w lekturach

 

Kraj obiegła dyskusja o projekcie zmian na listach lektur szkolnych zgłoszonym przez resort premiera Giertycha. Nic w tym dziwnego, gdyż projekt jest mocno kontrowersyjny. Jeżeli ten projekt wejdzie w życie, obraz kultury, jaki uczniowie otrzymują dzięki lekturom będzie poważnie zubożony i skrzywiony. Proponowane są bowiem zmiany mocno znaczące.


 

Nadreprezentacje i wycinanie


 

Z jednej strony pewni pisarze są w tym projekcie nadreprezetowani. Dotyczy to: Henryka Sienkiewicza (4 powieści, w tym dwie w liceum), Stefana Żeromskiego (3 powieści w tym 2 w liceum) i Jana Dobraczyńskiego (3 powieści w tym 2 w liceum). Z tej trójki, Żeromski jest nadreprezentowany od dawien dawna, dwaj pozostali dołączają teraz.


 

Z drugiej zaś strony wykreśleniu ulegają Joseph Conrad, Franz Kafka, Johann Wolfgang Goethe, Witold Gombrowicz, czy Stanisław Ignacy Witkiewicz. Częściowo obcieto też Elizę Orzeszkową – teraz Nad Niemnem będzie się przerabiać tylko we fragmentach.


 

Nie są to zmiany na lepsze. Wymienieni w pierwszej grupie pisarze zaczynają dominować nad całym spisem, Jak większość Polaków, lubię Sienkiewicza, ale nie uważam, aby połowa jego powieści musiała być lekturami obowiązkowymi. To najlepszy sposób zniechęcenia młodzieży do twórczości pierwszego polskiego noblisty.


 

Dobraczyńskiego też lubię, ale naprawdę trzy jego książki to ogromna przesada. Jedna by wystarczyła i to raczej tak, która będzie dla młodzieży interesująca, np. Wyczerpać morze. Te które proponuje ministerstwo raczej zniechęcą. Są to bowiem powieści o tematyce biblijnej, które młodzież odbierze jako nachalną propagandę religijną. Proponowana przeze mnie pozycja miałaby natomiast tę zaletę, że jednocześnie reprezentuje literaturę katolicka i fantastyczną. W epoce mody na Browna młodzież na pewno książkę o perypetiach papiestwa po wybuchu jądrowym przeczyta z wielkim zainteresowaniem.


 

Nie przeszkadza mi w zupełności życiorys pisarza, tak jak nie przeszkadza mi życiorys Czesława Miłosza, czy Knuta Hamsuna. Odrzucam i nawołuje do odrzucenia tylko tych literatów, którzy pisali rzeczy podłe, jak Władysław Broniewski, Włodzimierz Majakowski , czy Michał Szołochow.

Nie zdecydowałbym sie natomiast na skazanie na niepamięć nawet Tadeusza Boya -Żeleńskiego, który co prawda kreatura był wyjątkowo paskudną, ale z drugiej strony ubogacił naszą kulturę kongenialnymi przekładami literatury średniowiecznej i renesansowej, nota bene tez słabiutko reprezentowanej na spisie lektur.


 

Jeśli już, omawiając Dobraczyńskiego, jesteśmy przy literaturze religijnej, to z dzieł polskiego Papieża powinno się raczej przerabiać Tryptyk Rzymski, a nie trudno zrozumiałą Pamięć i tożsamość. Co do innych zmian, to dołożenie książek Myśliwskiego i Kapuścińskiego należy ocenić pozytywnie. Zresztą tak oceniają je prawie wszyscy komentatorzy.


 

Wiadomo też, ze skoro coś sie dokłada, coś trzeba wyciąć, aby programu nie przeładować. Ale ciąć trzeba mądrze, a cięcia Giertycha są pozbawione sensu. Przede wszystkim należałoby obciąć Żeromskiego i trzymać sie zasady, ze każdy pisarz ma być reprezentowany w spisach lektur jedynie przez jedna książkę.


 

Zamknięcie wyboru


 

W tym projekcie zmian istotna jest jeszcze jedna kwestia, która niestety nie odbiła się szerszym echem, a w moim mniemaniu jest bardziej szkodliwe niż jakiekolwiek dopisania, czy skreślenia. W dotychczasowej wersji spisu często zostawiało sie ostateczny wybór lektury nauczycielowi. Na spisie był na przykład wybrany dramat Słowackiego, wybrany dramat Krasińskiego, wybrana powieść Sienkiewicza. Teraz w tych miejscach figurują Kordian, Nie- boska komedia, Quo vadis i Potop. Z kilkunastu pozycji otwartych została jedna – wybrana powieść europejska XX wieku.


 

Nie po raz pierwszy minister Giertych chce ograniczyć swobodę nauczycielską. Przypominam, ze już rok temu krytykowałem jego, na szczęście nie zrealizowany pomysł likwidacji swobody wyboru podręczników. Po prostu jego pomysłem na edukacje jest jej centralne sterowanie i ujednolicenie.


 

I tu jest wampir pogrzebany. Bo o ile wyciąć Gombrowicza i innych chyba jednak premier i minister kultury Giertychowi nie pozwolą (jak wskazują ostatnie sygnały), to likwidacja otwartych pozycji spisu przemknie nie zauważone. I wszyscy uczniowie w Polsce będą czytać te same lektury. A to nic dobrego nie wróży.


 

Edukacja musi sie bowiem opierać na ekspresji nauczyciela, a nie ministra. A nauczycielom właśnie minister nakłada kajdany i wszyscy milczą. Może on celowo wprowadził do projektu ciecia, aby to na nich, a nie na likwidacji wolnego wyboru skupił się opór.

No i po Beeesce

A więc stało się to, o czym pisałem w tekście O dekadę za wcześnie. Władze postanowiły rozszerzyć do maksimum zasięg propagandowego Pierwszego Programu Polskiego radia, kosztem innych mniej politycznych pasm tej stacji. O d 31 maja tak właśnie się stało. Jedynka jest zapewne doskonale słyszalna na każdym centymetrze kwadratowym polskiej ziemi (nie wiem po co, skoro i tak wcześniej można jej było słuchać na falach długich, które dla rozgłośni publicystyczno-politycznej są całkowicie wystarczające), natomiast drastycznie zmniejszył sie zasięg Dwójki i Biski. Dołączane do gazet mapki nowych zasięgów zapewne nie oddają rzeczywistości, tylko pobożne życzenia, ale i tak wynika z nich, ze ta pierwsza będzie nieosiągalna w puszczach i górach, tej drugiej zaś można będzie słuchać jedynie w kilkudziesięciu największych polskich miastach, dość arbitralnie zresztą wybranych, bo nie ma na tej liście na przykład Bielska-Białej, Legnicy, Przemyśla czy Rybnika. Jest dla mnie absolutnie niepojęte dlaczego Czabański i jego ludzie postanowili całkowicie pozbawić dostępu do dóbr kultury wysokiej mieszkańców gór i lasów oraz turystów tam przebywających. Nie jest chyba wystarczającym powodem chęć dostarczenia rządowej propagandy do każdej zapadłej dziury. Tu musi chodzić o coś więcej. Obawiam sie, że to jest jeden z elementów ogłupiania narodu, walki z wykształciuchami. Po takiej akcji, Bieszczady, Puszcza Notecka i kilka innych miejsc staną się strefa wolna od wykształciuchów. Dobrze tylko, ze na razie antyinteligencka wierchuszka trochę się hamuje i zakres cięcia Dwójki, w przeciwieństwie do Biski jest stosunkowo niewielki. A po Bisce (choć zmiany to de facto jej cicha likwidacja) płakać nie będę. Byłby to bowiem płacz spóźniony. Prawdziwym katem radia Bis jest bowiem Eugeniusz Smolar, który przeprowadził w tym programie destrukcyjne zmiany w lecie 2004 roku. Wtedy to Radio Bis przestało być doskonałą stacja edukacyjną, a stało się rozrywkową dla nastolatków. Takiego radia, nadającego głównie słaba muzykę i rozhowory o niczym, nie ma moim zdaniem najmniejszego sensu utrzymywać ze środków publicznych. Niech za takie stacje płaca ich słuchacze, niekoniecznie pieniędzmi, ale słuchaniem reklam. Nie jest dopuszczalne, aby z podatków (bo czym w istocie, jak nie podatkiem jest tzw. Abonament?) finansowano na przykład promocję zespołu, który pierwotnie nazywał się Totally shit. Jeśli juz jest ten niby abonament, to z niego finansowane powinny być przede wszystkim takie stacje jak Dwójka. Ale niestety rzeczywistość skrzeczy. Dwójka jest w PR traktowana po macoszemu, regularnie okrajana z częstotliwości i środków. Oznacza to, że radio publiczne nie spełnia właściwie swojej misji.

Kolekcja Noblistów w „Dzienniku"

kolekcja noblistów 

W ubiegłym tygodniu Dziennik ( dla złośliwych Der Dziennik) rozpoczął wydawanie serii książek Dzieła najwybitniejszych Noblistów. Jest to bardzo cenna inicjatywa, zwłaszcza, ze nie będa to nobliści jak leci, a tylko i co wybitniejsi. Jak pisze redaktor serii: Są nobliści, którzy przepadają bez wieści. Bo kto dzisiaj czyta Johannesa Jensena, Juana Ramóna Jimeneza albo Eyvinda Johnsona?

(…) Są nobliści, których nazwiska nie są nam obce, ale rzadko zaglądamy do ich dzieł. Wystarczy

wspomnieć Anatole'a France'a, Nadine Gordimer czy Johna Galsworthy'ego. Owszem,

w tym przypadku grono ludzi zakochanych w książkach tych autorów jest znacznie

większe. Ale to nie tymi dziełami zachwycaliśmy się na studiach. Tymi dziełami na studiach

raczej sie nudziliśmy. (…) Są nobliści, których się postponuje i odrzuca,

bo ich dzieła funta kłaków nie są warte. Myślę tutaj o Dario Fo – zwrot Nagrody Nobla

przysporzyłby mu więcej chwały, niż jego dzieła. Są w końcu nobliści, którzy tworzą arcydzieła.

To pisarze najwyższej próby. Ich pozycji w historii literatury nic nie zagrozi. Nawet po

największej zagładzie na kuli ziemskiej ich książki zostaną. I zawsze będą wznawiane.

Na dziełach tych twórców obecne i przyszłe pokolenia będą się uczyć literatury i świata. Koresponduje to z wypowiedzią Stanisława Lema: Jeszcze zanim zaczęło się preludium ery klonowej , zaczęły powstawać banki spermy ludzi tak wybitnych jak laureaci nagrody Nobla. Było to niezmiernie ryzykowne. (…)Ojciec mój we Lwowie prenumerował książki laureatów litearackiej nagrody Nobla, lecz Szwedzi na początku swej akademickiej działalności nagradzali Noblem Szwedów. Tak na przykład, o pisarzu szwedzkim zwącym sie Heidenstam nikt dziś nie pamięta. A wiec nie wszyscy nobliści byli wybitnymi pisarzami. Dobrze więc, że w serii uwzględnieni są ci najlepsi. Pierwsza dziesiątka (Marquez, Singer, Mann, Grass, Miłosz, Pasternak, Faulkner, Hesse, Kertesz, Reymont) nie budzi wątpliwości. Do kolejnej piętnastki proponowałbym następujących:

2003 – John Maxwell Coetzee

1998 – José Saramago

1989 – Camilo José Cela

1987 – Josif Brodski

1970 – Aleksander Sołżenicyn

1969 – Samuel Beckett

1954 – Ernest Miller Hemingway

1953 – Sir Winston Leonard Spencer Churchill

1952 – François Mauriac

1950 – Earl (Bertrand Arthur William) Russell

1927 – Henri Bergson

1920 – Knut Pedersen Hamsun

1915 – Romain Rolland

1913 – Rabindranath Tagore

1907 – Rudyard Kipling

Nie ma na mojej liście Sienkiewicza i Szymborskiej. Tego pierwszego bardzo lubię, ale pisarzem ze światowej czołówki to on nie jest, Szymborska tym bardziej nie zalicza sie do tej grupy. Miłosz i Reymont wyprzedzają ich o kilka długości. Z tym że z prozy tego ostatniego wybrałbym nie Ziemię Obiecaną, którą niedawno (w 2005 roku) umieściła w swej serii Gazeta Wyborcza, ale coś mniej znanego, na przykład Wampira.

Anioły, Demony i arcybiskup marnotrawny

 

Obydwu bohaterów mojego tekstu nie trzeba chyba szerszemu ogółowi szczególnie przedstawiać. Zarówno Abp Emmanuel Millingo, jak też Dan Brown są powszechnie znani, trzeba przyznać, że nie z najlepszej strony. Kilka miesięcy temu świat obiegła wiadomość, iż owi dwaj panowie podjęli ze sobą ściślejszą współpracę. Ma ona dotyczyć ekranizacji powieści Browna „Anioły i demony”, będącej prequelem osławionego „Kodu Leonarda da Vinci”. Arcybiskup ma pomóc pisarzowi swą wiedzą o funkcjonowaniu Stolicy Świętej. A jest w czym pomagać, bo książka roi się od błędów w tej materii. O ile już „Kodowi” zarzucano wręcz ostentacyjne mijanie się z prawdą, to w prequelu jest jej jeszcze mniej. Tutaj błąd goni błąd, a nieprawda nieprawdę. Zaangażowanie hierarchy przy ekranizacji jest sprytnym posunięciem Browna, bo obecnie, inaczej niż jeszcze kilka lat temu nawet mało wybredni czytelnicy nie przełknęliby bredni serwowanych przez autora. Jest tak dlatego, że w sposób daleki od rzeczywistości opisuje on przebieg takiego wydarzenia jak konklawe, a wiedza o sposobie jego przeprowadzania w świadomości ogółu znacznie wzrosła po tym jak w 2005 roku cały świat miał możność je śledzić na ekranach telewizorów.

A Brown pisał w „Aniołach” o konklawe w ten sposób, jakby nic wcześniej o nim nie czytał, co najwyżej posłyszał, że coś takiego istnieje. Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że wiedza Browna o procedurze wyboru widzialnej głowy Kościoła Katolickiego jest symboliczna. Brown co prawda wie, że elektorami są kardynałowie, jednak juz w następnym punkcie się myli, szacuje bowiem liczbę uczestników konklawe na stu sześćdziesięciu pięciu, jakby zapomniał, że w ogólnej liczbie kardynałów, która rzeczywiście oscyluje wokół tej wartości jest też sporo starszych wiekiem purpuratów, nie posiadających już czynnego prawa wyborczego. To jeszcze można by uznać za niewielkie potknięcie. Znacznie grubsze błędy popełnia w odniesieniu do tego, kto może zostać papieżem. Wszystko wskazuje na to, ze amerykańskiemu tropicielowi spisków w kościele wydaje sie, ze grono „kandydatów” jest zasadniczo tożsame z gronem elektorów. W rzeczywistości teoretycznie może być wybrany każdy mężczyzna ochrzczony, choć w praktyce od setek lat wybierano jedynie duchownych. Dalej Brown brnie w absurdach, twierdząc, że wybór przez aklamację ( to, że ta metoda została zniesiona przez Jana Pawła II oczywiście przeoczył) znosi te wymyślone rygory: głosowanie nie jest jedyną formą wyboru papieża. Jest jeszcze inna, bardziej boska metoda o nazwie „aklamacja przez adorację”. – Przerwał. – I to właśnie zdarzyło się ubiegłej nocy. Dokładnie tak. Co więcej, przepisy stwierdzają, że wybór przez adorację znosi konieczność spełniania normalnie stosowanych wymogów dotyczących kandydata na papieża. W związku z tym każdy duchowny… zwykły wyświęcony ksiądz, biskup lub kardynał… może zostać wybrany. Dalej Brownowi wydaje się, że wybór na papieża jest równoznaczny z objęciem urzędu: Ubiegłej nocy Carlo Ventresca został wybrany na papieża. Rządził przez niecałe siedemnaście minut. Gdyby nie to, że wzniósł się w cudowny sposób do nieba w słupie ognia, zostałby teraz pochowany w Grotach Watykańskich wraz z innymi papieżami. W rzeczywistości elekt nie będący biskupem nie jest papieżem do momentu konsekracji biskupiej. Były już w historii przypadki, ze taki elekt nie dożył konsekracji. W związku z tym nie został ujęty w wykazach papieży. Ogólnie Brown ma jakiegoś specjalnego bzika na punkcie zawężania grona osób posiadających bierne prawo wyborcze na konklawe. W tej bowiem dziedzinie produkuje bzdurę za bzdurą. Kardynałowie często sobie żartowali, że nominacja na Wielkiego Elektora była najokrutniejszym zaszczytem w Kościele. Wybraniec nie tylko nie może zostać papieżem, ale ponadto przez wiele dni poprzedzających konklawe musi przeglądać Universi Dominici Gregis, sprawdzając drobne szczegóły skomplikowanych rytuałów, aby dopilnować

prawidłowego przeprowadzenia wyborów. Oczywiście istnieją kardynałowie nieformalnie zwani Wielkimi Elektorami, ale po pierwsze jest ich więcej niż jeden, po drugie nie są pozbawieni biernego prawa wyborczego, po trzecie nie spoczywa na nich cały ciężar prowadzenia elekcji. Są to po prostu kardynałowie szczególnie szanowani, których opinia jest brana przez pozostałych pod uwagę. Pojawiały się pogłoski, ze na ostatnim konklawe taka rolę pełnili miedzy innymi dwaj kardynałowie polscy – Franciszek Macharski i Marian Jaworski. Dalej, rolę kamerlinga, zarządzającego Kościołem podczas sede vacante, Brown powierza zwykłemu księdzu, w tym przypadku papieskiemu sekretarzowi, a nie kardynałowi, jak jest w rzeczywistości (ostatnio pełnił ją kardynał Somalo). Oczywiście istnieją papabili, kardynałowie mające większe szanse niż inni z racji popularności i innych cech, ale instytucja preferiti, tak jak ją przedstawia Brown, jest jego kolejnym zmyśleniem. Zdaniem Browna muszą oni spełniać pewne warunki: każdy z tych kardynałów musiał spełniać pewne niepisane wymagania. Władać włoskim, hiszpańskim i angielskim. Nie posiadać żadnych wstydliwych tajemnic. Mieć nie mniej niż sześćdziesiąt pięć i nie więcej niż osiemdziesiąt lat.

Gdyby tak było, kardynał Wojtyła nie miałby szans na wybór. Miał bowiem wtedy tylko 58 lat. Funkcja adwokata diabła nie ma oczywiście, jakby chciał Brown związku z konklawe, ale z procesem kanonizacyjnym. Wszelkie zresztą pertraktacje i uzgodnienia przed wyborem, które u Browna są jego integralna częścią, w rzeczywistości są zakazane przez prawo kościelne, a ktoby się ważył je podjąć jest zagrożony ekskomuniką. Wreszcie paliusze, nie są przez papieża wręczane kardynałom, lecz metropolitom, ale pewnie dla Browna to żadna różnica. Za dużo też chyba Brown się naczytał pseudonaukowej książki Święty Graal, święta krew, gdyż uwierzył jej autorom, ze Oko Opatrzności jest przede wszystkim symbolem masońskim, nie zaś chrześcijańskim. Biblii natomiast chyba nigdy nie czytał, skoro przyjął, że wybitny znawca symboliki religijnej może uznać, iż dwie synogralice nie mają żadnego znaczenia symbolicznego, a pojedyncza ma przede wszystkim konotacje pogańskie. Zresztą w obydwu książkach o Langdonie Brown przypisuje temu bohaterowi prymitywny pogląd o jednoznaczności symboli religijnych. Z takim przekonaniem nie można zostać nie tylko profesorem, ale nawet magistrem żadnej z nauk o kulturze.

Błędy wynikające z żenująco małej wiedzy Browna o Kościele były hierarcha katolicki zapewne zdoła przed ekranizacją poprawić. Uczyni to jednak tę produkcje jeszcze bardziej zwodniczą i niebezpieczną dla wiary milionów zwykłych ludzi. Główne bowiem żądło antyreligijnej propagandy tej powieści nie leży w tych wszystkich bzdurach, które przytaczałem wyżej. One tylko świadczą o dyletanctwie i niewiedzy Browna, samą zaś książkę kompletnie pozbawiają wiarygodności w oczach czytelników chociaż minimalnie wyrobionych intelektualnie. Prawdziwym zagrożeniem jest kłamstwo, które wielu może wziąć za prawdę, mianowicie, że: Od zarania dziejów istniał głęboki rozdźwięk pomiędzy nauką a religią. Uczeni, którzy otwarcie mówili o swoich odkryciach, tacy jak Kopernik… Byli mordowani – wtrącił się Kohler. – Mordowani przez Kościół za ujawnianie prawd naukowych. Religia zawsze prześladowała naukę. Tu nie wystarczy uśmiechnąć sie z politowaniem. Oczywiście wszyscy doskonale wiedzą, ze ksiądz kanonik Mikołaj Kopernik nie został przez nikogo zamordowany, a już na pewno nie przez Kościól, którego był duchownym i dostojnikiem, i z którego hierarchią żył w doskonałych stosunkach.

Są jednak pseudonaukowcy, opanowani antykościelną ideologią, którzy śmią twierdzić, iż z ledwością uniknął stosu, a nawet, że tylko przedwczesna śmierć naturalna go od niego uchroniła. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Swoje dzieło „O obrotach” zadedykował on Papieżowi Pawłowi III, otrzymał też na nie Imprimatur biskupie, a w roku publikacji został mianowany członkiem Akademii Papieskiej w Rzymie. Sprawa Kopernika ma jednak w tej powieści marginalne znaczenie. Za bohatera szczególnych prześladowań kościelnych obrał Brown Galileusza. Jak wielu innych antykościelnych pisarzy czyni z niego męczennika inkwizycji, wykazując się zupełną ignorancją na temat sytuacji teorii kopernikańskiej w trakcie jego procesu. Otóż trzeba pamiętać, że wtedy teoria heliocentryczna była tylko hipotezą, nie mającą poparcia w wynikach obliczeń pozycji ciał niebieskich. Bardziej zbliżone do rzeczywistości obliczenia dawały zarówno teoria geocentryczna, jak i pośrednie teorie tychońskie. Dopiero Kepler (sponsorowany zresztą przez Kościół) rozwiązał ten problem. Kompletna brednię pisze tez Brown, że Galileusz został de facto skazany za głoszenie eliptyczności orbit, co było nie do przyjęcia dla Kościoła przywiązanego do przekonania o doskonałości okręgu. Trudno o większą bzdurę. W rzeczywistości to nie kościół, a Galileusz głosił kolistość orbit. Gdyby przyjął odkrycia Keplera (o kilkanaście lat wcześniejsze) o eliptyczności tychże pewnie by sie na procesie wybronił. Był jednak zbyt zadufany, by to zrobić. Kościół dopuszczał więc głoszenie teorii heliocentrycznej jako teorii, nie pozwalał natomiast na traktowanie jej w kategoriach pewników, dopóki nie została udowodniona. Istnieli bowiem ludzie, tacy jak Giordano Bruno, którzy próbowali wykorzystać heliocentryzm przeciw Kościołowi i jego nauce. Wychodzili oni z założenia, ze skoro ziemia obraca sie wokół słońca jak każda inna planeta, to nie może być ona teatrem Historii Zbawienia, a więc dogmaty wiary są nieprawdziwe. Dziś może się to wydawać dziwne, ale czterysta lat temu głoszenie takich teorii było działaniem rewolucyjnym nie tylko w religijnym, ale i w politycznym sensie. Działania Bruna rzeczywiście zresztą owocowały wywrotowym fermentem politycznym o ogólnoeuropejskim zasięgu, za co zresztą został on stracony, a nie za heliocentryzm, jak się często błędnie głosi. W kontekście książki Browna jednak mniej istotne są niuanse wczesnonowożytnej polityki, ważniejsza natomiast jest teza pisarza, jakoby religia i nauka były ze sobą absolutnie sprzeczne. Jeden z bohaterów, będący jednocześnie fizykiem i księdzem, podejmuje badania, których rezultaty mają pomóc przezwyciężyć rzekomo odwieczny konflikt między nauka a religią. Z tego powodu przez naukowców jest traktowany podejrzliwie i uważany za niebezpiecznego, a przez przedstawicieli Kościoła zostaje zamordowany. W świecie urojeń Browna pogodzenie nauki i religii jest nie tylko niemożliwe, ale tez niechciane ani przez naukowców, ani przez duchownych. Wedle Browna naukowcy żywią przekonania, że Łączenie nauki i Boga jest największym naukowym świętokradztwem. Szczególne oburzenie miała wzbudzać stworzona przez owego księdza naukowca dyscyplina zwana teofizyką. Brown oczywiście przeoczył, że rudymenta takiej dyscypliny stworzyli juz pół wieku temu uczeni tej miary jako fizycy, jak Werner von Heisenberg, czy Carl Friedrich von Weizsaecker. Zwłaszcza o tym pierwszym raczej nie mógł Dan Brown nie słyszeć. Dowodzi to tylko, że z tą tematyką również nie raczył się gruntowniej zapoznać. A zasady sztuki pisarskiej wszak powiadają, ze pisać powinno sie o rzeczach sobie znanych.

 

Książka i film Anioły i demony są nie mniej, a może nawet bardziej niebezpieczne niż Kod Leonarda da Vinci. Tamte produkcje kreowały tezę sensacyjną, należącą do tego typu sensacji „brukowych”, na które nabrać się może tylko określony typ, dosyć łatwowiernych ludzi. Tu zaś sprawa jest poważniejsza. Tezę o sprzeczności nauki z religią, zwłaszcza zaś z chrześcijaństwem lansują różne, często wpływowe ośrodki antyreligijne od ponad dwustu lat. Dlatego też rozpowszechnienie tejże tezy jest duże, a Brown i Millingo tworząc popularną produkcję filmową dają jej nowe życie. Obawiam się, że wielu ludzi po obejrzeniu Aniołów i demonów, może uwierzyć w to, ze nauki i wiary nie da się pogodzić. Dlatego na nas, świadomych wierzących spoczywa obowiązek zwalczania tego kłamstwa. Nie filmu, bo tylko przyda mu to popularności, ale właśnie zawartego w tym filmie kłamstwa. I nie za pomocą protestów przed kinami, bo to dla Browna dodatkowa, darmowa reklama, ale za pomocą popularyzacji rzeczowych argumentów, które mogą ludziom otworzyć oczy na Prawdę.

Korporacje atakują

Od kilku miesięcy piszę na swoim blogu co jakiś czas o kolejnych przepisach, które powstają rzekomo dla naszego bezpieczeństwa. Najpierw pisałem o kamizelkach, kaskach pasach i innych badziewiach. Później o postępującej kontroli internetu.. Oczywiście wszystko to rzekomo dla naszego dobra. Jak wykazywałem w poprzednich artykułach mnożące sie jak króliki przepisy bezpieczeństwa prowadza do poważnych, degeneracyjnych zmian w kulturze. Takie samo zagrożenie jest i w przypadku, który omówić chce dzisiaj. Chodzi o projekt ograniczenia dostępu do kilkudziesięciu zawodów rzemieślniczych forsowany przez Związek Rzemiosła Polskiego, a skonkretyzowany w postaci zmiany Ustawy o Rzemiośle. Gdy zmiana ta wejdzie w życie zawodów tych nie będzie można, nawet dorywczo uprawiać nie mając odpowiednich uprawnień, czyli wykształcenia kierunkowego, lub tytułu mistrza czy czeladnika. Chodzi o takie zawody jak: fryzjer, elektryk, elektromechanik, mechanik i elektromechanik samochodowy, protetyk dentystyczny, kominiarz, cukiernik, piekarz, kucharz, malarz pokojowy, kafelkarz, dekarz, murarz, murarz zbrojarz, kosmetyczka, optyk, blacharz, kamieniarz, lakiernik samochodowy, tapeciarz, posadzkarz, wędliniarz i rzeźnik. W powyższej liście podkreśliłem wyjątkowo kontrowersyjne pozycje. Omawiano już w prasie kuriozalne przypadki prowadzących telewizyjne programy kulinarne, którzy będą musieli albo tego zaprzestać, albo zdawać egzaminy. Ja zajmę sie innymi przypadkami. Promotorzy zmiany twierdzą, ze niekompetentni wykonawcy wymienionych zawodów stanowią zagrożenie dla życia i zdrowia swoich klientów. Proszę mi wyjaśnić, jakie zagrożenie sprowadza dla życia i zdrowia niekompetentny malarz pokojowy, czy tapeciarz? Nijak sobie nie potrafię tego wyobrazić. Reglamentacja tych dwóch zawodów uderzy przede wszystkim w studentów, którzy takimi pracami zarabiają na swoje studia. Nikomu więc nie przyniesie pożytku, a znacznej części społeczeństwa konkretną i wymierna szkodę. W inne grupy społeczne uderzy ograniczenie dla cukierników, kucharzy, piekarzy, wędliniarzy i rzeźników. Reglamentacja tych zawodów podkopuje podstawy pomocy sąsiedzkiej bardzo jeszcze popularnej, zwłaszcza na wsi. Jeśli sąsiadka nie będzie juz mogła ugotować sąsiadce potraw na wesele, czy upiec ciasta, a sąsiad sąsiadowi sprawić cielaka, czy zrobić z niego kiełbasy, to instytucja pomocy sąsiedzkiej legnie w gruzach. Oznacza to poważna degenerację tradycyjnej wiejskiej kultury i osłabienie wspólnot wiejskich.

W wyniku omawianej ustawy społeczeństwo będzie więc:

-biedniejsze, bo część rzemieślników wliczy sobie w cenę usług koszt uzyskania uprawnień.

-mniej wykształcone, bo gdy studenci stracą możliwość dorabiania, wielu z nich porzuci studia

-bardziej zatomizowane, bo zaniknie pomoc sąsiedzka.

Negatywne konsekwencje wprowadzenia tej reglamentacji są oczywiste. A czy są jakieś pozytywne? Bardzo to wątpliwe, bo doświadczenie uczy, ze o bezpieczeństwo i zadowolenie klientów najlepiej dba rynek, eliminując przedsiębiorców oferujących produkty i usługi niespełniające oczekiwań tychże klientów.

P.S. Okazało się, zże za długo pisałem ten tekst. W dniu, w którym go opublikowałem projekt ostatecznie upadł w sejmie. I całe szczęście.

Sprawa Harrego Pottera. Symbole chrześcijańskie

hpc

Tekst „Symbole chrześcijańskie” jest fragmentem jednego z rozdziałów mojej niedoszłej książki „Sprawa Harrego Pottera”. W książce tej miałem zamiar porusyć związki książek pani Rowling z rozmaitymi aspektami kultury (religią, alchemią, mitami, baśniami, brytyjskością etc).

 

Zwalczająca Pottera Gabriele Kuby uważa, że w cyklu powieści , który omawiamy „boskie symbole są wynaturzone”. Przyjrzyjmy się więc na spokojnie zagadnieniu, jak wygląda symboli religijnych, a szczególnie chrześcijańskich w omawianych książkach. Na wstępie warto zauważyć, że czytelnik mało uważny, lub choćby niezbyt zapoznany z symbolika religijna może łatwo dojść do przekonania, ze żadnych symboli chrześcijańskich w cyklu nie ma. Książki te są niemal wyprane ze wszystkich wyraźnych odniesień do jakiejkolwiek religii, może poza grecko-rzymskim systemem mitologicznym, funkcjonującym głównie w imionach bohaterów oraz w pojawiających się stworzeniach fantastycznych, jak na przykład centaury. Symbolika chrześcijańska jest niejako poukrywana, ale jeśli sprawę zbada się gruntownie, okaże się , że jest reprezentowana całkiem godnie. Symbole chrześcijańskie występujące w cyklu chciałbym podzielić na dwie grupy: oczywistych i dyskretnych. Oczywiste to te, które są rozpoznawalne dla każdego uczestnika kultury chrześcijańskiej, dyskretne zaś są rozpoznawalne tylko przez osoby mające choć trochę pogłębioną znajomość symboliki chrześcijańskiej. Jeśli wyżej pisałem o marginalnym występowaniu symboli chrześcijańskich, to chodziło mi właśnie o symbole oczywiste. Tych jest w HP bardzo mało, co jednak nie oznacza całkowitej nieobecności. Zacznę więc od omówienia występujących symboli z tej grupy. Pierwszym i niejako najbardziej oczywistym, najczęściej nasuwającym się, jeśli kogo spytać o symbole chrześcijańskie, jest Boże Narodzenie. Właśnie Boże Narodzenie (oryginalnie Christmas), a nie Gwiazdka, jak czasami błędnie piszą krytycy występuje w każdym tomie przygód młodego czarodzieja. Oczywiście nie sposób nie zgodzić się z opinią, że rozumienie Bożego Narodzenia jest w cyklu mocno okrojone i skupiające się praktycznie wyłącznie na elementach de facto świeckich. Wypunktujmy więc jak wygląda obrzędowość Bożego Narodzenia w HP:

-ferie świąteczne

-świąteczny wystrój pomieszczeń ( Tutaj w jednym przypadku mamy do czynienia z bardziej ewidentnym zastosowaniem symboliki chrześcijańskiej. W szóstym tomie, w domu czarodziejskiej rodziny Wesleyów na czubku choinki zostaje umieszczony aniołek.

-obdarowywanie się prezentami

-kolędy śpiewane przez zbroje w IV tomie

– bal lub uczta bożonarodzeniowa.

Istotnie, wygląda to dosyć skromnie, warto jednak zauważyć, ze w podobnej konwencji przedstawione jest Boże Narodzenie w „Opowieściach z Narnii” C.S. Lewisa, których chrześcijański charakter jest powszechnie uznawany. Wydaje mi sie, że to podobieństwo nie jest przypadkowe, ale ściśle wynika z przyjętej przez Rowling konwencji.

Drugim symbolem chrześcijańskim, bodaj najważniejszym w tej grupie jest osoba Ojca Chrzestnego. Przypomnijmy, ze Harry Potter ma ojca chrzestnego, którym jest Syriusz Black. Do szóstego tomu włącznie jedynie w przypadku Harrego dysponujemy taką wzmianką, o żadnym innym bohaterze nie wiadomo nam, że ma chrzestnego. Ten pozornie marginalny fakt, moim zdaniem ma spore znaczenie. Jeśli Harry bowiem ma chrzestnego, to znaczy, ze jest ochrzczony, a więc jest chrześcijaninem. Na pewno nie jest kwestią przypadku, że jedyną osobą, o której wiadomo, ze jest chrześcijaninem, okazuje się główny pozytywny bohater cyklu. Sytuacja ta oznacza ni mniej ni więcej, tylko subtelną identyfikację wartości moralnych cyklu, które uosabia Harry z wartościami chrześcijańskimi. Może to mieć fundamentalne znaczenie przy ocenie całego cyklu z punktu widzenia religii chrześcijańskiej. Zapewne niektórzy stwierdzą, że przesadzam, że przypisuję znaczna rolę faktom marginalnym i że opieram swój wywód na wątpliwych podstawach. Nie mogę nikomu zabronić tak sądzić, jednak warto przy tym przykładzie zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Otóż podobny zabieg nie został tu zastosowany po raz pierwszy. Z podobną sytuacją, tyle że odwróconą spotykamy się w animowanym serialu dla dzieci o przygodach Smurfów. Tam też jest tylko jedna postać posiadająca ojca chrzestnego. Jest nią zły czarownik Gargamel, a jego chrzestnym niewiele lepszy, z tym że znacznie potężniejszy czarownik Baltazar. Niedawno pojawiły się analizy świadczące o tym, ze Smurfy mogą zawierać przekaz antychrześcijański. Zwracano uwagę na to, ze strój Gargamela jest de facto strojem katolickiego mnicha, a wioska Smurfów ma pewne cechy loży masońskiej. Jednak te analizy nie odbiły się jakimś szerszym echem. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn religijna krytyka Harrego Pottera jest bardziej nośna, choć nie wiadomo, który utwór bardziej na nią zasługuje.

Kolejnym symbolem chrześcijańskim z gatunku oczywistych jest Święty Mung. W szpitalu Świętego Munga leczone są ofiary magii i chorzy, którzy zapadli na choroby o charakterze magicznym. Nie jest łatwo znaleźć świętego Munga w wykazach świętych katolickich, czy anglikańskich. Nie ma go także w wykazach prawosławnych, i kościołów orientalnych. Co gorsza, Świętego Munga (mistrz Hung Mung) zna i czci dyskordianizm, który jest sui generis neopogańską sektą, przez niektórych badaczy uważaną za zbliżoną do satanizmu. Hung Mung jest wzywany w rytuałach tej sekty. Na przykład w tak zwanym rytuale otwarcie jest przyzywany w następujący sposób: „Błogosławiony Apostole Hung Mung, wielki Mędrcu Calthay, Zrównoważ Misz-Masz i zapewnij nam equilibrum”. Mung to także gatunek fasoli i grzyba oraz nazwa miejscowości we Francji. Słowo Mung występuje też w życzeniach Bożonarodzeniowych i noworocznych po wietnamsku(Chuc Mung Giang Sinh – Chuc Mung Tan Nien). Na podstawie tych danych można by owego Świętego Munga uznać za symbol jedynie pozornie chrześcijański. A jednak Święty Mung, a właściwie Mungo istnieje. Mungo to przydomek jednego z pierwszych misjonarzy Szkocji, Św. Kentigerna, który uchodzi za założyciela Glasgow i którego portret znajduje się w herbie tego miasta. Katedra w Glasgow również nosi jego imię. Żył on prawdopodobnie w latach 518-603. Nic więc dziwnego, ze szkocka pisarka wplotła w swoje dzieło postać szkockiego świętego. Formalnie co prawda w powieści wspomniany jest inny, fikcyjny święty Mungo, ale nawiązanie do szkockiego misjonarza jest oczywiste.

Walentynki i Wielkanoc, podobnie jak Boże Narodzenie są w cyklu ograniczone do obrzędów praktycznie świeckich, ale nie ma wątpliwości, że wywodzą się z chrześcijańskiej kultury i do niej nawiązują. Ich rola w cyklu jest zdecydowanie mniejsza niż Bożego Narodzenia, a obrzędowość skromniejsza.

Ostatnim symbolem z tej grupy jest Gruby Mnich, duch patron Huffelpuffu, jednego z hogwarckich domów. Tutaj znowu „doczepię” się tłumaczenia. Słowo mnich jest nieco nieadekwatne, gdyż w angielskim oryginale nie występuje monk, lecz friar. Proponowałbym raczej tłumaczenie tego słowa jako „braciszek”. Ten symbol nie jest zbyt silny, jest jednak wyraźnym nawiązaniem do chrześcijańskiej już nie tylko kultury, ale do chrześcijańskiego, a ściślej katolickiego i anglikańskiego modelu życia religijnego.

Na koniec tej części zdjęcie koscioła  Świetego Munga w Glasgow

mungo

Myślę, że niektórzy czytelnicy już w tym momencie są zaskoczeni faktem, że jakieś symbole chrześcijańskie w HP jednak występują i to niebłahe i nieprzypadkowe. Każdy z nich ma swoje starannie wyważone miejsce. Prawdziwe bogactwo symboliki chrześcijańskiej w cyklu o Harrym Potterze odkrywa się jednak przed nami dopiero wtedy, gdy zajrzymy do grupy symboli dyskretnych. Zacznę od chyba najbardziej zaskakującego przykładu, gdyż symbol, który najpierw omówię nie jest powszechnie kojarzony z religią chrześcijańską. Wszyscy czytelnicy i widzowie wiedzą zapewne, że Harry, zagrożony przez Dementorów stworzył, czy też przywołał istotę zwaną Patronusem, która w jego przypadku miała postać jelenia. Otóż jeleń, o czym mało kto wie, jest jednym z najstarszych symboli chrześcijańskich. W starożytności powszechnie uważano jelenia za wroga jadowitych węży, z jego skóry wykonywano amulety przeciwko ukąszeniu tychże. To wyobrażenie jelenia jako zabójcy węży zostało przejęte przez wczesne chrześcijaństwo. W tekstach z tego okresu pisze sie, ze jeleń wypluwa wodę w szczeliny skalne będące schronieniem węży i rozdeptuje je, gdy z owych szczelin wypływają. „Tak pokonuje też nasz Pan węża, diabła, wodą niebiańską(…) Jeleniowi podobni są na inny sposób asceci. Łzami skruchy gaszą płonące strzały Złego, i depcząc wielkiego węża, diabła, zabijają go”. I dalej ta pisze ten sam tekst: „Jeżeli masz węża w sercu, a mianowicie grzech, pospiesz do źródeł, do żył Pisma Świętego, i pij żywą wodę (…) abyś nie umarł w grzechu”. A pewien bestiariusz średniowieczny pisze tak: Jelenie poznały cudowna moc ziela dyptam, bo gdy strzały myśliwych utkwią w ich ciele, zjadają to ziele, aby strzały wypadły, a rany zagoiły się. Gdy jelenie przechodzą przez rzeki, opierają głowy na zadach jeleni płynących przodem, by sobie w ten sposób ulżyć. Gdy natkną sie na brudne miejsce, przeskakują przez nie szybko. Tak winni czynić chrześcijanie(…) pomagać sobie wzajemnie, omijać skokiem miejsca brudnego grzechu, a gdy zatrują sie diabelskim jadem wężowym, winni udać się do prawdziwego źródła Chrystusowego, aby wyznać grzechy i odzyskać młodość”. Jak powszechnie wiadomo, wąż najczęściej symbolizuje szatana, toteż walczący z wężami jeleń symbolizuje Chrystusa. Dodatkowo tę interpretacje wzmacniają legendy o Świętych Hubercie i Eustachym, którym ukazywał się Chrystus w postaci jelenia w kolorze białym z krzyżem między rogami. Sztuka chrześcijańska, opierając sie na Psalmie 42, mówiącym „Jak tęskni jeleń do źródeł wód, tak tęskni dusza moja do Ciebie, Boże” przedstawia w postaci jelenia duszę ludzka spragniona Boga. Dlatego często spotykano wizerunki jeleni na starożytnych baptysteriach i średniowiecznych chrzcielnicach. Często występującym motywem był jeleń objadający pędy winorośli, co symbolizuje ludzi dostępujących łaski Bożej. Jeleń występuje także w ikonografii licznych świętych, między innymi Idziego, Meinulfa, Oswalda i Prokopiusza. (Biedermann, 2003, s.127-128) Widzimy więc, ze autorka wybrała doskonale ten symbol. Ma on bowiem bogatą tradycję użycia w zachodnim chrześcijaństwie, a także bardzo interesujące głębokie znaczenia. Z jednej strony oznacza on Chrystusa, a z drugiej strony ludzką duszę. Bardzo to odpowiednie dla Patronusa. Symboliczne cechy jelenia są indywidualistyczne, co jest właściwie dla bytu symbolicznego związanego osobiście z postacią bohatera.

Kolejnym symbolem chrześcijańskim w świecie czarodziejów jest Feniks. O ile Jeleń był symbolem ważnym przede wszystkim dla Harrego, o tyle Feniks odnosi się do całości magicznego świata. Jak wiemy, Feniks Fawkes rezyduje w gabinecie Albusa Dumbledore’a, postaci niesłychanie waznej nie tylko w szkole, ale i poza nią. Feniks jest również patronem zakonu walczącego z Voldemortem. Sam Feniks to bardzo stary, bardzo ważny i bardzo rozpowszechniony symbol, związany z kompleksem pojęć dotyczących nieśmiertelności a przede wszystkim zmartwychwstania. W mitologii greckiej i rzymskiej Feniks kończył życie spopielając się, następnie po trzech dniach zmartwychwstaje. Te wyobrażenia o Feniksie przejęło chrześcijaństwo. Ojcowie Kościoła przyznawali Feniksowi role symbolu o podwójnym znaczeniu – miał on oznaczać zarówno Zmartwychwstałego Chrystusa, jak i duszę ludzką. Jest więc pełna analogia z omawianym wcześniej jeleniem. O feniksie wczesnochrześcijański fizjolog tak pisze: „Jeżeli nierozumnemu stworzeniu, które nie zna Stwórcy Wszechrzeczy, dana jest moc powstania ze zmarłych, czyż nam, którzy chwalimy Pana i przestrzegamy jego przykazań, nie będzie dane zmartwychwstanie?” w ikonografii chrześcijańskiej często pełni feniks rolę podobną do pelikana. (Biedermann, 20032, s.127-128) W Chrystusie feniks oznacza przede wszystkim Jego Boską naturę, w odróżnieniu od wspomnianego pelikana, który oznacza naturę ludzką. Kiedy symbolizuje duszę wskazuje po pierwsze na jej nieśmiertelność, po drugie zaś na możliwość jej oczyszczenia w ogniu czyśćcowym. Poza tym w symbolice feniksa mieści się zwycięstwo nad śmiercią, co łączy się z aspektami już omówionymi, a także dziewictwo. To ostanie wynika z tradycji żydowskiej. W tejże feniks, występujący pod imieniem Milcham jest jedynym zwierzęciem, które odmówiło Ewie zjedzenia owocu z drzewa wiadomości. Nagrodą za to była otrzymana od Boga nieśmiertelność. (Mariusz Dobkowski, Feniks, w Religia, 2001-2003, T.4, s17).

 

W cyklu o Harrym Potterze Feniks pełni rolę Zbawiciela i niejako inkarnacji Bóstwa. Trzykrotnie, w tomach II, IV i VI Feniks śpiewa. W dwóch pierwszych przypadkach śpiew Feniksa leczy rany Harrego, rany zatrute, prawdopodobnie śmiertelne. Nie ma więc wątpliwości, że ratuje go od śmierci. Po raz trzeci Feniks śpiewa po śmierci Dumbledore’a. Warto w tym momencie przypomnieć poglądy Dumbledore’a na temat śmierci. Śmierć nie jest dla niego końcem, ale początkiem „nowej przygody”. Śpiew Feniksa miał więc go przeprowadzić do tego nowego życia. Zawsze więc śpiew Feniksa ma moc przeprowadzania od śmierci do życia, z tym ze najpierw dwukrotnie przywraca Harrego do życia doczesnego, zaś za trzecim razem przeprowadza Dumbledore’a do życia nowego rodzaju. Widać tu pewną analogię do Ewangelii, gdzie Chrystus najpierw kilkukrotnie wskrzesza umarłych do życia doczesnego, by w końcu zmartwychwstać do życia w Chwale. Powstaje tu pytanie o osobę Dumbledore’a. Pisałem już, że w symbolice chrześcijańskiej Feniks oznacza Boską, a Pelikan ludzką naturę Chrystusa. W cyklu potterowskim próżno by szukać jakiegoś Pelikana. Ale tu nie ma luki. Ludzką naturę Chrystusa reprezentuje Dumbledore. Może to wydawać sie dziwne, ale zważmy, ze Dumbledore:

-jest uosobieniem dobra i wszystkich pozytywnych cech

-jest niesprawiedliwie prześladowany m.in. Przez Ministerstwo Magii

-posiada Moc większą, niż jakikolwiek inny czarodziej

-Feniks Fawkes jest ściśle związany z Dumbledore’em.

Warto też wspomnieć, że postać Dumbledore’a jest paralelna do postaci Gandalfa u Tolkiena, a jego rysy Chrystusowe są jasne. Przypomnijmy że Gandalf niejako zmartwychwstaje doznając przy tym swoistej transfiguracji. Postać Dumbledore’a jest wiec uzupełnieniem symboliki Feniksa w cyklu potterowskim.

Jeleń i Feniks są niewątpliwie najważniejszymi symbolami chrześcijańskimi w świecie Harrego Pottera. Jak juz wspomniałem w dziełach pisarzy chrześcijańskich oznaczają one zarówno Jezusa Chrystusa, jak i duszę Jemu wierną. W dziełach pani Rowling role te są po części rozdzielone. Z kontekstu można wnosić, ze w książkach o Harrym Potterze to feniks symbolizuje samego Chrystusa, czy ogólniej Boga, jeleń zaś zjednoczoną z Chrystusem (co w tym kontekście oznacza przede wszystkim zjednoczenie z Dobrem) duszę Harrego. Jest bowiem jasno powiedziane, że wywoływanie Patronusa nie jest wzywaniem jakiejś istoty zewnętrznej , lecz wręcz przeciwnie pewnych mocy duchowych samego przyzywającego. Oprócz tych dwóch najważniejszych symboli występuje w dziele jeszcze cały szereg pomniejszych. Pierwszym z nich jest jednorożec. W pierwszym tomie przygód młodego czarodzieja dwa jednorożce giną niewinnie z rąk Voldemorta. Nie ma wątpliwości, ze jest to symbol chrześcijański. To zwierzę również jest bogate w symbole o chrześcijańskim charakterze. Jego znaczenie symboliczne zostało przez chrześcijaństwo przejęte ze starożytnych legend, a występuje już w tekstach wczesnochrześcijańskich. Przede wszystkim widziano role Jednorożca w zwalczaniu trucizn. Przed trucizną miały chronić przede wszystkim jego rogi. Jeden z bestiariuszy tak uzasadniał jego skuteczność w tej mierze: zanim inne zwierzęta zbliża się do wodopoju, „wąż pręży się i pluje trucizna do wody. Zwierzęta wiedząc, ze w wodzie znajduje się trucizna, nie odważają się jej pić. Czekają na jednorożca. Ten przybywa, wchodzi do wody i rogiem kreśli znak krzyża, co sprawia, ze ustaje działanie trucizny. Dopiero gdy jednorożec napije się wody, piją też wszystkie inne zwierzęta”. Inne legendy, bardzo rozpowszechnione mówią, że jednorożca schwytać potrafi jedynie dziewica. W związku z tym staje się jednorożec także symbolem dziewictwa.. W dalszej konsekwencji tego faktu pojawia się w ikonografii Matki Boskiej. Szczególnie uwidacznia sie to w scenach Zwiastowania, gdzie archanioł Gabriel bywał niekiedy przedstawiany jako myśliwy przyprowadzający do Maryi jednorożca. Towarzyszyły mu trzy ogary bądź o imionach Wiara, Nadzieja i Miłość, bądź też Prawda, Sprawiedliwość, Pokój. Matka Boża była w tych scenach przedstawiana albo w ogrodzie albo przy różanym żywopłocie. (Biedermann, 2003, s,125-126). Rowling przedstawia jednorożca jako niewinną ofiarę złego czarnoksiężnika. Przywodzi to na myśl śmierć Aslana u Lewisa, która jak wiemy odpowiada męczeńskiej śmierci Chrystusa na krzyżu. Jest więc w świecie Harrego Pottera kolejnym symbolem chrystologicznym. Jego związki z Chrystusem są wielorakie, pisarze chrześcijańscy ukazują jednorożca, jako wskazującego na jednorodzoność Syna Bożego, na jego niepokonaną siłę, jak już wskazałem na śmierć na krzyżu, na wszechwładzę nad światem. Jednak w literaturze chrześcijańskiej symbolika jednorożca jest jeszcze bogatsza, jest on bowiem łączony także z Bogiem Ojcem. Pryscylian określał Boga jako jednorogiego. Jednorożec jest także symbolem Ducha Świętego, a także atrybutem świętych Justyn z Antiochii i Padwy. (Mariusz Dobkowski, Jednorożec, w Religia 2001-2003, T. 5, s. 181-182)

Te trzy symbole nawzajem sie uzupełniają. Jednorożec łączy w sobie cechy obydwu pozostałych. Podobnie jak feniks jest wzorcem czystości i jego śmierć jest figurą śmierci Chrystusa, podobnie zaś jak jeleń jest wrogiem węży. Wzajemnie się uzupełniając wzajemnie się też wzmacniają tworząc konglomerat symboliki ewidentnie chrześcijańskiej. Jej istnienie w takiej formie w dziełach Rowling wręcz nakazuje radykalną rewizję poglądów na ich stosunek do chrześcijaństwa. Dzieła tak przesycone silną symboliką chrześcijańską nie mogą być uznane za wrogie chrześcijaństwu. Co więcej należy je uznać za w istocie chrześcijańskie. Pytanie tylko, jakie chrześcijaństwo wyłania się z za tych symboli? Przyznaję, że sam byłem bardzo zaskoczony, gdy z badań nad tym tematem wyłaniał się coraz pełniejszy obraz. Pani Rowling jest prezbiterianką, natomiast konglomerat symboli użytych w jej książkach jest żywcem wzięty z chrześcijaństwa sakramentalnego. Jeśli chrześcijaństwo wyłaniające sie zza tych symboli nie jest wprost rzymskim katolicyzmem, to jest w nim przynajmniej tyle katolicyzmu, co w Wysokim Kościele anglikańskim. Może sie zdawać, ze jestem o krok od uznania Rowling za kryptokatoliczkę, jednak tak nie jest. Nie jestem aż tak naiwny. Gdyby chciała zostać katoliczką, to by nią została, a nie bawiła sie w szarady. Symbole katolickie nie są zresztą jedynymi w tych książkach. W kolejnych rozdziałach naświetlę inne aspekty, a w rozdziale ostatnim postaram się dać spójną i prawdopodobną wykładnię ich wszystkich. Wtedy stanie się jasne, dlaczego prezbiterianka umieszcza w swych książkach katolickie symbole.

 

Literatura przedmiotu:

  1. Biedermann Hans; Leksykon Symboli: Warszawa 2003

  2. Gadacz Tadeusz, Milerski Bogusław; Religia. Encyklopedia PWN; Warszawa 2001-2003

Na koniec jeszcze jedna ilustracja, trochę zartobliwa w tym kontekście.

Rumpel
rump

Wpadki Posła Wierzejskiego

 

wierzejski

Ja tam w sumie lubię posła Wojciecha Wierzejskiego z Ligi Polskich Rodzin. To sympatyczny człowiek w moim mniej więcej wieku, podobnie jak ja prowadzący bloga, i również podobnie jak ja, będący humanistą W zasadzie nie wiem jak to się stało, że w wyborach na prezydenta Warszawy przegrał nawet z komitetem wyborczym Krasnoludków i Gamoni. Zresztą może i nic w tym dziwnego, bo sympatia to jedno, a głosowanie drugie. Ja również nie zagłosowałbym na posła Wierzejskiego. Są co prawda sprawy, w których jesteśmy całkowicie zgodni, na przykład kwestia obrony życia poczętego, w innych jednak, na przykład na polu edukacji nasze poglądy różnią sie diametralnie. Dziś jednak nie o poglądach Pana posła będę pisał,ale o zaskakującym dla mnie toku rozumowania, jaki rzeczony reprezentuje. Sprowokowało mnie do tego kilka jego wystąpień publicznych.


 

Najpierw, 11 kwietnia, pojawił się na poselskim blogu wpis zatytułowany Karta Praw Rodziny, mundurki, podręczniki. W tym to wpisie znalazły sie takie między innymi sformułowania:


 

Natomiast z winy posłów PIS nie udało się ograniczyć plagi drogich podręczników. Ministerstwo postulowało, żeby nauczyciele, czyli Rada Pedagogiczna, mieli prawo i obowiązek uchwalać jeden podręcznik do jednego przedmiotu dla jednej klasy na kolejne trzy lata. To bardzo by ułatwiło przekazywanie podręczników przez starsze roczniki – młodszym. I na pewno sprawiłoby, że rodzice mniej pieniędzy wydawaliby na podręczniki. Powstałby rynek wtórny.


 

Oraz


 

A dziś Sejm uchwalił obowiązkowe stroje jednolite w szkołach podstawowych i gimnazjach oraz zezwolił dyrektorom szkół ponad-gimnazjalnych na wprowadzenie takich strojów za zgodą Rad Rodziców. To wielki sukces. W wielu krajach na Zachodzie obowiązują takie zasady. Myląca jest nazwa – mundurki. Nie chodzi przecież o stroje na wzór mundurów militarnych, z pagonami, medalami itp. Chodzi raczej o strój schludny, elegancki, w każdej szkole pewnie nieco inny, z odrębnymi elementami dla dziewcząt i chłopców.


 

W tych wpisach sympatyczny poseł wykazuje się dwoma niezbyt sympatycznymi cechami – niekonsekwencją i brakiem wyobraźni. Niekonsekwencja jest w tym, że w jednym akapicie narzeka na koszty obciążającego rodziców zakupu podręczników, w innym zaś wychwala mundurki, narażające te same osoby na koszta co najmniej porównywalne. Brak wyobraźni objawia się zaś w tym, że poseł nie widzi innych niż przywoływane przez siebie aspektów ujednolicenia podręczników. Pisałem juz o tym na moim blogu w czerwcu ubiegłego roku, dlatego teraz zacytuję dla odmiany samego siebie:

 

Pan Giertych chce wrócić do centralnego wybierania podręczników. Nie jest to dobry pomysł, wręcz przeciwnie, bardzo zły. Podręcznik musi być dostosowany do wizji nauczyciela, oraz do potrzeb i oczekiwań uczniów. Nie może bowiem być tak, że nauczycielski wykład będzie miał zupełnie inaczej rozłożone akcenty niż tekst w podręczniku. Uczniowie się w tym pogubią. A takie sytuacje są nieuniknione, gdy podręczniki będą jednakowe dla wszystkich. Zobrazuję to na przykładzie nauczania historii, bo to podobno niegdyś premier Giertych uskuteczniał. Są nauczyciele skupiający sie na schemacie data-osoba-miejsce-wydarzenie, są też tacy, dla których najważniejszy jest polityczny, społeczny, ekonomiczny, kulturowy i religijny charakter wydarzeń i zjawisk historycznych, ich przyczyny i skutki w każdym z wymienionych aspektów. Są wreszcie tacy, którzy snują opowieść o anegdotyczno – gawędziarskim charakterze. Styl podręcznika musi przynajmniej częściowo współgrać ze stylem wykładu. A jaki jeden podręcznik ma współgrać ze wszystkimi stylami, nieraz bardzo różnymi?


 

Teraz co prawda pomysł złagodzono i to nie ministerstwo, a dyrekcja szkoły miałaby wybierać podręcznik, ale idea pozostaje ta sama. Zabiera sie swobodę wyboru nauczycielowi, co niesie konsekwencje opisane przeze mnie wyżej. Zresztą wolny wybór podręcznika przez nauczyciela nie likwiduje rynku wtórnego, co najwyżej częściowo go ogranicza (wystarczy zobaczyć ile ofert sprzedaży podręczników znajduje sie w internetowych serwisach aukcyjnych, aby sie przekonać, ze rynek wtórny istnieje i ma sie dobrze), więc na pewno ma więcej plusów niż minusów. Jednak to nie ostatni przykład braku wyobraźni posła – filozofa.


 

Dwa dni później opublikował on na blogu listę posłów, którzy nie poparli antyaborcyjnej poprawki konstytucyjnej, opatrując tę listę następującym wstępem:

Oto lista posłów z PIS, którzy nie poparli poprawki przewidującej zmiany w art. 30 i 38 Konstytucji RP, gwarantującej prawo do życia „od chwili poczęcia do naturalnej śmierci” oraz gwarantującej „godność człowieka od poczęcia” (celowo nie głosowali, choć byli obecni w sejmie, albo się wstrzymali od głosu, co oznacza bycie przeciw).

Nie pomyślał, ze część posłów nie mogła być obecna z powodu choroby, nieraz ciężkiej, co mu od razu wytknięto. Nie pomyślał też o tych konserwatystach, którzy opierając sie na tradycyjnej Nauce Kościoła są zwolennikami kary głównej. Po prostu sytuacje takie z jakichś powodów nie zmieściły sie w wyobraźni pana posła. Nie trzeba dodawać, ze niechcący w ten sposób raczej zaszkodził, niż pomógł wielkiej i słusznej sprawie o którą walczy.


 

Niestety to nie koniec. Po kilku dniach świat dowiedział się o kolejnym pomyśle posła Ligi – aby do art. 256 kodeksu karnego, który zakazuje propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa dodać zakaz propagowania satanizmu. I tu nie wziął pod uwagę dwóch rzeczy. Po pierwsze, że bardzo trudno jest odróżnić satanizm od różnorakich form okultyzmu i neopogaństwa, których zakazywanie było by nieuzasadnionym ograniczeniem wolności sumienia i wyznania. Po drugie zaś tego, że daleko nie wszyscy sataniści zwierzęta zabijają, dzieci rozpijają, narkotyki podają, jak poetycznie wymienia pan poseł. Nie wszyscy tez nawołują do nienawiści. Klasyczni laveyanie, zrzeszeni w tajnych i bynajmniej nie nagłaśniających swojego istnienia sektach praktykują po prostu filozoficzny hedonizm, czym nie czynią bliźnim większej szkody niż przeciętni przykładni obywatele.

 

Te wszystkie „wpadki” spowodowane nieumiejętnością wyobrażenia sobie innych sytuacji i wyjaśnień niż najbardziej prawdopodobne nie zaskakiwałyby i nie dziwiły, gdyby poseł Wierzejski był dajmy na to inżynierem, lub ekonomistą. Ale jest on filozofem, a do filozofa, wymaga się przecież większej giętkości umysłu i umiejętności wyobrażenia sobie rzeczy nieraz bardzo abstrakcyjnych. Dlatego z dobrego serca radze panu posłowi, aby uprawiając politykę częściej korzystał z tego warsztatu, jaki mu studia filozoficzne dały.

 

Rewolucje kulturalne

parada

Jeden z nielicznych, jak na razie komentatorów mojego bloga, niejaki misioo1977, napisał pod moją notka autobiograficzną: Zapomniałeś dodać, ze jesteś jeszcze homofobem. Czy rzeczywiście nim jestem? Homofobia, to wg Wikipedii lęk przed zetknięciem się z osobami o orientacji homoseksualnej, wstręt, niechęć, nienawiść wobec osób o orientacji homoseksualnej lub potępianie takich osób z powodu ich orientacji. Otóż chciałbym zapewnić, że wszystkie trzy wymienione w tej definicji postawy są mi obce. Nie ma we mnie ani krzty negatywnego nastawienia do osób o orientacji homoseksualnej. Podejrzewam, ze homofobii doszukał sie mój komentator w tekście Nietolerancyjny „Marsz Tolerancji”, a to oznacza, że tego tekstu nie zrozumiał. W artykule tym protestowałem nie przeciwko homoseksualistom, nie przeciwko homoseksualizmowi ani też nie przeciwko paradom homoseksualistów, a przeciwko swoistej uwerturze homoseksualnej rewolucji kulturalnej, której jesteśmy świadkami. Ponadnarodowa kultura europejska, która zresztą swój wpływ rozciąga się daleko poza Europę opiera sie zasadniczo ( w dużym uproszczeniu) na dwóch filarach: chrześcijańskiej religii i heteroseksualnej erotyce. Sacrum i eros są zresztą siłami napędowymi praktycznie każdej kultury. Nie mogę się w tym momencie powstrzymać przed zacytowaniem definicji mojej znajomej kulturoznawczyni, zgodnie z którą kultura jest tworem składającym się w 90% z seksu i 10 % z wierzeń. Przepraszam, jeśli cytuję niedokładnie. W przypadku kultury europejskiej są to wierzenia chrześcijańskie i seks hetero. Nie oznacza to oczywiście, ze w Europie nie ma miejsca dla niechrześcijan i homoseksualistów. Mają oni swoje miejsce, nie mogą jednak zdominować kultury. Jeśli ja zdominują, nie będzie to juz kultura europejska. Jeśli kto nie wierzy w rolę tych dwu bytów w kształtowaniu europejskiej kultury to niech sobie Jesień średniowiecza Johana Huizingi poczyta. Te wszystkie prawidłowości, które opisał Huizinga występują w naszej kulturze do dnia dzisiejszego, choć intensywność wielu z nich znacząco osłabła.

Oczywiście akceptuję zmiany w kulturze. Zmiany te są oczywistością i bez nich kultura istnieć nie może. Zwykle są to zmiany nieznaczne i nieliniowe, jest jednak możliwe, ze i wspomniane filary kultury europejskiej zostaną zastąpione innymi, a tym samym kultura europejska, zostanie zastąpiona inna kulturą.

Protestuję jednak przeciwko wszelkiego rodzaju rewolucjom kulturalnym, przeciwko siłowemu zmienianiu kultury metodami politycznymi, czy zbrojnymi. A z analizy haseł wznoszonych na kolejnych paradach wnoszę, że czego jak czego, ale homoseksualnej rewolucji kulturalnej mamy podstawy sie bać. Aktywiści homoseksualni dążą do obalenia obydwu filarów europejskiej kultury. Erotykę heteroseksualna chcą zastąpić homoseksualną,a religie, nie tylko zresztą chrześcijańska zamknąć w klatce życia prywatnego. Ja tego nie wymyśliłem, oni to otwarcie głoszą. Chcą więc, na sposób rewolucyjny, zniszczyć europejską kulturę. A ja jestem konserwatysta – nie lubię rewolucji, bo jeszcze nie było takiej która by zmieniła coś na lepsze. Rewolucje zawsze powodują zmiany na gorsze. A kulturę Europejska lubię, dlatego pragnę jej swoja pisanina bronić. Ot i wsio. Dlatego będę na moim blogu kulturę europejska propagować, zarówno wysoką, jak i niską, zarówno erotyczna, jak i religijną. Choćby to niektórych gorszyło, zarówno lewaków, jak i purytanów.

O Eurowizji ostatni raz w tym roku

 

No i już po tegorocznym konkursie piosenki Eurowizji. Zwyciężczynią została Marija Šerifovič (na zdjęciu) z Serbii. Wykonywała utwór Molitva utrzymany w konwencji pop z niewielkimi wstawkami etnicznymi. Ma u mnie wielki plus za brak choreograficznych popisów i epatowania seksem. Nie żeby mi te rzeczy przeszkadzały, ale doceniam odwagę wyłamania się z konwencji. Zresztą skromna kreacja sceniczna doskonale pasowała do parareligijnego charakteru utworu:

MOLITVA

Muzika: Vladimir Graić

Tekst: S. M. Mare


Ni oka da sklopim,

postelja prazna tera san,

a život se topi

i nestaje brzo, k’o dlanom o dlan.


K’o razum da gubim,

jer stvarnost i ne primećujem,

još uvek te ljubim,

još uvek ti slepo verujem.


K’o luda, ne znam kuda,

ljubavi se nove bojim,

a dane, žive rane,

više ne brojim.


Molitva, kao žar na mojim usnama je,

molitva, mesto reči samo ime tvoje.

(I) Nebo zna, kao ja,

koliko puta sam ponovila,

to nebo zna, baš kao ja,

da je ime tvoje moja jedina

molitva.


Al Bogu ne mogu

lagati sve dok se molim,

a lažem ako kažem

da te ne volim.


Zachęcam do posłuchania kilku innych piosenek wokalistki:


Jos jedan korak


Ti i samo ti


Znaj da znam


Volim ga


Bułgaria i Gruzja, którym kibicowałem zaprezentowały się w finale nieźle. Bułgaria piąta, Gruzja dwunasta.

Raz jeszcze poznęcam sie nad Jetsetem. Po półfinale jakiś nawiedzony fan tego zespołu, podpisujący się jerzy.zywiecki napisał na forum Gazety.pl (zachowuję pisownie oryginału): Po prostu Europa przestała nas lubić,a szkoda bo piosenka fajna.Obraz polityczny Polski w świecie jest fatalny w ostatnim czasie i to się przekłada na inne obszary.Nawet Białóruś cieszy się większą sympatią. Facet powinien sie leczyć, bo jak widać wszystko mu sie z kaczkami kojarzy, a do tego jego diagnoza w tym przypadku okazała się wyjątkowo nietrafna. W półfinale nasi reprezentanci zajęli 14 miejsce, otrzymując 75 punktów w tym po dziesięć od Irlandii i Andorry. Muszą nas w tej Europie jednak bardzo lubić, skoro głosowali na tak beznadziejny utwór. Mam nadzieję, ze po tym konkursie, a zwłaszcza po finale, w którym wygrała piosenka praktycznie pozbawiona choreografii, The Jet Set przekona się, że ta ostatnia jest najmniej ważna, a epatowanie seksem nie pomoże, gdy piosenka jest fatalna.


Powtórzę za moim poprzednim tekstem: najpewniejszą receptą na sukces jest połączenie popu lub rocka z folkiem. Znaczna część finalistów się do tego zastosowała. Oczywiście nie wszystkim przyniosło to sukces, ale większość miejsc w pierwszej piątce zajęli wykonawcy tego schematu : Serbia (1), Ukraina (2), Turcja (4),Bułgaria (5). Inspirowane etnicznie były również utwory: Gruzji (12), Rumunii (13) Macedonii (14), Słowenii (15) i Irlandii (24). Myślę, że gdyby Polskę reprezentowały Brathanki, Piersi lub Zakopower, miejsce w pierwszej dziesiątce byłoby pewne.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij