Dobre wieści z Watykanu

 Ołtarz papieski

Mijający miesiąc listopad rozpoczął sie dobrymi wieściami z Watykanu. Są to wieści dobre nie tylko dla tradycjonalistów, ale dla wszystkich, którzy chcą, aby liturgia katolicka obrządku zachodniego była piękna i nabożna. Otóż piątego dnia bieżącego miesiąca Ojciec Święty Benedykt PP XVI odprawił w Bazylice Świętego Piotra Mszę Świętą za dusze zmarłych w ostatnim roku biskupów i kardynałów. Była to pierwsza publiczna Msza papieska przygotowana przez nowego mistrza ceremonii liturgicznych księdza Gwidona Mariniego.

 

Po tej Mszy można powiedzieć, że nowego ceremoniarza ze starym, abp. Piotrem Marinim łączy jedynie nazwisko. Ksiądz Gwidon przygotował bowiem ołtarz do Mszy w sposób uwidoczniony na powyższej ilustracji. Na środku ołtarza znajduje się duży krucyfiks zwrócony pasyjką w stronę celebransa. Po obydwu stronach krzyża umieszczone są w pięknych świecznikach tradycyjne świece, takie jakich używano powszechnie w starym rycie. Jest ich w sumie sześć, czyli tyle ile jest wymaganych do Mszy uroczystej w zwyczajnej formie rytu rzymskiego.

 

Niby nie jest to nic nadzwyczajnego. Ksiądz Gwidon Marini tylko zrealizował w pełni wskazania Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego. Ale to „tylko” to wyjątek w dzisiejszym Kościele. OWMR nakazuje aby w czasie Mszy Świętej na ołtarzu lub w pobliżu ołtarza stał krzyż. O ile sie nie mylę, poprzedni ceremoniarz nigdy nie ustawił krzyża na ołtarzu, a dopiero za pontyfikatu Benedykta XVI umieszczał przy ołtarzu piękne krzyże z wizerunkiem Zbawiciela. Wcześniej było z tym różnie.

 

Takie przygotowanie ołtarza prze księdza Gwidona czyni bardziej prawdopodobnymi pogłoski o rychłym publicznym odprawieniu Mszy Trydenckiej przez Ojca Świętego. Przy tak przygotowanym ołtarzu praktycznie można by ja odprawić. W bazylikach papieskich bowiem ołtarz tradycyjnie ustawiony był w stronę ludu. Jest to związane z odwrotna orientacją tych budowli. Jedynie przy takiej celebracji zachowywano jej kierunek ku Wschodowi.

 

Bardzo bym chciał aby za przykładem księdza Mariniego poszli odpowiedzialni za liturgię w naszych parafiach na razie bowiem krzyż na ołtarzu można spotkać rzadko. Co więcej „pobliże” ołtarza jest nierzadko rozciągane na całe prezbiterium i często jedyny w nim krzyż jest na ścianie lub na łuku. Jeśli już jest na ołtarzu, to z boku, a jeżeli gdzieś jest na środku, co zdarza sie w mniej niż 1 procencie kościołów to z kolei liczba świec jest nieprawidłowa,  jak na zdjęciu poniżej.

ołtarz

 

 

Hipokryzja, czy schizofrenia?

 

Zastanawiam sie od pewnego czasu, czy stosunek szeroko pojętej lewicy kulturowej do sztuki awangardowej, a zwłaszcza antyestetycznej, określić jako schizofrenię, czy też hipokryzję. Schizofrenią byłby wtedy, gdyby był szczery, zaś hipokryzją w przypadku, gdyby był udawany. A tego, czy jest szczery, czy udawany, ja nie wiem. Wiem tylko, ze jest na tyle pełen sprzeczności, że może być jedynie jednym albo drugim. Piszę o lewicy kulturowej, czyli o ludziach, którzy odrzucają oparcie kultury na Tradycji. Nie jest ona tożsama z lewicą polityczną, jest od tej ostatniej znacznie szersza, dlatego też za jej wykładnię można spokojnie uznać Gazetę Wyborczą, która politycznie nie lokuje się na ścisłej lewicy, lecz między nią a centrum.


Pomny niedawnych zachwytów tejże gazety nad dziełami Krzysztofa Wodiczki, zwącego sie instalatorem, o których zresztą pisałem już w krytycznej formie (swoją drogą widać, ze ktoś czyta moje wypociny, bo w tekście tym naśmiewałem się, że Wodiczki nie ma w polskiej wikipedii, a już jest), zdziwiłem się niepomiernie, gdy ta sama gazeta innego instalatora, Guillermo Habacuca Vargasa z Kostaryki, odsądza od czci i wiary. Cóż ten człek takiego uczynił, że dla Gazety Wyborczej przestał być godnym noszenia zaszczytnego miana artysty?


Otóż dla celów swojej pseudosztuki kupił chorego psa i go zagłodził publicznie w galerii. Czynem tym chciał oddać cześć Natividadowi Candzie z Nikaragaui, złodziejowi zagryzionego przez dwa psy, pilnujące gospodarstwa do którego sie włamał. I na co sie oburzyła Gazeta? Na to, że „artysta” czyni bohaterem i ofiarą, wręcz świętym męczennikiem zwyczajnego oprycha, który dostał to, co mu sie słusznie należało?


Ależ nie, sama pewnie też płacze nad losem złodzieja, który zapewne miał trudne dzieciństwo. Lewicowy autor, podpisujący sie mar oburza się tylko i wyłącznie na to, ze pseudoartysta w okrutny sposób zabił psa i za to właśnie go potępia. Pewnie gdyby instalator sam się przywiązał na cześć tegoż złodzieja i publicznie głodził, Gazeta wychwalała by go za odważne podejście do problemów społecznych i artystycznych. Jednak zabicie psa, to w oczach kulturowych lewaków wielki grzech, znacznie większy od wychwalania włamywaczy, a nawet samego włamywania się. Takiego grzechu lewizna nie odpuszcza nawet „artystom”.


Nie byłoby Vargasa, gdyby nie było Wodiczki i podobnych. Kostarykański instalator jest nieodrodnym dzieckiem antyestetycznej awangardy plastycznej o lewackich inklinacjach. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Wyczyny Vargasa są logiczną i nieuchronną konsekwencja odejścia od tradycyjnego celu sztuki, jakim jest ukazywanie piękna, jak o tym pisałem tutaj i tutaj. Gazeta zaś zawsze to odejście popierała i promowała.


Swoją drogą ten Vargas jest „artystą” o kilka rzędów wielkości pośledniejszym nawet od Wodiczki, bo nie ma go chyba w żadnej wikipedii. W każdym razie w polskiej, angielskiej i hiszpańskiej go nie ma. Nic więc dziwnego, ze chciał zaistnieć za pomocą skandalu. A artystą nie był, nie jest i nie będzie. Zawsze pozostanie jeno skandalistą.


Technorati Profile

W poszukiwaniu krewnych

 

Ostatnimi czasy serwisy społecznościowe wyrastają w polskim internecie jak grzyby po deszczu w lesie. Nie tylko zresztą w polskim, ale zagranicznymi społecznościami zajmować sie nie zamierzam. Nie siedzę w tym temacie, to i nie za bardzo mam o czym pisać. Skupię się więc na krajowym podwórku, w którego sprawach nabrałem juz jakiej takiej orientacji. Na później zostawię sobie społeczności o największym zasięgu jak Nasza-klasa, Goldenline i Pino. Zacznę od serwisu, który jeśli w ogóle można uznać za społecznościowy, to bardzo nietypowy.

 

Moikrewni to serwis półotwarty. Oznacza to, że każdy może założyć profil, ale oglądać cudze profile, czy nawet dowiedzieć sie o ich istnieniu mogą tylko zaproszeni przez twórcę danego profilu, czy właściwie drzewa. Główna funkcjonalnością tego serwisu jest bowiem budowanie drzewa genealogicznego. Służy do tego bardzo prosta w obsłudze aplikacja, a każdemu krewnemu można przypisać dość szczegółowy profil z danymi personalnymi, krótka charakterystyka i zdjęciem. W przyszłości ma sie pojawić możliwość eksportu tak stworzonego drzewa do dokumentów elektronicznych, a także wydruku, wiec niewątpliwie przyda się dziatwie szkolnej, która nie będzie już musiała rysować drzewa ręcznie i kaleczyć przy tej okazji rodzinnych albumów fotograficznych.

 

Projekt ma jednak spore braki. Podstawowym jest nadmierne mimo wszystko zamknięcie. Przydała by sie jakaś wyszukiwarka drzew genealogicznych po występujących w nich nazwiskach połączona z możliwością wystąpienia z prośbą o zaproszenie do twórcy drzewa. Taka zmiana pozwoliłaby na znaczne poszerzenie funkcjonalności serwisu bez naruszania jego podstawowej struktury i organizacji. W obecnej bowiem postaci serwis ten nie nadaje sie do realizacji celu, który jest wyszczególniony w jego reklamach, na które można sie natknąć w różnych miejscach internetu. Nie nadaje sie bowiem do szukania krewnych. W obecnej formie serwisu możemy na drzewie umieszczać tylko krewnych lub powinowatych, których dane znamy bezpośrednio lub pośrednio.

 

Przydałoby się też rozszerzyć możliwość wysyłania zaproszeń na inne formy komunikacji niż sama tylko poczta elektroniczna. Sugerowałbym możliwość wysyłania wiadomości przez gadu-gadu. Po prostu numer gadu krewnego którego chcemy zaprosić łatwiej ustalić niż adres mailowy. A mało kto ma bazę e-adresów krewnych i powinowatych. Kontakty rodzinne rzadko są kultywowane ta drogą.

 

Reasumując, serwis jest ciekawy, ale wymaga jeszcze poważnego dopracowania, aby mógł być naprawdę użyteczny.

Nie taki znowu niesmaczny „Ratatuj”

 

 

Kilka tygodni temu, tuż po wejściu na ekrany naszych kin amerykańskiego filmu animowanego Ratatuj (Ratatooille) dosyć nieprzychylną recenzję tego obrazu opublikował w Dzienniku Jakub Demiańczuk. Twierdzi on, ze film jest niesmaczny, wtórny oraz, ze ludzie są w nim nieprzychylnie przedstawieni. Spróbujmy sie przyjrzeć tym zarzutom.



Żarty na bok, niezależnie od motywacji realizatorów, idea szczura kucharza jest mocno niesmaczna. Podobnie jak walący prosto w oczy motyw manipulacji: szczurek ciągnie Linguiniego za włosy, a ten fika po kuchni niczym marionetka na sznurku.


Czytając te recenzję odnoszę wrażenie, ze Demiańczuka razi nie tyle jeden film, co konwencja współczesnego amerykańskiego kina animowanego w ogóle. Taka doza niesmaczności, jaką kreuje szczur pod kucharska czapką, została nie tyle przekroczona, co przeskoczona, zarówno w Shreku, gdzie się je szczury (Nie dawaj jej szczurów), jak tez w trzeciej części Króla Lwa, gdzie Timon i Pumba sprzeczają się o to, które owady są smaczniejsze: tłuste, czy chrupiące. W połowie filmów tego typu są sceny i wątki mniej lub bardziej niesmaczne.


Katalog grzechów filmu jest zresztą bardziej obszerny: niemal wszystkie ludzkie postaci są niesympatyczne albo – w najlepszym razie – drażniąco niezaradne.


Pomijając juz fakt, ze Demiańczuk używa raniącej moje uszy formy postaci, to akurat takiemu przedstawieniu ludzi w filmie opartym na pomyśle czeskiego reżysera Jana Pinkavy, nie powinien się dziwić, jeśli choć trochę zna sie na przeszłości dziecięcego filmu. Pije oczywiście do serialu Krecik, na którym, jak mniemam nie tylko ja się wychowałem, ale również Demiańczuk i Pinkava (choć ten ostatni pewnie krótko, bo juz jako siedmiolatek opuścił z rodzicami komunistyczną Czechosłowację). Podówczas odcinków Krecika było tylko osiem, ale zapewne większość z tych ośmiu zdołał przyszły filmowiec jako dziecko poznać. A z większością późniejszych epizodów zapewne zaznajomił sie w życiu zawodowym. Właśnie w tym serialu ludzie są przedstawieni prawie wyłącznie negatywnie, jako ci, którzy śmiecą, hałasują, niszczą przyrodę tak w sposób indywidualny, jak też zorganizowany. Ludzi godzi sie wykpić, okpić, oszukać, zniszczyć ich własność, a nawet okraść. Ratatuj w porównaniu z Krecikiem jest pod tym względem łagodny.



Niewiele tu również fabularnych rozwiązań, których już nie widzieliby fani „Wpuszczonego w kanał” czy „Gdzie jest Nemo”.


To juz jest zarzut śmieszny. W tym gatunku nawiązania i ciągłe mutacje tych samych wątków i motywów to rzecz najzupełniej naturalna. Oprócz wspomnianych tytułów, wiele jest w Ratatuju nawiązań na przykład do Robotów (np. kierownik obsesyjnie pragnący przejąć zakład na własność, dawny właściciel pomaga młodemu outsiderowi pokrzyżować te plany). I niech się recenzent cieszy, ze nie musiał oglądać entej mutacji Szrekowego motywu: mały gaduła i duży mruk.

O kolekcji noblistów raz jeszcze

 

NobelW zeszłym tygodniu ukazał się ostatni, dwudziesty piąty tom kolekcji dzieł najwybitniejszych noblistów ukazującej się z Dziennikiem. Był to Blaszany bębenek Güntera Grassa. Jako, ze na początku ukazywania sie serii poświęciłem jej tekst na swoim blogu, to samo chciałbym uczynić na końcu. Bardzo się cieszę, ze taka seria się ukazała, była to doskonała okazja do sensownego wzbogacenia bibliotek rzesz Polaków. Ogólnie akcje oceniam dobrze, mam jednak kilka uwag, zwłaszcza do doboru tytułów, które uwzględniono w akcji.

W poprzednim tekście podałem listę moich propozycji do serii. Rozminęła sie ona z rzeczywistością bardzo mocno. Oczywiście nie oczekiwałem, ze redaktorzy spełnia moje oczekiwania, ale niektóre różnice rażą.

Razi lewoskręt serii, zwłaszcza, jeśli jest ona wydawana z prawicowym dziennikiem. Ja wiem, że sam literacki Nobel jest lewoskrętny, ale mimo wszystko. Dwa tytuły Garcii, przy jednoczesnym braku Hamsuna, Mauriaca i Churchilla to oznaka nieusprawiedliwionej nadreprezentacji literackiej lewicy. Dobrze przynajmniej, ze nie było Szołochowa. Tego bym juz nie zdzierżył, bo jego twórczość, zwłaszcza Los człowieka uważam za literaturę szatańską. Pochwala bowiem tam czyn, który jest jednocześnie morderstwem niewinnego człowieka, ocaleniem mordercy i desakracją chrześcijańskiej świątyni. Trochę za wiele.

Razi nadreprezentacja. Ja wiem, ze Garcia i Grass to pisarze wybitni, ale umieszczenie ich w serii dwukrotnie, gdy jednocześnie inni, nie mniej wybitni są pominiecie jest nie w porządku.

Razi polonocentryzm. Dziwne to, że z ogółu noblistów redakcja uznała za wybitnych mniej niż co czwartego, a z polskich całą czwórkę. Nie oszukujmy się, Sienkiewiczowi i Szymborskiej do grona noblistów najwybitniejszych wiele brakuje. Oboje są noblistami najwyżej średnimi. Przypomnę, ze o Sienkiewiczu Gombrowicz powiedział, ze to pierwszorzędny pisarz drugorzędny. Ja Sienkiewicza bardzo lubię, ale dużo wyżej cenię Kiplinga, Mauriaca lub Hamsuna. Szymborskiej zaś ani nie lubię, ani nie cenię.

Poza tym szkoda, że tak gdzieś od jedenastego tytułu dostępność serii znacznie spadła. Do większości punktów dystrybucji prasy w mojej okolicy książki w ogóle nie docierały, pozostałe otrzymywały jeden, góra dwa egzemplarze. Na niektóre tytuły musiałem polować. Podejrzewam, ze nakład został drastycznie ograniczony.

Nie było tez zbyt dobrym pomysłem wznawianie tych dzieł, które niedawno wydała konkurencja. Mam na myśli Quo vadis i Ziemię obiecaną, które dwa lata temu ukazały sie w kolekcji Gazety Wyborczej. Z dzieł Reymonta można było wydać np. Wampira, a jeśli juz koniecznie musiał byc Sienkiewicz, to np. arcyciekawe, a mało znane Listy z podróży do Ameryki.

Nie zmienia to jednak faktu, ze jestem głęboko wdzięczny wydawcom serii za mozliwość nabycia ładnych i niedrogich edycji Gry szklanych paciorków, Doliny Issy, czy Mazurka dla dwóch nieboszczyków.

Tak więc dobrze, ze taka seria była. Oby Dziennik nie zakończył jeszcze swojej przygody z literaturą.

Siostra śpiewa przeciw AIDS

Lennox

Trzy tygodnie temu Wojciech Mann w swojej stałej rubryce na łamach Dużego Formatu ogłosił konkurs na przetłumaczenie piosenki Annie Lennox Sing, umieszczonej na jej najnowszym albumie Songs of Mass Destruction. Pod wpływem nagłego impulsu wziąłem w tym konkursie udział. Co prawda nie wygrałem, ale przynajmniej mam niebanalny temat na muzyczny tekst, a wypada mi pisać choć raz na miesiąc muzyczne teksty, skoro swego bloga ma Musicblox zapisałem.


Wzmiankowana piosenka jest elementem kampanii przeciwko AIDS w Afryce. Nie wiem co prawda jak feministyczna śpiewka ma pomóc w zwalczaniu choroby, ale jak wiadomo są na tym świecie ziemi rzeczy, o których się nawet fizjonomom nie śniło. Więc pewnie jakieś powiązanie tych dwóch kwestii również istnieje. Poniżej tekst mojego tłumaczenia. Jeśli ktoś znajdzie związek z AIDS, niech do mnie napisze.



Śpiewaj siostra, śpiewaj

Daj głosowi brzmieć

Co cię nie zabije

Wzmocni cię


Nie musisz wciąż od nowa poniżać się

Nie odrzucaj światła w tunelu

Dziś możesz silną być

Wszystko idzie naprzód

Potrzeba nieznalezionego

więc…



Śpiewaj siostra, śpiewaj

Daj głosowi brzmieć

Co cię nie zabije

Wzmocni cię


Matkami świata kobiety są

Kobiece plemię silne jest

Umieść swe piękno na wysokościach znów

I do swojego miejsca wróć

więc…


Śpiewaj siostra, śpiewaj

Daj głosowi brzmieć

Co cię nie zabije

Wzmocni cię


Śpiewaj siostra, śpiewaj

Daj głosowi brzmieć

Co cię nie zabije

Wzmocni cię


Śpiewaj w polu

Śpiewaj Głośno

Śpiewaj dumnie


Śpiewaj siostra, śpiewaj

Daj głosowi brzmieć



To jedynie w tym tygodniu wyszły mi takie krótkie teksty. W przyszłym juz będą normalnej długości. Obiecuję

<a rel="me"

Tajemniczy Karl Rumpel

Karl Rumpel - Kobieta w kapeluszu 

Mamy listopad. W tym miesiącu szczególnie pamiętamy o zmarłych. Najczęściej o zmarłych krewnych. Człowiek, o którym dzisiaj napiszę na pewno jest zmarły, nie żyje od 1939 roku. Czy był moim krewnym, tego nie wiem, wiem, że nosił to samo nazwisko co ja.

 Karl Rumpel - Nauki Jezusa

Niewiele o nim wiem. Z jego obrazami w postaci pocztówek zetknąłem się na allegro. Kilka takich pocztówek udało mi się kupić. W niniejszym wpisie prezentuję ich reprodukcje.

Karl Rumpel - Dziecko w wodzie 

 Karl Rumpel był niemieckim malarzem modernistycznym. Urodził się w 1867 roku, zmarł, jak już pisałem w 1939. Współpracował z niemieckim rzeźbiarzem Maxem Ueckerem. To wszystko, czego udało mi sie o nim dowiedzieć.

Karl Rumpel - Skubanie kury

Od bloga do literatury

pióro 

Człowiek piszący bloga zagląda też czasem na blogi innych autorów. W ramach tych wirtualnych wędrówek trafiłem ostatnio na dwie ciekawostki. Wśród licznych zwykłych pamiętników (zwłaszcza egzaltowanych nastolatek) oraz przejawów amatorskiego dziennikarstwa są też blogi należące do literatury pięknej: anegdoty, wiersze, opowiadania, a nawet powieści w odcinkach. Dwa blogi które chcę opisać pozornie należą do zwykłych pamiętników, w rzeczywistości jednak maja charakter literacki, gdyż cechują się dużą dozą autokreacji narratora w bohatera powieściowego.


Pierwszym jest blog Przemyślenia człowieka liberalnego, wcześniej znany pod tytułem Przemyślenia człowieka prawego. Ma on charakter fikcyjnego pamiętnika , opisującego zmyślone przeżycia autora. Akcja bloga, a właściwie satyrycznej powieści w odcinkach dzieje się na Kujawach podczas niedawnej kampanii wyborczej do sejmu i senatu. Blog za pomocą niezbyt wyszukanej hiperboli wyśmiewa propagandę wyborczą Prawa i Sprawiedliwości. Bohater aktywnie uczestniczy w kampanii PiSu, toteż, wzorem swoich wodzów gorliwie tropi i zwalcza Układ. Problem w tym, że zbyt gorliwie….. Po wyborach przeżył metamorfozę, gdyż podobnie jak Martin Luther King miał sen i został wskutek tegoż snu gorliwym zwolennikiem Platformy Obywatelskiej. Całkiem zabawna historia.


Autor drugiego bloga zatytułowanego Wszechświat to nasz wróg, zapewne mieszka gdzieś w moich stronach, bo ogląda czeską telewizję i jeździ na studia do Sosnowca. On z kolei kreuje sie nie na ideowego fightera, ale przeciwnie, na zimnego skurwysyna, któremu wszystko wisi. Dba tez oto, aby ciągle uwidaczniać przekonanie o własnej wyższości i okazywać pogardę dla innych. Jego, mocno przerysowane, sądy często zawierają kroplę głębszej mądrości. Jednocześnie jest jakby baronem Műnhausenem na opak. Jak tamten chciał przekonać świat o swojej wspaniałości, tak Zenek (bo tak ma na imie nasz bohater) chce przekonać świat o swojej ( i przy okazji świata) okropności. Warto poczytać. W odróżnieniu od poprzednio opisywanego bloga, ta pisanina ma jakąś wartość ponadczasową, dlatego sugeruję autorowi, aby pomyślał za jakiś czas, jak się mu tego więcej uzbiera o publikacji w formie książki.


Obydwa blogi łączy obfite używanie hiperboli. I ta hiperbola je obydwa przenosi z krainy zwykłego pamiętnika do krainy literatury. Nieznani mi z nazwiska Placebo i Zenek są całkiem udanymi naśladowcami Jana Chryzostoma Paska. Zapewne ani jeden ani drugi nie ucieszą się z tego ( przynajmniej publicznie), gdyż istota ich pomysłu zasadza się w udawaniu, że to nie kreacja, a możliwie wierny opis rzeczywistości.

Modernistów strach obleciał

 

Całkiem niedawno wpadł mi w ręce artykuł księdza Mariana Królikowskiego, który daje w tym tekście wyraz swojemu strachowi przed Mszą Świętą Wszechczasów. Właśnie paniczny strach przed tradycyjną katolicką Mszą przebija przez każdą linijkę tego tekstu. Przejawia się to między innymi niebywała ilością kłamstw, przeinaczeń i błędów jakich sie autor dopuszcza. Ich rodzaj wskazuje wyraźnie, że nie są to przypadkowe pomyłki, ale elementy celowej manipulacji. Po pierwsze bowiem autor usiłuje zmarginalizować tradycjonalistów. Już w pierwszym zdaniu nazywa ich „nielicznymi”. Następnie utożsamia tradycjonalistów ze schizmatykami i sugeruje, ze wszyscy oni negują Sobór Watykański II. W następnej kolejności totalnie fałszuje rzeczywistość, pisząc, że wszystkich tradycjonalistów jest na świecie 300 000, kapłanów zaś 450, z czego połowa w FSSPX. Są to wyssane z palca brednie i kłamstwa! FSSPX ma ponad 500 kapłanów i milion wiernych. Administratura apostolska Św. Jana Maria Vianneya z Campos w Brazylii, kierowana przez biskupa Ferdynanda Rifana liczy 30 kapłanów i oficjalnie 30 000 wiernych (sympatyków ma znacznie więcej). Ponad dwustu księży ma Bractwo Świętego Piotra, Instytut Chrystusa Króla pięćdziesięciu, młodziutki Instytut Dobrego Pasterza kilkunastu, mniej znane zgromadzenia ( a jest ich kilkadziesiąt) od kilku do kilkudziesięciu. Jest więc na świecie co najmniej tysiąc tradycyjnych kapłanów katolickich (nie licząc sedewakantystów). Liczbę wiernych trudno oszacować, jednak na pewno nie przesadzę określając ją sumarycznie (FSSPX + Ecclesia Dei) na dwa miliony. Do tego dochodzi dużo większa grupa wiernych, która uczęszczałaby na Mszę Trydencka, gdyby nie wiązało się to z kilkugodzinną wyprawą.


Ilość to jednak mały pikuś. Kielecki ksiądz w żywe oczy kłamie twierdząc, że FSSPX uważa nową Mszę za nieważną. Artykuł wskazuje na to, ze w zjawisku tradycjonalizmu orientuje się nieźle, nie może więc nie wiedzieć, że za wyznawanie poglądu o nieważności nowej Mszy wiadomy Arcybiskup wyrzucał z seminarium. Wszystkich kłamstw tego tekstu wyliczać nie sposób, wspomne jeszcze o najgrubszym, które zacytuję in extenso, na pohybel kłamcy: Nie wolno zapominać, że obrzędy Mszy św. w ujęciu Mszału Pawła VI są zasadniczo tożsame z tymi, jakie relacjonuje św. Justyn (I Apologia, rozdz. 67) oraz Ordo Romanus I (VII w.). „Pierwotna norma ojców”, o której pisał Pius V, sięga co najwyżej wieków średnich, a nie epoki patrystycznej – do której odwołuje się Sobór Watykański II. Nie jestem teologiem, ani historykiem Kościoła, nie będę więc zbijał tego kłamstwa na gruncie tych nauk, ale posłużę sie narzędziem z mojego podwórka – z antropologii kultury. Jak wiemy są Kościoły schizmatyckie na Wschodzie, które od jedności z Rzymem i Carogrodem odeszły już w piątym wieku po narodzinach Chrysta Pana. Kościoły te: ormiański, syryjski, asyryjski, malabarski, koptyjski i etiopski używają Liturgij bez zrównania bliższych Nadzwyczajnej niżeli Zwyczajnej formie Rytu Rzymskiego. Wspomnę tylko najważniejsze podobieństwa: orientacja ku Panu, wyraźnie oddzielona rola kleru i laikatu w liturgii, wybitnie ofiarniczy charakter tejże, liczne odwołania do N Maryji Panny i Świętych, użycie języka niepospolitego. Dowodzi to niezbicie, że taki model Mszy ukształtował sie przed piatym stuleciem.

Myślę, ze tyle wystarczy, aby wywody księdza Mariana Królikowskiego wyrzucić do kosza, a jego kaplicę omijać szerokim łukiem.

Między poważną gazetą a tabloidem

 

 

Minął tydzień, odkąd na rynku ogólnopolskich dzienników pojawił się nowy tytuł – Polska.

Okazję do zapoznania sie z ta gazeta miałem w sobotę, kiedy to skusiła mnie dodawanym gratisem – nową płytą zespołu Zakopower. Skoro juz kupiłem, to przejrzałem. A żeby sie upewnić co do oceny, w poniedziałek kupiłem powtórnie. Po dwóch numerach mogę już się pokusić o ocenę tego zjawiska.

 

Zdziwiło mnie niepomiernie, że w przedwyborczą sobotę tematem dnia w ogólnopolskiej gazecie są ……… Groty Solne. Całe pierwsza i trzecia strona poświęcone były dowodzeniu, w oparciu o opinie poważnych naukowców, że owe groty nie przynoszą realnej poprawy stanu zdrowia i nie zastępują pobytu nad morzem. Darujcie sobie, temat istnie brukowy, oczywiście wielki minus. W ogóle połowa sobotniego wydania poświęcona jest tematyce zdrowotnej. Na katowickich stronach lokalnych znajdziemy sporo tekstów reklamujących Targi Medycyny Naturalnej. I tu dostałem dysonansem po twarzy. Artykuły o grotach były napisane z pozycyj wybitnie scjentystycznych, a przecież takie Targi, tak gorąco przez dziennikarzy zachwalane, to istny festiwal walki ze scjentyzmem. To co to w końcu jest? Gazeta dla schizofreników? Jakie jest podejście redakcji do scjentyzmu a jakie do paranauki, bo za Chiny Ludowe nie da sie tego wyrozumieć.

 

W poniedziałek było juz dużo lepiej. Tym razem większość objętości poświęcono tematowi w tym dniu najważniejszemu – wyborom i ich wynikom. I dopiero po przeczytaniu wydania poniedziałkowego mogę powiedzieć, co mi sie w tej gazecie podoba, a co nie. Podoba mi się to, ze można w niej znaleźć opinie wielu mądrych osób, w tym również z zagranicy. Podoba mi się to, że tekst góruje nad obrazem, a ten ostatni tez niesie treść informacyjną, a nie jest jedynie zbiorem przypadkowych zdjęć z darmowego, czy choćby i płatnego archiwum internetowego nie mających związku z tematem. Nie podoba mi się to, że w tej gazecie są same krótkie teksty. Nie ma ani jednego zajmującego całą stronę, o dłuższych nie wspominając. To przypomina tabloidy. Dobrze, że nowa gazeta nie skopiowała z nich pomysłu podawania w nawiasie wieku każdej opisanej osoby.

 

Dotąd w naszym kraju było siedem gazet codziennych: trzy opiniotwórcze (Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita i Dziennik, dwa brukowce (Fakt i Superekspres) i dwie agitki (Trybuna i Nasz Dziennik). W mojej opinii tylko pierwsze trzy nadawały sie do czytania. Polska zaś mieści sie między pierwszą, a drugą grupą. Można więc to czytać, ale po co?

 

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij