Granda

granda

We wrześniu ukazała się „Granda”, trzecia płyta najsłynniejszej spośród laureatów polskiej wersji „Idola”, pochodzącej z podżywieckiej Twardorzeczki Moniki Brodki. Dwie pierwsze jej płyty były zupełnie nijakie, dopiero ta trzecia wskazuje na osiągnięcie przez wokalistkę artystycznej dojrzałości. Przed debiutem płytowym Brodka zarzekała się, że nie będzie śpiewać utworów folkowych. Trzeba pamiętać, że był to czas mody na folk, największych sukcesów Brathanków, Golców, czy Kapeli. Byłoby więc czymś wręcz naturalnym, żeby dziewczyna z Beskidów śpiewała folk. Najwidoczniej jednak młoda artystka postanowiła popłynąć pod prąd narzucającej się oczywistości. Nagrała krążek miałkiego popu, który zatonął  w morzu podobnych wydawnictw.  Teraz, po kilku latach dojrzała artystycznie i ochoczo sięgnęła po odrzuconą niegdyś muzykę etniczną. Znów płynie poniekąd pod prąd, bo moda na folk zdąrzyła przeminąć, chociaż pewna trwała spuścizna w postaci większej niż w latach dziewięćdziesiątych obecności elementów etnicznych w głównym nurcie polskiej muzyki po niej pozostała. Wracając do omawianej płyty, to najsampierw warto wspomnieć, że zapowiadano ją jako łączącą folk i muzykę klubową. Takie połączenie, charakterystyczne dla krajów bałkańskich i bliskowschodnich, u nas dotąd występowało rzadko. A szkoda, bo warunkiem prawidłowego rozwoju muzyki korzennej, jest obecność jej elementów w muzyce popularnej i tanecznej.  W tych krajach, gdzie taki, w rozmaity sposób rozwodniony folk jest bardzo rozwinięty, tam i ambitniejsze gatunki muzyki etnicznej mają się świetnie. Tak jest w Bułgarii i Czesku, tak też powinno być i w Polsce. Istotnie jest tak, jak mówiły zapowiedzi. Muzyka na płycie jest hybrydą folkowej i klubowej, zbliżoną klimatem do bułgarskiej czalgi. Teksty krążą wokół tematów damsko-męskich, skromnie okraszonych egzotyką magiczną (bożek voodoo) i kulinarną (kaczka w pięciu smakach). Zazwyczaj uważam skupienie się wyłącznie na tej tematyce za sporą wadę, wytykam je więc piosenkarkom smoothjazzowym, soulowym i amfolkowym, jeśli po nie sięgają, w tym przypadku jednak czynię inaczej, albowiem w przypadku czalgi, a muzykę na tej płycie zawartą za polską odmianę czalgi uważam, monotematyczność taka ze specyfiki gatunku wynika, jest tedy w całej rozciągłości usprawiedliwioną i uzasadnioną.

"Męskie granie vol. 3"

"Męskie granie vol. 3".

O serii „Męskie granie” słyszałem już wielokrotnie, ale jak dotąd nie zdecydowałem się na zakup którejkolwiek ze składających się na nią płyt. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy na sklepowej półce ujrzałem zestaw promocyjny składający się z pięciu puszek „Żywca” i płyty „Męskie granie vol. 3”. Zważywszy, że cena zestawu była niższa niż pięciu puszek Żywca kupowanych osobno, bez wahania zdecydowałem się na jego nabycie. Zanim jeszcze przesłuchałem płytę, zastanawiałem się nad sensem występującego na niej łączenia rocka i hiphopu. Wydawało mi się ono z jednej strony intelektualnie interesujące, ale z drugiej dziwaczne, sztuczne i artystycznie ryzykowne. Po pierwszym przesłuchaniu odczuwałem wyraźny dysonans między partiami rockowymi, a hiphopowymi. Po kolejnych wysłuchaniach dysonans ten malał, a w zamieszczonych na krążku utworach hiphopowych zacząłem dostrzegać elementy innych gatunków muzycznych, takich jak blues, czy smoothjazz. Okazało się więc, że dobry hiphop może harmonijnie koegzystować z rockiem, ale mieszanka taka wymaga pewnego osłuchania, zanim stanie się w pełni przyswajalna.

Propaganda komunistyczna dla dzieci

 

Jak ostatnio często czynię, byłem w tych dniach z synkiem w kinie. Tym razem mały wybrał rosyjsko-amerykański film animowany, rozpowszechniany w Polsce pod niezbyt fortunnym tytułem „Biała i strzała podbijają kosmos”. Polski tytuł nie podoba mi się z dwóch powodów. Po pierwsze, jak to często bywa, jest fatalnie przetłumaczony. Oryginalny tytuł angielski brzmi „Space dogs”, rosyjski zaś „Biełka i Striełka. Zwiozdnyje sobaki” ( Белка и Стрелка. Звёздные собаки) polski powinien więc brzmieć „Kosmiczne psy”, lub „Biełka i Striełka. Kosmiczne psy”. Jestem stuprocentowo przekonany, że przyciągnąłby on widzów do kin znacznie skuteczniej, niż ten rozwlekły, na który się zdecydowano. Długie tytuły są bowiem dobre dla książek, ale nie dla filmów. Po drugie nie podobają mi się polskie imiona głównych bohaterek. Skoro już polski dystrybutor zdecydował się na tytuł je zawierający, to należało przynajmniej użyć ich w takim brzmieniu, w jakim od lat funkcjonują w języku polskim. Film jest bowiem oparty na rzeczywistych wydarzeniach, a Biała i Strzała to Biełka i Striełka, dwa psy, które w 1960 roku Sowieci wysłali w kosmos i które, jako pierwsze wróciły z tego kosmosu żywe. I właśnie jako Biełka i Striełka, czyli pod swoimi rosyjskimi imionami są one znane również i w naszym kraju. Chociaż więc zasadniczo jestem zwolennikiem tłumaczenia imion, to w tym konkretnym przypadku transformację Biełki i Striełki w Białą i Strzałę uważam za sztuczną i dziwaczną. A jeśli już koniecznie ktoś chciał te imiona przetłumaczyć, to winien to uczynić wiernie i nazwać pieski Białką i Strzałką.

 

Zostawmy już jednak na boku tytuł, któremu i tak wiele miejsca poświęciliśmy i przejdźmy do fabuły. Jest ona do bólu przewidywalna, nic, ale to absolutnie nic w tym filmie nie zaskakuje. Po części jest to związane z oparciem scenariusza o historię autentyczną i dobrze znaną. Historii tej fabuła filmu trzyma się dosyć wiernie i w wielu szczegółach, takich jak śmierć poprzednich zwierząt wysłanych na orbitę, obecność na statku kosmicznym, oprócz psów, także myszy i szczurów, czy sprezentowanie prezydentowi USA szczenięcia po jednej z psich astronautek.

 

 

Zasadniczy problem z tym filmem leży jednak nie na polu faktografii, a ideologii. Od pierwszych kadrów Związek Sowiecki jest tu przedstawiony jako sympatyczny kraj w którym dobrze się żyje. Co prawda sformułowania te są podbarwione delikatną nutą ironii i na dobrą sprawę mogą być odczytane zupełnie odwrotnie, ale tej ironii, podobnie jak aluzyj nawiązujących do Orwella i Freuda, dzieci, będące wszak głównymi adresatami tego filmu, nie tylko nie zrozumieją, ale nawet nie dostrzegą. Mogą więc ulec niezdrowej fascynacji ustrojem komunistycznym, którego zbrodnicze oblicze nie jest tu nawet zarysowane. Ironia i aluzje są więc tu tylko listkami figowymi, służącymi, jak mniemam, zamknięciu ust krytyce. Oprócz komunizmu film promuje też wielkoruski triumfalizm. Wprost jest w nim zawarta myśl, że wszystko co rosyjskie jest najlepsze na świecie.  To że Amerykanie zdecydowali się na współtworzenie takiej agitki, jest kolejnym dowodem na miękkość, żeby nie rzec służalstwo polityki prezydenta Obamy wobec Rosji. Nie wyobrażam sobie współpracy Ameryki przy takim filmie za Reagana, czy Bushów. Nawet zlewaczałe środowisko amerykańskich filmowców chyba by się nie zdecydowało na złożenie tak wyraźnego hołdu wrogiemu imperium bez cichej przynajmniej aprobaty Białego Domu. To jednak jeszcze nie wszystko. Polska premiera tego filmu miała miejsce 17 września. Jestem pewien, że daty tej nie wybrano przypadkowo. Zdecydowano się na nią zapewne po to, by zelżyć i upokorzyć Polaków. Film ten jest więc słaby artystycznie i szkodliwy ideologicznie. Radzę go omijać szerokim łukiem.

Jesienny tekst organizacyjny

Mamy wrzesień, a więc nadszedł czas na kolejny tekst organizacyjny, jaki umieszczam na swych blogach dwa razy do roku. Tym razem będzie on nieco odmienny, gdyż, zanim przejdę do omówienia aktualnego stanu moich blogów i moich  planów blogerskich na kolejny rok, zdań parę poświęcę moim książkom. Na wiosnę ukazała się moja pierwsza książka, zatytułowana „Religie w Polsce”. Jej odautoskie omówienie można znaleźć tutaj, a dwie niezależne recenzje tutaj i tutaj. Na tej jednej książce bynajmniej nie zamierzam poprzestać.  Na chwilę obecną mam gotowe dwie książki: zbiorek bajeczek dla dzieci i zbiór nowelek fantasy dla dorosłych. Dla obydwu szukam wydawcy. Jeśli ten tekst czyta jakiś wydawca szukający autorów, proszę o kontakt na adres: svetomir@gazeta.pl

 

Przejdźmy więc do blogów. Przypomnijmy, że mam ich kilkanaście i można je podzielić na trzy grupy: pierwotne, okresowe i wtórne. O blogach okresowych pisałem szerzej w tym wpisie, o wtórnych zaś w poprzednim i jeszcze wcześniejszym tekście organizacyjnym, nie ma więc sensu, abym się powtarzał. Napiszę jedynie o najistotniejszej zmianie w tym zakresie, mianowicie o mojej rezygnacji z prowadzenia bloga na portalu ProPolonia, kiedy do grona tamtejszych publicystów dołączył pan Andrzej Lepper. Krok mój okazał się słuszny, bo dwa miesiące później środowisko skupione wokół tego portalu udzieliło nieoficjalnego ale jednoznacznego poparcia dla kandydatury Leppera w wyborach prezydenckich, mnie zaś, na szczęście ominął udział w tym żenującym spektaklu.

 

Wróćmy do blogów oryginalnych, spośród których najważniejszym jest nadal „Kultura Okiem Svetomira„. Planuję dokonanie w nim pewnych zmian, które w pełni objawią się w przyszłym roku. Po pierwsze, cykl festiwalowy stanie się kategorią, rozszerzy się do co najmniej dwudziestu pięciu wpisów rocznie (plus miniwpisy w postaci zdjęć plakatów) i obejmie, oprócz festiwali muzycznych, także filmowe, teatralne i inne. Poza tem wprowadzę na blogu pewną regularność odnośnie recenzyj. Będę co roku recenzował nie mniej niż dziesięć książek, dziesięć płyt i pięć filmów. Jeśli chodzi o cykle, to najpierw będę kontynuował te, które zacząłem w ubiegłym roku: „Humanistykę z marketowego koszyka”, która powoli zmierza ku końcowi i „Media religijne”, które z powodów technicznych ugrzęzły w krzakach. Gdy skończę „Humanistykę”, rozpocznę cykl zatytułowany „Dzieła mistrzów”, w którym omówię dwadzieścia książek, które kształtują mnie jako antropologa. Będą to w większości książki dosyć stare, ja osobiście hołduję bowiem przekonaniu, że w dziedzinie nauk humanistycznych wiedza nie ulega przeterminowaniu. Inną nowością, która pojawi się jeszcze w tym roku będzie listopadowy cykl, docelowo składający się z dziesięciu tekstów, poświęcony wielkim twórcom kultury, którzy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy odeszli do wieczności. Zasadniczo nie będę w tym cyklu, nawet w bieżącym roku, omawiał zmarłych, czy zginionych polityków, chyba, że wnieśli oni znaczący wkład do kulturowego dorobku ludzko Całkiem prawdopodobne jes też powstanie krótkiego cyklu karnawałowego opartego o turbofolkowe teledyski i przekłady, którego zalążkową formę zaprezentowałem już w minionym sezonie.

 

Blog „Twórczość Svetomira” (dawniej „Limeryki ze Śmietnika”) nadal jest pogrążony w głębokim kryzysie, który sygnalizowałem w poprzednim tekście organizacyjnym. Nowe wpisy pojawiają się na nim jedynie epizodycznie, a ja dotąd nie odzyskałem zapału do ich zamieszczania. Mam co prawda pewne pomysły, ale realistycznie rzecz biorąc, nie sądzę, abym miał je zrealizować wcześniej niż na wiosnę. Za to w ostatnich miesiącach bardzo odżył mój fotoblog „Rybnik w obiektywie komórki„, a to za sprawą zastosowania nowych rozwiązań technologicznych, obecnie bowiem nowe wpisy umieszczam na nim bezpośrednio z komórki. Skraca to cały proces tworzenia wpisu od zrobienia zdjęcia aż do publikacji wpisu na blogu do mniej niż jednej minuty. Coraz więcej zdjęć jest z poza Rybnika, toteż rozważam zmianę nazwy na „W Obiektywie Komórki Svetomira”. „Polityka Okiem Svetomira” nie przeżywa ostatnio ani kryzysu, ani rozkwitu, ot żyje w swym normalnym, nieregularnym tempie.  Pod koniec maja założyłem kolejny, piąty już blog oryginalny, zatytułowany „Moje Ulubione Produkty„. Na razie jest on u mnie na okresie próbnym. Jeżeli przez pół roku nie zrobi on oczekiwanego wyniku, zaprzestanę jego regularnego tworzenia. Pierwszy miesiąc był bardzo obiecujący, ale kolejne, niestety, bardzo poniżej oczekiwań. Na wszystkich moich blogach oryginalnych pojawiają się, lub pojawiać się będą, teksty komercyjne, choć w ostatnich miesiącach pojawiajb się one w zasadzie jedynie na „Kulturze Okiem Svetomira”. Pozostałe moje blogi mają na razie zbyt słabe wyniki. Mają jednak potencjał, więc wszystko może się zmienić.

Humanistyka z marketowego koszyka – Strefa zdekomunizowana

 

Jeżeli kulturę rozumieć szeroko, a tak właśnie powinien ją rozumieć antropolog, również polityka jawi się jako jej część składowa. Toteż wywiad-rzeka z politykiem doskonale pasuje do niniejszego cyklu, zwłaszcza jeśli jest to polityk o tak szerokich horyzontach intelektualnych, jak obecny szef polskiej dyplomacji JE Radosław Sikorski. Wywiad, zatytułowany „Strefa zdekomunizowana” został przeprowadzony przez Łukasza Warzechę, na co dzień pisującego do „Fucktu”. Nie umniejsza to jednak wartości książki. Łukasz Warzecha bowiem, mimo że pracuje w chlewie, jest naprawdę dobrym dziennikarzem – zdolnym, inteligentnym i solidnym. Przypomina mi on jako żywo postać akordeonisty przygrywającego w burdelu z powieści „Mazurek dla dwóch nieboszczyków”, hiszpańskiego noblisty Kamila Józefa Celi.

Dość jednak o Warzesze, skupmy się na Sikorskim, zwłaszcza w kontekście antropologicznych aspektów jego wypowiedzi. Spośród wielu definicyj antropologii kulturowej mnie osobiście najbardziej do gustu przypadła ta, która mówi, że jest to nauka o zróżnicowaniu kultur. A właśnie owemu zróżnicowaniu poświęcone są spore fragmenty wywiadu. Omówione są tu w różnych miejscach różne cechy charakterystyczne kultur: polskiej, amerykańskiej i brytyjskiej, często właśnie w kontekście porównawczym. Sporo miejsca poświęcono też ogólnym rozważaniom o cywilizacji europejskiej. Szczególnie warte uwagi są wspomnienia dotyczące studiów w Oxfordzie. Mnie osobiście ucieszył fakt, że pewne elementy brytyjskiego systemu studiowania, przynajmniej takiego, jakim go przedstawia Sikorski, były obecne na moich studiach etnologicznych w prowincjonalnym i pod każdym względem odległym od Oxfordu, Cieszynie. My też mieliśmy osobisty kontakt z wykładowcami, z którymi nieraz po zajęciach chodziliśmy na piwo, a nasze zaliczenia opierały się głównie na pisaniu esejów.

Jeśli chodzi o sprawy czysto polityczne, to muszę powiedzieć, że poglądy i działania Radosława Sikorskiego zawsze były mi bliskie, a po lekturze tej książki, dzięki której miałem okazję lepiej je poznać, stały mi się jeszcze bliższe. W jej świetle minister jawi się jako konsekwentny, chociaż realistyczny konserwatysta. Dodatkowo zapunktował u mnie oświadczeniem, że w Oxfordzie uczestniczył w Mszach Trydenckich. Tacy właśnie ludzie, silnie zakorzenieni w tradycjach cywilizacji europejskiej, a jednocześnie do bólu pragmatyczni są dziś bardzo potrzebni Polsce i Europie. Tylko w oparciu o takich ludzi, będzie można odbudować Cesarstwo Rzymskie, zdolne odeprzeć ataki Moskali, Saracenów i Chińczyków. A do tego wszystkiego potrafi mówić niezwykle interesująco, toteż książkę czyta się doskonale. Gdyby nie to, że obecnie z powodów rodzinnych nie mogę sobie pozwolić na zarywanie nocy, pochłonąłbym ją zapewne za jednym posiedzeniem. A tak zajęło mi to całe trzy dni, co i tak, zważywszy moje aktualne możliwości, jest wynikiem doskonałym.

Dilem já

 

Rok temu recenzowałem płytę młodej czeskiej wokalistki Łucji Vondračkovej, zatytułowaną „May Day”. Przy tej okazji wyraziłem ubolewanie, że, podobnie jak zdecydowana większość polskich autorów, bardzo mało uwagi poświęcam w swoich tekstach kulturze czeskiej. I niestety, na tej konstatacji się skończyło, bo od tego czasu w ogóle się w tym względzie nie poprawiłem. Przez cały rok, aż do dzisiaj, poświęciłem kulturze czeskiej tylko jeden wpis. Częściowo, ale tylko częściowo, ustprawiedliwić mnie może to, że w tym okresie ani razu w Czesku nie byłem, toteż kontakt z kulturą czeską miałem mocno ograniczony. A jako, że kilka dni temu przejeżdżałem tranzytem przez ten kraj, nadarzyła się okazja do przynajmniej częściowego nadrobienia zaległości. W nawiedzonym głównie dla zakupów spożywczych hipermarkecie, nabyłem, jak to od czasu do czasu zwykłem robić, wybraną na chybił trafił płytę w atrakcyjnej cenie.

 

Tym razem padło na krążek „Dilem já”, wcześniej mi nieznanego Daniela Hůlki. Płyta okazała się nawet dosyć ciekawa. Muzyka, skomponowana przez Michała Pavlička i Michaelę Polákovą łączy w sobie elementy popu i amfolku. Żeby nie brzmiało to zbyt abstrakcyjnie, mogę jeszcze dodać, że we mnie osobiście piosenki Hůlki skojarzyły się z twórczością Elżbiety Adamiak, Seweryna, Krajewskiego i Piotra Szczepanika. Połączenie popu i amfolku nie jest na czeskiej scenie muzycznej, w odróżnieniu od polskiej, niczym rzadkim, a wręcz przeciwnie, może być wręcz uznane za swego rodzaju standard. Hůlka, jest więc, jak na czeskie warunki, wokalistą nader typowym, z którego to tytułu nie czynię mu bynajmniej wyrzuty, jestem bowiem osobiście głęboko przekonany, że dodatek amfolku czyni muzykę pop o wiele bardziej interesującą.

 

O tekstach, napisanych przez Jana Saharę Hedla nie potrafię się kompetentnie wypowiedzieć, gdyż, z powodu słabej znajomości języka czeskiego, nie jestem w stanie dokonać jej analizy i interpretacji.  Ogólnie rzecz biorąc, nabycia płyty nie żałuję i nie wykluczan nabycia w przyszłości innych tytułów tego wykonawcy.

Folklor plażowy

kukurydza

Folklorem nazywamy mówioną i nie zapisywaną literaturę, nie tylko ludową, w sensie przynależności do jakiegoś ludu, czyli grupy etnicznej, regionalnej, ale także zawodową, czy też środowiskową. Szczególnie rozwiniętym folklorem zawodowym cechowały się zawsze rozmaite grupy wędrownych rzemieślników i handlarzy. Dla przykładu o folklorze garncarzy powstawały całe książki, a wielkopolscy handlarze świętymi obrazkami zwani ochweśnikami stworzyli nawet własny język znany jako kmina ochweśnicka. Zjawisko folkloru zawodowego, nie tylko nie zanikło, ale ciągle pojawiają się nowe jego wytwory.

 

Z takimi właśnie współczesnymi wytworami folkloru zawodowego wędrownych sprzedawców kukurydzy zetknąłem się ostatnio na plaży w Darłówku. Praktycznie wszyscy handlarze wędrujący po owej plaży mieli ten sam asortyment produktów: orzeszki ziemne w karmelu, popcorn i kukurydzę gotowaną. Większość z nich zachwalała swój towar, krzycząc po prostu: „popcorn, kukurydza gotowana, orzeszki w karmelu”. Jeden jednak, pan w specyficznym kapeluszu, wyróżniał się spośród nich, bogatym repertuarem rymowanych haseł reklamowych:

„Kukurydza gotowana,

I dla Pani i dla Pana.”

 

„Kukurydza gotowana,

Przez świstaka zawijana”,

 

„Kukurydza z Łomży,

Zapobiega ciąży”,

 

„Gdy mąż nie może,

To kolbisko Ci pomoże”,

 

„Kukurydza -pokarm bogów,

Wnet uwalnia od nałogów”,

 

„Dziadek nie mógł i babka nie mogła,

Kukurydza im pomogła”,

 

„Nawet papież w Watykanie,

Kukurydzę je na śniadanie”,

 

„I Obama w Białym Domu,

Kukurydzę je po kryjomu”,

 

„Kukurydza, choć niemała,

Na potencję dobrze działa”,

 

„Kukurydza smaczna, krucha,

Dla dużego i malucha”,

 

„Kukurydza gotowana,

Która nie jest odgrzewana”,

 

„Kukurydza z maja,

Daje nam sprężyste …”,

 

„Chcesz być piękny, opalony,

Kukurydzę kup dla żony”,

 

„Mężu, mężu, nie bądź głupi,

Niech Ci żona kukurydzę kupi”,

 

„Nie pij wódki, nie pij wina,

Kukurydzę kup dla syna”,

 

„Każda ładna zakonnica,

Kukurydzą się zachwyca”,

 

„Orzeszki w karmelu,

Uszczęśliwią wielu”,

 

„Orzeszki w karmelu,

Najlepsze są po chmielu” etc., etc., etc.

 

Dwuwiersze te wykazują wiele cech charakterystycznych dla folkloru. Pierwszą z nich są rymy dokładne. Rym jest w tych utworach wartością wyraźnie nadrzędną, podporządkowane mu są zarówno rytm, jak i sens. Drugą taką cechą jest prostota środków stylistycznych. Nie ma tu przenośni, czy porównań, liczy się dosłowność.  Trzecim elementem, obecnym w tych, powiedzmy, fraszkach, a charakterystycznym dla pierwotnych form folkloru jest wulgarność. My często znamy folklor mocno „ugrzeczniony”, ale pierwotnie, jak świadczą jeszcze dziewiętnastowieczne zbiory tekstów folklorystycznych, był on mocno przesycony odniesieniami erotycznymi. Autocenzura pojawiła się, gdy zaczął się proces wychodzenia z utworami folklorystycznymi poza własną grupę kulturową wykonawców i pierwotnych odbiorców. Czwartą taką cechą są zapożyczenia. Jak w swoich licznych pracach wykazał wybitny polski folklorysta i polonista Julian Krzyżanowski, w folklorze klasycznym, czyli literaturze ludowej funkcjonują liczne motywy i wątki zaczerpnięte z głównego nurtu literatury. Z sytuacją do pewnego stopnia analogiczną mamy do czynienia w przypadku analizowanych utworów. Omawiany folklor plażowy jest formą reklamy, nie zaś poważnej twórczości literackiej, nic więc dziwnego, że pojawiają się w nim nawiązania nie do głównego nurtu literatury, a do głównego nurtu reklamy, konkretnie zaś do słynnego w swoim czasie motywu świstaka zawijającego w sreberka. Nie jestem natomiast pewien, czy hasło o kukurydzy z Łomży, nawiązuje do pojawiających się ostatnio w telewizji reklam łomżyńskiego piwa. Po pierwsze reklamy te nie zyskały takiej popularności i społecznego oddźwięku jak wspomniany świstak. Po drugie, wyrażenie „z Łomży” jest dużo bardziej ogólne niż motyw świstaka zawijającego w sreberka i w ogóle nie musiało być znikąd zaczerpywane, a jeśli już była jakaś inspiracja, to mogła ona pochodzić z innych źródeł, na przykład z limeryków. Ostatnią cechą poetyki folkloru, którą można dostrzec w omawianych wierszykach z plaży, są odwołania typu legendarnego do wiodących postaci życia społeczno-politycznego. Kiedyś w utworach ludowych pojawiali się cesarze, królowie i książęta, dziś w wierszykach z plaży występują aktualni liderzy zachodniego świata – papież rzymski i prezydent USA.

 

Choć niektórym wydaje się że tradycyjny folklor był niezmienną skarbnicą odwiecznych mądrości, to w rzeczywistości był on tworem ulegającym ciągłym, choć powolnym zmianom pod wpływem folkloru grup ościennych i głównego nurtu kultury danego obszaru. Dzisiaj życie folkloru przebiega dwutorowo. Jeden nurt opiera się na dziewiętnastowiecznych zapisach, interpretując je bądź to wiernie, bądź też twórczo. W tym nurcie mieszczą się zarówno zespoły muzyki i tańca, jak i kultura folkowa. Drugi nurt jest żywiołowy, ciągle zmienny, nie wykorzystujący zbyt często tradycyjnych wątków i motywów, za to doskonale utrzymany w tradycyjnej folklorystycznej poetyce. W tym nurcie mieści się zarówno muzyka disco polo, jak też omawiana w niniejszym tekście poezja plażowa.

 

 

"Superexpress" na patriotyczną nutę

Cud

Już w zeszłym roku recenzowałem, przede wszystkim na swoich blogach, album pieśni patriotycznych „Bo wolność krzyżami się mierzy” podarowany narodowi z okazji Święta Niepodległości przez Świętej Pamięci JE Lecha Aleksandra Kaczyńskiego, ówczesnego Wielkiego Mistrza Orderu Orła Białego, Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej etc., etc., etc. Dzisiaj chciałbym omówić wydawnictwo bardzo do tamtego zbliżone, a mianowicie płytę „Cud nad Wisłą 1920”, dołączoną do „Superexpressu” dnia 12 sierpnia bieżącego roku.

 

Zacznę od repertuaru, który sprawia wrażenie chaotycznego i niefachowo dobranego. Umieszczenie na płycie kilku utworów maryjnych jest, zwłaszcza w kontekście jej tytułu i daty upamiętnianej bitwy, pomysłem doskonałym, ale jego realizacja woła o pomstę do nieba. Po pierwsze dwa spośród czterech utworów tego charakteru to nowoczesne śpiewki o wątpliwej ortodoksji, o których w 1920 roku nikomu się nawet nie śniło. Chodzi o „Czarną Madonnę” i wyjątkowo rozbudowaną, tak zwaną młodzieżową wersję Apelu Jasnogórskiego. Przy obydwu piosenkach zaznaczono, że słowa i  melodia są tradycyjne. Nie wiem, czy wynika to z niewiedzy, czy z chęci wprowadzenia odbiorcy w błąd, ale bez najmniejszej wątpliwości, przynajmniej w jednym przypadku jest to przeinaczenie. W dobie internetu bowiem bez większej trudności da się ustalić autorkę słów i muzyki „Czarnej Madonny”, którą jest jasnogórska organistka Alicja Gołaszewska. Autorzy młodzieżowej wersji Apelu Jasnogórskiego w istocie pozostają nieznani, a przynajmniej trudni do ustalenia. Pozostałe dwa spośród zamieszczonych na płycie utwory maryjne nie wzbudzają tego rodzaju kontrowersyj i są tu jak najbardziej na miejscu. Zarówno „Bogurodzica”, jak też „Z dawna Polski Tyś Królową” są utworami o ugruntowanej tradycji użycia, nie tylko w kontekście religijnym, ale także patriotycznym. Wydaje mi się jednak, że bardziej odpowiednim byłoby umieszczenie „Bogurodzicy” na początku płyty, gdyż z racji swojej starożytności i pełnionych funkcyj, nadaje się ona wybitnie do roli utworu otwierającego. Po utworach maryjnych następuje seria pieśni i piosenek legionowych i ułańskich w aranżacjach od ckliwie sentymentalnych po jarmarczno-biesiadne. Dobór piosenek jest dosyć przypadkowy. Dużym mankamentem jest brak „Pierwszej Brygady” i „Szarej piechoty”. Bez nich płyta nie wywoła u słabo zorientowanego słuchacza jednoznacznie legionowych skojarzeń, które byłyby pożądane w związku zokolicznościami wydanej płyty. Plusem jest natomiast zamieszczenie paru utworów mało znanych co, zważywszy duży nakład płyty, niewątpliwie przyczyni się do poszerzenia kanonu piosenek patriotycznych funkcjonującego w szerokich rzeszach społeczeństwa. Przejście od jednej do drugiej grupy utworów na płycie jest niezbyt zręczne. Po podniosłej „Bogurodzicy” następuje frywolna piosnka „Ułani, ułani”, zaaranżowana w jarmarcznym stylu. Zestawienie to tworzy poważny dysonans.

 

Reasumując, zarówno dobór utworów, jak też ich aranżacja pozostawiają wiele do życzenia, choć nie ma tu takiej wpadki jak osławiona sowiecka „Oka” na płycie prezydenckiej. Tam jednak przynajmniej aranżacje były zrobione na bardzo wysokim poziomie, czego tutaj nijak nie widać.  Przejdźmy do wykonania, które było największym atutem zeszłorocznej płyty prezydenckiej. W przypadku płyty z „Superexpressu” tego niestety rzec raczej nie można. Wykonawcy, czyli chór męski „Camerata” z Chodzieży i kilkoro solistów, wywiązali się ze swego zadania poprawnie, ale bez rewelacji. Okładka płyty, a zwłaszcza jej rewers to dzieło wyraźnie niedopracowane. Wspomniałem już o błędach w opisie autorstwa utworów. Dużym mankamentem jest też brak informacji o wykonawcach podkładu instrumentalnego.

 

Cała płyta jest więc co najwyżej przeciętna, dobrze jednak, że się ukazała, gdyż dzięki swojemu wysokiemu nakładowi, a co za tym idzie szerokiemu zasięgowi, może się przyczynić do znacznego spopularyzowania patriotycznego repertuaru muzycznego w społeczeństwie polskim. Swoją drogą, twórcy płyty zdają się siedzieć okrakiem na palisadzie w kwestii interpretacji Bitwy Warszawskiej. Zarówno okładka, na której awersie widnieją Matka Boska Częstochowska i Józef Piłsudski, jak też zawartość, gdzie utworom maryjnym towarzyszą legionowe, nie rozstrzygają kwestii, czy zwycięstwo zawdzięczamy Marszałkowi, czy Królowej Polski, choć tytuł płyty zdaje się uznawać rolę tego pierwszego za niedecydującą.

Metafizyczny chaos

sikorowscy

Zgodnie z zapowiedzią z wpisu poprzedniego, chciałbym dziś zrecenzować najnowszą płytę Mai i Andrzeja Sikorowskich, zatytułowaną „Sprawa rodzinna”. Jest to dosyć trudne, bo płyta ta nie wywołuje we mnie tak jednoznacznych odczuć, jak poprzednia. Zacznę więc od tych aspektów, które nie wywołują żadnych kontrowersyj.  Z każdym krążkiem widać coraz wyraźniej, że Maja Sikorowska to wspaniała wokalistka, która ma ogromne szanse na dołączenie do najściślejszej krajowej czołówki. Nie tylko dysponuje ona doskonałym głosem, ale także potrafi go właściwie wykorzystać, a nadto, co najważniejsze, wykonuje starannie dobrany, poważny repertuar, którego wyraźnie brakuje większości jej konkurentek.

 

Ogólnie rzecz biorąc pod względem muzycznym jest to płyta zupełnie różna od poprzedniej, co bynajmniej nie oznacza, że gorsza. Nadal dominuje amfolk, za to udział eurofolku zmalał do jednego utworu, zaczerpniętego od Gorana Bregovicia. Wzrósł natomiast znacząco udział jazzu. W moim przekonaniu jest to celowy i bardzo sprytny zabieg, mający na celu gładkie wprowadzenie Mai Sikorowskiej do grona wokalistek smoothjazzowych, a jak powszechnie wiadomo, to tam właśnie toczy się aktualnie gra o krajowy prymat w dziedzinie mądrego śpiewania. Jeśli mój tok rozumowania jest prawidłowy, to następnym krokiem powinno być nagranie solowej, smoothjazzowej płyty wokalistki.

 

Więcej problemu sprawiają mi teksty, których znaczna część ociera się o tematykę religijną, czy też, szerzej, metafizyczną. Z reguły podejmowanie przez artystów tej tematyki nie tylko mi nie przeszkadza, ale wręcz bardzo mnie cieszy,  tu jednak jest inaczej, gdyż przekaz tych utworów jest wyjątkowo niespójny. Najpierw mamy tu bowiem głęboko religijny, wręcz mistyczny utwór, ujmujący Boga, w biblijno-narnijskiej konwencji porównywanego do lwa, jako Władcę Snów. Żartobliwa piosenka w nieco heterodyksyjny sposób opowiadająca o niebie i piekle jeszcze od biedy da się z tym pogodzić, ale nie można tego powiedzieć o utworach zawierających stwierdzenia w rodzaju „religia to nie rewia pacierzy, ale wiara w każdego bliźniego” i „nie ma nic na tamtym świecie”. Próby sprowadzania religii do humanizmu budzą we mnie głęboki sprzeciw, dlatego uciekam od tej chaotycznej metafizyki w kierunku bezpiecznych piosenek o tym, że „życie ogólnie jest niezdrowe, ale cholernie przyjemne”, czy o tęsknocie za młodością w Krakowie, w którym jeszcze podówczas nie było tysięcy barów, którą niektórzy błędnie biorą za tęsknotę za komuną. Te dwa utwory i wspomniany wyżej cover Bregovicia są dla mnie ulubionymi na tej płycie.

Dwie ojczyzny

sikorowscy

Zasadniczo planowałem napisanie recenzji nowej płyty Andrzeja i Mai Sikorowskich, zatytułowanej „Sprawa rodzinna”. Przekonałem się jednak, że nie jestem w stanie tego uczynić nie omówiwszy wprzódy pierwszej płyty tego rodzinnego duetu, wydanej w 2006 roku, a zatytułowanej „Kraków-Saloniki”. 

 

Jest to album niezwykle ważny, zarówno z powodu jego walorów artystycznych, jak też z uwagi na zawarte w nim treści. Już tytułowy utwór niesie w sobie wielką głębię: „Dwie Ojczyzny, dwa sztandary … I przodkowie na portretach podpisanych w dwóch odmiennych alfabetach … Dwie historie, dwa języki.” Choć w odróżnieniu od Mai Sikorowskiej, nie jestem dwukulturowy, ani dwujęzyczny, gdyż obca krew w moich żyłach zdąrzyła się w ciągu kilku wieków dobrze odleżeć, mam jednak dwie historie i różnej narodowości, co wpływa zarówno na moje postrzeganie rzeczywistości społecznej, politycznej i kulturalnej, jak też na postrzeganie mojej osoby przez tych, dla których liczy się „czysta krew”. Wspomniany utwór zaś pięknie uczy, jak można kochać dwie lub więcej ojczyzn. W tym kontekście wyjątkowego uroku nabierają też utwory wykonywane przez Maję Sikorowską po grecku. Jak we wszystkich projektach do których rękę przyłożył Andrzej Sikorowski, walorem tej płyty są bardzo mądre teksty. Niektóre mówią o relacjach damsko-męskich, inne o sprawach między rodzicami a dziećmi. Niezależnie jednak od tematu prezentują spójny system kulturowo-obyczajowy mocno oparty na pryncypiach cywilizacji europejskiej. Muzycznie to głównie folk w rozuminiu amerykańskim ( w skrócie amfolk) wzbogacony paroma utworami z dziedziny folku w rozumieniu europejskim (w skrócie amfolku) i jazzu.

 

 

Ogólnie płyta ta oferuje ucztę dla uszu i materiał dla rozmyślań dla rozumu, można więc ją nazwać płytą filozoficzną. Nie oznacza to jednak, że jest ona hermetyczna, czy nieprzystępna. Jest ona bowiem propozycją dla każdego, kto nie boi się wyzwań intelektualnych i estetycznych, a mam nadzieję, że ludzi takiego pokroju jest na świecie wielu.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij