
Nieznajomość kodeksu przez Milewskiego najjaskrawiej ujawnia następujący fragment artykułu z „Detektywa”: „Najbardziej nonsensowny był pojedynek porucznika Mieczysława Szamaka z urzędnikiem firmy „Pepege” o nazwisku Kohn. Boziewicz miałby niewątpliwie poważne wątpliwości, czy miał on tzw. zdolność honorową do pojedynku, nawet jeśli duża matura, jeśli ją miał, dawała mu w tym względzie jakieś fory. Ale urzędnik i to o dość jednoznacznie brzmiącym nazwisku!” Nie wiem, czy był to najbardziej nonsensowny pojedynek tamtych czasów, niewątpliwie jest to jednak najbardziej nonsensowny fragment tego artykułu. W rzeczywistości, zgodnie z kodeksem zdolność honorowa Kohna jest więcej niż prawdopodobna. Wedle Boziewicza posiadają ją bowiem następujące kategorie osób:
-wszystkich mężczyzn, którzy ukończyli szkoły średnie
-artystów i innych, którzy mimo braku wykształcenia wyróżniają się inteligencja lub zdolnościami
-osoby zajmujące wybitne stanowiska społeczne, np. parlamentarzystów
-osoby stanu szlacheckiego.
Wystarczyło oczywiście spełnić jeden z tych warunków, gdyż ogólnie rzecz ujmując „osobami honorowymi lub z angielskiego: gentlemanami nazywamy (z wykluczaniem osób duchownych) te osoby płci męskiej, które z powodu wykształcenia, inteligencji osobistej, stanowiska społecznego lub urodzenia wznoszą się ponad zwyczajny poziom uczciwego człowieka.” Jest wielce prawdopodobne, że Kohn, skoro był urzędnikiem, miał maturę, a skoro ją miał, to miał także zdolność honorową, chyba że był duchownym (byli oni wyłączeni spod obowiązków honorowych) lub należał do którejś z kategoryj ludzi pozbawionych zdolności honorowej:
„-osoby karane przez sąd państwowy za przestępstwo pochodzące z chciwości zysku lub inne, mogące danego, osobnika poniżyć w opinii ogółu;
-denuncjant i zdrajca;
-tchórz w pojedynku lub na polu bitwy;
-homoseksualista;
-dezerter z armii polskiej;
-nieżądający satysfakcji za ciężką zniewagę, wyrządzoną przez człowieka honorowego;
-przekraczający zasady honorowe w czasie pojedynku lub pertraktacji honorowych;
-odwołujący obrazę na miejscu starcia przed pierwszym złożeniem względnie pierwszą wymianą strzałów;
-przyjmujący utrzymanie od kobiet nie będących jego najbliższymi krewnymi;
-kompromitujący cześć kobiet niedyskrecją;
-notorycznie łamiący słowo honoru;
-zeznający fałsz przed sądem honorowym;
-gospodarz łamiący prawa gościnności przez obrażanie gości we własnym mieszkaniu;
-ten, kto nie broni czci kobiet pod jego opieką pozostających;
-piszący anonimy;
-oszczerca;
-notoryczny alkoholik, o ile w stanie nietrzeźwym popełnia czyny poniżające go w opinii społecznej;
-ten, kto nie płaci w terminie honorowych długów;
-fałszywy gracz w hazardzie;
-lichwiarz i paskarz;
-paszkwilant i członek redakcji pisma paszkwilowego;
-rozszerzający paszkwile;
-szantażysta,
-przywłaszczający sobie nieprawnie tytuły, godności lub odznaczenia;
-obcujący ustawicznie z ludźmi notorycznie niehonorowymi;
-podstępnie napadający (z tyłu, z ukrycia itp.);
-sekundant, który naraził na szwank honor swego klienta;
-stawiający zarzuty przeciw honorowi osoby drugiej i uchylający się od ich podtrzymania przed sądem honorowym.”
Jak widać nie ma w tym wyliczeniu „jednoznacznie brzmiących nazwisk”. Zresztą nazwisko Kohn wcale nie brzmi tak jednoznacznie, jak chce Milewski. Nie precyzuje on, co prawda, czego owa jednoznaczność dotyczy, domyślać się jednak należy, że Milewski wnioskuje z nazwiska o przynależności Kohna do narodu niegdyś wybranego. Jeśliby jednak nawet rzeczony Kohn był potomkiem Izaaka, a do tego wyznawcą religii mojżeszowej, nie pozbawiałoby go to zdolności honorowej, chyba żeby był przy okazji rabinem. Jest jednak mało prawdopodobne, aby jakikolwiek rabin dorabiał sobie jako urzędnik w firmie „Pepege”. Jakby tego było mało, zacytowany fragment artykułu Milewskiego, zawiera grubą nieścisłość nie związaną bezpośrednio z „Polskim Kodeksem Honorowym”. Otóż pisanie o „dużej maturze” w odniesieniu do 1928 roku jest rażącym anachronizmem. Rozróżnienie na małą i dużą maturę powstało w wyniku jędrzejewiczowskiej (nazwanej tak od nazwiska Janusza Jędrzejewicza, ówczesnego Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego) reformy edukacji, która miała miejsce w 1932 roku.
Nie twierdzę bynajmniej, że artykuł Milewskiego jest w całości zły i nieprawdziwy. Gdyby nie było w nim wyżej wyszczególnionych błędów, które wszystkie wywodzą się z jednego błędu zasadniczego, a mianowicie nieznajomości dzieła Boziewicza, byłby nawet całkiem niezły. W niektórych bowiem przypadkach Milewski wręcz prostuje powszechne mity, np. zgodnie z prawdą pisze, że Kodeks prawo wyboru broni (a dopuszczalne były, poza nielicznymi przypadkami wyjątkowymi jedynie szable, szpady i pistolety, z tym że szpad używano w Polsce niezwykle rzadko) przyznaje obrażonemu, a więc pozywającemu, choć powszechne jest przekonanie, że miał je pozwany. Prawidłowo też pisze, że pojedynek prowadzono do poważnego zranienia jednego z walczących, uniemożliwiającego mu dalszą walkę. Polski Kodeks Honorowy zabraniał bowiem zarówno pojedynków do pierwszej krwi, jak tez na śmierć i życie. Cenne jest też barwne opisanie pojedynków owych czasów, zwłaszcza tych, w których uczestniczyły znane postacie, takie jak Bolesław Wieniawa-Długoszowski, czy Adolf Nowaczyński. Słusznie też przypomina autor głosy wzywające do napisania nowego kodeksu honorowego, który obywałby się bez krwawych pojedynków. Zresztą taki kodeks wartałoby napisać i dziś, żeby pojęcie honoru nie straciło znaczenia. Jednak zważywszy ogrom błędów i brak rzetelnych tekstów na ten temat w prasie popularnej, trzeba uznać, że artykuł Milewskiego przynosi więcej szkody niż pożytku. Przypisywanie Boziewiczowi odpowiedzialności za falę pojedynków w latach dwudziestych ubiegłego stulecia jest równie irracjonalne, jak przypisywanie autorom ksiąg biblijnych odpowiedzialności za wypadki w Salem, czy reżim Kalwina w Genewie. W rzeczywistości, we wszystkich tych przypadkach zawiniło nie dzieło, czy jego autor, ale błędna tego dzieła recepcja. A tekst Milewskiego tej błędnej recepcji „Polskiego Kodeksu Honorowego” nie tylko nie zwalcza, ale wręcz ją pielęgnuje.
(Redakcja miesięcznika „Detektyw” odmówiła publikacji niniejszej polemiki)