Słaba książka o historii Kościoła

Kowalczuk- zarys

 

W roku 2004, nakładem wydawnictwa Studio EMKA ukazała się książka ks. Zygmunta Kowalczuka Zarys historii Kościołów chrześcijańskich z podtytułem Nie tylko dla studentów. Jest to książka bardzo słaba i odtwórcza, w związku z czym chciałem przed nią przestrzec i uchronić Was, drodzy czytelnicy przed wyrzuceniem pieniędzy w błoto.

Już sam jej tytuł jest mylący. Aby oddać treść książki powinien on brzmieć Zarys historii wybranych kościołów chrześcijańskich, ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła Rzymskokatolickiego albo prościej Zarys historii Kościoła Rzymskokatolickiego. 90% treści książki jest bowiem poświęcone temu ostatniemu. Książka ma wiele braków i błędów. Najważniejsze z nich omówię poniżej.

Z sekt średniowiecznych wymienieni są tylko katarzy i waldensi, O Husie jest tylko mała wzmianka, nie ma nic o Husytach, Braciach Czeskich i innych typowo czeskich wyznaniach, z wyznań protestanckich krótko omówionych jest jedynie kilka (co byłoby do przyjęcia, gdyby autor, zgodnie z nauką Kościoła, odmawiał grupom protestanckim miana kościołów, nic jednak w treści książki na to nie wskazuje). Prawosławiu poświęca się trochę uwagi jedynie w kontekście schizmy wschodniej, późniejsza historia tego kościoła w ogóle autora nie interesuje, kościołom orientalnym są poświecone ledwie dwie stroniczki, brakuje tam fundamentalnych o nich informacji, nie są nawet wszystkie wymienione starokatolicyzm jest ledwie tknięty, o polskich kościołach starokatolickich, np. polskokatolikach i mariawitach nie ma wzmianki, Katolickie Kościoły Wschodnie pojawiają się jedynie w kontekście Unii Brzeskiej i nieszczęśliwego sformułowania przy omówieniu kościołów orientalnych, o czym za chwilę. Brak wzmianki o staroobrzędowcach i sektach rosyjskich.

Przykładowe błędy: s.109 "na czele Kościołów wschodnich (z wyjątkiem prawosławia) stoi patriarcha zwany katolikosem" – oczywista brednia. Tytuł ten noszą tylko niektórzy patriarchowie wschodni, część z nich zresztą to prawosławni, nie noszą go natomiast żadni hierarchowie afrykańscy, co autor sugeruje w następnym zdaniu. S.110 "wszystkie wymienione Koscioły wschodnie zawarły unię z Kościołem katolickim" – wynikałoby z tego, że żadne orientalne kościoły dyzunickie nie istnieją. Zdanie należało sformułować inaczej -liczne są powtórzenia i zaburzenia chronologii. Najwyraźniej to widać na s. 99-101, gdzie to samo wydarzenie jest opisane dwa razy, prawie tak samo.

W tabeli na s.263 kościoły prawosławne są podzielone na autokefaliczne, autonomiczne i kanoniczne, a przecież autokefaliczne wraz z autonomicznymi i zależnymi ( o których brak wzmianki) są kanoniczne, a oprócz nich istnieją jeszcze niekanoniczne.


Nie byłoby nic złego, gdyby ks. Kowalczuk napisał książkę o dziejach Kościoła Rzymskokatolickiego i odpowiednio ja zatytułował. Nie czyniłbym mu z tego zarzutów, wręcz przeciwnie. W obecnej sytuacji mamy jednak do czynienia z niedopuszczalna rozbieżnością między tytułem a treścią książki. Nie podoba mi się też, gdy kapłan ukrywa swoje kapłaństwo, a ks. Kowalczuk tak właśnie czyni. Nigdzie w książce nie ma wzmianki o jego stanie duchownym, a do zdjęcia na tylnej stronie okładki pozuje w garniturze i pod krawatem. Reasumując, nie polecam tej książki nikomu, studentom zwłaszcza. Z licealnych podręczników do historii można się więcej dowiedzieć. O niebo lepsza jest, zachowująca mniej więcej ten sam zakres tematyczny książka nieżyjącego juz byłego księdza Jana Wierusza Kowalskiego, nie mówiąc juz o podręcznikach seminaryjnych, zwłaszcza starszych. Wkrótce omówię w tym samym miejscu jeden z takich tytułów, że by stworzyć skalę porównawczą.

Śmiertelne dotknięcie

Arka Przymierza 

Moderniści, wzorem swoich poprzedników w herezji, protestantów bardzo lubią argumentować powołując się na dosłowne rozumienie Pisma Świętego. Jak ognia natomiast boją się alegorycznego rozumienia Biblii, czy próby rozszyfrowania jej bogatej symboliki, czemu poświęcała się przez dwadzieścia stuleci teologia katolicka. Nie ma w tym nic dziwnego, albowiem alegoryczne rozumienie Pisma jest bezlitosne dla teoryj i praktyk modernistycznych. Do sztandarowych praktyk religijnych tych heretyków należy przyjmowanie Najświętszego Ciała Pana Jezusa na niegodne ręce świeckich. Tymczasem Pismo Święte w swoim alegorycznym rozumieniu surowo potępia tego rodzaju praktyki.


Jak zapewne większość w miarę oczytanych katolików wie, w Starym Testamencie znajdujemy figury rzeczywistości Nowego Przymierza. Jest oczywiste, ze w księgach ST znajdują się także figury Najświętszego Sakramentu. Najważniejszą i najczytelniejszą z nich jest Arka Przymierza. Arka była przedmiotem napełnionym Rzeczywistą Obecnością Boga. Tak samo postacie eucharystyczne są napełnione Rzeczywistą Obecnością Boga. Paralela jest tu oczywista. Możemy sie w pismach Ojców i Doktorów Kościoła spotkać także z innymi wyjaśnieniami znaczenia Arki. Przedstawia Ona figuratywnie oprócz Najświętszego Sakramentu także Najświętsza Maryję Pannę oraz ciało każdego chrześcijanina. To ostatnie wyjaśnienie można znaleźć u św. Hieronima, który rozwija w tym względzie myśl Św. Pawła Apostoła. Nie zmienia to jednak faktu, że Arka Przymierza symbolicznie przedstawia Najświętszy Sakrament i to co odnosi sie do Arki, odnosi się też do postaci eucharystycznych.


Tylko kapłani mogli dotykać Arki Przymierza. Nie mogli tego czynić nawet lewici, czyli niewyświęceni członkowie kasty kapłańskiej. Dotknięcie Arki przez osobę nieupoważnioną było karane śmiercią przez samego Boga. Stary Testament zna kilka takich przypadków. Najbardziej charakterystycznym jest poniższy fragment Drugiej Księgi Samuela:


1 A Dawid zebrał znowu wszystkich wybranych z Izraela, trzydzieści tysięcy.



2 I wstał Dawid, i poszedł, i wszystek lud, który był z nim z mężów Juda, aby przywieść skrzynię Bożą, nad którą wzywano imienia Pana zastępów, siedzącego na niej na cherubinach.



3 I włożyli skrzynię Bożą na wóz nowy, i wzięli ją z domu Abinadaba, który był w Gabaa, a Oza i Ahio, synowie Abinadaba, prowadzili wóz nowy.



4 A gdy ją wzięli z domu Abinadaba, który był w Gabaa; Ahio, strzegący skrzyni Bożej, szedł przed skrzynią.



5 A Dawid i wszystek Izrael grali przed Panem na wszelakich drzewach misternie uczynionych i harfach, skrzypcach, bębnach, gęślach i cymbałach.



6 A gdy przyszli do gumna Nachona, wyciągnął Oza rękę ku skrzyni Bożej i przyttzymał ją, bo wierzgały woły i nachyliły ją.



7 I rozgniewał się oburzeniem Pan na Ozę, i zabił go za śmiałość, i umarł tam przy skrzyni Bożej.



8 I zafrasował się Dawid, przeto że Pan zabił Ozę, i nazwano owo miejsce: Zabicie Ozy, aż do dnia tego.



9 – I zląkł się Dawid Pana dnia owego mówiąc: "Jakże wnijdzie do mnie skrzynia Pańska?"



10 I nie chciał prowadzić do siebie skrzyni Pańskiej do miasta Dawidowego, ale ją wprowadził do domu Obededoma, Getejczyka.



11 I mieszkała skrzynia Pańska w domu Obededoma Getejczyka trzy miesiące, i błogosławił Pan Obededomowi i wszystkiemu domowi jego.


W katolickiej teologii moralnej funkcjonuje opinia, wedle
której czyny zabronione, które w Starym Testamencie zagrożone były śmiercią, w Nowym Przymierzu stanowią grzech śmiertelny o ile są popełnione świadomie i dobrowolnie. Opinia ta nie ma statusu nauczania nieomylnego, czy nawet autentycznego, jest jedynie pewnym przybliżeniem ułatwiającym rozeznanie. W bardzo wielu przypadkach jest wiarygodna, co można stwierdzić przy okazji uważnej lektury dwóch ksiąg ST: Kapłańskiej i Powtórzonego Prawa. Nie mogę wiec powiedzieć, ze każde dotknięcie Ciała i Krwi Pańskiej rękami świeckiego stanowi grzech śmiertelny, ale liczyć się z taka ewentualnością każdy katolik powinien.

 

Zmiany w blogach

 

Skończyły się wakacje, skończył się też wakacyjny tryb działania moich blogów. Polegał on z grubsza na tym, że na jedynym działającym w owym czasie blogu Okiem Svetomira, dominowały zapowiedzi festiwali muzycznych i wznowienia moich starych tekstów. Od niedawna możecie czytać znów teksty nowe i aktualne, ale to nie jedyna zmiana. Chciałbym więc pokrótce przedstawić pozostałe:

– Blog Rybnik w Obiektywie Komórki zostaje zawieszony przynajmniej do wiosny

– Blog Okiem Svetomira zmienia nazwę na Kultura Okiem Svetomira i zawęża swą tematyke do ścisle kulturalnej. W związku z tym zostały ustanowione nowe kategorie tematyczne, na które wpisy będa podzielone. Nie wykluczam zwiekszenia w przyszłości liczby tych kategorii. Nowa kategoria pojawi się, gdy w kategorii Inne znajdą się przynajmniej trzy podobne tematycznie tekstyTo nadal będzie mój głowny blog, na którym wpisy będą sie pojawiać dwa razy w tygodniu. Od dziś w tym Blogu nie będą sie już pojawiać teksty z zakresu polityki.

-Ta ostatnia wędruje do nowego bloga Polityka Okiem Svetomira. Ten blog będzie uzupełniany rzadziej, w miarę nasuwajacych mi sie tematów z tej dziedziny.

-Założyłem jeszcze jednego bloga: Limeryki ze Smietnika. Bedą się na nim regularnie dwa razy w tygodniu pojawiać limeryki mojego autorstwa. Nie traktuję tej działalności poważnie, wierszokletą też jestem kiepskim (i do cechu nie należę), toteż po tych wierszach nie należy sie wiele spodziewać.

Mity ministerki

 

Była ministerka Nie Bardzo Wiadomo Czego pani Magdalena Środa, który słynie z pochopnych i nieprzemyślanych wypowiedzi, popełniła w miniony piątek, czyli siódmego września na łamach „Dziennika” felieton pod przydługim tytułem Nowy program prorodzinny rządu jest dobry. O ile cały felieton jest dosyć rozsądny, o tyle jeden z jego akapitów jest kuriozalnym stekiem wierutnych bzdur. Przytoczę go w całości i poznęcam się nad nim.

 

Co mówi zdrowy rozsądek? Że do rozrodczości trzeba dwóch: seksu i kasy. Jeśli chodzi o seks, nie ma w Polsce dziedziny tak stabuizowanej i smutnej. Nie ma edukacji seksualnej, nie ma wiedzy o antykoncepcji ani dostępu do niej, seks nie wiąże się z radością, tylko ze strachem. Gdyby obywatele dysponowali wiedzą seksualną i możliwością regulowania własnej prokreacji, a politycy zajęli się raczej ekonomiczną troską o dzieci żywe, a nie deklaratywną troską o „poczęte” – demografia by nam wzrosła.

 

Prawda, że bzdurnie brzmi? No to jazda z tym koksem.

 

Co mówi zdrowy rozsądek? Że do rozrodczości trzeba dwóch: seksu i kasy. To jedyny sensowny fragment tego akapitu. Z tym nie sposób się nie zgodzić.

 

Jeśli chodzi o seks, nie ma w Polsce dziedziny tak stabuizowanej i smutnej. Tu zaczynają się brednie. Bez żadnego problemu wymienię kilka dziedzin bardziej stabuizowanych i całe mnóstwo smutnych. Myślę, że każdy myślący człowiek też wymieni. Wystarczy gazety poczytać.

 

Nie ma edukacji seksualnej, Jak nie ma, jak jest, jakby powiedział Ferdynand Kiepski. Owszem, osobne lekcje w szkole pod tym tytułem kuleją, ale jest edukacja seksualna w ramach lekcji biologii i religii, biblioteki są pełne dobrej literatury w tym zakresie, a przede wszystkim są rodzice, bo to do nich należy prawo i obowiązek wychowania dzieci.

 

nie ma wiedzy o antykoncepcji ani dostępu do niej Z wiedzą zawsze tak jest, że jeden ma większą, a drugi mniejszą. Natomiast dostęp do antykoncepcji jest absolutnie wystarczający. Skupmy się na antykoncepcji hormonalnej. Tak się składa, że pracuję w aptece i coś niecoś na ten temat wiem. Opakowanie dobrego preparatu, wystarczające na miesiąc można kupić już za 20 złotych. Oczywiście jest ono na receptę, ale lekarz (dowolnej specjalności) może przepisać ilość na kurację półroczną. Od niedawna wróciła możliwość wystawiania w aptece odpisów recepty, toteż jeśli ma się przepisane 6 opakowań można wykupywać po jednym co miesiąc. Nie wiem więc jak miałaby wyglądać większa dostępność? Hormony bez recepty? A pani Środa weźmie odpowiedzialność za skutki uboczne źle dobranych dawek? A może powinny być jeszcze tańsze? Wszystko mogłoby być tańsze, ale w przypadku i tak niedrogich, jak na ten stopień skomplikowania preparatów, drogą do tego celu może być jedynie dotowanie produkcji bądź przez producenta, bądź przez podatników. Gdyby producent miał do swoich specyfików dopłacać, jego działalność straciłaby sens. A z jakiej paki wszyscy podatnicy mieliby dotować czyjś seks?

 

seks nie wiąże się z radością, tylko ze strachem Może pani minister wiąże się ze strachem. Mnie jak najbardziej z radością. I przede wszystkim z miłością.

 

Gdyby obywatele dysponowali wiedzą seksualną i możliwością regulowania własnej prokreacji, a politycy zajęli się raczej ekonomiczną troską o dzieci żywe, a nie deklaratywną troską o „poczęte” – Dotąd zwolennicy aborcji twierdzili „jedynie”, ze dzieci poczęte nie są ludźmi. Pani ministerka poszła dalej. Uważa, że nie są one żywe.

 

demografia by nam wzrosła. Tego zdania za Chiny Ludowe nie rozumiem. Jak może wzrosnąć (lub zmaleć) dziedzina nauki, która zajmuje się: życiem, powstawaniem i przemijaniem społeczności ludzkiej ? Być może ministerce chodziło o to, że wzrosną wskaźniki demograficzne. No ale od osoby z wyższym wykształceniem oczekuje się precyzyjnego wyrażania swoich myśli.

 

Koń jaki jest każdy widzi. Każdy też widzi jaka jest pani Środa (przez niektórych nazywana czarownicą). Warto jednak chyba zwracać jej publicznie uwagę, kiedy palnie jakąś szczególną brednię, bowiem filozof, do tego wykładowca akademicki dub smalonych pleść nie powinien.

 

 

 

Postacie idej brońcie się!

 

 Dziwny tytuł tego tekstu jest w dosyć specyficzny sposób powiązany z treścią. Nie traktuje bowiem moja dzisiejsza wypowiedź o postaciach idej, cokolwiek by to znaczyło, ale o postaciach z osobna i o ideach z osobna. Chcę tym tekstem bronić używania tych słów właśnie w tych formach, jakie podałem w tytule. A więc dopełniacz liczby mnogiej od słowa idea w formie idej, nie zaś idei. Mianownik zaś liczny mnogiej od słowa postać w formie postacie, nie zaś postaci. Główną przesłanką za wyborem wzmiankowanych jest kwestia jednoznaczności. Język powinien być precyzyjny i jednoznaczny na tyle, na ile jest to możliwe. Jednym zaś z kryteriów jednoznaczności jest jednoznaczność gramatyczna. Pod tym terminem rozumiem taką sytuację, w której nawet wyrwane z kontekstu słowo będziemy mogli określić gramatycznie, a więc w przypadku rzeczowników podać jego przypadek, rodzaj i liczbę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że konstrukcja naszego języka jest taka, iż biernik często jest identyczny z dopełniaczem itd. Tego uniknąć nie można. Za absolutne minimum uważam jednak rozróżnialność mianownika od przypadków zależnych i liczby pojedynczej od mnogiej. W formach przeze mnie krytykowanych tej rozróżnialności nie ma. Wyraz idei jest jednocześnie dopełniaczem liczby pojedynczej i mnogiej, a wyraz postaci jednocześnie mianownikiem liczby mnogiej oraz dopełniaczem, celownikiem i miejscownikiem liczby pojedynczej a także dopełniaczem liczby mnogiej. Dlatego jestem gorącym zwolennikiem tych form, które umieściłem w tytule. A tytuł jest taki, jaki jest, bo nie zdołałem wymyślić lepszego, który by je obie w sobie zawierał.


 

Każdemu chyba wiadomo, że język polski jak zresztą każdy język żywy, zmienia się i ewoluuje. Niektóre z tych zmian są naturalne, inne zaś zadekretowane przez uprawnione władze. Do tych ostatnich należy wielka reforma języka polskiego, a zwłaszcza ortografii polskiej przeprowadzona w latach trzydziestych XX stulecia przez tak zwana Komisję Ortograficzną. Większość przeprowadzonych wtedy zmian nie wzbudza juz obecnie kontrowersyj (chociaż w okresie wprowadzania wzbudzały prawie wszystkie). Kilka jednak dotąd jest mocno kontrowersyjnych. Chciałbym tu zwrócić uwagę szczególnie na jedną z nich, mianowicie na likwidację specyficznej końcówki dopełniacza liczby mnogiej rzeczowników rodzaju żeńskiego, pochodzących głownie z łaciny lub greki, a kończących się na -ia, -ja, czy -ea. Chodzi o takie słowa jak konstytucja, komisja, litania, czy właśnie idea. Przed reformą dopełniacz liczby pojedynczej tych słów brzmiał odpowiednio: konstytucji, komisji, litanii i idei, a liczby mnogiej: konstytucyj, litanij, komisyj i idej. Po reformie zaś dopełniacz liczby mnogiej brzmi tak samo jak pojedynczej. Skoro jednak reforma została zadekretowana, to może nie pozostaje nam nic innego, jak się do niej stosować? Okazuje się, że nie, gdyż Komisja Ortograficzna zostawiła pewna furtkę. Na szóstym i ostatnim spotkaniu, które się odbyło w dniach 20-21 kwietnia 1936 roku, na którym przyjęto „większość dotychczasowych uchwał, a dyskutowano ponownie tylko te, które poprzednio lub na ostatnim zebraniu wywołały zastrzeżenia”, rozpatrzono również pisownię końcówek dopełniacza liczby mnogiej znacznie ograniczając jej zakres występowania: „Uznając za normalne nierozróżnianie dopełniacza l. poj. i mn., jako nieistniejące w żywym języku, dopuszczono jednak formę oboczną dopełniacza l. mn. -yj, -ij w wypadkach, gdzie chodzi o usunięcie dwuznaczników czy niepewności, zwłaszcza w języku naukowym, prawniczym, administracyjnym: sesji:sesyj, racji:racyj, linii:linij...” jak pisze Beata Zaluza w swojej pracy doktorskiej omawiającej między innymi tę reformę. Z powyższego wynika jasno, że dopełniacz liczby mnogiej w formie identycznej z dopełniaczem liczby pojedynczej (oczywiście w odniesieniu do omawianej grupy rzeczowników) nie jest bynajmniej obowiązkowy. Jest zalecany, nawet stanowczo zalecany, to fakt, ale stosowanie starej formy w języku pisanym jest dopuszczalne. Nie ma późniejszych aktów normatywnych w tej kwestii, nie była ona już poruszana. Nie ma więc przeszkód, aby pisać i publikować teksty z użyciem starych form tychże słów. Dodatkowym argumentem za taką praktyką jest stosowanie jej wiele lat po reformie przez tak wybitne autorytety w dziedzinie szeroko pojętej humanistyki jak Władysław Tatarkiewicz, Feliks Koneczny, Julian Krzyżanowski, czy Czesław Miłosz. Specjalnie wybrałem przedstawicieli różnych opcyj ideologicznych, aby wykazać, że stosowanie starej praktyki nie jest obciążone stygmatem wyboru o charakterze politycznym. Ostatni z wymienionych stosował tę praktykę nieco niekonsekwentnie, jak mniemam z pełną świadomością i rozmysłem. Na przykład w Zniewolonym umyśle można znaleźć następujące zdanie traktujące o Gałczyńskim: Ponieważ podobał się czytelnikom, miał wiele propozycji z redakcyj i radia. W zdaniu tym widać, że owa niekonsekwencja (w świetle powyższego jak najbardziej dopuszczalna), ma walor artystyczny. Zdanie tak skonstruowane brzmi lepiej od zdania zawierającego dwie identycznie brzmiące formy. Liberalne podejście do wytycznych komisji ma więc poza praktycznym także artystyczny walor. Zachęcam więc do tej praktyki, choć przyznaję, że i ja sam nie w każdym tekście mogę ją zastosować, niektóre bowiem redakcje życzą sobie tekstów pisanych językiem nowoczesnym.


 

Drugi problem jest znacznie prostszy. Skoro normy językowe dopuszczają obydwie formy nic nie stoi na przeszkodzie, aby konsekwentnie i w każdych cyrkumstancjach stosować lepszą. A która forma jest lepsza, postacie, czy postaci? Zdecydowanie postacie. Jak już napisałem wyżej jej wielką zaletą jest jednoznaczność. Poza tym postaci jako mianownik strasznie ranią uszy. Przynajmniej moje, a mniemam, iż nie tylko moje.


 

Mam nadzieję, ze moje wywody kogoś przekonały, a jeśli nawet nie przekonały to zaciekawiły, zastanowiły i skłoniły do przemyśleń. Ja osobiście myślę, że nie warto zawsze gnać za nowinkami. Czasem trzeba przyznać, że stare jest lepsze. Nie znaczy to, że jestem przeciwny zmianom w języku. Jestem przeciwny jedynie bezsensownym zmianom.

 

O krasnoludkach, Gwiezdnych Wojnach i Harrym Potterze.

minimki
 
Czyli o bardzo sympatycznym filmie Artur i Minimki, który kilka miesięcy temu zagościł na ekranach naszych kin. Jak już wiadomo wszystkim, którzy w miarę regularnie czytaja moje teksty, o filmach piszę nader rzadko, a w zasadzie tylko wtedy, gdy jakiś film silnie mi się skojarzy z przeczytaną wcześniej książką. Interesują mnie więc powiązania filmu z literaturą, ale nie te proste, czyli ekranizacje książek, lecz bardziej subtelne, czyli takie filmy, w których pojawiaja się motywy z literatury pozornie z danym dziełem filmowym zupełnie nie związanej. Pod tym kątem pisałem już o Konklawe, gdzie wskazywałem na nawiązania do Jesieni średniowiecza i Córce D'Artagnana, która skojarzyła mi się z Imieniem róży. W filmie, który omówię dzisiaj nawiązania są znacznie bardziej rozproszone. Formalnie można ten obraz uznać za łączący w sobie cechy dwóch gatunków: filmu familijnego i baśni filmowej. Jest adaptacją powieścii Luca Bessona Artur i Minimkioraz Artur i Zakazane Miasto opartych na oryginalnym pomyśle Celine Garcia i zdjęiach jej męża Patrice'a.

 

Zaczyna się jak w typowym kinie familijnym, okraszonym elementami przygodowo-podróżniczymi. Artura poznajemy jako 10-letniego chłopca, który spędza wakacje ze swoja babcią w domu na wsi. Jego rodzice gonią gdzieś po świecie nie mając czasu dla swojego syna. Artur spędza czas na słuchaniu opowiadań babci o przygodach, których zaznała ze swym mężem, a dziadkiem Artura podczas jego wieloletniej pracy w Afryce. Chłopca szczególnie pasjonują liczne udoskonalenia wdrażane w odległych krainach przez dziadka, które uważa za jego autorskie wynalazki. Całe dnie spędza na licznych eksperymentach, w których odtwarza niektóre z tych ulepszeń. Od Babci dowiaduje sie, że dziadek, w nagrodę za ułatwienie egzystencji plemieniu swoimi pomysłami Matusalajów otrzymał od nich rubiny znacznej wartości, które ukrył gdzieś w ogrodzie. Z czasem Artur zaczyna studiować zapiski dziadka, z których dowiaduje się, że w tymże ogrodzie żyje plemię Minimków, mikroskopijnych elfów, zaprzyjaźnione zarówno z tymże dziadkiem Archibaldem, jak i owymi Matusalajami. I pewnie spędziłby na eksperymentach, lekturze i marzeniach całe wakacje, gdyby nie to, ze babci zaczęła grozić utrata domu. Dziadek zaginął bowiem trzy lata wcześniej i od tego czasu babcia ledwie wiązała koniec z końcem, a jej długi rosły i rosły. Nieszczęście przybrało realne oblicze, gdy wszystkie wierzytelności skupił w swym ręku miejscowy bogacz pragnący przejąć dom. Zostały tylko trzy dni na spłacenie należności. Artur postanowił znaleźć ukryte rubiny i za ich pomocą zażegnać finansowy kryzys. W odnalezieniu skarbu miały mu pomóc Minimki, do których świata postanowił sie dostać postępując według zapisków dziadka. Operacje przejścia należy przeprowadzić o północy ściśle określonego dnia, a pomagają w niej chłopcu Matusalajowie, którzy pojawiają sie w odpowiednim momencie. Informują oni naszego bohatera, że Minimki również mają kłopoty – są śmiertelnie zagrożone przez złego Maltazarda, którego nazywa się wyklętym M, unikając wymawiania jego imienia. Po przybyciu do krainy skrzatów Artur wydobywa ze skały magiczny miecz i wyrusza na wyprawę przeciwko M wraz z córką i synem króla Minimków. Dzięki swojemu sprytowi ratuje uczestników wyprawy i swojego dziadka, który utknął w krainie, przy okazji zakochuje się w księżniczce. Po powrocie do świata ludzi odzyskuje rubiny i niszczy królestwo Maltazarda. Wszystko więc kończy się dobrze zapowiadając ciąg dalszy. Zakochana księżniczka czeka na powrót Artura, a zły Maltazard uciekł, więc pewnie powróci, żeby się zemścić. Wszak czekają nas jeszcze dwie części filmu zapowiedziane na lata 2009 i 2010.

 

Po przedstawieniu treści filmu czas na omówienie owych nawiązań i innych ciekawych smaczków. Najbardziej widoczne są nawiązania do Harrego Pottera. Artur jest wybrańcem, który ma największe szanse pokonać Maltazarda, a imienia tego ostatniego nie wolno wymawiać, bo sprowadza to nieszczęście. Kamień ze skały to nawiązanie do legend arturiańskich, ot takie sympatyczne uzasadnienie wyboru imienia głównego bohatera. Maltazar jako żywo przypomina wicekróla z pierwszych trzech części Gwiezdnych Wojen fizycznie, a imperatora mentalnie i biograficznie. Drobnym nawiązaniem do tego cyklu jest też scena, w której Artur dostaje broń od księcia Betamesza, będąca jakby kalka sceny z Mrocznego widma, w której generał Jar Jar otrzymuje bum-buma od jednego ze swoich oficerów. Z Gwiezdnych Wojen tez pochodzi schemat trójki bohaterów: ksieżniczka, jej brat i jej wybranek spoza arystokracji. Same Minimki to elfy nie w wersji tolkienowskiej, ale ludowej, w której są maleńkimi skrzatami, które z kuzynami od Tolkiena łączą spiczaste uszy. Mamy też nawiązanie
biblijne. Artur niszczy królestwo Maltazarda za pomocą taniej piłeczki, którą otrzymał na urodziny od Babci. Przywodzi to na myśl drobnego Dawida, który zabił olbrzyma Goliata wystrzelonym z procy rzecznym kamieniem. Inny tani prezent, nakręcane autko nieco wcześniej ratuje życie głównemu bohaterowi i jego przyjaciołom. Płynie stąd nauka dla młodych widzów, aby nie gardzić tanimi przedmiotami i cieszyć sie z rzeczy małych. Niestety, oprócz motywów biblijnych, widać w filmie wpływy New Age. Teleskop, będący bramą do świata Minimków posiada pierścienie dla Ciała, Umysłu i Duszy. Oswaja to dzieci z ezoteryczna antropologią. Newageowy posmak maja też uwagi o równowadze przeciwieństw. Ciekawe, czy dostrzegli to ci, którzy tropią okultyzm w Harrym Potterze. Wątpię, bo Minimki są na razie zbyt mało popularne. Na ich krytyce nie da sie zdobyć ani sławy, ani pieniędzy. Zresztą i tu po prawdzie jest to słaby powód do krytyki. Jest to niewątpliwie łyżka dziegciu w beczce miodu, ale nijak nie przekreśla ona wartości edukacyjnych, a tym bardziej artystycznych filmu.

 

 

Opowiadanie paragrafowe, albo rozmyte granice

 

Przenikanie gatunków literackich czy artystycznych nie jest bynajmniej wynalazkiem postmodernizmu. Jednak właśnie w epoce ponowoczesnej nastąpił niesłychany wcześniej rozkwit tego zjawiska. Nie będę tu pisał o wzajemnym przenikaniu się muzyki, plastyki, literatury i filmu, bo te zjawiska są dobrze znane i opisane, a przy tem tak obszerne, że chcąc je scharakteryzować musiałbym napisać gruba księgę, a nie kilkustronicowy tekst. Poświęcę się tu jedynie pewnym (nie wszystkim nawet) zjawiskom na pograniczu literatury i kinematografii z jednej, a gier komputerowych i towarzyskich z drugiej strony. Dokonam krótkiego przeglądu tych zjawisk, by na koniec skupić się na tytułowym opowiadaniu paragrafowym. Wydaje mi się bowiem, ze właśnie opowiadanie paragrafowe jest par excellence ponowoczesnym utworem literackim. Interesują mnie tylko takie przenikania, w których jednym z zasadniczych podmiotów przenikania jest gra, czy to komputerowa, czy innego rodzaju, jednak przede wszystkim chodzi tu o gry posiadające mniej lub bardziej rozbudowana fabułę. Wedle mojej wiedzy, pierwsze znaczące przypadki przenikania gatunków na wzmiankowanym obszarze, czyli w trójkącie film-gra komputerowa –literatura powstały jakieś dwadzieścia lat temu (przynajmniej wtedy pojawiły się u nas, być może w odniesieniu do innych krajów należałoby te granice czasową przesunąć jeszcze o jakieś dziesięć lat) i były to gry stanowiące adaptacje filmów bądź to akcji, bądź science fiction. Warto zresztą zauważyć, ze najczęściej zjawiska tego rodzaju, jak opisywane przeze mnie zachodzą na gruncie fantastyki, czy to naukowej (science fiction), czy tez baśniowej (fantasy) Przez dłuższy czas, mniej więcej do połowy lat dziewięćdziesiątych wszystkie lub prawie wszystkie przypadki dyfuzji miały właśnie taki charakter i taki kierunek, czyli od filmu do gry. Pod koniec zaś dwudziestego stulecia pojawiły się także zjawiska odwrotne. Zaczęto realizować filmy będące adaptacjami gier komputerowych, np. „Mortal combat”, „Street fighter”, „Final fantasy”, czy „Tomb rider”. Pozwolę sobie przytoczyć fragment recenzji ostatniego z tych filmów: ”ekranizacje gier komputerowych, zachowując typową dla nich narrację, maja jedynie bogatsze efekty, scenografię i kostiumy. „Lara Croft” to seria pojedynków i pościgów, do których dochodzi w ramach walki o amulet, pozwalający zapanować nad biegiem czasu. Oto kolejny sensacyjny przykład przenikania się trzech gatunków rozrywkowych tego wieku: kina, komiksu i gier komputerowych. Wydarzenie zarówno kulturalne, jak marketingowe i komercjalne” W tym miejscu warto pokrótce zdefiniować pewien typ gier, znany jako Role Play Game, bowiem gry tego rodzaju zaczęły pod koniec stulecia odgrywać decydująca role w zjawiskach dyfuzyjnych.. RPG jest to gra, o charakterze fabularnym, która może być rozgrywana w dwóch podstawowych wersjach. Pierwszą możliwością (chyba bardziej znaną ogółowi) jest RPG komputerowa, taka jak „Diablo”, „Gothic”, czy „Baldur’s gate”. Polega ona z grubsza na konstruowaniu jednej lub grupy postaci i wykonywaniu mniej lub bardziej zróżnicowanych zadań w mniej lub bardziej skomplikowanym świecie. Zazwyczaj jest wiele możliwości osiągnięcia celu, czasami też można wybierać ilość i rodzaj celów, które chce się osiągnąć. Druga możliwością, jest gra prowadzona przez kilku graczy przy stoliku pod kierunkiem tak zwanego Mistrza Gry, który konstruuje jej fabułę. Często gra odbywa się z grubsza w oparciu o z góry nadany scenariusz. Element losowy w grze, zastępujący ograniczenia cech fizycznych i psychicznych postaci wybranych przez graczy zapewniają rzuty kostką do gry. Istnieją jeszcze między innymi RPG korespondencyjne, ale są one mało popularne w porównaniu z dwoma wyżej wymienionymi kategoriami. Gry RPG stały się szczególnie popularne w ostatnich dwóch dziesięcioleciach. Wywarły tez ogromny wpływ na literaturę fantastyczną, z której zresztą same wcześniej głęboko czerpały. Najlepszym przykładem są światy „Forgotten Realms” i „Dragonlance’, które będąc właśnie światami, w których realizują się scenariusze stolikowych (a w przypadku Forgotten Realms także komputerowych) RPG, doczekały się dziesiątek powieści i opowiadań, których akcja w nich właśnie się dzieje. Istnieją nawet powieści powstałe w wyniku zapisania rzeczywistych sesji gry. Również cykl komputerowych RPG „Diablo” doczekał się kilku książek na swojej bazie i pewnie doczeka się jeszcze następnych. Przedstawione jednak do tej pory przenikania były przede wszystkim przenikaniem inspiracji, ewentualnie tworzeniem jakiegoś konglomeratu kulturowego składającego się z gier, filmów i książek. Znamy sporo takich konglomeratów kulturowych, zawierających właśnie zarówno filmy, jak książki oraz gry. Wystarczy wspomnieć chociażby „Gwiezdne wojny”, na które na chwilę obecną składa się pięć filmów fabularnych ( z tego część w kilku wersjach), pewna liczba dokumentalnych, kilka animowanych, kilkaset książek, kilkadziesiąt gier komputerowych, planszowych, stolikowych, karcianych, korespondencyjnych i innych, kilkadziesiąt komiksów i nieprzeliczona liczba najrozmaitszych gadżetów. Ale ten synkretyzm również i w tym przypadku jest umiarkowany, w porównaniu z tym do czego zmierzam. Pojedynczy wytwór pozostaje bowiem w Gwiezdnych Wojnach konkretnie klasyfikowalny. Powieść jest powieścią, gra grą, a film filmem. Wiem, że czytając książkę z cyklu Gwiezdnych wojen czytam książkę, a nie na przykład oglądam film, czy gram w grę. Zupełnie inaczej jest z opowiadaniem paragrafowym. Gatunek ten łączy w sobie bowiem nierozerwalnie cechy utworu literackiego i gry RPG. Aby móc je przeczytać trzeba koniecznie posługiwać się kostką do gry, co już dobitnie pokazuje jego hybrydowy charakter. Opowiadanie ma jeden początek, ale wiele możliwych zakończeń. Przebieg akcji zależy po części od wyników rzutów kostką oraz od decyzji podjętych przez czytelnika. Przykładem takiego opowiadania jest tekst Marcina Sumińskiego „Megalopolis”Bohaterem jest młody Afroamerykanin, żyjący w Nowym Jorku w niedalekiej przyszłości. Zajmuje się on głównie handlem narkotykami i innymi zajęciami na granicy prawa. Jest negatywnie nastawiony do korporacji gospodarczych pełniących dominującą role w tym świecie. Na początku akcji bohater otrzymuje przedmiot o dużym znaczeniu dla całego świata. Wśród wspomnianych różnych zakończeń są takie, w których bohater ginie (na dwa lub trzy sposoby ze zjedzeniem przez kanibali włącznie), w innych staje się ściganym uciekinierem, niewolnikiem w domu publicznym dla homoseksualistów, lub też bogatym człowiekiem, a nawet funkcjonariuszem znienawidzonej korporacji. Narracja prowadzona jest w drugiej osobie liczby pojedynczej. W opowiadaniu paragrafowym zaciera się różnica miedzy autorem, czytelnikiem i bohaterem. Zaciera się różnica między autorem i czytelnikiem, gdyż czytelnik ma wpływ n a losy akcji. Zaciera się różnica miedzy czytelnikeim a bohaterem, gdyż po pierwsze narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika jak do bohatera, po drugie zaś to czytelnik podejmuje decyzje w imieniu swojego bohatera. Tak wiec mamy tu do czynienia z dwojakim zatarciem różnic. Po pierwsze zacierają się różnice gatunkowe w stopniu dotychczas niespotykanym. Opowiadanie paragrafowe jest jednocześnie utworem literackim i grą RPG. Nie można nawet stwierdzić, czy jest bardziej utworem, czy bardziej grą. Drugim nie mniej ważnym zatarciem różnic jest to, które występuje w układzie autor-czytelnik-bohater. Obydwa te zatarcia są czymś charakterystycznym dla ponowoczesnego sposobu myślenia i postrzegania. Zwłaszcza to drugie zatarcie jest
jak gdyby przeniesieniem z dziedziny nauki w dziedzinę literatury ponowoczesnego zatarcia granicy miedzy eksperymentatorem a eksperymentem. Dlatego też uważam opowiadania paragrafowe za szczególnie wyraźny wykwit literatury ponowoczesnej.

 

 

WYKAZ PIŚMIENNICTWA;

 

  1. Jolanta Lisowska; Przewodnik po stacjach TV; Fantasy 2/2004 Warszawa

  2. Marcin Sumiński; Megalopolis; Fantasy 2/2004 Warszawa

     

Organowo i kameralnie w Rybniku 29

Kościół Matki Bozej Bolesnej w Rybniku

Na zakończenie cyklu festiwalowego zapraszam Państwa na imprezę kulturalną organizowana w moim mieście. Rozmaitych festiwali muzycznych i pokrewnych organizuje sie w ciągu roku w Rybniku co najmniej kilkanaście (nie licząc imprez lokalnych). Do najbardziej interesujących należą jesienne Dni Muzyki Organowej i Kameralnej, o których dzisiaj właśnie postanowiłem napisać. Napisałbym wcześniej, gdyby nie to, ze jeszcze w sobotę nie było nigdzie w internecie programu festiwalu. Nie posiada on tez własnej strony internetowej. Są to poważne potknięcia organizacyjne, które przed następną edycją koniecznie trzeba wyeliminować. Szkoda bowiem by była, gdyby ciekawa muzycznie impreza przechodziła niezauważona z powodu braku odpowiedniego zaistnienia w sieci. Zwracam uwagę, ze dobrą praktyka jest i coraz częściej spotykaną, aby szczegółowy program festiwalu pojawiał sie w sieci na co najmniej miesiąc przed jego rozpoczęciem. Program rybnickich dni pojawił sie tydzień przed. To niedopuszczalne zaniedbanie. Muzycznie festiwal jest dość ciekawy, może niektóre poprzednie edycje były bogatsze, ale narzekać nie można. Na szczególną uwagę zasługują koncerty otwierający i zamykający. I to jest praktyka godna pochwały, że sie daje najciekawszy repertuar na otwarcie i zamknięcie. Na takich koncertach bowiem jest najwięcej ludzi, którzy dopiero uczą sie samodzielnej selekcji wydarzeń kulturalnych i warto, aby dostali dania naprawdę dobre. Poniżej szczegółowy program:





5 września 2006, godz.18.45

Kościół p.w. Matki Boskiej Bolesnej w Rybniku KONCERT KAMERALNY

w wykonaniu zespołu muzyki dawnej "Parnassos",

solistka : Helga Sambs (Austria) – flet prosty

12 września 2006, godz.18.45

Bazylika p.w. św. Antoniego w Rybniku KONCERT ORGANOWO-KAMERALNY

wykonawcy:

Olga Prochazkova (Czechy) – sopran

Hana Bartosova (Czechy) – organy

Frantisek Smid (Czechy) – organy

19 września 2006, godz.18.45

Bazylika p.w. św. Antoniego w Rybniku RECITAL ORGANOWY

w wykonaniu Józefa Serafina (Warszawa)

24 września 2006, godz. 17.30

Kościół p.w. św. Józefa Robotnika w Rybniku KONCERT ORGANOWO-KAMERALNY

wykonawcy:

Arkadiusz Popławski (Pszów) – improwizacje organowe

oraz Rybnicki Kwintet Dęty

26 września 2006, godz. 17.00

Kościół p.w. M.B. Królowej Apostołów w Rybniku (OO Misjonarzy) KONCERT ORGANOWO-KANTATOWY

wykonawcy:

Chór i soliści Kościelnego Konserwatorium w Opavie

oraz Orkiestra Państwowej Szkoły Muzycznej II st. w Rybniku

Solista: Piotr Kotas (PSM Rybnik) – organy

1 października 2006, godz 16.30

Kościół p.w. Św.Br.Alberta w Rybniku-Kamieniu KONCERT ORGANOWY

w wykonaniu Elżbiety Włosek-Żurawieckiej

oraz uczniów klasy organów P.S.M. w Rybniku

3 października 2006, godz. 18.45

Bazylika p.w. św. Antoniego w Rybniku KONCERT ORGANOWO-KAMERALNY

wykonawcy:

Julian Gembalski (Katowice) – organy

Elżbieta Grodzka-Łopuszyńska (Katowice) – sopran

10 października 2006, godz. 18.45

Bazylika p.w. św. Antoniego w Rybniku "DAR i TAJEMNICA"

WIECZÓR SŁOWNO-MUZYCZNY

wykonawcy:

Robert Grudzień (Lublin) – organy

Georgij Agratina (Ukraina) – fletnia Pana

oraz Jerzy Zelnik (Warszawa) – recytacja

wstęp wolny na wszystkie koncerty

 

Kondycja katolicyzmu otwartego

 

 

Na łamach Gazety Wyborczej postępowy dominikanin, ojciec Tomasz Dostatni OP opublikował na początku mijającego miesiąca tekst będący polemiką z artykułem Tomasza Terlikowskiego opublikowanym kilka dni wcześniej w Rzeczypospolitej. Zauważyć warto ciekawą manierę publikowania polemik nie w piśmie, w którym ukazał się tekst oryginalny, ale w innym, odmiennym ideowo. Przy tekście nie było wzmianki o odmowie publikacji przez Rzepę, można wiec mniemać, że poruszony wypowiedzią redaktora Terlikowskiego zakonnik pobiegł z polemiką od razu do Gazowni. Cóż go tak wzburzyło? Otóż to, ze Terlikowski ośmielił sie wieszczyć koniec katolicyzmu otwartego i to rychły. To, ze koniec ten w istocie najprawdopodobniej niedługo nastąpi widzi każdy, kto chce widzieć. A nastąpi dzięki Ojcu Świętemu Benedyktowi PP XVI. Mimo medialnego szumu sugerującego pontyfikat kontynuacji, w rzeczywistości obecny papież kontynuuje, ale linię Piusa PP XII i jego poprzedników. Dlatego na powrót zaczynamy żyć w kościele po prostu katolickim, a nie otwartym, posoborowym, postępowym, czy inne dziwactwa.

Natomiast ojciec Dostatni OP sugeruje i nawet próbuje dowieść, że Kościół Katolicki zawsze był, jest i zawsze będzie otwarty. Jako dowodów używa wypowiedzi Pawła PP VI i Jana Pawła PP II. Żadnych starszych nie udało mu sie znaleźć. I nic dziwnego. Gdyby Pius PP X lub XII usłyszeli o „Kościele Otwartym” zakrzyknęli by: Anathema sit! Udowodnił wiec dominikanin nie swoją tezę, ale do niej przeciwną. Kościół Katolicki nie był otwartym od zawsze, a co najwyżej od 44 lat, czyli od wstąpienia Pawła VI na tron piotrowy. Nawet bowiem hołubiony przez posoborowców Jan PP XXIII pod tezami otwartości i dialogu zapominającego o własnej tożsamości by sie nie podpisał. A 44 lata to bardzo nie wiele w porównaniu z dwudziestoma wiekami historii Kościoła. Kościoła, który obecny Namiestnik cierpliwie i powoli oczyszcza z nowinek Pawła VI. Oby mu Bóg dał robić to jak najdłużej. Lamenty modernistów, do których po tym tekście niestety muszę wliczać o. Tomasza nic tu nie zmienią

Ikona

Ikona1

1. WPROWADZENIE

 Ikoną, wedle definicji encyklopedycznej, nazywamy obraz sakralny w sztuce bizantyjskiej i wschodniochrześcijańskiej wyobrażający osoby święte (Chrystusa, Matkę Boską, archaniołów, ewangelistów, apostołów, ojców kościoła, etc., etc., etc.), sceny biblijne i liturgiczno-symboliczne. Ta definicja niestety aż razi swoja „suchością” i naukowością. Nie oddaje ona ani ułamka tych uczuć, które wiążą wiernych wschodniego chrześcijaństwa z Ikoną. Dlatego wolę raczej definicję Siergieja Bułgakowa, wybitnego rosyjskiego teologa prawosławnego, która swą konstrukcją uchybia co prawda kryteriom naukowym, ale oddaje ducha Ikony: „Ikona nie jest po prostu przedstawieniem malarskim o świętej treści, ale jest czymś więcej niż przedstawienie. W przekonaniu prawosławia Ikona jest miejscem pełnej łaski obecności, jakby objawienia Chrystusa (a także Bogurodzicy i świętych), przeznaczonym dla modlitwy skierowanej do Niego”. I właśnie to przekonanie o obecności i modlitewny charakter odróżniają ikonę od wszelakiego innego malarstwa religijnego. W niniejszej pracy chciałbym jej poszczególne działy poświęcić historii, teologii i uniwersalnemu wymiarowi Ikony. W tej ostatniej części znajdzie się miejsce zarówno na moje osobiste refleksje, jak i na zastanowienie się nad problemem, na ile Ikona jest egzemplifikacją sakralnego charakteru sztuk plastycznych w ogólności. Nie będę się natomiast szerzej niż to będzie konieczne zajmował technicznymi aspektami tworzenia Ikony, a także omawianiem jednostkowych dzieł sztuki ikonopisarskiej.

2. HISTORIA IKONY

W części historycznej ograniczę się do omówienia ikony bizantyjskiej i ruskiej, jako najbardziej reprezentatywnych i najpopularniejszych a. Ikona bizantyjska Sztuka epoki wczesnochrześcijańskiej reprezentowała w całym basenie Morza Śródziemnego obraz dosyć jednolity. Sytuacja ta zaczęła się zmieniać za panowania Justyniana, cesarza Wschodu z VI wieku po Chrystusie. Wtedy to sztuka bizantyjska zaczęła się wyraźnie odróżniać od sztuki innych prowincji dawnego Imperium Romanum. Rolę grały tu między innymi ciągle jeszcze żywe elementy hellenistyczne. Teraz były one przystosowywane do obrazowania idei chrześcijańskich. Ideał piękna zewnętrznego stopniowo zastępowano ideałem piękna duchowego, wewnętrznej światłości. Najstarsze zachowane ikony bizantyjskie pochodzą z VI wieku n.e. Zaczął się wtedy między innymi kształtować typ Ikony Chrystusa Pantokratora. Oprócz takiego przedstawienia wśród tych zachowanych wizerunków są też ikony św. Piotra, oraz Matki Bożej ze św. św. Teodorem i Jerzym. W VIII w. pojawiły się Ikony w Rzymie. Tradycje bizantyńska przeszczepił do wiecznego miasta papież Jan VII, który był z urodzenia Grekiem. W tym samym czasie w samym Bizancjum nastąpił regres ikony związany z tak zwanym okresem ikonoklazmu, czyli obrazoburstwa. Pod wpływem islamu cesarz Leon forsował ideę o bałwochwalczym charakterze przedstawień plastycznych Boga i świętych. Świątynie miały być odtąd zdobione wyłącznie motywami roślinnymi i zwierzęcymi. Wprowadzono urzędowy zakaz tworzenia świętych wizerunków, a także zniszczono większość dzieł z epok minionych. Między innymi dlatego niewiele przetrwało wcześniejszych zabytków sztuki ikonicznej. Większość z zachowanych przetrwała w opactwie św. Katarzyny na Synaju, które znajdowało się podówczas poza granicami cesarstwa, a także wielu ikonoduli (czciciele ikon, przeciwnicy ikonoklastów) znalazła też schronienie w monasterach Grecji, nad Dunajem, w Italii, na Krymie i pośród Koptów. Miało to też skutek pozytywny, gdyż dzięki temu sztuka pisania ikon rozpowszechniła się w tychże krainach. Ikonoklazm trwał nieco ponad sto lat. Zakończył go edykt z 843 roku, który uznał go też za herezję i uroczyście potępił. Na tę pamiątkę ustanowiono święto Tryumf Ortodoksji. Od tego momentu sztuka bizantyńska nie zaznała już poważniejszych kryzysów. Całe późniejsze istnienie ikonopisarstwa w cesarstwie, aż do upadku tegoż w XV wieku, opierało się na zasadach sformułowanych w pierwszych dziesiątkach lat po zwycięstwie nad ikonoklazmem. W tym czasie ustaliły się i utrwaliły kanony artystyczne dla całości sztuki sakralnej, a więc nie tylko malarstwa, ale także architekturą etc. etc. etc. Okres IX-XI wieku nazywamy w dziejach ikonopisarstwa renesansem macedońskim. Nazwa ta wzięła się od dynastii macedońskiej zasiadającej w owym czasie na cesarskim tronie. Zachowały się zabytki ze środkowej i schyłkowej części tego okresu, a więc z X i XI wieku. Wtedy to zaczęto odchodzić od naśladownictwa i kontynuacji malarstwa antycznego na rzecz nowej wizji artystycznej. W tejże wizji większą niż dotychczas rolę zaczął odgrywać duchowy pierwiastek przedstawienia. Postacie nie są już przedstawione w sposób realistyczny, ale odmaterializowany w pewien sposób i uduchowiony. Na przykład święci nieraz nie stoją nogami na ziemi, ale niejako unoszą się lekko nad jej powierzchnią. W owalu twarzy dominują oczy, a na szatach wprowadzono rozświetlenia i rozbłyski. Za czasów dynastii Komnenów, która nastąpiła po macedońskiej, postępowała ewolucja sztuki ikonicznej. Pierwsze zmiany zresztą było widać jeszcze u schyłku okresu macedońskiego. Wiązało się to z rozwojem teologii i duchowości prawosławnej (o takowej w sensie ścisłym można mówić od 1054 roku, w którym nastąpiła schizma, ale już co najmniej od dwóch wieków wcześniejszych, drogi Wschodu i Zachodu stopniowo się rozchodziły, co było widoczne nie tylko w sferze liturgii, która różniła się od bardzo dawna, ale także w teologii i duchowości, które przez pierwsze kilka wieków chrześcijaństwa podążały jednym torem), a szczególnie z życiem i nauką św. Szymona Nowego Teologa. Pod jego wpływem sztuka, podobnie jak wszystkie sfery życia duchowego nasycała się atmosferą ascetyzmu i mistycyzmu, tak charakterystycznych dla późniejszego prawosławia, zwłaszcza grecko-bizantyjskiego. Ta tendencja trwała jednak tylko przez kilka dziesiątków lat. W epoce Komnenów, czyli od 1059 roku można było obserwować częściowy nawrót do wzorców klasycznych. W tym okresie rozwinęło się mozaikarstwo, spychając nieco w cień właściwe ikonopisarstwo. Zanikł ascetyzm przedstawiania, rysy postaci stały się delikatniejsze i subtelniejsze. Dążono do osiągnięcia wewnętrznej i zewnętrznej harmonii. W 1204 roku Konstantynopol został zdobyty i splądrowany przez krzyżowców. Cesarstwo przeniosło się do Nicei i w tym ośrodku pojawiły się nowe tendencje w sztuce silniej niż do tej pory nawiązujące do dziedzictwa hellenistycznego. Na tymże dziedzictwie chciano odbudować kulturową, a z czasem i polityczna jedność wschodniego imperium. W tym też czasie wzrosła rola lokalnych pozastołecznych ośrodków. Po odzyskaniu Konstantynopola w 1261 roku, decydująca rola w życiu kulturalnym państwa, społeczeństwa i cerkwi znów przypadła stolicy. W tym czasie pojawiły się nowe typy Ikon, na przykład hagiograficzne otoczone scenami narracyjnymi. Ikona taka opowiadała nie jako żywot danego męczennika, czy świętego. Szczególną głębią duchową odznacza się sztuka późnobizantyjska z epoki Paleologów, mającej miejsce w czternastym stuleciu. Cechuje ją kreatywność, poszukiwanie nowych rozwiązań, dążenie do wypracowania nowego sposobu obrazowania i nowego stylu, z równoczesnym odwołaniem się do tradycji i wskrzeszeniem tego, co było najlepsze w przeszłości. Kolejne zmiany były zn?
?w wywołane ewolucją życia religijnego. Na soborze w 1351 roku w pełni zatriumfował Grzegorz Palamas i jego doktryna hezychazmu. Doktryna ta w zakresie teologii głosiła istnienie w Bogu niepoznawalnej istoty i poznawalnych niestworzonych energii. W praktycznym zaś życiu nawoływała do ascezy i głębokiej modlitwy. Nie pozostało to bez wpływu na sztukę ikonopisarską. Zniknęły wytworne obrazy, Ikona została pozbawiona wszelkich elementów dekoracyjnych. Końcowym etapem sztuki bizantyjskiej jest pierwsze połowa XV wieku. Ikona tej epoki jest w zasadzie kontynuacja poprzedniej. Cesarstwo upada w 1453 roku. b. Ikona ruska Kultura bizantyjska zaczęła się krzewić na Rusi Kijowskiej począwszy od roku 988, czyli od momentu chrztu tego państwa. Ścisły związek z Bizancjum trwał do podboju przez Tatarów w 1240 roku. Ikony powstałe w tym okresie zachowały się na północy ziem ruskich. Stopniowo Ruś podzieliła się na dwa obszary kulturowe, z których jeden został w końcu średniowiecza zdominowany prze Polskę, a drugi przez Moskwę. Każdy z nich charakteryzował się przez kilka stuleci innym typem ikonopisarstwa i innymi stylami. W obrębie Rusi południowo-zachodniej występowały silne wpływy sztuki z jednej strony polskiej, a z drugiej mołdawskiej. Wpływ sztuki zachodniej, idącej z Polski nasilił się po Unii Brzeskiej w 1596 roku. Nie nastąpił jednak natychmiast, ale dał się dostrzec dopiero w drugiej połowie XVII wieku. Pierwszym przejawem okcydentalizacji Ikony unickiej jest coraz bogatsza ornamentyka wprowadzana na tła, obramowania i nimby. Następnie stopniowo zaczęły się pojawiać zachodnie motywy, na przykład pieta. Proces ten trwał do XX wieku i dopiero w ostatnich latach obserwujemy jego odwrócenie i nawrót ikonopisarstwa unickiego i całej zresztą unickiej religijności do tradycji prawosławnych. Jaki będzie koniec tego procesu na razie nie można przewidzieć.

Wróćmy jednak do Ikon staroruskich. Do XIII wieku ich rozwój szedł paralelnie do bizantyjskich. Po najeździe tatarskim sytuacja się zmieniła. Kiedy w Nicei wracano do hellenizmu Ruś trwała przy sztuce wczesnych Komnenów. Pod koniec tegoż stulecia ujawniły się specyficzne cechy ruskiego malarstwa ikonowego: skłonność do syntezowania linii i modelunku, płaskość kompozycji, zestawienia wielkich plam intensywnych kolorów, a także otwartość i prostolinijność. XIV wiek był na Rusi epoką odrodzenia narodowego. W procesie tym wzrastała rola Moskwy jako ośrodka centralnego na miejsce Kijowa. Pozycja Moskwy nie była jeszcze wtedy dominująca, ale konsekwentnie do dominacji zmierzała. Zmieniał się również charakter życia cerkiewnego. Specyficzna atmosfera społeczna i doświadczenia duchowe przyczyniły się do sformułowania na Rusi oryginalnych form sztuki i religijności, charakteryzujących się wewnętrznym skupieniem, nastrojem kontemplacji, pokorą i spokojem, współczuciem i serdecznością, a także uwagą skoncentrowaną na przyszłości i na służbie wspólnocie.

Od schyłku czternastego stulecia zaczyna się najwspanialsza epoka w dziejach ruskiego ikonopisarstwa. Rozwijało się ono zarówno w Moskwie, jak i na prowincji. Wpływ na nie wywierali ruscy święci, wśród nich przede wszystkim Sergiusz z Radoneża. Największym artystą tego szczytowego okresu był Andriej Rublow (ok.1360-ok.1430). Pracował w Moskwie pod kierunkiem Teofana Greka, również słynnego ikonopisa. Jako już uznany artysta namalował freski i Ikony do soboru we Włodzimierzu. Był mnichem Troickiego monasteru pod Moskwą. Dla tego klasztoru namalował słynną Ikonę tytularną Świętej Trójcy. Ikona ta przedstawia trzech aniołów goszczących u Abrahama, jako symbol trzech Osób Boskich. Zwana jest niejednokrotnie Ikoną Ikon.

W połowie XV wieku nastąpiła na Rusi taka przemiana stylu, jak niegdyś w Bizancjum. Postacie stały się uduchowione i jak gdyby bezcielesne. Wtedy też szkoły lokalne, zwłaszcza twerska i pskowska wykazywały największe zróżnicowanie. W wieku następnym na sztukę znów wpłynęła polityka. Rodziło się imperium moskiewskie, późniejsza Rosja i sztuka, wraz z całą religia została wprzęgnięta w służbę państwu. Cerkiew silniej powiązano z monarchią – już wówczas caratem – a religię podporządkowano interesom władzy. Poszerzył się wtedy zakres motywów ikonicznych. Pojawiły się bowiem Ikony o tematyce alegorycznej. Są to na przykład Ikony Sofii-Mądrości Bożej.

W czasie „wielkiej smuty” sztuka ikonopisarska przeżywała chwilowy kryzys. Odrodziła się natomiast za pierwszych Romanowów. Działały wtedy rozmaite szkoły malarskie, z których najważniejszą i najsłynniejszą była szkoła Orużennoj Pałaty. Działała ona w bezpośrednim otoczeniu cesarskiego dworu za czasów patriarchy Nikona, który zasłynął reformą cerkwi. Najsłynniejszym przedstawicielem tej szkoły był Simon Uszakow. Zmienił on nieco sposób komponowania Ikon: twarze są zaokrąglone, modelunek oddany za pomocą gry światła i cienia. Wtedy też Rosja zaczęła z zainteresowaniem spoglądać na sztukę Zachodu. Tendencję tę popierał car Piotr I, który przeprowadził kolejną reformę cerkwi. Na Ikonach pojawiły się wtedy liczne elementy łacińskie: architektura klasyczna, krajobrazy i błękitne niebo w tle. Można powiedzieć, że to wielki kryzys Ikony, która stawała się wtedy zwykłym obrazem religijnym typu zachodniego. Ruska tradycja ikoniczna była podówczas kultywowana jedynie przez starowierców, którzy odrzucili reformy Nikona i późniejsze, oraz wszelkie odstępstwa od kanonu. Zwłaszcza wśród bezpopowców, którzy nie mieli Eucharystii, kult Ikon urósł do niespotykanych wcześniej rozmiarów.

Ikona zaczęła się w rosyjskim prawosławiu odradzać w XIX wieku. Zbiegło się to z odrodzeniem życia religijnego zainicjowanym w Pustelni Optimskiej. Rola tego klasztoru jest w kulturze rosyjskiej nie do przecenienia. Bywał tam nawet Tołstoj, zapiekły wróg prawosławia i Ikony. Od 1830 roku wyraźne stało się dążenie do odrodzenia bizantyjskiego stylu w ikonopisarstwie. Nie wyzwolono się jednak całkowicie od wpływów zachodnich i Ikony „barokowe” pojawiały się nadal. Rewolucja bolszewicka zahamowała ikonopisarstwo w samej Rosji, jednocześnie zaś spowodowała rozprzestrzenienie się ruskich tradycji w Europie Zachodniej. Dostrzegamy tu analogię do czasów ikonoklazmu bizantyjskiego. Głównym emigracyjnym ośrodkiem rosyjskiego prawosławia na zachodzie stał się Paryż. Co prawda Święty Synod rezydował najpierw w Jugosławii, a później w Stanach Zjednoczonych, ale stolica Francji skupiła największych teologów i artystów. Pod Paryżem w rosyjskich klasztorach zaczęły działać pracownie ikonopisarskie. W ostatnich dziesięcioleciach obserwuje się niebywały wzrost zainteresowania Ikonami nie ograniczający się już tylko do prawosławia i unityzmu, ale obejmujący również wiele środowisk katolickich i anglikańskich, a nawet pojedyncze ośrodki protestanckie.

3. Teologia Ikony

Miejsce Ikony w systemie kultury chrześcijańskiej jest zaiste wyjątkowe, ale pamiętać trzeba, że nigdy nie była ona rozpatrywana wyłącznie jako dzieło sztuki. Ikona nie jest po prostu obrazem religijnym. Nie jest też po prostu obrazem cudownym, choć niewątpliwie jest i takim, w szczególnym sensie. „Z definicji każda Ikona jeśli tylko jest Ikoną, jest cudowna. Cudowność Ikony polega jednak nie na tym, że jest cudowna przez fakt swego fizycznego istnienia, to sprowadzałoby ją do roli fetysza, lecz na tym, że jej misteryjne działanie odbywa się na poziomie percepcji plastycznej.” (J. Nowosielski) Ikona jest w swojej istocie przede wszystkim dziełem modlitewnym, dopiero zaś w drugim rzędzie artystycznym. Jest ona tworzona przez modlitwę i dla modlitwy.

Tu należy zwrócić uwagę na różnicę w pojęciu teologa na Zachodzie i Wschodzie chrześcijaństwa. O ile na zachodzie teolog jest przede wszystkim uczonym, to w prawosławiu jest on mistykiem, człowiekiem modlitwy. Jest nawet powiedzenie, przypisywane Św. Makaremu: „teologiem jest ten, kto się naprawdę modli”. Owo powiązanie Ikony z osobami teologów uwypukla więc jej modlitewny charakter. Nie jest tylko obrazem dydaktycznym, choć i taką rolę niewątpliwie pełni. Jest to jednak inna dydaktyka religijna niż ta, którą znamy z kościołów zachodnich. Cerkiew prawosławna woli nauczać przez piękno niż przez słowa. Dlatego niewiele jest w prawosławiu kazań, a do wiernych przemawia się przede wszystkim poprzez estetykę liturgii.

Jest to związane z odmiennym rozumieniem mistyki i jej roli w życiu człowieka. Na Zachodzie mistyka jest ścieżką dla niewielkiej grupy wybranych, najczęściej członków zakonów o charakterze kontemplacyjnym, co najczęściej oznacza również ścisłą regułę i odcięcie od świata tych zgromadzeń. Na chrześcijańskim Wschodzie, a zwłaszcza w kościołach prawosławnych, mamy do czynienia z sytuacją odmienną. Tutaj mistyka jest drogą dla wszystkich wierzących. W związku z tym muszą istnieć inne formy mistyki, nastawione na dostępne powszechnie uczestnictwo. Środków takich jest w prawosławiu bardzo wiele, z których najważniejsze są dwa: liturgia i właśnie Ikona. Liturgia prawosławna dzięki ciągłości śpiewu i wielokrotnym powtarzaniu tych samych wersetów tworzy nastrój sprzyjający kontemplacji. Podobnie Ikona ma kontemplacyjny charakter. Odczytywanie ikony, podobnie jak odczytywanie tekstu biblijnego ma kilka poziomów. Na pierwszym odbiorca zapoznaje się z tematem. Tu następuje recepcja treści literalnej Ikony: kto jest na niej przedstawiony, lub jakie wydarzenie wyobrażono? Na drugim objawia się widzowi sens symboliki obrazu, jego znaczenie jako znaku. Trzeci poziom jest poziomem bardzo osobistym i indywidualnym. Tu odczytuje się osobisty przekaz Ikony: co Ikona mówi Tobie? Ostatni, czwarty stopień to już kontemplacja. W prawosławiu w odniesieniu do tego stopnia recepcji używa się greckiego słowa anagonia – wstępowanie. Nie ma tu miejsca na dokładne omawianie tego tematu, wspomnę jeszcze tylko, że na Ikonie symbolem jest nie tylko jej treść, czy na przykład rekwizyty używane przez świętych, ale również kolor, zwłaszcza w tych Ikonach, które trzymają się klasycznego kanonu.

4. Uniwersalny wymiar Ikony

Sztuka Ikony jest sztuką sakralną par excellence. Oprócz niej istnieje wiele innych gatunków sztuki, tak sakralnej sensu stricto, jak też tak zwanej świeckiej. Czy jednak naprawdę można sztukę podzielić na sakralną i świecką? Zdaniem Jerzego Nowosielskiego dokonywanie takiego podziału nie jest ani sensowne, ani słuszne: „Już sam taki podział jest nieporozumieniem. Moim zdaniem , sztuka jako tajemniczy akt ufności wypływający z wiary w rzeczywistość nie stworzoną należy sama w sobie do dziedziny sacrum i poza nią w ogóle nie może istnieć. Stąd wszelkie próby wyprowadzenia sztuki poza obszar sacrum kończyły się porażką. Przecież nie udało się, jak dotąd, stworzenie sztuki na wskroś materialistycznej, należącej wyłącznie do sfery profanum. Sztuka jest domeną sacrum i bez niego nie może istnieć.” No tak, ale istnieje przecież sztuka o tematyce świeckiej, czy i ona należy w jakiś sposób do sacrum? Na to pytanie pozwala odpowiedzieć właśnie Ikona. Ikona, jak to już wyżej zostało powiedziane, jest dziełem o charakterze medytacyjnym, przedmiotem służącym do medytacji, podobnie, jak buddyjskie tanki i mandale. A czym jest medytacja? Definicji jest niesłychanie wiele, ale większość pewnie zgodzi się, że jest to czasowe podniesienie procesów umysłowych na pewien wyższy poziom. Jest więc pewnym procesem psychologicznym. Oczywiście ten wyższy poziom różnie może być interpretowany. Może być głęboką refleksją, stanem ekstazy, czy poruszającą emocją. Ikona jest induktorem tego procesu.

Ale, czy tylko Ikona? Wydaje się, że każde prawdziwe dzieło sztuki indukuje tego rodzaju procesy. Każde więc należy w ten, czy inny sposób do sfery sacrum. Oddajmy głos Beacie Futro, współczesnej artystce polskiej: „Sztuka poprzez symbole może być obok medytacji i dzięki niej środkiem prowadzącym do doświadczenia stanu niezróżnicowanej jedności wykraczającej poza rozróżnienie podmiotu i przedmiotu oraz przestrzeni i czasu . Inaczej mówiąc uchwycenie bezpośrednio ostatecznej rzeczywistości jest możliwe dzięki samemu procesowi tworzenia i odpowiedniemu odbiorowi dzieła sztuki. Doświadczenie takiego stanu znajduje się poza zasięgiem operowania dyskursywnym myśleniem oraz językiem i w ten sposób niemożliwe do przekazania innym. Dzieło sztuki, które chronologicznie pojawiło się znacznie wcześniej niż pismo i określone znakami pisma pojęcia – stwarza możliwość rozumienia na innym poziomie percepcji. Odwołuje się do naszej wiedzy, ale również i przede wszystkim do naszych doświadczeń na drodze do zrozumienia procesów zachodzącym w kosmosie, którym przecież podlegamy. Nasza świadomość rejestruje wszelkie zmiany, kształtuje się w zależności od kolejnych doświadczeń i przemyśleń. Sądzę, że jedynie sztuka może być drogą do rozwijania świadomości, rozumienia prawdziwej natury świata.” Ikona jest kwintesencją sakralności sztuki. Jest też jak gdyby wyznacznikiem kanonu tejże sakralności. Oczywiście nie postuluję, aby cała sztuka literalnie wzorowała się na Ikonie. Chodzi mi o coś innego. Ikona wnosi pewien istotny wzorzec, mianowicie godność. Sztuka, żeby być sztuką musi mieć swoją godność. Musi przedstawiać rzeczywistość w sposób godny. Nie może być jedynie prowokacją. Nie może wzbudzać uczuć niskich. Musi ducha ludzkiego podnosić na wyżyny, nie zaś wpychać do kloaki. Myślę, że Ikona jest dla całej sztuki ważnym Znakiem, zwłaszcza w czasach dzisiejszych, gdy w sztuce rozwija się prężnie ruch antyestetyczny, który chce tylko prowokować i oburzać. Jest to tym bardziej aktualne, w momencie, gdy ruch ten nawiązuje do Ikony, ale nawiązuje w duchu profanacji tejże. Trzeba sobie zadać pytanie, czy sztuka, która poczucie sakralności zatraciła, pozostała sztuką? Obawiam się, że nie. Ikona, dopóki istnieje i żyje, a nic nie wskazuje, aby miało się to zmienić, będzie swoim istnieniem przypominać artystom i odbiorcom o sakralnej roli sztuki. Będzie inspiracją dla jednych, a wyrzutem dla drugich. I myślę, że dzięki Trwaniu Ikony, sztuka nie zatraci swojego charakteru. Ikona, wraz z mandalą i tanką, stanowi pewien typ sztuki, którą można by nazwać sztuka kontemplacyjną. Sztuka kontemplacyjna jest moim zdaniem nie tylko kwintesencja sakralności sztuki, jak już napisałem wyżej, ale kwintesencją samej sztuki jako takiej. Sztuka bez sakralności bowiem nie jest w ogóle sztuką. I tego nas uczy Ikona.

WYKAZ PIŚMIENNICTWA

1. Zbigniew Podgórzec, Wokół Ikony. Rozmowy z Jerzym Nowosielskim, Warszawa 1985

2. Zbigniew Podgórzec, Mój Chrystus. Rozmowy z Jerzym Nowosielskim, Białystok 1993

3. Jerzy Nowosielski, Inność Prawosławia, Warszawa 1991

4. Sergiusz Bułgakow, Prawosławie, Białystok-Warszawa 1992

5. Irina Jazykowa, Świat ikony, Warszawa 1998

6. Olga Popova, Engelina Smirnova, Paola Cortesi, Ikony, Warszawa 1998

7. Wielka Encyklopedia Powszechna

8. Program wystawy „Beaty Futro malarskie doświadczenia z buddyzmem”, Warszawa 2001

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij