Caminho

 

 

Kiedy trzy lata temu, wczesną jesienią MMV, znana przede wszystkim z wykonywania coverów i udziału w różnych przedsięwzięciach zbiorowych, Dorota Miśkiewicz, nagrała pierwszą płytę z własnymi piosenkami, napisałem entuzjastyczną recenzję z tego wydawnictwa, w której wieszczyłem początek konkurencyjnej rywalizacji w polskim smootjazzie. Moja przepowiednia sprawdziła się mniej więcej w połowie. Co prawda bowiem pozycja Anny Marii Jopek, niekwestionowanej królowej tego gatunku w naszym kraju jest jak na razie niezagrożona, ale już zaczęła ją gonić grupa kilku wokalistek. Na czele tej grupy nadal znajduje się Dorota Miśkiewicz.


 

Caminho, wydana jesienią ubiegłego roku druga autorska płyta tej artystki jest bowiem co najmniej równie dobra, jak poprzednia. Co najważniejsze, wokalistka zdołała wypracować i utrzymać własny, rozpoznawalny i niepowtarzalny styl. . Głównymi jego wyróżnikami są dynamiczne, pogodne i melodyjne piosenki nie pozbawione przy tem jazzowego charakteru. Jeśli chodzi o motywy etniczne, to na Pod rzęsami były one lekko zarysowane, natomiast Caminho znajduje się pod silnym wpływem folku latynoskiego co jest przedewszystkiem efektem współpracy z brazylijskim perkusistą Guello. Jest on jednak tak dobrze skomponowany z całością i nie deformuje ani nie zamazuje owego indywidualnego stylu, o którym pisałem wyżej. Muzycznie jest to w zasadzie kwintesencja piosenki jazzowej. Właśnie proporcja między elementami jazzu i piosenki jest u Miśkiewicz idealna, co dobrze wróży dalszej karierze artystki. Owego jazzu jest w jej piosenkach więcej niż u Anny Marii Jopek, a mniej niż u Grażyny Auguścik.


 

Muzyczna ścieżka Doroty Miśkiewicz opiera się na mądrym umiarkowaniu, na złotej harmonii, na unikaniu zarówno przesadnej sublimacji, jak i nadmiernego uproszczenia. Jest to muzyka dla dosyć szerokiego grona wyrobionych muzycznie słuchaczy. Nie dla garstki specjalistów, ale też nie dla mas. Nie zadowoli ani fanów Dody, ani wielbicieli czystego jazzu tradycyjnego. Ale dla przeciętnego polskiego inteligenta jest w sam raz. Skoro o muzycznej stronie tej płyty już napisałem, co chciałem, to teraz nadeszła pora na skreślenie słów paru o tekstach piosenek na niej zawartych. Dominuje w niej, podobnie jak u znakomitej większości polskich wokalistek tematyka relacyj damsko męskich, podlana sosem delikatnej erotyki. Monotonia ta nie staje się nużąca, bo przełamuje ją jedna piosenka o niczym, a dokładniej o braku tekstu do tej piosenki. Oczywiście, pomysł nie jest nowy, wykorzystywała go już swego czasu Kasia Nosowska. No ale gdyby każda piosenka miała się opierać na innym pomyśle, to od dawna nie byłoby już na świecie nowych piosenek. A ten świat ciągle potrzebuje nowych piosenek.

Zabawki

Kto ma dzieci, ten ma i zabawki, chyba, że jest postrzelony i w myśl jakiejś chorej ideologii zamierza dziecko bez zabawek wychowywać. Kto mnie zna ten wie, że uważam wychowywanie dziecka bez zabawek za szkodliwy dla tegoż dziecka absurd. W naszym kręgu kulturowym zabawki są dzieciom koniecznie potrzebne, bo są integralna częścią dziecięcej zabawy w europejskim stylu. Zabawki towarzyszą kolejnym pokoleniom dzieci od tysiącleci. Kształty i rodzaje zabawek się zmieniają, ale ich funkcja kulturowa pozostaje niezmienna. Zabawki mogą więc być, wbrew pozorom tematem poważnej refleksji naukowej. Chociażby w dziedzinie badanych przeze mnie transformacyj bytów kulturowych. Tu mamy do czynienia z przemianami formy bytu przy zachowaniu jego funkcji.

Reklama Na Blogach

Skoki spadochronowe

 

Skoki spadochronowe w jednostce wojskowej. Porucznik mówi do szeregowego Fąfary:

– Szeregowy Fąfara to jest spadochron. Kiedy wyskoczycie z samolotu to pociągnijcie za tą linkę, wtedy otworzy się spadochron. Jeśli spadochron się nie otworzy to pociągnijcie za drugą linkę. Jeśli to nie podziała to pociągnijcie za trzeci linkę. A jeśli to nie podziała to macie w kieszeni instrukcję obsługi.

Fąfara wyskoczył z samolotu i chce otworzyć spadochron. Pociąga za pierwszą linkę i nic, pociąga za drugą linkę i nic, pociąga za trzecią linkę i nic. Wyjmuje instrukcję obsługi i czyta:

– Ojcze nasz któryś jest w niebie…

Skoki spadochronowe

Skoki spadochronowe

Reklama Na Blogach

Taniec w kulturze staropolskiej

Taniec towarzyski jest jednym z najbardziej charakterystycznych wyróżników cywilizacji europejskiej i jej pochodnych. Również kulturze polskiej towarzyszył on od samych jej początków. Wedle legend zanotowanych przez Długosza Popiel II zajmował się urządzaniem hulanek i tańców. Zgodnie ze świadectwem polskich kronikarzy dzień koronacji Kazimierza III w 1333 i kilka dni następnych spędzono na tańcach i gonitwach. Jak notuje tenże sam Długosz szczególnie oddana tańcom była małżonka tegoż monarchy Anna Giedyminówna. Z przykładów średniowiecznych miłośników tańca w naszej ojczyźnie najbardziej znacząca jest postać Św. Jadwigi Andegaweńskiej, króla Polski. Wedle tego samego Długosza będąc jeszcze niezamężną zabawiała się tańcami z Wilhelmem Habsburgiem w …. krużgankach klasztoru franciszkanów w Krakowie. Kronikarz dodaje, że odbywało się to skromnie i z największą przyzwoitością, nie zmienia to jednak faktu, że święta ta z upodobaniem tańczyła i to bynajmniej nie ze swoim małżonkiem. (Gloger, 1972, s.354-355)

Taniec a religia katolicka

Pisząc o tańcu, jak zresztą o każdym innym trwałym składniku kultur europejskich trzeba wyjść od Średniowiecza. W tym okresie ukształtowała się nasza cywilizacja, wtedy też powstał taniec towarzyski. Błędna jest więc praktyka, stosowana przez niektórych publicystów piszących o tańcu, rozpoczynania analiz od wieku XVI. Jeszcze większym ich błędem jest okraszanie tekstów cytatami z Ojców Kościoła dotyczącymi zupełnie innego rodzaju tańców i pochodzącymi z zupełnie odmiennego, bliskowschodniego kręgu cywilizacyjnego.

Staropolski synonim słowa taniec – „pląs” pochodzi od starosłowiańskiego czasownika „plesat”, oznaczającego klaskanie w dłonie. Należy wiec mniemać, ze najdawniejsze tańce łączyły ruchu nóg i rąk. (Chwalba, 2005, s. 67). Potwierdza to wzmianka w psałterzu królowej Małgorzaty o tancerzu nie tylko nogami, lecz i rękami pląsającym. (Gloger, 1972, s. 355). Tańce zbiorowe przybierały w początkowym okresie formę łańcucha lub koła, w których tańczący byli czasem ustawieni naprzemiennie pod względem płci. (Chwalba, 2005, s. 67) I choć, jak juz pisałem wyżej taniec towarzyski, w formie typowej, czyli w damsko-męskich parach jest specyficznym wynalazkiem cywilizacji europejskiej, to takie formy pośrednie, które do jego ukształtowania doprowadziły znane są również w innych kręgach kulturowych. Można tu podać przykład współczesnych Kurdów, wyznających jedną z bardziej liberalnych odmian islamu. U nich właśnie można się spotkać z tańcem w łańcuchu złożonym z mężczyzn i kobiet na przemian stojących i trzymających się za ramiona. Kto ciekaw, może to sobie zobaczyć w telewizji Kurdsat, powszechnie dostępnej w naszym kraju na platformach cyfrowych. Przeczy to popularnej tezie, jakoby świat islamu był tańców damsko-męskich całkowicie pozbawiony. Tyle tytułem dygresji, wróćmy do spraw krajowych.

Od średniowiecza taniec był u nas niebywale rozpowszechniony. Epoka ta była okresem, w którym taniec towarzyski się wykształcił, ale trzeba wiedzieć, że nie powstał on z niczego, ale po prostu z innych form tańca, wspólnych wszystkim kulturom, zwłaszcza naturalnym (określenia tego używać będę zamiast przestarzałych:dziki, pierwotny i prymitywny na wspólne zmianownikowanie kultur przedpiśmiennych). Tańce różnego rodzaju występują praktycznie we wszystkich kulturach świata. Można je podzielić według ich charakteru na religijno-magiczne i rozrywkowo-erotyczne. Występują również formy mieszane. Europejski taniec towarzyski należy bez wątpienia do kategorii drugiej, można go umiejscowić w obrębie domeny stonowanej erotyki. W pierwszych wiekach formowania się tańca towarzyskiego było w nim jeszcze sporo pozostałości dawnego, pogańskiego charakteru magicznego. Jest to ważne rozróżnienie zwłaszcza, gdy spotykamy się z tekstami starożytnych, czy średniowiecznych pisarzy kościelnych nieraz dosyć ostro krytykujących taniec.

Otóż zarówno w starożytności w basenie Morza Śródziemnego, jak też w średniowieczu w całej Europie Kościół katolicki zwalczał taniec nie jako sposób na rozrywkę, ale jako przejaw obecności rytuałów pogańskich. Taniec jako zabieg magiczny został wymieniony w XIII-wiecznym Katalogu Magii Rudolfa pochodzącym z opactwa cystersów w Rudach na Górnym Śląsku.(Chwalba, 2005, s. 67) Dajmy głos źródłom:

[..]dowiedzieliście się o wielorakim zgorszeniu […] które sie bierze z zabaw z maskami i nieprzyzwoitych zabaw urządzanych w czasie karnawału. Niejeden bowiem w infule z pastorałem i w szatach pontyfikalnych błogosławi na ulicach jak biskup, inni przebrani za królów lub książęta, inni z żartami z maskarad, inni wyprawiając tańce i pląsy kobiet i mężczyzn wciągają ludzi do zabawy (Chwalba, 2005, s. 67)

Tak pisał w 1444 biskup sambijski Michał. Badacz nie znający realiów Średniowiecza mógłby mniemać, iż ów hierarcha gromi tymi słowy erotyczny wymiar tanecznej rozrywki. Myślę jednak, ze nawet taki człowiek nie będzie mógł uczciwie obstawać przy takowej konstatacji, gdy przeczyta inny tekst z tego samego czasu pochodzący, będący dziełem biskupa poznańskiego Andrzeja, a powstały w 1420 roku:

[…]ponieważ w czasie karnawału ma miejsce wiele czarów i wiele zabobonnych praktyk, zmuszajcie lud, by porzucił je, a także wyuzdany obyczaj przebierania się mężczyzn za kobiety, a kobiet za mężczyzn. (Chwalba, 2005, s. 67)

Na tym przykładzie widać, ze kościół średniowieczny potępiał nie tańce jako takie, ale magiczne ich elementy, a szerzej zahaczanie tańców o sferę sacrum. Duchowni wiedzieli bowiem, że tam gdzie taniec ociera się o sacrum tam łatwiej o jego zakazany, magiczny charakter. Toteż zakazywano, jak wyżej widać przebierania się za osoby duchowne, tańców w kościołach, koło kościołów i na cmentarzach, oraz tańców w największe święta i ich wigilie. Zakazy takie pojawiają sie w ustawodawstwie kościelnym tak w Polsce , jak i w innych krajach. Za przykład niech posłuży fragment dokumentu wystawionego przez papieża Klemensa V wprowadzającego takowy zakaz na Soborze Vienneńskim:

[…] wielu tak duchownych, jak i świeckich zwłaszcza w wigilie niektórych świąt, gdy powinni oddawać się modlitwie, nie wzdraga sie tańczyć rozwiąźle nawet na przykościelnych cmentarzach, śpiewać pieśni i dopuszczać się wielu wybryków. Za tym idzie bezczeszczenie kościoła i cmentarza oraz rozmaite niegodziwe przestępstwa. Zakłóca to liturgię poprzez obrazę majestatu i zgorszenie obecnego przy tym ludu.

(Chwalba, 2005, s. 67)

Można przypuszczać, myślę zresztą, że z prawdopodobieństwem bliskim pewności, iż te wigilijne tańce na cmentarzach i przy kościołach nie były zwykłymi imprezami rozrywkowymi, ale miały charakter na wpół pogańskich misteriów z repertuaru ludowej magii. Ta ostatnia bowiem często posługiwała się środkami zaczerpniętymi z religii katolickiej. Wiele energii duchownych tak w średniowieczu, jak i w następnych stuleciach poświęcono na zwalczanie różnego rodzaju nadużyć rzeczy świętych do celów magicznych.

Wiele również ogłaszano aktów zakazujących udziału w tańcach osobom duchownym. I tak ustawy synodalne włocławskie i poznańskie z czasów Władysława II zabraniają duchownym „dowodzić tańcami”.(Gloger, 1972, s.355) Przepis ten zaostrzył sobór trydencki, zakazując duchownym tańca w ogóle. (Chwalba, 2005, s. 169).

Wszystkie te średniowieczne przepisy kościelne skierowane przeciw tańcom były podyktowane walką z pogaństwem, magią i nadużyciem sacrum. Kościół w tych aktach kierował się troską o przestrzeganie I, a nie VI przykazania Bożego. Takie były priorytety epoki. Chrześcijaństwo na ziemiach północnej Europy wbrew pozorom dopiero pod koniec średniowiecza ugruntowało się w stu procentach. Do tego czasu wiele było zwłaszcza na terenach wiejskich , leśnych i górskich reliktów pogaństwa, a wszędzie myślenia magicznego. Subtelną erotykę natomiast, do której taniec towarzyski się zaliczał, Kościół tolerował, świadomy jej znaczenia w kanalizowaniu namiętności seksualnych. (Huizinga 2005, s.137)

Zupełnie natomiast zmieniało się podejście władz kościelnych tam, gdzie erotyka zaczynała się stykać z sacrum, bo to pachniało magią i pogaństwem. Zwalczał więc Kościół, a przynajmniej niektórzy jego przedstawiciele nie tylko tańce w miejscach i czasach świętych, ale także tę część literatury erotycznej (bardzo w średniowieczu popularnej), która obficie nawiązywała do tematyki religijnej, na przykład słynną Powieść o Róży, która zresztą oprócz wrogów miała też wśród hierarchów Kościoła gorliwych obrońców (Huizinga 2005, s. 136-148). Z tej samej przyczyny w średniowiecznych misteriach jasełkowych tancerze występowali bez pasterek, bowiem świętość przedmiotu zabraniała aluzji miłosnych (Huizinga 2005, s. 232-233).

Jeśli ktoś jeszcze pozostał nieprzekonany, niech się przyjrzy dokładniej cytowanym wyżej wypowiedziom. Żadna z nich nie sugeruje, ze taniec jest bliską, czy nawet daleką okazją do grzechów cudzołóstwa i nierządu. Mamy natomiast wymienionych wiele konkretnych wykroczeń tańcowi towarzyszących: przebieranie się w stroje hierarchów kościoła i monarchów, również z użyciem masek, parodiowanie błogosławieństwa biskupiego, czary, zabobonne praktyki, przebieranie się w stroje przeciwnej płci (napiętnowane już w Starym Testamencie jako praktyka magiczna), bezczeszczenie kościoła, naruszenie powagi dni świętych, zakłócenie liturgii i obrazę majestatu. Jak widzimy, są tu wymienione wyłącznie grzechy z pierwszej tablicy dekalogu, przestępstwa przeciwko wierze, nie zaś moralności.

Przypisywanie więc kościelnym pisarzom sprzed 1500 roku występującym przeciwko tańcom dostrzegania w nich okazji do grzechów nieczystych jest niedopuszczalnym anachronizmem. Takie podejście do tanecznych rozrywek zaczęło się pojawiać w Kościele katolickim dopiero w wiekach późniejszych, na skutek reformacji oraz pojawienia się bardzo wyuzdanych form tańca. Zresztą nie tylko sam taniec, nawet w miejscach i czasach świętych niepokoił autorów powyższych tekstów. Mocno podejrzane o magiczny charakter były również maski. Nie bez powodu, maski są bowiem akcesoriami stosowanymi w rytuałach zarówno różnych systemów magii, jak też różnych religii pogańskich.

Oczywiście, byli w średniowieczu, zwłaszcza w jego schyłkowym okresie duchowni zakazujący tańca. Byli nimi znajdujący się na pograniczu herezji, a często jawnie heretyccy i potępieni z tego tytułu kaznodzieje wędrowni, tacy jak Jan de Varennes, który doliczył się w pożyciu małżeńskim dwudziestu trzech różnych grzechów (Huizinga 2005, s. 232-233). Wzorem swoich średniowiecznych poprzedników zakazywali tańca głosiciele reformacji w wieku szesnastym. Na gruncie polskim synod poznański z 1570 roku przeprowadzony wspólnie przez luteranów, kalwinów i braci czeskich całkowicie zabronił tańca wiernym wszystkich trzech wspólnot. (Chwalba, 2005, s. 169). Te zakazy, w odróżnieniu od poprzednio wymienianych, dotyczyły już sfery moralności seksualnej.

Pod koniec XVI wieku wypowiedzi w podobnym tonie zaczęły się pojawiać w tekstach pisarzy katolickich. Najsłynniejszym tekstem tego rodzaju jest wypowiedź wybitnego jezuity, tłumacza Pisma Świętego, ojca Jakóba Wujka SJ, który twierdzi, że taniec to:

…warsztat każdej wszeteczności, cudzołóstwa i wszelakiego zbytku i cielesności; tam nieuczciwe dotykania, tam wszeteczne szeptania, namowy, śpiewania, całowania, a jednym słowem wszytek niewstyd okazać, rozmnażać się musi.(Bystroń 1960; T. II s. 214)

Widzimy ogromna zmianę tonu w stosunku do wypowiedzi średniowiecznych. Żeby zrozumieć przyczyny pojawienia się takich głosów, musimy poznać ich kontekst historyczny. Druga połowa wieku XVI i cały wiek następny to czas wielkiej wojny religijnej, która ogarnęła całą Europę. Co prawda w Rzeczypospolitej nie walczono na miecze i muszkiety, ale nie mniej zawzięcie niż w innych krajach europejskich walczono na pióra. Kościół nie mógł juz dłużej patrzeć przez palce na kulturę erotyczną. Gdyby to czynił, protestanci oskarżyliby go o sprzyjanie rozpuście. I tak to oczywiście czynili, ale nie byłoby mądrze dostarczać im argumentów. Katoliccy pisarze kontrreformacyjni musieli więc nolens volens zacząć zwalczać wiele zjawisk kulturowych, które ich poprzednicy z rozmysłem tolerowali.

Rzecz jednak znamienna, ze kontrreformacyjna walka z tańcami ograniczyła się do mów i pism (i to wyłącznie kaznodziejsko-pouczających, a nie prawnych), nie przejawiała się natomiast w czynach. Badacz dawnej religijności Tomasz Wiślicz znalazł w aktach sądowych dokumenty jednego tylko procesu o zabawę taneczną. Nie była to zresztą zwykła zabawa, a huczna, połączona z wystrzałami z broni palnej impreza w dniu 2 lutego, w Uroczystość Matki Bożej Gromnicznej, w czasie trwania mszy z procesją. Podsądny był więc oskarżony nie o tworzenie okazji do grzechów nieczystych, ale o sprawowanie rytuału pogańsko-magicznego, a więc o przestępstwo zakazane już w średniowieczu. (Wiślicz 2001; s.134) Widać więc wyraźnie, że kościelna opozycja wobec tańców była czasowa i uwarunkowana zmiennymi realiami historycznymi. Nie można więc stwierdzić, ze Kościół katolicki miał w omawianym przez nas okresie jednoznacznie negatywny stosunek do tańca towarzyskiego, a wręcz przeciwnie, o czym jeszcze będę pisał w dalszej części tekstu.

Kiedy, gdzie i co tańczono?

Czasem, który pierwszy wypełnił się tańcami był karnawał. Źródła średniowieczne, jak już to zresztą było wyżej powiedziane, najczęściej wspominają o tańcach karnawałowych. Z niektórych jednak można nie wprost sądzić, że już w owym czasie tańczono także w innych okresach roku. Niewiele wiemy o tym, jak te średniowieczne tańce wyglądały. Jest prawie pewne, ze już pod koniec tej epoki taniec ludowy i dworski stanowiły dwie odróżniające się kategorie. Taniec dworski był bardziej wyuczony i mniej spontaniczny od ludowego, pod wpływem tej kategorii tańców znajdowały się również środowiska mieszczańskie. Składał się on z określonych figur tańczonych także parami i wymagał nauki. Taniec wiejski był dynamiczny i nieokiełznany. (Chwalba, 2005, s. 66-68).

Więcej wiadomo o tańcach późniejszych, począwszy od XVI wieku, kiedy to znacznie rozwinęło się piśmiennictwo. Świadectwa ówczesne podkreślają dostojność i skromność tańców polskich na tle zachodnioeuropejskich. Najbardziej reprezentacyjnym tańcem był „polski”, czyli polonez. Nim zaczynano zabawę, brali w nim udział wszyscy jej uczestnicy, ułożeni wedle precedencji. Taniec był posuwisty i pełen powagi, co dziwiło cudzoziemców, którzy mu się przyglądali. Powaga podczas zabawy była dla nich czymś zaskakującym. Ogólna opinia cudzoziemców o tańcach polskich była taka, że są one wyjątkowo skromne w porównaniu z zachodnimi (Bystroń 1960; T. II s. 214)

Dlatego też dużym szokiem było niekiedy pojawienie się w Polsce tańców importowanych. Tak było po objęciu tronu przez Henryka Walezego. Sprowadził on ze sobą pewną liczbę Francuzów, a ci przywieźli swoje tańce. Jednym z nich była wolta, która wzbudzała szczególne zgorszenie. Tańcząc ten taniec mężczyzna aż czterokrotnie podrzucał partnerkę wysoko do góry, co powodowało znaczne podniesienie spódnicy i wystawienie na widok publiczny jej intymnych części ciała. Trzeba bowiem pamiętać, że w owym czasie majtki były jeszcze praktycznie nie znane. Oprócz owego podrzucania wolta składała się tez z innych figur uważanych za nader śmiałe(Chwalba, 2005, s. 169). W świetle tego opisu widać, ze z głoszonej przez niektórych publicystów tezy o wielkiej skromności francuskich tańców XVI- wiecznych, w porównaniu z dzisiejszymi nie zostaje lapis super lapidem. Mniemam iż para tańcząca woltę zostałaby wyproszona z większości dzisiejszych dyskotek, o balach nie wspominając. Nic tedy dziwnego, ze zrażona wulgarnymi tańcami dworzan Walezego szlachta niechętnie przyjmowała francuskie mody w tej dziedzinie. Co prawda półtorej wieku później pojawiło się u nas wiele francuskich tańców, takich jak menuet, gawot, kadryl i anglez, ale nie zyskały one powszechnego uznania. (ibidem)

W epoce staropolskiej tańczono w krajach Rzeczypospolitej przede wszystkim tańce rodzime. Jakie to były tańce mówią stare broszury, np. „Odpowiedź na złote jarzmo małżeńskie” z początków XVII w.

Na to tańce różne, abyście się im (dziewicom) słusznie przypatrzyli. Na to świeczkowy, żeby jeśli który nie dojrzy, lepiej ją miał przy świecy, którą przed sobą nosi; na to mieniony, żeby z boku obaczył; na to goniony, aby widział, czy nie kaleka albo czy nie dychawiczna; na to śpiewany kowal, żeby słyszał, jeśli niemota; na to Niemiec, żebyście jak w garnce kołatali, czy dobra miedź i złość, jeśli się w niej nie ozwie; na to angielskie tańce świeżo wprowadzone, żebyście ku sobie rękami klaskali, motali się ze sobą. (Gloger, 1972, s.355)

Rzecz znamienna, tańce rodzime wymienione są przed obcymi, bo większą od tamtych cieszyły się rewerencją, druga zaś rzecz, wynikająca z tekstu powyższego to fakt, że tańce importowane przewidywały więcej kontaktu fizycznego między partnerami niż rodzime. Gloger wymienia jeszcze następujące tańce z owych czasów: Galarda, drobuszka, gniotek, gniewus, lipka, taniec Macieja i Konrata, hajduk, wyrwaniec, sejduk, padwan, pasamer, kapreola, bergamaszka, hołubiec, koło, stryjanka, szkocki taniec, okrągły, drobny. Ten sam autor wymienia także odmiany poloneza: pieszy, klaskany, odbijany. (Gloger, 1972, s.355-356).

 

Wymienione wyżej tańce znane były w środowisku szlacheckim. Chłopi mieli własne tańce: oberek, mazur, kujawiak. (Chwalba, 2005, s. 169). Z biegiem czasu następowała obustronna dyfuzja między tańcami szlacheckimi i chłopskimi. Szlachecki polonez przeniknął do ludu jako chodzony, a mazur, oberek i krakowiak do szlacheckiego tańca złożonego zwanego okrągłym, który można by uznać za rodzaj suity, a raczej tego co na zachodzie suitę poprzedzało, bo przecież utwór ten wywodzi się ze złożonego tańca. Wspomniany zaś okrągły zaczynał się i kończył polonezem, miedzy zaś tymi krańcowymi częściami pojawiały się wspomniane tańce ludowe(Gloger, 1972, s.356).

Odrębne zarówno od chłopskich, jak i szlacheckich tańców mieli rzemieślnicy. Były to bardzo ciekawe kompozycje choreograficzne, naśladowały bowiem ruchy zawodowe danej profesji. Tu dyfuzja międzycechowa była znaczna. Szewcy często tańczyli „kowala”, a kowale „szewca”. (ibidem) Również spośród tych tańców niektóre trafiły do eklektycznej kultury szlacheckiej. W przytaczanym wyżej wyliczeniu z barokowej broszury wymieniony jest „kowal”, co dowodzi tej dyfuzji dobitnie. Jeszcze inne były tańce mniejszościowych grup etnicznych, wśród których wyróżniali się Żydzi, nie znający tańca w parach. (Chwalba, 2005, s. 169). Jak słusznie zauważa Kuchowicz uwagi cudzoziemców co do skromności polskich były prawdziwe tylko w odniesieniu do uroczystych balów, w których obcokrajowcom dane było uczestniczyć (Kuchowicz 1975; s. 464). Po karczmach tańczono z większą dozą cielesnego kontaktu i bardziej żywiołowo, jednak i tym tańcom daleko było do najbardziej wynaturzonych wynalazków francuskich takich jak wspomniana wyżej wolta.

Obraz tańców w naszym kraju zaczął się zmieniać w wieku XVIII wraz z balami maskowymi zwanymi redutami. Po raz kolejny okazało się, że maski bardziej sprzyjają rozpuście i innym grzechom. Opisuje to ks. Kitowicz:

Na złamanie wstydu młodzi ludzie mieli inny sposób: prócz salów i pokojów publicznych, dla całej kompanii otwartych, antreprenerowie zachowywali pokoje osobne pod swoimi kluczami. Kawaler umaskowany prosił o klucz do osobnego pokoju, dał od niego pięć, sześć i więcej czerwonych złotych powiadając, że chce w osobności wypić butelkę z przyjacielem lub w karty pograć. Antreprener (organizator balu- przypis AR) nie wchodząc w roztrząsanie tego interesu-bo go dobrze rozumiał i był do niego ministrem-dawał klucz, kawaler osobę namówioną, pokręciwszy się z nią tam i sam po salach i pokojach otwartych, nieznacznie wprowadził do tego, od którego miał klucz, na który się zamknęli i odprawiwszy konferencją do kompanii powracali. To tylko było w redutach, co się złym i niegodziwym nazwać mogło, lubo nie wypadało z układu redut, ale szczególnym było wymysłem antreprenerów dla zysku swego i nie miało placu, tylko w jednej Warszawie, gdzie obszerne pałace dla redut najmowano. Inne wszystkie zabawy były uczciwe, a i ta, co za kluczem, tylko z samej suspicji za ą osądzona. (Kitowicz 1951; s. 582-89)

Warto zauważyć, że autor potępia tylko rozpustę na balach, nie zaś same bale.

Drugie życie tańców

O znaczeniu tańców w kulturze staropolskiej świadczy między innymi ich wtórny obieg kulturowy. Mam tu na myśli przede wszystkim przedostawanie się tańców do muzyki religijnej, do pieśni kościelnych, zwłaszcza zaś do kolęd. W tych ostatnich można wysłyszeć różne polskie tańce. Najwięcej jest polonezów: Bóg się rodzi, Pójdźmy wszyscy do stajenki, Tryumfy Króla Niebieskiego, czy W żłobie leży. Zdarzały się też mazurki, krakowiaki, dumki, sarabandy i menuety. Kolęda Anieli w niebie śpiewają opiera się na starym, dziś już zapomnianym tańcu Maruska, zwanym także Morisca, pochodzącym z południa Europy. (Mizgalski 1959; s. 249) Przeniknięcie tańców do kolęd świadczy dobitnie, ze krytyka tańców prowadzona przez kontrreformacyjnych kaznodziejów nie była wojną Kościoła z tańcami towarzyskimi. Gdyby bowiem nią była, Kościół nie zgodziłby się na przeniknięcie melodii tanecznych do liturgii.

Tematyka tańców staropolskich jest niezwykle obszerna, nie sposób jej więc szczegółowo omówić w krótkim artykule. Nie było to też moim zamiarem, nie posiadam zresztą do realizacji tego celu odpowiednich kompetencji. Nie jestem bowiem historykiem muzyki, a antropologiem kultury. Skupiłem się więc na określeniu miejsca, jakie tańce towarzyskie miały w życiu kulturalnym pierwszej Rzeczypospolitej. Mam nadzieję, że chociaż częściowo się z tego zadania wywiązałem.

LITERATURA

Gloger Zygmunt; Encyklopedia staropolska ilustrowana; Tom IV; Warszawa 1972

Chwalba Andrzej (red.); Obyczaje w Polsce; Warszawa 2005

Wiślicz Tomasz; Zarobić na duszne zbawienie; Warszawa 2001

Huizinga Johan; Jesień średniowiecza; Warszawa 2005

Bystroń Jan Stanisław; Dzieje obyczajów w dawnej Polsce; Warszawa 1960

Kuchowicz Zbigniew; Obyczaje staropolskie; Łódź 1975

Mizgalski Gerard Ks.; Podręczna encyklopedia muzyki kościelnej; Poznań- Warszawa-Lublin 1959

Kitowicz Jędrzej Ks.; Opis obyczajów za panowania Augusta III, Wrocław 1951

Powyższy artykuł zaostał pierwotnie opublikowany w numerze 1/2008 kwartalnika Pro Fide, Rege et Lege

Noclegi Warszawa

 

Warszawa to moim zdaniem najgorsze z możliwych miejsc w Polsce, jeśli chodzi o stałe zamieszkanie. Nie żywię takiej awersji ani do niepięknego Sosnowca, w którym pięć lat studiowałem, ani do szarego Chorzowa, ani do Rozwadowa, gdzie nie ma gdzie zjeść, jak się czeka kilka godzin na pociąg, ani do blokowiska, pełnego „uprzejmych inaczej”, jakim jest Jastrzębie Zdrój, gdzie ponad pięć lat pracowałem. Co mnie do Warszawy najbardziej zraża, to dwie rzeczy:

ceny i pospiech, który cechuje jej mieszkańców. Ale zamieszkanie w „stolycy” to jedno, a to, ze czasem trzeba ja odwiedzić służbowo, czy towarzysko (turystycznie w mym mniemaniu nie ma po co), to drugie. A wtedy są potrzebne noclegi. Poniżej zwroty, które ktoś mądry inaczej tak skomponował, ze nijak się ich wpleść w tekst nie da.

Noclegi Warszawa

Noclegi Warszawa

Warszawa Noclegi

Reklama Na Blogach

Kolędy polityczne

 

Kiedy w wyniku Porozumień Sierpniowych z 1980 roku, Polskie Radio zaczęło transmitować Msze Święte z kościoła pod wezwaniem Świętego Krzyża w Warszawie, władze sformułowały krótką listę pieśni kościelnych, których na owych Mszach nie było wolno wykonywać. Lista ta była krótka, bo znalazły się na niej tylko trzy utwory: Boże, coś Polskę, My chcemy Boga i Pójdź do Jezusa, z refrenenen Słuchaj Jezu.

Gdyby wtedy ruszyły transmisje greckokatolickiej Świętej Liturgii po ukraińsku, lista ta byłaby znacznie dłuższa. Znalazłoby się na niej, rzecz znamienna, niemało kolęd. W mojej biblioteczce znajduje się, wydany w 1986 roku w Rzymie, ukraiński modlitewnik, zatytułowany Hospody, do Tebe woznoszu duszu moju. W owym modlitewniku znajduje się ledwie dziesięć kolęd, z czego aż cztery zawierają treści niepodległościowe. Stosunkowo łagodnie są one wyrażone w pieśni Wo Wiflejemi:

Wejrzyj okiem szczerym o Boży Synu,

Na naszą ziemię, na Ukrainę,

Ześlij jej z nieba dar wielki,

Żeby Cię sławiła na wieczne wieki.

Tej kurtuazji nie ma już w jednej z najpiękniejszych kolęd ukraińskich, mianowicie w pieśni Nowa radist’ stała, w której znajdujemy prośbę:

Przywróć wolność, ześlij sławę,

naszej biednej Ukrainie.

Z kolei kolęda w sensie najściślejszym, czyli służąca do kolędowania po domach pieśń Dobryj weczir tobi, pane hospodariu zawiera tekst:

Ześle wszystkim nam dobrą dolę,

Ukrainie wolność.

Wreszcie kolęda Na nebi zirka, niesie życzenie: Żeby Ukraina mogła się rządzić. My Polacy takich politycznych kolęd nie mamy.

Hakin9 – styczeń MMIX

styczeń

Pisma profesjonalne rozmaitych zresztą dyscyplin stosuja zazwyczaj pewną sympatyczną praktykę, polegajaca na prowadzeniu przynajmiej jednego stałego działu, zrozumiałego nawet dla laików. Praktykę tę stosuje również komputerowy miesięcznik Hakin 9. Wprzypadku tego periodyku jest to przede wszystkim rubryka W skrócie – aktualności. Można z niej się dowiedzieć, o różnych aktualnych ciekawostkach ze świata komputerów i telekomunikacji.


W numerze styczniowym, oprócz wspomnianego wyżej działu aktualności, jest artykuł Przemysława Żarneckiego, zatytułowany Bezpieczeństwo poczty elektronicznej. Autor omawianego opracowania przyjął koncepcję porównania kilku najpopularniejszych klientów poczty pod względem zastosowanych w nich rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa. Porównano Outloook/Outlook Express (traktowane łącznie),Thunderbird, Operę i linuksowy KMail . Z porównania tego dobrze wyszły Thunderbird i KMail, tak sobie Opera, fatalnie Oulooki. Poza porównaniem artykuł zawiera wskazówki, jak optymalnie skonfigurować poszczególne programy, aby przesyłanie poczty było bezpieczne.

Lulajże

Lulajże 

Płyt z kolędami nagrano w Polsce setki. Są to nagrania bardzo podobne. Do końca ubiegłego stulecia dominował w nich wygładzony i przesłodzony styl łączący elementy popu i taniej opery. Po eksplozji mody na folk, która to eksplozja miała miejsce w roku dwutysięcznym połowa kolędowych produkcyj jest okraszana rodzimymi i obcymi klimatami etnicznymi. Nie zmienia się natomiast repertuar. Śpiewane są prawie wyłącznie najpopularniejsze kolędy polskie, Cicha Noc i amerykańskie, świeckie piosenki świąteczne, te ostatnie prawie wyłącznie w oryginale. Z tych schematów wyłamuje się jedynie jakieś dziesięć procent twórców.

Do tej grupy niewątpliwie zalicza się Grażyna Auguścik. Jej płyta Lulajże, wydana w USA w 2005 roku, nie jest po prostu mniej lub bardziej przypadkowym wyborem kolęd, ale starannie przemyślaną i dopracowaną spójną całością. Składa się na nią trzynaście utworów, a jej szkielet stanowi tytułowa kolęda Lulajże Jezuniu, która pojawia się na płycie trzy razy: na początku a capella, dokładnie w środku w wersji pełnej i na samym końcu w instrumentalnej. Pięciu kolędom polskim towarzyszy pięć zagranicznych: dwie amerykańskie (prawdziwe religijne kolędy, a nie świąteczne piosenki) po jednej hiszpańskiej, wenezuelskiej i austriackiej (oczywiście Cicha noc). Z utworów polskich artystka wybrała raczej nastrojowe kołysanki niż dynamiczne polonezy. Całości dopełnia łacińskie Ave Maria.

Muzycznie płyta utrzymana jest w stylu łączącym elementy jazzu i kołysanki. Etnicznych smaczków jest tu mniej niż na innych płytach Auguścik, akurat tyle, ile w kolędach być ich musi. Jest to bardzo ciekawa sprawa. Artystka, która na co dzień od folku nie stroni, w momencie, kiedy sięga po repertuar, który cały Legion artystów gra folkowo, nie stosuje etnicznych klimatów. . Świadczy to o jej wielkości, o tym, że nie podąża ona za zmieniającymi się modami, ale realizuje swoją własną, ambitną wizję artystyczną. Myślę, że to, co napisałem wystarczy, aby zachęcić szanownych czytelników do sięgnięcia po ten krążek.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij