Franciszek I Albrecht RiP

Z dużym opóźnieniem dotarła do mnie smutna wiadomość, że 25 czerwca bieżącego roku, w 89. roku życia i 64. roku panowania, zmarł w Cetonie we Włoszech Jego Książęca Mość Franciszek I Albrecht Maksymilian Wolfgang Józef Tadeusz Maria Metternich-Sándor von Ratibor  zu Hohenlohe-Schillingfűrst-Breunner-Enkervoith, książę raciborski, diuk korwejski etc. etc, etc. Proszę wszystkich czytelników o modlitwę za zmarłego księcia. Requiescat in Pace.

 

Franciszek I Albrecht był w pewnym sensie moim monarchą, ja zaś w pewnym sensie jego poddanym. Urodziłem sie bowiem i stale, z wyjątkiem okresu studiów, zamieszkuję w Księstwie Raciborskim. Oczywiście z punktu widzenia obowiązującego prawa nie ma takiego tworu jak Księstwo Raciborskie. Istnieje ono jednak w sercach i umysłach wielu jego mieszkańców. Dla wielu z nich zmarły książę był właśnie sui generis honorowym władcą.

 

Książę Franciszek I był postacią nietuzinkową. Nie był przewidziany do objęcia raciborskiego tronu, miał na nim zasiąść jego starszy brat Wiktor IV. Dlatego Franciszek mając sześć lat został adoptowany przez swoją daleką ciotkę, bezdzietną księżnę Klementynę von Metternich-Sandor, posiadającą majątki w Austrii i na Węgrzech. Odtąd nosił nazwisko von Metternich-Sandor i był obywatelem Austrii i Węgier. W tych też krajach odtąd zamieszkiwał, tam ukończył szkołę średnią i rozpoczął studia wyższe, które przerwała wojna.

 

Od młodych lat był zainteresowany Polską i jej kulturą, darzył też nasz kraj sporą sympatią. W 1936 r. odwiedził Wawel, Warszawę i Poznań. Polskie zainteresowania i sympatie młodego księcia nie podobały się jego ojcu, który sympatyzował z niemieckim nacjonalizmem.

 

Przeznaczony do objęcia raciborskiego tronu starszy brat Franciszka Wiktor IV zginął, 18 września 1939 r. w trakcie kampanii wrześniowej. Sam Franciszek Albrecht jesienią 1943 r. został uwięziony w Dachau za sprzeciwienie się niemieckiej polityce na ziemiach polskich i publiczne potępienie Holocaustu.

 

Uwolniony przez Armię Czerwoną w maju 1945 r. Osiadł początkowo w należącym już do Polski Raciborzu. Doradzał pierwszemu polskiemu prezydentowi Raciborza, lecz partia komunistyczna nie miała zaufania do niemieckiego księcia, więc wkrótce musiał on uciekać z kraju przed represjami. Schronił się pałacu w Bawari – jedynym nie zagarniętym majątku swej rodziny. Tam pielęgnował umierającego ojca, z którym zdążył się pojednać. W listopadzie 1945 r., po śmierci Wiktora III został księciem raciborskim i diukiem korwejskim. Nadal sympatyzował z Polakami i interesował się sprawami polskimi.

 

Korespondował z prezydentami RP na uchodźstwie: Edwardem hrabią Raczyńskim, Kazimierzem Sabbatem i Ryszardem Kaczorowskim. Z tym ostatnim łączyła go serdeczna przyjaźń.

 

Po 1989 r. zajął się poprawą stosunków polsko-niemieckich, a także poszerzaniem kontaktów Raciborza z niemieckimi miastami. Za te zasługi Aleksander Kwaśniewski uhonorował go w 2004 roku Złotym Krzyżem Zasługi.

 

Zrzekł się pretensji do pałacu i majątku w Rudach, który w 1997 roku został przekazany Diecezji Gliwickiej Kościoła Katolickiego i jest obecnie odnawiany, aby stać się diecezjalnym ośrodkiem rekolekcyjno-rekreacyjnym.

 

Jestem stuprocentowo przekonany, ze ten nietuzinkowy arystokrata zasługuje na naszą pamięć i modlitwę. Tu można zobaczyć zdjęcia z pogrzebu księcia.

Forum

Kilka dni temu otrzymałem od administracji portalu gazeta.pl informację o zamknięciu z powodu nieaktywności mojego prywatnego forum dyskusyjnego zatytułowanego „Cywilizacja europejska”, które prowadziłem na tym portalu. Forum to założyłem jesienią 2002 i nazwałem „Etnoforum”. Było ono poświęcone dyskusjom o rozmaitych aspektach wszelakich kultur niemasowych. Forum miało się dobrze przez pierwsze dwa lata swojej działalności, a dyskusje na nim prowadzone były nieraz bardzo interesujące. Potem zaczęło powoli zamierać, aż w 2006 roku obumarło zupełnie. Próbowałem je reaktywować rok później poprzez zmianę nazwy i powiązanie z moim głównym blogiem, czyli z „Kulturą Okiem Svetomira”. Próby te nie przyniosły żadnych rezultatów. Decyzja o jego zamknięciu zupełnie mnie więc nie zdziwiła. A czy mnie zasmuciła? Częściowo. Z jednej strony, choć forum było już od dawna zupełnie martwe, to znajdowały się na nim nadal zapisy owych dawnych dyskusyj, które nieraz stawały się dla mnie inspiracją do tekstów publicystycznych. Jego zamknięcie jest więc dla mnie pewną stratą. Z drugiej jednak strony jest też jednak i pewną szansą. Skoro stare forum mi zamknięto, mogę otworzyć nowe, które może odnieść większy sukces. Wcześniej tego uczynić nie mogłem, gdyż na owym portalu każdy użytkownik może mieć tylko jedno forum prywatne. Nie mam jednak pojęcia, jakiemu tematowi poświęcić nowe forum, aby spotkać się z zainteresowaniem potencjalnych dyskutantów. Proszę więc Szanownych Czytelników o pomoc w tej materii. Propozycje tematów proszę przesyłać na adres: svetomir@gazeta.pl

Czekać na owe propozycje bedę dwa tygodnie, potem przejdę do następnego etapu, w którym zaproponuję Państwu głosowanie nad nimi.

Organowo i kameralnie w Rybniku 15

 

 Prawie na zakończenie cyklu festiwalowego zapraszam Państwa na imprezę kulturalną organizowana w moim mieście. Rozmaitych festiwali muzycznych i pokrewnych organizuje sie w ciągu roku w Rybniku co najmniej kilkanaście (nie licząc imprez lokalnych). Do najbardziej interesujących należą jesienne Dni Muzyki Organowej i Kameralnej, o których dzisiaj właśnie postanowiłem napisać.  W tym roku, w odróżnieniu od lat poprzednich, program w internecie pojawił się stosunkowo szybko, szkoda tylko, że tak zdawkowy. Wiadomo z niego bowiem, kto będzie grał, ale już nie co będzie grane. Jak zwykle na tej imprezie, obok czołowych wykonawców lokalnych, pojawią się ciekawi goście z zagranicy. A oto program za stroną Rybnickiego Centrum Kultury, organizatora festiwalu.

festiwal rybnik

"Wprost Light" albo o pewnego rodzaju hybrydzie kulturowej

wprost light

Gdy się zmiesza błoto ze szlachetnym piaskiem, zawsze produktem tego zmieszania będzie błoto, nigdy zaś szlachetny piasek. Wśród nieskończonej ilości hybryd występujących w kulturze jest pewna liczba takich, które przynoszą skutki analogiczne do tych opisanych poniżej. Dzieje się tak w przypadku, gdy byt mniej lub bardziej wysublimowany hybryduje z bytem pospolitym. Sporo przykładów takich hybryd można znaleźć na polskim rynku prasowym. Kiedy jesienią 2003 roku koncern medialny Axel Springer przygotowywał się do premiery „Faktu”, zapowiadał, że nowy tytuł ma konkurować z jednej strony z „Gazetą Wyborczą”, a z drugiej strony z „Superekspresem”. Można więc uznać, że teoretycznie „Fakt” miał być hybrydą gazety opiniotwórczej i tabloidu. W praktyce stał się tabloidem jeszcze bardziej brukowym niż „SE”. Kolejną próbą hybrydowania gazety opiniotwórczej i tabloidu było powołanie na jesieni 2007 roku z połączenia kilkunastu gazet lokalnych dziennika „Polska. The Times”. Tym razem twórcy pisma bardziej się starali, ale też im nie wyszło. Ta gazeta również jest tabloidem, może jedynie ciut ambitniejszym od dwóch pozostałych.

 

Tego lata mamy do czynienia z sytuacją analogiczną do wyżej przedstawionych, tyle że mającą miejsce nie, jak wówczas w segmencie prasy codziennej, a cotygodniowej. Pod koniec maja zaczął się ukazywać tygodnik „Wprost Light”, będący hybrydą tygodników opinij do których należy macierzysty „Wprost” i kolorowych magazynów plotkarskich. Wyszedł z tego oczywiście kolejny magazyn plotkarski, co najwyżej nieco ambitniejszy od pozostałych. Różni się od nich jedynie niewielkimi szczegółami spośród których najważniejszymi są niezłe wywiady z politykami i głośne nazwiska wśród autorów. Plotki o gwiazdach są tam na równie żenującym poziomie, jak w innych tego rodzaju pismach. Nie ma to wiele wspólnego z tygodnikiem „Wprost”, którego można nie lubić, ale nie można nie doceniać. Nowy tytuł ma spore szanse na rynkowy sukces, może też jednak poważnie zaszkodzić staremu. Nie należy bowiem sprzedawać biżuterii prawdziwej i sztucznej pod jedną marką, albowiem w takiej sytuacji klienci będą mieć poważne wątpliwości co do wartości tej pierwszej.

 

Posłużę się tu autentycznym przykładem z dziedziny handlu. Firma, która od kilku lat prowadziła sieć tanich supermarketów pod marką Stokrotka, na pewnym etapie swojego rozwoju otworzyła sieć eleganckich delikatesów i nazwała ją Stokrotka Premium. Po niecałych dwóch latach nazwę tej drugiej sieci zmieniono na Delima. Można domniemywać, że sklepom, których nazwa kojarzyła się z czymś w rodzaju Biedronki, trudno było konkurować z markami typu Alma, czy Piotr i Paweł. Delimie będzie zapewne łatwiej. Wydawcy obydwu „Wprostów” sugerowałbym podjęcie podobnej decyzji. Oczywiście wybranie dla nowego pisma znanej nazwy było bardzo dobrym posunięciem, gdyż zapewniło mu rozpoznawalność na starcie, co znacząco zwiększa jego szanse na sukces rynkowy. Po kilku miesiącach jednak należałoby tę nazwę zmienić, na przykład na „Light”, albo nawet „Lajt”. Dobrze to zrobi obydwu tytułom.

Apteka Wodzisław Śląski

Wodzisław Śląski to senne miasteczko na południu województwa śląskiego, w górnej części doliny rzeki Olzy, u wylotu Bramy Morawskiej. Nie ma w Wodzisławiu Śląskim filharmonii, teatru, ani nawet codziennie działającego kina, są za to szkoły, sklepy kościoły i apteki

Wodzisław Śląski nie jest więc „pełnozakresowym” miastem, ale właśnie solidnym miasteczkiem zaspokajającym podstawowe potrzeby ogółu mieszkańców. Nie każdemu wszak potrzebne jest kino, każdemu jednak od czasu do czasu jest potrzebna apteka

Wodzisław Śląski apteki posiada i to całkiem liczne. Jedną z nich jest kierowana przeze mnie Apteka z Plusem, mieszcząca się w hipermarkecie Kaufland, do której to apteki serdecznie wszystkich czytelników zapraszam

Wywoływanie zdjęć, długopisy reklamowe, numizmatyka, wesele, konferencje, dekoracje weselne

Wycieczka Biberiusza do Cesarstwa trwała dwa tygodnie. Bardzo mu się na niej podobało. Po powrocie udał się w miasteczku do zakładu, którego głównym zajęciem było wywoływanie zdjęć. Wywoływanie zdjęć było Biberiuszowi koniecznie potrzebne, bo zrobił ich na wycieczce całe mnóstwo. Fotografie te były dokumentacją nie tylko jego turystycznych wędrówek, ale przede wszystkim jego tamtejszych erotycznych podbojów. A były owe podboje całkiem zadowalające. Zagraniczny książę, do tego książę upadły i jeszcze niestary mocno działał na wyobraźnię tamtejszych panien mężatek i wdów. Oczywiście spośród zainteresowanych Biberiusz do zawarcia bliższej znajomości wybierał tylko te młode i ładne. Spokojnie mógł sobie na taka wybredność pozwolić, bo zainteresowanych były całe tabuny.

 

W błędzie jednak będzie ten kto pomyśli, że w Cesarstwie pan Koźlego Zamku zajmował się tylko zwiedzaniem i chędożeniem. Zajmowały go również poważniejsze sprawy. Umyślił sobie, że w Cesarstwie można dyskretnie organizować dyskretne konferencje polityczne. O tak, konferencje polityczne to doskonały pomysł. Oczywiście nie miałyby one być próba odzyskania władzy w Królestwie. Takich prób Biberiusz podejmować nie chciał, gdyż zagrażały one jego dostatniemu i spokojnemu życiu na Koźlim zamku, z którego nie miał zamiaru zrezygnować. Konferencje miały służyć utrzymaniu wpływów nie tyle nawet politycznych, co towarzyskich. Wpływy towarzyskie zaś były księciu potrzebne głównie do uwodzenia cudzych żon i córek i do znajdowania okazyj do pijaństwa. Wpływy towarzyskie budował oczywiście również w Cesarstwie. Za pośrednictwem swoich kochanek załatwiał sobie zaproszenie na różne imprezy. Raz został nawet zaproszony na wesele. Wesele jak wesele, nic specjalnego, ale te dekoracje weselne… Były to najpiękniejsze dekoracje weselne, jakie kiedykolwiek widział na oczy. Urzekł go ich orientalny przepych.

 

Szukając dobrego miejsca na wspomniane konferencje, odwiedził Biberiusz liczne hotele. W większości owych hoteli otrzymywał długopisy reklamowe lub inne gadżety. Długopisy reklamowe bardzo mu się spodobały. Zebrał ich w ten sposób całkiem sporą kolekcję. Ale długopisy reklamowe nie były jedynymi przedmiotami, które książę w Cesarstwie kolekcjonował. Zbierał również monety, których w owym kraju była wielka rozmaitość. Każde większe miasto biło własne denary, odrobinę się różniące od innych. Biberiusz uznał, ze numizmatyka to całkiem fascynujące zajęcie. Oczywiście po powrocie do kraju numizmatyka rychło poszła w kąt, ustępując niepohamowanemu pijaństwu i poróbstwu. Ale to już całkiem inna historia.

Reklama Na Blogach

Humanistyka z marketowego koszyka – Praeceptores

Praeceptores

Książka księdza Tomasza Węcławskiego i Eligiusza Piotrowskiego zatytułowana „Praeceptores. Teologia i teologowie języka niemieckiego.” to dzieło niezwykle istotne i należące niewątpliwie do tych pozycyj, jakich dotąd na polskim rynku księgarskim dotkliwie brakowało. Jest rzeczą powszechnie znaną, że autorzy z krajów języka niemieckiego wywarli decydujący wpływ na filozofię i literaturę nowożytnej Europy. Mniej znany jest fakt, że ta „dominacja” rozciąga się również na dziedzinę teologii. Tę lukę w świadomości ogółu może zacząć wypełniać omawiana książka. Jest ona antologią tekstów niemieckojęzycznych teologów (oczywiście teksty nie były wszystkie niemieckojęzyczne) od wczesnego średniowiecza aż do współczesności uzupełnioną notkami biograficznymi ich autorów. Pewne zastrzeżenia może budzić dobór tychże autorów. To, że w mniej więcej równym stopniu uwzględniono katolików i heretyków można jeszcze zrozumieć i usprawiedliwić, w końcu jest to jednak książka naukowa, a nie ściśle religijna. Poważniejszym problemem jest dobór autorów uznanych za najwybitniejszych i uhonorowanych zamieszczeniem kilku tekstów. A są to między innym: Mikołaj z Kuzy, Marcin Luter, Jerzy Fryderyk Wilhelm Hegel, Fryderyk Schleiermacher, Karol Rahner, Jan Urs von Balthasar, Wolfhart Pannenberg. Razi brak na tej liście między innymi Alberta Wielkiego, nie mówiąc już o Józefie Ratzingerze. Jeśli dla kapłana katolickiego, nawet byłego arcykacerze są wybitniejsi niż Doktor Kościoła, to nie jest to w porządku. Nie umniejsza to jednak w wielkim stopniu wartości dzieła. Taka antologia jest niezwykle potrzebna, zarówno teologom, jak i nieteologom. Tym pierwszym pomoże się odnaleźć w ogromie materiału, drugim da orientację w temacie.

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Rok wydania: 2007

Cena okładkowa: 45 zł

Cena koszykowa: 16 zł

Lokalizacja koszyka : Galeria Śląska Rybnik

Bilety autokarowe, wycieczki, imprezy firmowe i integracyjne, nurkowanie, jachty

Biberiuszowi znudziło się ciągłe przebywanie w Koźlim Zamku i postanowił udać się na wycieczkę. Umyślił sobie, że pojedzie do Cesarstwa zza Mórz. Jako, że jego furman odmówił zawiezienia go tak daleko, książę volens nolens udał się do biura podróży znajdującego się w najbliższym miasteczku. Wszedłszy do środka, rzekł:

-Chciałbym wykupić wycieczkę krajoznawczą do Cesarstwa zza mórz.

-Mamy w ofercie bilety autokarowe, wycieczki, imprezy firmowe, imprezy integracyjne, nurkowanie, jachty i wiele innych usług turystycznych.

-Mnie interesują jedynie wycieczki.

-Mimo wszystko radziłbym sie zapoznać z całością naszej oferty. Mogą na przykład Waszą Miłość zainteresować bilety autokarowe. Mając taki bilet można pojechać do stolicy Cesarstwa, a na miejscu samemu zorganizować sobie pobyt samemu podle własnych a indywidualnych upodobań. Jeżeli zaś Wasza Miłość nie chce jechać sam, to wtedy dobrą propozycją będą imprezy firmowe, na przykład imprezy integracyjne. Jeśli zaś preferuje Książę wypoczynek aktywny, to proponujemy nurkowanie lub jachty.

-Dziękuję bardzo, ale wolę, kiedy ktoś za mnie wszystko zorganizuje, ze swoim personelem, a zwłaszcza z jego żeńską częścią najlepiej sie integruję u siebie w Koźlim Zamku, zaś w Cesarstwie pragnę się integrować z młodymi i pięknymi mieszkankami Cesarstwa, co się zaś tyczy wypoczynku aktywnego, to go zdecydowanie nie preferuję. W związku z powyższym obstaje twardo przy zwykłej wycieczce.

-Skoro tak, tedy omówmy szczegóły…

Reklama Na Blogach

Czy można sprofanować pastwisko?

Lato to tradycyjnie czas masowych imprez, w tym przedewszystkiem koncertów i festiwali muzycznych. Tego rodzaju wydarzeń jest w naszym kraju z roku na rok coraz więcej a niemała ich część prezentuje naprawdę wysoki poziom artystyczny. Czasami jednak zdarza się i tak, że jakiś koncert, czy festiwal się komuś z jakichś powodów nie spodoba i ten ktoś postanawia tę imprezę oprotestować. Najczęściej protesty te motywuje się takimi, czy innymi względami religijnymi. Tego roku mamy urodzaj nie tylko na koncerty, ale także na protesty. Jeszcze się lato na dobre nie rozkręciło, a już mamy dwa głośne tego rodzaju wydarzenia i zapewne wiele mniej głośnych.

 

Nowym, ale już posiadającym pewną renomę artystyczną wydarzeniem muzycznym jest krakowski Selector Festival, poświęcony muzyce elektronicznej i tanecznej. Jego pierwsza edycja odbyła się w dniach 5-6 czerwca bieżącego roku na Błoniach. I właśnie o te Błonia rozpętała się awantura, no może awanturka. Na festiwalu zagrały takie gwiazdy światowej muzyki wymienionych gatunków, jak Dizzee Rascal, Röyksopp, Franz Ferdinand. Pojawili się jednak ludzie, którzy uznali, że festiwal ten ma charakter profanacji i zorganizowali przeciwko imprezie protest.

 

Organizatorem protestu był znany krakowski fotograf Stanisław Markowski, który zasłynął zdjęciami z pogrzebów Stanisława Pyjasa i ks. Jerzego Popiełuszki, samospalenia Walentego Badylaka i pielgrzymek papieskich. Zapewne z powodu dokumentowania tych ostatnich zwany jest fotografem papieskim. Markowski uznał, że skoro na Błoniach celebrował i nauczał Jan Paweł II, to jest to miejsce na swój sposób święte i nie można tam organizować festiwalu, zdaniem fotografa satanistycznej muzyki i to prawie dokładnie w trzydziestą rocznicę pierwszej papieskiej pielgrzymki do Ojczyzny. Oczywiście muzyka na Selectorze nie miała z satanizmem nic wspólnego. Markowski niewielu do swych racji przekonał, w jego proteście wzięła udział garstka osób, których działania nie przyniosły żadnego skutku.

 

Argument o świętości Błoń i możliwości ich sprofanowania jest śmieszna. Błonia to po prostu podmiejskie, a od XIX wieku miejskie pastwisko. Przywilej wypasu na Błoniach nadała mieszkańcom okolicznych wsi jeszcze w średniowieczu święta Jadwiga królowa i żadna późniejsza władza, nawet komunistyczna nie ośmieliła się go pogwałcić. Ot jeszcze jedna krakowska tradycja. Odkąd krów i innych zwierząt hodowlanych w Krakowie jest mało, Błonia pełnią częściej funkcje odmienne od pierwotnej. Odbywają się tu nie tylko wielkie Msze polowe, ale też i liczne koncerty właśnie. Tak czy inaczej pastwisko to nie miejsce święte i sprofanować go nie sposób. Bo skoro nie profanują go paskudzące na nie krowy, to nie sprofanuje go tez najbardziej nawet bezbożny koncert.

 

Odrobinę, ale tylko odrobinę mniej absurdalny jest warszawski protest przeciwko planowanemu na 15 sierpnia koncertowi Madonny Ciccone, najsłynniejszej piosenkarki popowej świata. Organizatorem protestu jest Marian Brudzyński, prawicowy polityk wywodzący się z Ligi Polskich Rodzin. Uznał on, że koncert wokalistki, która po pierwsze nazywa się Madonna, co już samo w sobie jest dla niego bluźnierczym naigrawaniem się z Matki Bożej, po drugie zaś w przeszłości często sięgała po bluźnierczy i wulgarny repertuar, jest wielkim bluźnierstwem, profanacją i prowokacją, zwłaszcza w dniu święta państwowego i kościelnego. Brudzyński wraz ze swymi zwolennikami zaapelował do warszawskiego ratusza o odwołanie koncertu, do portalu allegro.pl o wycofanie się ze sponsorowania imprezy, a do rozmaitych instytucyj kościelnych i państwowych o poparcie. Wszystko bez skutku. Można powiedzieć nawet, że skutek jest, ale odwrotny, bo protest zareklamował koncert, o którym wcześniej mało kto słyszał. Argumenty Brudzyńskiego wszystkie instytucje, do których się zwracał uznały za absurdalne i słusznie, bo rzeczywiście takimi właśnie one są. Nie ma większego znaczenia, co Madonna śpiewała i jak się zachowywała na scenie dziesięć, czy dwadzieścia lat temu. W programie tegorocznej trasy nie ma elementów bluźnierczych, ani prowokacyjnych,  a więc o profanacji maryjnego święta nie ma mowy. Czy gdyby Madonna chciała dać koncert kolęd w samą uroczystość Bożego Narodzenia, to też dla Brudzyńskiego i jego towarzyszy byłoby to bluźnierstwem, z powodu grzesznego charakteru innych jej występów? A pomysł, że imię może być bluźniercze to już szczyt absurdu. Gdy matka Madonny nadawała jej to imię nie miała pojęcia, że będzie ona w przyszłości piosenkarką – prowokatorką. Czy więc piosenkarze i inni artyści o imieniu Jesus (a w krajach Ameryki Łacińskiej zapewne są tacy) mają się z obawy przed popełnieniem profanacji powstrzymywać od występów w święta Pańskie i niedziele? Żeby zamaskować ten absurd część protestujących błędnie utrzymuje, że Madonna to pseudonim. Czasami powołują, się też na używane niegdyś hasło „w tym kraju nie ma miejsca dla dwóch królowych”, przemilczając to, że nie ma ono nic wspólnego z obecną trasą koncertową i że odnosiło się do Wielkiej Brytanii i Elżbiety II, a nie Polski i Najświętszej Maryi Panny, jak niesłusznie twierdzą. Koncert Madonny w dniu uroczystości Wniebowzięcia jest jak najbardziej zgodny z katolicką tradycją (przez małe t) kulturową. W czasie wielkich świąt kościelnych już od średniowiecza organizuje się jarmarki, zazwyczaj połączone z występami rozmaitych artystów. Na tym bowiem między innymi polega katolickie świętowanie.

 

Protesty przeciwko koncertom (o ile nie są to koncerty jawnie i jednoznacznie szkodliwe) przynoszą więcej szkody niż pożytku, zwłaszcza Kościołowi, z którym opinia publiczna identyfikuje protestujących. Być może przynoszą jakieś pożytki marketingowe organizatorom, ale nie chciałbym sądzić, że to pcha ich do działania. Nie chcę tychże organizatorów posądzać o taką hipokryzję. Mam nadzieję, że po prostu błądzą, nie realizując przy tym jakichś perfidnych planów.

P.S. Okazało się, że protest przeciwko koncertowi Madonny przyniósł odwrotny skutek do zamierzonego. Gdyby go nie było, straż pożarna zapewne zakazałaby imprezy, wskutek zaniedbań organizatora, ale w obecnej sytuacji nie chciała stwarzać wrażenia ulegania naciskom politycznym.

Humanistyka z marketowego koszyka – "Rodzinna Europa"

Europa

Nieprzypadkowo pierwszy tekst w cyklu poświęconym marketowej humanistyce traktuje o książce autorstwa Czesława Miłosza. Właśnie w tych dniach mija piąta rocznica śmierci tego najwybitniejszego polskiego poety dwudziestowiecznego i wypada, abym go przynajmniej w ten sposób uczcił.

Ale książka, którą będę omawiał, to nie jest tomik poetycki. „Rodzinna Europa” to autobiorafia twórcy. Autobiografia w przypadku polskiego pisarza specyficzna, gdyż przeznaczona dla zachodniego, a nie polskiego czytelnika. Dzieło obejmuje okres 1911-1959 , a więc lata niezwykle burzliwe. Autor snuje opowieść o dziejach swojego żywota w bardzo szerokim kontekście życia politycznego, społecznego i kulturalnego nie tylko Polski, czy Litwy, ale całej środkowo-wschodniej Europy. Mimo tego, że pisze o czasach przeważnie mrocznych, ubarwia opowieść anegdotami i pikantnymi historyjkami. Książka ta jest w sposób bardzo wyrazisty jednocześnie elementem kultury, jak każde dzieło literackie jak również tejże kultury opisem i analizą. Jest bowiem jednocześnie literackim pamiętnikiem i humanistycznym esejem. Dla antropologa kulturowego będzie więc zarówno źródłem, jak i opracowaniem. Oczywiście w myśl zasad praktykowanej przeze mnie antropologii literatury, każde dzieło literackie jest jednocześnie elementem kultury i jej opisem, ale daleko nie w każdym owemu opisowi towarzyszy równie dogłębna analiza, jak w omawianej książce Czesława Miłosza.

„Rodzinna Europa” nie jest dziełem o tak fundamentalnym znaczeniu, jak „Dolina Issy”, czy „Zniewolony umysł”, nie nazwałbym jej też lekturą niezbędną, jest jednak bardzo przydatna dla wszystkich chcących zrozumieć dwudziestowieczne dzieje Europy i życiorysy ludzi wówczas tutaj żyjących. Książka ta jest w sposób bardzo wyrazisty jednocześnie elementem kultury, jak każde dzieło literackie jak również tejże kultury opisem i analizą. Jest bowiem jednocześnie literackim pamiętnikiem i humanistycznym esejem. Dla antropologa kulturowego będzie więc zarówno źródłem, jak i opracowaniem. Oczywiście w myśl zasad praktykowanej przeze mnie antropologii literatury, każde dzieło literackie jest jednocześnie elementem kultury i jej opisem, ale daleko nie w każdym owemu opisowi towarzyszy równie dogłębna analiza, jak w omawianej książce Czesława Miłosza. „Rodzinna Europa” nie jest dziełem o tak fundamentalnym znaczeniu, jak „Dolina Issy”, czy „Zniewolony umysł”, nie nazwałbym jej też lekturą niezbędną, jest jednak bardzo przydatna dla wszystkich chcących zrozumieć dwudziestowieczne dzieje Europy i życiorysy ludzi wówczas tutaj żyjących.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij