Serwis wielospołecznościowy

 

Funkcjonujące w polskim internecie serwisy społecznościowe cechuje duża różnorodność. Większość z nich wykazuje się daleko posuniętą specjalizalizacją. Nasza-klasa służy (a przynajmniej w założeniach służyć miała) odnajdywaniu po latach koleżanek i kolegów ze szkolnej ławy, MoiKrewni budowaniu drzewa genealogicznego swojej rodziny, Sciaga wymianie materiałów edukacyjnych, Eioba uprawianiu dziennikarstwa obywatelskiego (swoją drogą wyrażenie dziennikarstwo obywatelskie to niezły potworek językowy, jakby nie można było mówić o dziennikarstwie amatorskim), Profeo poszukiwaniu pracy i pracowników, Goldenline nawiązywaniu i kultywowaniu szerzej pojętych kontaktów zawodowych, profesjonalnych i biznesowych.

 

O części z tych serwisów już pisałem, o reszcie jeszcze napiszę. Dzisiaj chciałbym opisać Pino, serwis różniący się od wymienionych tym, że nie jest wąskospecjalistyczny. Nie jest też ogólnotowarzyski, a wielospecjalistyczny jak dajmy na to wielospecjalistyczna przychodnia lekarska. Jest bowiem portalem społecznościowym. Dzieli się on na kilka specjalistycznych subserwisów. Jest tutaj Ithink, poświęcony wspomnianemu wyżej dziennikarstwu obywatelskiemu. Jest Patrz służący prezentacji materiałów foto, audio i wideo. Plusem wielofunkcjonalności Pino jest współpraca tych dwóch subserwisów. Otóż artykuły z Ithink są prezentowane również na Patrz w formie podcastów. Jest to, o wiele się nie omylam atrakcja w polskim internecie unikalna. Jest to więc jedyne miejsce, gdzie można nie tylko przeczytać kilka moich tekstów ale także ich posłuchać. Skoro już przy multimediach jesteśmy, to następna w kolejce do wymienienia to telewizja internetowa Pino TV. Trzy kolejne subserwisy to standardowe usługi, jakie mają w swej ofercie wszystkie większe portale, nie tylko społecznościowe: poczta, blogi i domeny. W sumie te usługi mają jednak społecznościowy charakter, więc są tutaj jak najbardziej na miejscu. Zupełnie natomiast nie rozumiem co tu robi plotkarsko-brukowy serwis Xoxo. Nijak nie potrafię się w nim społecznościowego charakteru doszukać. Za to wybitnie społecznościowe są bazy linków linkologia i spis. Zaś serwis prezentacyjno-towarzyski Osobie oferujący między innymi możliwość tworzenia grup i galeryj, to juz społeczność niejako czysta.

 

Ogólnie Pino cierpi raczej na nadmiar niż niedobór elementów. Xoxo i PinoTV są tu zbędne. Jeżeli portal pójdzie drogą mnożenia takich usług, to zatraci swój społecznościowy charakter i stanie się kopią takiej dajmy na to Interii, która nijak społecznościowa nie jest, chociaż społecznościowe serwisy w ofercie posiada

Etnojazzowo

 

 

Skoro już czas jakiś błądzę po obrzeżach polskiego folku omawiając płyty, które można do tego gatunku zaliczyć, pod warunkiem, że się go szeroko rozumie, a które łączy to, że powstały poza środowiskiem folkowym, nie wypada abym nie napisał o najwybitniejszej polskiej płycie etnojazzowej. Chodzi o Past forward Grażyny Auguścik. Nie jest to już co prawda album nowy, ale kto powiedział, że tylko o nowościach pisać należy. Polskość tej płyty też nie jest stuprocentowa. Z jednej strony jest to album polskiej wokalistki, polska jest znakomita większość tekstów, a muzyka jest oparta na polskim folklorze. Z drugiej zaś strony, płyta została nagrana i wydana za oceanem, co może być jedną z przyczyn jej stosunkowo niewielkiej popularności w kraju. A zarówno artystka, jak jej dzieło na tę popularność bez wątpienia zasługują.


Na płycie znajduje się siedem dosyć długich utworów. Tytułowy Past forward to anglojęzyczny kawałek z orientalną melodią. Soul migration to instrumentalny utwór utrzymany w klimatach żydowskich. Pozostałe są wariacjami na temat polskiego folkloru muzycznego , tak nizinnego jak i górskiego, mocno podbarwionymi jazzem i egzotyką. Płyta może się nie spodobać folklorystycznym purystom, z racji obfitego użycia na niej akordeonu, który to instrument działa na przedstawicieli pomienionego środowiska jak czerwona płachta na przysłowiowego byka. Jako, że mnie do purystów prawie równie daleko jak do bolszewików, akordeon w adaptacjach polskiego folkloru mi nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. W tym przypadku nadaje on płycie specyficznego klezmerskiego posmaku, jednocześnie przysparzając jej spójności i pomnażając przyjemność płynącą z jej słuchania.


Drugiej takiej płyty, a nawet choćby tylko porównywalnej na naszym rynku nie ma, choć w sumie mogłaby być, bo pewną ilość inspirowanych polskim folklorem smoothjazzowych piosenek nagrała, w początkach swojej kariery, Anna Maria Jopek. Rozproszyła je jednak po kilku płytach, do Bosej włącznie, toteż nie da się ich postrzegać jako jednej całości, a tym bardziej porównywać z inną całością. Są też jeszcze płyty zespołów etnojazzowych, takich jak Stilo, czy Lautari, ale one z racji mało wokalnego charakteru zajmują nieco inną półkę w moim osobistym katalogu muzycznym.


Na koniec kilka refleksyj natury ogólniejszej, nie przynależących ściśle do tej konkretnej recepty. Jako, że przy poprzednich moich recenzjach zrodziły się pewne wątpliwości, chciałbym je niniejszym wyjaśnić. Otóż moje recenzje muzyczne nie są szczegółowymi analizami omawianych wydawnictw, ale swobodnymi impresjami na ich temat, powstałymi po wielokrotnym przesłuchaniu.

Pro Polonia

 

Ostatnimi czasy w kategorii Internet i media mojego głównego bloga pojawiały się albo teksty komercyjne albo omówienia serwisów społecznościowych. Dzisiejszy tekst będzie miał odmienny charakter. Chciałbym się bowiem z Państwem podzielić radosną wiadomością. Otóż 3 maja bieżącego roku, w uroczystość Matki Boskiej Królowej Polski oficjalnie zainaugurował działalność nowy internetowy portal prawicowy pod nazwą Pro Polonia. Strona ta jest zasadniczo prowadzona przez narodowców, jednak silnie jest na niej reprezentowane także środowisko konserwatywne. Grupę zachowawczych autorów portalu stanowią między innymi: dr Adam Wielomski, odważny kapłan archidiecezji katowickiej, ksiądz Wojciech Grzesiak, Adam Danek i moja skromna osoba. Takie strony jak Pro Polonia ukazują jasno, że narodowców i nas wiele dzieli, ale dużo więcej łączy.

Ostatnimi czasy w kategorii Internet i media mojego głównego bloga pojawiały się albo teksty komercyjne albo omówienia serwisów społecznościowych. Dzisiejszy tekst będzie miał odmienny charakter. Zarówno dla nich, jak i dla nas, takie wartości jak religia, rodzina i tradycja mają ogromne znaczenie. Wspólnego też mamy przeciwnika politycznego – lewaków wszelkiej maści. Nie można oczywiście zaprzeczyć występowaniu między nami istotnych różnic, na przykład w kwestii prawa własności, która już zdąrzyła wywołać dość burzliwą dyskusję między autorami omawianego portalu. Jak jednak napisał w jednym ze swych tekstów jeden z nich, narodowiec Jan Bodakowski, powinniśmy bardziej się skupiać na tym, co łączy, niż na tym, co dzieli.

Jak na razie główną funkcjonalnością portalu są blogi jego użytkowników. Jest ich na chwilę obecną (blogów, nie userów) ponad trzydzieści. Poza blogami są tu też newsy, galerie i fotoreportaże. Będzie tego jeszcze więcej, bo portal cały czas się rozwija.

Popkulturowa fascynacja ludobójcami

 

 

Nad tematem, który dzisiaj chcę poruszyć zacząłem się po raz pierwszy zastanawiać  pięć lat temu, po tygodniowym pobycie w słonecznej Italii. Wróciłem zaś do tych rozważać całkiem niedawno, po zrobieniu zakupów na stacji benzynowej jednej z wiodących ogólnokrajowych sieci, należącej nota bene do międzynarodowej korporacji.

 

 

 

Otóż na stacji tej, oprócz paliwa, akcesoriów samochodowych, napojów alkoholowych i bezalkoholowych, słodyczy, hot-dogów, prasy, płyt z muzyką, prezerwatyw i filmów pornograficznych, można kupić breloczki z wizerunkiem nie kogo innego, ale znanego komunistycznego ludobójcy i lewackiego bożka Ernesto „Che” Guevary. Jest to dla mnie zaiste ogromny paradoks, że promowaniem wizerunku tego potwora w ludzkiej skórze, zajmuje się jedna z międzynarodowych korporacji, które są ulubionym celem werbalnych i innych ataków ze strony wyznawców tego idola.

 

 

 

A co takiego widziałem pięć lat temu we Włoszech, że mi się z dzisiejszym benzynowych kultem czerwonego mordercy skojarzyło? Otóż w naprawdę licznych sklepach, zarówno specjalistycznych enotekach, jak i zwykłych spożywczakach widziałem serię prostych (odmian merlot i cabernet sauvignon) win pod wspólną nazwą :”Vino della storia” ( o ile nie zrobiłem błędu w pisowni, bo piszę z pamięci, a włoskiego nie znam). Na etykietach widnieli tacy panowie jak: Duce, Hitler, Stalin, Lenin, Fidel, Che i nie wiadomo z jakiej paki … Bob Marley. Wina te zresztą są we Włoszech popularne do tej pory, produkują je najczęściej małe, rodzinne wytwórnie z północnych części kraju. W zeszłym roku przez włoskie sądy i łamy prasy przetoczył się spór na ten temat, sprzedaż tych win była chwilowo wstrzymana, ale po krótkim czasie została przywrócona.

 

 

 

Tego samego roku, może dwa miesiące później odwiedziłem krakowskie Sukiennice. Wśród różnych wytworów sztuki ludowej, paraludowej i pseudoludowej, można też było znaleźć matrioszki, na których, w miejsce rosyjskich bab widnieli: Lenin, Stalin i Saddam Husajn. Ten ostatni zapewne dzięki temu, że były to pierwsze miesiące ostatniej wojny w Zatoce Perskiej, Saddam już się ukrywał, krążyły o nim legendy, był postacią jak najbardziej poruszającą wyobraźnię.

 

 

 

Co łączy breloczek z Guevarą i flaszkę z Hitlerem? Obydwa te dziwaczne artefakty są przejawami specyficznego, można powiedzieć patologicznego popkulturowego kultu ludobójców. Choć w zasadzie można mówić nie tyle o kulcie, co o pewnej niezdrowej fascynacji. Wszystkie podane wyżej przykłady tejże fascynacji należą do zakresu zjawisk, który moglibyśmy określić jako sztukę bazarową. Jest ona zjawiskiem niejako równoległym do literatury bazarowej, która święciła triumfy głównie w dwudziestoleciu międzywojennym. Literatura ta wyraźnie odróżniała się od tej nazwijmy ją księgarnianej, nasyceniem tematyką skandaliczno-sensacyjną i między innymi właśnie swoistą fascynacją zbrodnią i zbrodniarzami. Tę tradycję w naszym swojskim wydaniu kontynuują magazyny „detektywistyczne” ze szczegółami opisujące zbrodnie i występki w wykonaniu łotrów krajowych i zagranicznych. Zasadniczo do tego samego nurtu, aczkolwiek w wersji importowanej, która ewoluowała głównie na Wyspach Brytyjskich, należą tabloidy i znaczna część kolorowych tygodników.

 

 

 

Współczesna wersja europejskiej cywilizacji, podobnie zresztą jak na przykład średniowieczna, po części tylko opiera się na mówionym, czy pisanym słowie (w odróżnieniu na przykład od cywilizacji żydowskiej), w znacznie większym zaś stopniu na obrazie. Oczywiście, brukowa prasa też na tym bazuje, obrazu tam znacznie więcej niż tekstu, niektórym pismom zdarzało się nawet uciąć artykuł w połowie, byle zdjęcie zmieściło się całe. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by do odbiorców docierał również przekaz czysto obrazkowy. Tu prym wiedzie telewizja, ale swoje trzy grosze ma do powiedzenia również sztuka. Nie mam tu zasadniczo na myśli sztuki w węższym znaczeniu, czyli na przykład malarstwa i rzeźby, ogólnie rzecz biorąc tego wszystkiego co się wystawia w galeriach. Oczywiście w tak rozumianej sztuce również Skandal w dużej mierze wyparł Piękno. Artyści tworzą dzieła skandalizujące licząc na większy rozgłos, a co za tym idzie większą sprzedaż swoich tworów.

 

 

 

Ja jednak mam na myśli głównie dział sztuki użytkowej zwany designem. Używa się też czasami polskiej nazwy tej dyscypliny, mianowicie „wzornictwo”, jednak sami designerzy uważają, że jest ona nieadekwatna. Tak, czy inaczej, chodzi o sztukę użytkową, w której mieszczą się nasze breloczki, matrioszki i etykietki od wina. Oczywiście, nie cała sztuka designerska jest skandalizująca. Wręcz przeciwnie, większość jej wytworów mieści się w tradycyjnych kanonach estetycznych.

 

 

 

Skandalizująca tematyka dominuje w nurcie bazarowym. Wywołanie skandalu ma poprawić sprzedaż miernego zazwyczaj produktu. Kiedyś, żeby taki efekt osiągnąć, wystarczyło na breloczku, czy długopisie gołą babę umieścić. Dziś, gdy erotyka wróciła na swoje miejsce w głównym nurcie kultury, żadnego skandalu już by to nie wywołało. Dużo lepszy efekt dają ludobójcy. W Polsce nie da się na produkcie umieścić Hitlera, bo konsekwencje ze strony aparatu represji byłyby dużo surowsze niż w słonecznej Italii. Ale taki Stalin, Lenin, czy Guevara, a nawet Husajn nadają się akuratnie. Ani policja ani prokuratura nie traktują propagowania komunizmu równie poważnie jak nazizmu, mimo, ze artykuł 256 Kodeksu Karnego za propagowanie jakiegokolwiek ustroju totalitarnego przewiduje karę do dwóch lat pozbawienia wolności. A niektóre z tych postaci są wręcz modne, zwłaszcza wśród lewicującej części młodzieży.

 

 

 

Nie jest więc niczym niezrozumiałym, ze niektórzy producenci promują swoje wytwory za pomocą skandalu, czy tylko pewnego podniesienia poziomu emocji, związanego z wizerunkami ludobójców. Dziwi natomiast co innego. Nie mogę pojąć jak to jest możliwe, że w promowanie wizerunków komunistycznych morderców, zaangażowała się duża, międzynarodowa korporacja. Przecież jej prezesi nie mogą nie zauważać tego, że część nabywców wisiorków z Guevarą, rzeczywiście głęboko nasiąka komunistyczną ideologią. Istnieje poważne ryzyko, że ci młodzi bolszewicy prędzej, czy później zaczną, wzorem swoich idoli, mordować kapitalistów. Po ludzi z zarządu tejże korporacji też mogą przyjść. Znów jest tak, że niektórzy, zgodnie ze słowami Lenina, sprzedają potencjalnym mordercom sznur, na którym ci chcą ich wieszać.

 

 

 

 

Czesław śpiewa.

 

 

Po raz drugi w ciągu niedługiego czasu przystępuję do omawiania płyty przynależącej gatunkowo do szeroko rozumianego folku. Tym razem padło na krążek zatytułowany Czesław śpiewa. Jest to płytowy debiut zamieszkałego na stałe w Danii Czesława Mozila. Artysta jest jednocześnie absolwentem akademii muzycznej w klasie akordeonu i właścicielem restauracji.

 

Połączenie tego instrumentu i gastronomii nasuwa skojarzenia z zespołem Raz Dwa Trzy, którego brzmienie jest zdeterminowane przez akordeon i którego wokalista, Adam Nowak, zanim został muzykiem, był kelnerem. Skojarzenie jest nadzwyczaj trafne, bowiem podobieństw jest więcej. Wskazać tu należy przede wszystkim na niebanalne, zmuszające do myślenia teksty. Muzycznie natomiast bliżej jest do znacznie mniej znanego zespołu Yahozna, w porównaniu z RDT jest u śpiewającego Czesława więcej jazzu, więcej folkloru i więcej instrumentów dętych. Charakterystyczną cechą krążka jest specyficzny, dosyć wysoki głos wokalisty, udatnie podkreślający moc wyśpiewywanych tekstów.

 

Na początku tekstu zaliczyłem omawianą płytę do szeroko rozumianego folku. Na temat przynależności muzyki akordeonowej, w tym twórczości zespołu Raz Dwa Trzy, do tego gatunku toczyły się swego czasu w środowisku folkowym zażarte spory. Przeciwnicy takiej klasyfikacji podnosili argument, że instrument ten nie jest tradycyjnie ludowym, a wręcz przeciwnie, można go nazwać antyludowym, gdyż zdaniem niektórych badaczy do spółki z młockarnią zabił muzykę ludową. Hołdują oni bowiem mitowi o odwiecznym folklorze, który zrodził się w zamierzchłym średniowieczu, przez kilka wieków trwał w stanie prawie niezmienionym, po czem nagle zginął, zmieciony przez nowoczesną cywilizację. Według mojej wiedzy, taki twór nigdy nie istniał. Rzeczywiście istniejący folklor ulegał ciągłym choć powolnym przemianom tak dyfuzyjnym jak inwencyjnym. Toteż młockarnia i akordeon mogły zabić co najwyżej pewien styl w muzyce ludowej, niestary zresztą, tworząc przy okazji nowy, równie ludowy.

 

Wywód o ludowości akordeonu przeprowadziłem wyłącznie po to, by ubiec tych, którzy będą negowali folkowość omawianej płyty, jak mi się to przydarzyło przy poprzedniej recenzji. Zresztą, folkowa, czy nie, płyta jest na pewno warta posłuchania.

Reforma reformy

Ojciec Święty

Rok temu, trzynastego marca 2007 w samo południe, sekretarz generalny Synodu Biskupów abp Mikołaj Eterović i patriarcha Wenecji Anioł kard. Scola, który na synodalnym zgromadzeniu ogólnym poświęconym Eucharystii (2-23 października 2005 r.) był relatorem generalnym przedstawili światu posynodalną adhortację apostolską Sacramentum Caritatis, wydaną przez Ojca Świętego Benedykta XIV. Moim zdaniem ten dzień, można uznać za początek reformy reformy liturgii rzymskokatolickiej, o której potrzebie obecny Papież pisał w książkach, które publikował jeszcze jako kardynał.

 

Czym jest owa reforma reformy? Jak zapewne wszystkim wiadomo, gruntowną reformę rytu rzymskiego, zrywającą w zasadzie ewolucyjną ciągłość form liturgicznych i pokrewieństwo formalne z innymi rytami katolickimi, przeprowadził pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, Papież Paweł VI. Jak się rychło okazało reforma ta, mimo pięknych założeń teoretycznych przyniosła banalizację, utratę estetyki i desakralizację liturgii. W wielu częściach świata, Msza Święta w „odnowionej” formie bardziej przypomina świeckie spotkanie towarzyskie niż liturgię tradycyjną , czy na przykład prawosławną. Reforma liturgii nie tylko nie załagodziła, nie mówiąc już o zażegnaniu kryzysu w Kościele, czego od niej oczekiwano, ale tenże kryzys znacząco pogłębiła i zaostrzyła.

 

Warto zauważyć, że wbrew powszechnemu mniemaniu reforma ta nie była realizacją zaleceń Soboru Watykańskiego II. Ten bowiem sugerował jedynie wprowadzenie do Mszy Świętej w rycie rzymskim modlitwy powszechnej (modlitwy wiernych) i ugruntowanie roli języków narodowych w Liturgii Słowa. Z drugiej strony jednak dokumenty soborowe wyraźnie zastrzegały, że językiem liturgicznym obrządków zachodnich ma pozostać łacina, dominującym rodzajem śpiewu ma być chorał gregoriański, a wierni powinni znać na pamięć podstawowe teksty mszalne po łacinie. Podsumowując, ojcowie soborowi chcieli w liturgii drobnych zmian o charakterze ewolucyjnym, nie zrywających jej ciągłości historycznej, a nie takiej „refolucji”, jaką zafundowali nam kilka lat później Paweł VI i bezpośredni autor nowego mszału, abp Hannibal Bugnini.

 

Reforma reformy, jest więc pewnym planem powrotu do realizacji wskazań Soboru w dziedzinie liturgii. Nie zakłada ona likwidacji nowego rytu, ale taką jego modyfikację, aby można go było uznać za kontynuację starych form liturgicznych, a nie twór zupełnie nowy i de facto samoistny. Po ewentualnych zmianach nowy ryt będzie bardziej niż przed nimi podkreślał tożsamość Mszy Świętej i Krzyżowej Ofiary Jezusa Chrystusa, będzie też wykorzystywał więcej form tradycyjnych, takich jak łacina, czy chorał gregoriański. Wszystko wskazuje na to, że Ojciec Święty Benedykt XVI taką reformę reformy realizuje powoli, ale konsekwentnie. Reforma ta przebiega dwutorowo – na drodze zmian w prawie kościelnym i zmian w praktyce. Zmiany w praktyce widać było od pierwszych dni pontyfikatu. Ojciec Święty, w odróżnieniu od swego poprzednika często używa Kanonu Rzymskiego, a w pozostałych przypadkach prawie wyłącznie III Modlitwy Eucharystycznej. Obydwie te modlitwy, w odróżnieniu od najczęściej w polskich kościołach używanej drugiej, wyraźnie podkreślają ofiarny charakter Mszy Świętej i jej związek z Golgotą. Benedykt XVI jest też znany z przywracania do użytku rozmaitych, prawie już zapomnianych elementów papieskiego stroju.

 

Na zmiany w prawie musieliśmy poczekać prawie dwa lata. Pierwszym przykładem takowych jest właśnie wspomniana adhortacja. Zachęca ona między innymi do:

-szerszego niż dotychczas użycia chorału gregoriańskiego

-stonowania stosowania Znaku Pokoju

-nauczania w seminariach duchownych odprawiania Mszy po łacinie i śpiewu chorału gregoriańskiego

-odprawiania w języku łacińskim wszelkich Mszy „międzynarodowych”

-preferowania tradycyjnego ustawienia tabernakulum z Najświętszym Sakramentem, to jest w centralnym miejscu prezbiterium np. na starym ołtarzu.

 

Szczególnie interesujące są dwa ostatnie punkty, gdyż w tym zakresie widać wyraźną zmianę. Jeszcze ostatnie Wprowadzenie Ogólne do Mszału Rzymskiego zaleca przenoszenie tabernakulów do bocznych kaplic lub do miejsc z boku prezbiterium. Benedykt XVI wyraźnie nakazuje odstąpić od tej praktyki. Zacytuję odpowiedni fragment adhortacji: Jest zatem konieczne, by miejsce, gdzie są przechowywane Postacie Eucharystyczne, było łatwo rozpoznawalne przez każdego, kto wchodzi do kościoła, również dzięki wiecznej lampce. W tym celu należy wziąć pod uwagę układ architektoniczny budynku sakralnego: w kościołach, w których nie ma kaplicy Najświętszego Sakramentu a pozostał ołtarz główny z tabernakulum, wskazane jest, by zachować ten układ dla przechowywania i adoracji Eucharystii, unikając stawiania w tym miejscu fotela dla celebransa.

 

Tak więc adhortacja wskazała pewien kierunek, tożsamy zresztą z nakreślonym już wcześniej przez wspomnianą soborową konstytucję o liturgii. Zreformowany ryt musi mieć osadzenie w tradycji, musi z niej integralnie wynikać i musi być nieładnie mówiąc „produktem” uprawnionej ewolucji bytów wcześniejszych. Musi zachowywać ten sam sens – który zachowywały wszystkie ryty dawniejsze, mianowicie z samej formy rytu musi wynikać jasno i wyraźnie, że Msza Święta jest Ofiarą i że jest to ta sama Ofiara, którą Pan Jezus sprawował na Krzyżu. Jak mówi na wpół zapomniana pieśń mszalna:

Co nam nakazuje nasza wiara * Jest między innymi i ta Ofiara *

Którą Bóg Syn * Dla naszych win * Na Krzyżu sprawował aż do trzech godzin.

 

Kolejny krok w reformie reformy, na który zresztą trzeba było poczekać ponad pół roku, należał znów do sfery praktyki. 1 października zakończył swą posługę mistrz ceremonii papieskich abp Piotr Marini. Zastąpił go na tym stanowisku ksiądz Gwido Marini. Jedyne, co nowego głównego ceremoniarza łączy z poprzednikiem, to nazwisko. Arcybiskup był miłośnikiem liturgicznej awangardy i entuzjastą inkulturacji. Msze papieskie w jego aranżacji często przybierały formę kolorowego widowiska upstrzonego elementami zaczerpniętymi z rozmaitych religii i kultów pogańskich. Dotyczyło to zwłaszcza celebracji podczas papieskich podróży zagranicznych, gdzie można było zobaczyć w czasie Mszy egzotyczne tańce w w wykonaniu skąpo odzianych dziewcząt, a nawet pogańskie rytuały w wykonaniu rozmaitych szamanów i szamanek. Tymczasem obecny ceremoniarz jest człowiekiem szczerze miłującym liturgiczna tradycję, co widać wyraźnie w czasie papieskich mszy od listopada począwszy. Na ołtarzu centralnie stoi spory krucyfiks, obok niego sześć dużych świec, po trzy z każdej strony i dodatkowo jedna mniejsza na środku, w czasie Mszy pontyfikalnych, dokładnie tak, jak tego wymagają przepisy liturgiczne. Coraz częściej też Ojciec Święty, wspomagany przez swojego mistrza ceremonii, ubiera stare szaty nie tylko galowe, ale także liturgiczne.

 

Całkiem niedawno pojawiły się informacje o możliwym kolejnym kroku w zakresie reformy reformy w najbliższej przyszłości, dla odmiany znów na polu legisłacji. Dziennik "La Stampa", powołując się na sekretarza watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. abp. Alberta Malcolma Ranjitha Patabendige Dona poinformował , że Stolica Apostolska przygotowuje specjalny dokument, w którym znaleźć się ma np. zalecenie przyjmowania przez wiernych Komunii Świętej tylko do ust i na klęcząco. Te informacje gazety jednak sam arcybiskup wkrótce zdementował.

 

W wywiadzie dla austriackiej agencją Kathpress zapewnił, że Watykan nie przygotowuje żadnego dokumentu, który znosiłby Komunię Świętej na rękę, czy na stojąco. Jednocześnie zapowiedział, że zagadnieniom dotyczącym liturgii poświęcone będzie "Kompendium o rozumieniu i sprawowaniu Eucharystii". Jednak, jak podkreślił, będzie ono dotyczyło zupełnie innych spraw, a nie Komunii Świętej do ust. Jednak z drugiej strony ten sam arcybiskup we wprowadzeniu do wydanej w styczniu br. książki ks. bp. Atanazego Schneidera pt. Dominus Est: refleksje biskupa z Azji Środkowej o Komunii Świętej napisał o przyjmowaniu Komunii Świętej na rękę: nadszedł czas, by dokonać oceny i rewizji tych praktyk i jeśli okaże się to konieczne, porzucenia ich. Prawdopodobnie więc w plotkach o czekającej nas rychło zmianie przepisów liturgicznych tkwi ziarno prawdy, chociaż zapewne nie będą one tak daleko idące, jak przewidywał włoski dziennik. Ojciec Święty Benedykt XVI przyzwyczaił nas już bowiem do tego, ze wszelkie zmiany, przywracające powoli Kościołowi jego dawną świetność przeprowadza powoli i z wyczuciem.

 

Poza wspomnianym kompendium zmian można się spodziewać, przy okazji kolejnego, czwartego już w nowym rycie wydania typicznego Mszału Rzymskiego, które jest zapowiedziane na 2009 rok.

Tam mogą być zmiany mniej spektakularne, ale daleko donioślejsze niż zakaz Komunii na rękę. Można sobie wyobrazić, że Ojciec Święty przy tej okazji zechce dopuścić fakultatywne używanie starego ofertorium, czy ograniczyć liczbę Modlitw Eucharystycznych, usuwając te, które niedostatecznie podkreślają Ofiarę. Jeśli te dwa elementy zostaną zmienione można będzie uznać, że nie tylko Msza Trydencka i inne tradycyjne ryty wschodnie i zachodnie, ale również NOM będzie mógł być nazywany Mszą Świętą Wszechczasów.

 

Tak, czy inaczej reforma reformy nie jest procesem, który dopiero ma się rozpocząć, czy też o którym nie wiadomo, czy w ogóle nastąpi. Ona już trwa od pewnego czasu. Miejmy nadzieje, że Ojcu Świętemu będzie dane doprowadzić ją do takiego punktu, w którym nowy ryt Mszy będzie w pełni należał pod względem formy do rodziny obrządków katolickich. Pod względem treści oczywiście należy do niej w pełni i nieustannie.

Folk neokatechumenalny

 

 

 

Zespół 2Tm2,3 znany jest przede wszystkim z ostrego, rockowego grania o wyraźnie chrześcijańskim przekazie z rzadka przeplatanego łagodniejszymi balladami. Nowa, akustyczna płyta, zatytułowana Dementi, wyróżnia się więc w dyskografii grupy. Pojawienie się takiej produkcji właściwie nie dziwi, skoro już od kilkunastu lat, od czasu słynnej serii koncertów Unplugged w MTV, nagrywanie przez zespoły rockowe przynajmniej jednej płyty akustycznej stało się na tyle modne, że można je nazwać standardem. Jednak zawartość płyty nie jest typowym akustycznym rockiem. Zespół wykorzystał bowiem nagranie bez prądu do przeprowadzenia swoistego eksperymentu stylistycznego, nie pierwszego zresztą w dorobku muzycznym tworzących go artystów. Dementi jest więc albumem nie rockowym, ale folkowym. Na siłę można by go zmieścić w nurcie klezmerskim. Zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej jest on ściśle osadzony w klimatach żydowskich, w tej pierwszej starotestamentalnych (teksty piosenek to cytaty i parafrazy biblijne) w drugiej nowożytnych, zarówno aszkenazyjskich,jak i sefardyjskich.

 

Artystycznie jest to bardzo ciekawy pomysł, na pewno warto takie płyty robić. Jak dotąd na naszym rynku muzycznym propozycyj czerpiących z tradycji żydowskich jest raczej za mało niż za dużo. A takich które mają szanse trafić do słuchacza spoza środowiska folkowego jest już jak na lekarstwo. W zasadzie przychodzi mi w tym kontekście do głowy jedynie Alkimija Justyny Steczkowskiej. Dlatego uważam że pod względem muzycznym Dementi wypełnia ważną lukę.

 

Problem leży gdzie indziej, mianowicie w religii. Nie byłoby go, gdyby zespół nie deklarował się jako chrześcijański. Tak się bowiem składa, że od zespołu chrześcijańskiego wymaga się więcej. W szczególności, kiedy zespół taki nagrywa płytę stricte religijną, a z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w tym przypadku, powinna ona mieć charakter jednoznacznie chrześcijański. Dementi takowym się nie legitymuje. Posiada ona jak już pisałem wyżej, wybitnie żydowski wyraz, a jedynym jej elementem świadczącym, że w ogóle zaistniało jakieś Nowe Przymierze jest nazwa zespołu. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest zapewne specyficzna formacja religijna jaką jego członkowie, po swoich nawróceniach przechodzą na Drodze Neokatechumenalnej. DN jest niewątpliwie, wśród wielkich ruchów posoborowych wspólnotą najbardziej zjudaizowana. Dementi można więc uznać za przykład neokatechumenalnej pobożności ludowej. Nie twierdzę, że DN jest bardziej żydowska niż katolicka. Stwierdzam jedynie fakt, że w danym przypadku neokatechumenalna formacja wydała owoc w postaci czysto starotestamentalnej płyty. Trochę to dziwne kiedy dużo bardziej katolickie płyty niż katoliccy neokatechumeni wydaje choćby taka Sinead O’Connor, której katolicyzm jest mocno wątpliwy.

Srebrny jubileusz gorzyckiego chóru.

Chór z Gorzyc 

Jedną z cech charakterystycznych górnośląskiej kultury tradycyjnej jest umiłowanie śpiewu chóralnego. Rozmaite chóry, głównie kościelne, ale nierzadko też świeckie, istnieją nie tylko w każdym śląskim mieście, ale też w wielu wioskach. Korzeni tej tradycji dopatrywać się można w śląskiej wielokulturowości, zarówno w aspekcie etnicznym, jak i religijnym. Chóry i inne zespoły śpiewacze służyły bowiem budowaniu tożsamości etnicznej i wyznaniowej, zwłaszcza wtedy, gdy była ona zagrożona. W czasach germanizacji chóry polskie były często jedynymi wspólnotami, gdzie można było świadomie kształtować tożsamość polską. Z kolei za panowania bezbożnego reżimu komunistycznego, chóry parafialne były jednymi z nielicznych grup, w których można było prowadzić w miarę regularną, choć może nieco jednostronną formację religijną. Po prostu wszelkiej maści władzom nieco niezręcznie było zwalczać grupy zajmujące się akurat śpiewem. Oczywiście, gdzieniegdzie zdarzały się mniej lub bardziej stanowcze prześladowania chórów i chórzystów, nigdy jednak (może poza apogeami totalitaryzmów) nie przybierały one tak drastycznych form jak w przypadku innego typu organizacji.

 

 

Nic więc dziwnego, że również w Gorzycach, w powiecie wodzisławskim, żywe były tradycje śpiewu kościelnego. Od ostatniej wojny działały tu przynajmniej dwa chóry parafialne. Pierwszy, istniejący od lat czterdziestych do sześćdziesiątych funkcjonował pod przewodnictwem ówczesnego organisty gorzyckiego Antoniego Hurskiego, a następnie nauczyciela Ryszarda Podeszwy. Drugim jest chór Cantemus Domino, który właśnie obchodzi srebrny jubileusz. Powstał on na wiosnę 1983 roku z inicjatywy ówczesnej przełożonej gorzyckiego klasztoru Sióstr Elżbietanek, s. Wiesławy, przy poparciu proboszcza ks. prałata Jana Rzepki. Pierwszy występ chóru miał miejsce podczas Mszy Świętej prymicyjnej pochodzącego z Gorzyc ks. Henryka Olszara. Od tego czasu gorzyccy chórzyści uświetnili swoim śpiewem setki obchodów religijnych nie tylko w samych Gorzycach, ale także w bliższej i dalszej okolicy. Być może najważniejszą uroczystością, którą gorzyckim chórzystom dane było upiększać była koronacja papieskimi koronami Cudownego Obrazu Matki Boskiej Fatimskiej w Sanktuarium w Turzy Śląskiej. Chór najczęściej występuje podczas Mszy Świętej i innych nabożeństw, przyczyniając się do nadania liturgii godnej oprawy artystycznej. Nie jest to jednak jego jedyna aktywność. Od lat bowiem również koncertuje w świątyniach i innych salach, wykonując repertuar odpowiedni dla danego okresu liturgicznego. Najpopularniejsze są koncerty kolędowe, które jak dotąd odbywały się w miarę regularnie nie tylko w Gorzycach, lecz także w innych miejscowościach. Chór brał też udział w konkursach i przeglądach osiągając pewne sukcesy. Niewątpliwie najważniejszym dokonaniem tego zespołu jest nagranie w 2006 roku płyty z kolędami zatytułowanej Wśród nocnej ciszy. Album zawiera 23 utwory, tak tradycyjne, jak i współczesne, znane i nieznane, w aranżacjach klasycznych i awangardowych. Całość jest spójna, ciekawa i przyjemna w słuchaniu.

 

Działalność śpiewacza chóru ma więc dwa podstawowe aspekty: religijny i artystyczny. W tym pierwszym zakresie chórzyści pracują dla Chwały Boga i pożytku Jego świętego Kościoła. W drugim dostarczają wrażeń artystycznych i kontaktu z dobrą muzyką mieszkańcom swojej parafii i okolicy. A warto wiedzieć, że funkcja ta jest spełniona w dwójnasób, zważywszy, że w repertuarze chóru znajdują się utwory takich wybitnych kompozytorów jak Verdi, Mozart, Beethoven, Bach, Arcadelt, Czajkowski, Rimski-Korsakow, czy Liszt. Wiele pieśni jest w języku łacińskim, co większości słuchaczy daje jedyną okazję do zapoznania się z tekstami do niedawna królującymi w naszej liturgii. Wykonywanie takich pieśni przez gorzycki chór wpisuje się doskonale w postulowane przez Ojca Świętego Benedykta XVI wracanie do tradycyjnych form muzyki liturgicznej. Od około dekady chór ma też w repertuarze kilka pieśni w języku starocerkiewnosłowiańskim pochodzących z rytu bizantyjskiego. To z kolei jest realizacją wezwania Papieża Jana Pawła II do oddychania dwoma płucami Kościoła – wschodnim i zachodnim. Używanie przez wiejski chór parafialny dwóch starodawnych języków liturgicznych, pięknie ukazuje uniwersalność Kościoła.

 

Chór gorzycki nie tylko śpiewa. Jest także instytucją dbającą o formację religijną swoich członków. Troska ta przejawia się w organizacji corocznych pielgrzymek do sanktuariów w kraju i za granicą, na których opiekę duszpasterską nad chórzystami sprawuje ks. dziekan Ginter Lenert. Ale nie tylko religijna formacja odbywa się w chórze. Kontakt z dziełami wielkich twórców, przekazanie przez dyrygenta podstawowych informacji o tychże twórcach, to całkiem rzetelna formacja intelektualna. Ale na tym nie koniec. Wspomniałem na wstępie, że chóry pełniły funkcję struktur budujących tożsamość. I dziś też budują tożsamość, tyle, że inną niż dawniej i w innym zakresie. Struktury budujące, czy wzmacniające tożsamość, potrzebne są tam, gdzie jakaś tożsamość znajduje się w sytuacji granicznej. W omawianych wyżej przypadkach takimi sytuacjami granicznymi były prześladowania. Dziś oczywiście nikt nikogo, za obieranie takiej czy innej tożsamości nie prześladuje, toteż ta sytuacja graniczna ma zupełnie inny charakter. Jest nią wzrost i umacnianie się tożsamości regionalnych, częściowo jako reakcja na zmęczenie rozmaitymi nacjonalizmami, częściowo zaś jako reakcja na globalizację. Jako, że chóry stały się integralną częścią górnośląskiej tradycji, to Ślązak śpiewający w chórze jest aktywnym uczestnikiem specyficznie śląskiej kultury regionalnej i daje wyraz swojej górnośląskiej tożsamości. Z zaspokajaniem potrzeby tożsamości, zazwyczaj, zwłaszcza współcześnie idzie zaspokajanie potrzeby wspólnoty. Chór staje się dla swoich członków niejako forum życia towarzyskiego. Chórzyści spotykają sie przy ognisku, czy przy kawie, częste są też improwizowane spotkania towarzyskie po próbach. Obydwie te potrzeby można też rozpatrywać łącznie, traktując je jak jedna, która można określić jako potrzebę przynależności. Samo śpiewanie zresztą, to nie tylko zaspokajanie potrzeb religijnych i artystycznych słuchaczy ale również zaspokajanie przynajmniej dwóch rodzajów potrzeb samych śpiewaków. Jeśli chodzi o potrzeby religijne, to sprawa jest oczywista. Jednak nie są one jedynymi potrzebami, zaspokajanymi przez śpiewanie w chórze. Zaspokaja ono również potrzebę, którą n
azwałbym potrzebą ekspresji, wyrażenia się, wykazania sie w czymś pożytecznym. Jest to ważne szczególnie dla ludzi, którzy nie są w danym momencie życia aktywni zawodowo, a takich jest w chórze sporo.

 

Kolejną forma działalności chóru, może uboczną, ale mająca niemałe znaczenie dla rozwoju lokalnej społeczności jest prowadzenie przez chór kroniki, w której jest opisywana jego śpiewacza i pozaśpiewacza działalność. Kronika ta, oprócz swojej funkcji wewnętrznej, służącej członkom chóru posiada również funkcję zewnętrzną, służąc badaczom jako materiał do pracy naukowej. Została juz wykorzystana przy pisaniu kilku prac magisterskich poświęconych działalności miejscowych chórów. Jednak kronika ta zawiera materiał sposobny również do badań w innych dziedzinach. Są w niej umieszczane na przykład pocztówki z wakacji nadsyłane przez chórzystów. Może to pomóc w badaniach nad preferencjami turystycznymi w różnych okresach. Liczne zdjęcia z imprez chóralnych mogą służyć jako pomocniczy materiał badawczy do studiów między innymi nad ubiorem i kuchnią. Najogólniej mówiąc jest ta kronika doskonałym źródłem dla przyszłych badaczy kultury górnośląskiej z przełomu XX i XXI wieku.

 

Zespół pod dyrekcją Olgi Rumpel liczy dziś ponad pięćdziesięciu członków. Po siostrze Wiesławie akompaniowała mu przez wiele lat jej następczyni w gorzyckim klasztorze, siostra Stanisława. Obecnie, od kilku lat czyni to kolejna przełożona elżbietanek, siostra Hiacynta .

 

Może się komuś wydawać, że przeceniam rolę chóru, zwłaszcza na płaszczyznach pozaartystycznych. Jednak trzeba pamiętać, że chór na wsi to zupełnie co innego niż chór w mieście. W dużych miejscowościach, chóry, czy to zawodowe, czy społeczne są prawie wyłącznie zespołami muzycznymi. Natomiast w parafii, która liczy 4500 wiernych, zamieszkałych w pięciu mniejszych i większych wioskach, pięćdziesięcioosobowy chór jest znaczącą organizacją społeczną, skupiającą zauważalny odsetek ludności. Taka struktura, zwłaszcza jeśli wykazuje regularną aktywność nigdy nie pozostaje bez wpływu na życie lokalnej społeczności.

 

 

O Krytykach słów nieco krytycznych parę

 

Od kilku miesięcy zdarza mi się od czasu do czasu pisać o mniej lub bardziej znanych polskich internetowych serwisach społecznościowych. Omawiałem już Naszą-klasę, MoichKrewnych i Wykop, dziś przyszła kolej na Krytyków.


Gdy pól roku temu na społecznościowej mapie Polski pojawił się serwis Krytycy.pl, wielu blogerów, w tej liczbie i moja skromna osoba powitało go z wielkimi nadziejami. Oto bowiem pojawiła się platforma dzięki której mogą oni publikować na swych blogach wpisy reklamowe i zarabiać na tej działalności. Jako, że prowadzę bloga, poświęconego szeroko pojętej kulturze, a w szczególności muzyce, religii i literaturze, liczyłem, ze reklamować będę głównie książki i płyty.


Rzeczywistość nieco rozminęła się z oczekiwaniami. Owszem pojawiły się dwie lub trzy kampanie reklamowe towarów i usług należących do sfery rzeczywistości realnej, ale większość akcyj na Krytykach ma charakter metareklamowy, a więc reklamuje się tutaj reklamę, przede wszystkim internetową. Jest to więc trochę klimat jak z Kafki czy Mrożka, ze tworzy się reklamę w internecie reklamy w internecie.


Ostatnio na topie jest pozycjonowanie. Obecny mój tekst jest już piątym, który ma zalety tej usługi wychwalać. Jedyną odmianą jest to, że teraz jest to juz nie tylko pozycjonowanie, ale także wymiana linków. Jako, że przy czwartym tekście wyczerpały mi się pomysły, nie będę się szczególnie nad tym tematem rozwodził. Pozycjonowanie i wymiana linków jakie są, każdy widzi. A na dowód, że nie tylko ja chciałbym reklamować co innego niż reklamy, podaję linka do ciekawego tekstu na ten temat.

Krytycy.pl Krytycy.pl

Alice- od Eurowizji do chorału

 

Wydawałoby się, że moje galerie dźwiękowe, poświęcone muzyce sakralnej, a przede wszystkim liturgicznej i moje, również ubarwione materiałem dźwiękowym, teksty o artystach eurowizyjnych, to dwa różne światy, które oddziela wielka przepaść i których nic łączyć nie może. A jednak jest inaczej. Doskonałym przykładem przenikania eurowizyjnej i liturgicznej rzeczywistości muzycznych jest twórczość włoskiej piosenkarki Carli Bissi, znanej jako Alice. Artystka ta, urodzona w 1954 roku, wygrała w 1981 festiwal w San Remo, a w 1984 reprezentowała swój kraj na Konkursie Piosenki Eurowizji. W swej bogatej dyskografii ma ona płytę, która zasługuje na zapamiętanie. Chodzi o album God is my DJ z roku 1999.


Jest to produkcja, na którą składają się utwory dosyć różnorodne, pochodzące nie tylko od różnych twórców ale także z różnych epok, a mimo to stanowiąca całość bardzo harmonijną. Można tu usłyszeć chorał gregoriański reprezentowany przez interesujący zestaw, składający się z wielkopiątkowych improperiów i wielkanocnej sekwencji, muzykę tak zwaną poważną w postaci śpiewu Pie Jesu z Requiem Gabriela Faure i sporą dawkę popu.


W odróżnieniu od większości tego typu produkcji, płyta Alice cechuje się autentycznym nastrojem religijnego rozmodlenia a jednocześnie wysokim poziomem artystycznym. Z każdej tego rodzaju produkcji, zwłaszcza jeżeli prezentują tak wysoki poziom jak ta, należy się cieszyć i każdą warto zauważać. Każda bowiem jest krokiem w kierunku przywrócenia religii należnego jej miejsca w głównym nurcie kultury. Z tego też powodu pozwoliłem sobie na napisanie słów paru o płycie, która nowością już dawno być przestała. Na koniec, jak zwykle,przykład muzyczny.

Victimae paschali laudes

Teksty utworów

 

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij